środa, 1 stycznia 2014

... rodzinnych świąt

Cóż, prawdę mówiąc, te święta nie zapowiadały się dobrze. Do końca listopada nie mogłam nic zaplanować, bo szukałam pracy (gdyby się znalazła, wiadomo, tygodnia wolnego "od ręki" nie będzie). Zresztą miało nas tu, w Bray, zostać więcej, opowiadaliśmy sobie o polskich, amerykańskich i meksykańskich tradycjach bożonarodzeniowych i cieszyliśmy się na wspólne świętowanie. Na początku grudnia zaczęłam opiekować się dziewczynkami w sąsiedniej miejscowości. Rodzice prowadzą prywatny zakład dentystyczny, stwierdzili, że podczas dwutygodniowej przerwy w szkole będą potrzebować mojej pomocy, jedynie w pierwszy i drugi dzień świąt mogę zrobić sobie wolne. W poniedziałek, 23 grudnia, rano dostałam mail z życzeniami od Basi, a w nim "Kolędę dla nieobecnych". Tak, tak, wiem, że to o zmarłych, ale jednak - będąc z dala od domu - smutno się robi, słuchając. Tymczasem wieczorem, po powrocie z pracy, rodzice młodych zapytali mnie o plany na najbliższe dni i stwierdzili, że jeśli chcę, mogę przyjść do nich dopiero w następny poniedziałek... Nie wiem, czy bardziej się ucieszyłam, czy byłam wściekła. Fajnie - tyle wolnego, ostatnio naprawdę czułam się przemęczona. Ale z drugiej strony - okazało się, że na święta nasz dom niemal zupełnie pustoszeje, zapowiadała się więc nie tylko dość smutna wigilia, ale cały tydzień. Pierwsza myśl - wyjechać. Aura nie sprzyja jednak zbytnio podróżom, nic nie zaplanowałam... Poza tym to czas, kiedy chciałoby się być ze swoimi, a nie być obcym.

Pierwszy dostępny bilet do Polski - na 26. grudnia - kosztował dwieście kilkadziesiąt euro. Sprawdziłam więc bilety do UK. Tanie nie były, ale nie były też bardzo drogie. Wszystko jest kwestią priorytetów. O 21.00 miałam bilety i pół nocy na spakowanie się. O 3.00 autobus na lotnisko. O 8.30 byłam na miejscu. Z  rodziną - tą najbliższą, z którą dawniej spędzało się święta i wakacje, a w zamierzchłych czasach, gdy wszyscy mieszkaliśmy w Krakowie, jeszcze więcej czasu (choć pamiętam to jak przez mgłę). Nie widziałam ich od dobrych kilku lat. Niektórych rzeczy nie da się przeliczyć.

Było... normalnie. Lepienie uszek i pierogów, kolacja, prezenty, pasterka. A w kolejne dni trochę spacerów, trochę "shoppingu", trochę wspólnego oglądania filmów, a przede wszystkim - mnóstwo gadania. Normalnie. A jednak po kilku tygodniach intensywnego zapieprzu bardziej docenia się dni wolne od pracy. Mieszkając w domu, który niby jest domem, ale trochę jednak hostelem, bardziej ceni się ciepło prawdziwego domu (nawet śpiąc w salonie na materacu i czekając na zwolnienie się łazienki, żeby zrobić siusiu). Jedząc to, co najbardziej lubię, czyli ryż lub makaron z byle-czym, zaczyna się zwracać uwagę na smak normalnego świątecznego jedzenia, a także... chleba (tego polskiego, którego przecież nie dostanie się tu w każdym sklepie). Góra pięknie zapakowanych prezentów (nawet jeśli większość z nich to czekoladki :-)) cieszy dwa razy bardziej, jeśli zaledwie wczoraj nie można było liczyć zupełnie na nic. Cieszy też wspólne oglądanie telewizji, poprzedzone sporami o to, co włączyć i urozmaicone przerwami w dostawie internetu. A przede wszystkim - po pewnym czasie bardziej lub mniej głębokich pogawędek z ludźmi, którzy przecież są serdeczni, ale jednak niekoniecznie autentycznie zainteresowani rozmówcą - cieszy długie gadanie o wszystkim z osobami, które znają cię od dziecka. Dla których jesteś dzieckiem.

Taka normalność była najlepszym, co mogłam dostać na święta. Chyba trochę zbytnio sobie lekceważę życzenia "rodzinnych świąt", upierając się, że nie o to przecież w świętach chodzi. No bo tak - nie o to. Ale...

Gdybyście czasem to czytali - dzięki raz jeszcze!! :-)