sobota, 31 października 2009

ciągle pada...

W sobotę rano ruszyłyśmy z Dorotą, Magdą i Elą na Grand Bazar – który ja chciałam raczej tylko zobaczyć, niż w coś się zaopatrywać (choć po głowie ciągle chodziły mi nieszczęsne dżinsy, które miałam kupić już gdzieś tutaj, w Turcji; no ale przecież jeszcze mi nie odbiło, nie będę ich kupować na Wielce Turystycznym Bazarze...). Acha, od rana lało... Przeszłyśmy zatem szybciutko przez bazarowe uliczki (tak dla wyjaśnienia – ten bazar to jest budynek, w którym jest wiele uliczek, a przy nich sklepów – niektórych półotwartych na taką uliczkę, a niektórych całkiem zamkniętych...) - tym bardziej, że wysiadło światło (czemu towarzyszyło głośne „Oooch!” wyrywające się z wielu gardeł, potem krótkie śmiechy, aż wreszcie wszyscy wrócili do swoich zajęć jak gdyby nigdy nic... widać nie rzadko się tu to zdarza) i panował tu po prostu półmrok. Wyszłyśmy na zewnątrz – do budynku bazaru przylega jeszcze kolejny bazar – tym razem na powietrzu, coś na kształt krakowskiego tomexu; jest on bardziej odzieżowy i nieco mniej turystyczny (czyt. nie sprzedaje się tu wyłącznie chust, ozdobnych czajników do parzenia tureckiej herbaty, kolorowej porcelany i kafelków, słodyczy i przypraw...). Tutaj rzuciły mi się w oczy jakieś spodnie... A gdy sprzedawca zauważy, że zatrzymałeś na czymś choćby przez moment wzrok, od razu nachalnie proponuje kupno (oferując najniższą cenę, specjalnie dla ciebie). Bardzo młody „sprzedawca” (potem okazało się, że ma 14 czy 15 lat!), pokazał mi zatem w ciągu dwóch minut kilkanaście par spodni, zachęcając do mierzenia... Zachęcona przystępną ceną (taaa... niezły chwyt! pod koniec mierzenia okazało się, że liczba którą wymieniał była rozmiarem, nie ceną...) zaczęłam mierzyć... Kilka par spodni, po drodze herbatka... No i kupiłam, przepłacając pewnie dwukrotnie (acha, może dla rozrywki podam wartości: chłopaczek zaczął targ od 165 TL :) ja nieroztropnie od 30... skończyło się zatem na 40, po kilkakrotnym ustalaniu „ceny ostatecznej, naprawdę ostatecznej”), ale koniec końców będąc zadowoloną z relacji cena- jakość zakupu. Trzeba jednak przyznać, że w handlu są ci ludzie wyuczeni nieziemsko – i choć doskonale zdajesz sobie sprawę z ich sztuczek i manipulacji, często nie jesteś w stanie nic na to poradzić... Potem znów się rozdzieliliśmy – dziewczyny chciały coś tam jeszcze zobaczyć przed wyjazdem (wracali już dziś wieczorem), ja chciałam się wybrać w okolice Taksim, żeby obejrzeć je sobie tym razem przy świetle dziennym i znaleźć kościół. Lało jednak tak niemiłosiernie, że choć dobrnęłam w połowie pieszo na Taksim, zupełnie nie miałam ochoty spacerować po nim w deszczu... Zaczęłam zatem wędrówkę po sklepach (kupując po drodze kolorowe wełniane rękawiczki na zimę, mierząc kilka koszulek z super-pomysłowymi wzorami i zżymając się na szczupłość Turczynek – co pozostawię bez komentarza). Znalazłam też kościół św. Antoniego, a w nim księdza-Nigeryjczyka uczącego się właśnie tureckiego od stróża (nie Anioła :)). Jasne, że się mogę wyspowiadać pomimo kiepskiego angielskiego. Trochę dziwnie się czułam podczas spowiedzi w przeszklonym i oświetlonym kantorku, do którego pukali turyści, aby zakupić broszurki; no i prawie zupełnie nie rozumiejąc ojca, bo choć jego angielski był płynny, to akcent czynił go niemal niezrozumiałym... Ale to przecież nieważne. :)
Tego dnia szybko, choć już po zmierzchu, wróciłam do hostelu – a tam jeszcze nadarzyło mi się kilka miłych pogawędek, m.in. z małżeństwem artystów-wykładowców, którzy uczą i mieszkają w innych miastach Turcji i przyjechali specjalnie tutaj, aby się spotkać przy okazji Stambulskiego Biennale Sztuki Współczesnej... Niesamowite. Oczywiście niemal się oburzyli, że nie tylko będąc tyle dni w Stambule jeszcze tam nie byłam, ale że w ogóle o tym nie wiedziałam... Ludzie mogą być szalenie pozytywni. :) Acha! Jeszcze wieczorem niechcący obudziłam mojego nowego przystojnego współlokatora-motocyklistę, pakując przy latarce manatki...

piątek, 30 października 2009

muzealnie

Piątek upłynął pod znakiem intensywnego zwiedzania. Ponieważ moje preferencje turystyczne okazały się znacząco różne od preferencji pozostałych, spędziłam go głównie sama. Rano odwiedziliśmy jeszcze wspólnie Yerebatan – podziemia pod dzielnicą Sultanahmet, które służyły przed wiekami jako ogromna cysterna na wodę zaopatrująca bazylikę. Trzeba przyznać, że bardzo ładnie je odrestaurowano, mniej więcej tak wyobrażałam sobie piwnice pod Krakowem, o których mowa w legendach (mnie więcej, bo mniej przestrzennie; nieważne...). Potem większość ruszyła na Grand Bazar, ja do Muzeum Archeologicznego. A tutaj jak w większości tego typu miejsc: niektóre rzeczy naprawdę zachwycające, ale wystawione w takiej ilości, że po godzinie wciąż jest się na początku wystawy i przechodzi ochota na więcej... Bez wyrzutów sumienia odbyłam zatem przyspieszony (czyt. niemal trzygodzinny) spacer po muzeum, po czym... skierowałam się do kolejnego muzeum. Harem w pałacu Topkapi nie dawał mi jednak spokoju... Ostatnio go nie zwiedziliśmy, bo po pierwsze już nam się nie chciało, po drugie pomimo horrendalnie drogiego wstępu do pałacu (który my mieliśmy za free) za wejście do haremu była pobierana kolejna opłata (tym razem magiczna złota karta nic tu nie mogła zdziałać), po trzecie i tak było za późno. Wyłuskałam zatem z portfela 15 lir, po raz kolejny klnąc w duchu na tutejsze turystyczne zdzierstwo, i weszłam do jednego z miejsc najbardziej nakręcających od zawsze ludzką wyobraźnię... Harem, czyli prywatne komnaty sułtana, jego matki, żon i konkubin faktycznie są inne niż oficjalna część pałacu. I faktycznie piękne – różnokolorowe i wzorzyste kafelki wyglądają pięknie. Ale przede wszystkim są (komnaty, nie kafelki) – puste. Bez życia. Nieme. Dopiero kiedy zaczyna pracować wyobraźnia i człowiek pomyśli o tych setkach spiskujących i knujących intrygi kobiet snujących się po korytarzach, rozważających jak zbliżyć się do najwyższych urzędników, jak zapewnić sobie lepszy byt (ha! przeczytałam gdzieś w przewodniku, że te kobiety żyły w potwornych warunkach i często umierały od zimna i przeróżnych chorób; dopiero te, które zostały dostrzeżone przez sułtana, były przenoszone do lepszych [wciąż wspólnych] pomieszczeń, nałożnice dostawały prywatne komnaty, ale dopiero ciąża oznaczała przeniesienie do naprawdę dobrych warunków...) i wpływy, dopiero wtedy to miejsce zaczyna być nieco bardziej realne i po prostu żywe. Po wyjściu z haremu i długich rozkminach „co dalej?” (które proste nie były, bo lało...), postanowiłam zwiedzić dwa najbardziej rzucające się w oczy meczety Stambułu – czyli ten przy moście Galata oraz górujący nad miastem meczet Sulejmana. W drodze do pierwszego zahaczyłam jeszcze o przereklamowany Targ Korzenny, w którym obecnie sprzedaje się głównie słodycze (dobrze, że nie było to jedno z pierwszych odwiedzonych przeze mnie w Turcji miejsc, bo straciłabym pewnie kupę kasy; teraz zdążyłam się już oswoić z tutejszymi smakołykami i jedynie baklava wciąż robi na mnie wrażenie...) i herbaty – oczywiście można tu usłyszeć niemal wszystkie języki oprócz tureckiego, Targ jest bowiem prawie wyłącznie turystyczny – żaden normalny Turek nie robiłby tu zakupów, przepłacając kilkakrotnie. Na zewnątrz (bo Targ jest budynkiem o konstrukcji podobnej do sukiennic, tyle że w kształcie litery L) jest natomiast mnóstwo stoisk ze zwierzętami i wszystkimi związanymi z nimi akcesoriami oraz rzeczami ogrodniczymi. W meczecie chwilę się pomodliłam, jednak i tak największe wrażenie zrobiło na mnie miejsce do obmywania się na dziedzińcu, które nie jest tu tylko ozdobą, ale wciąż jest używane... I właśnie kiedy chciałam zrobić zdjęcie chłopcu myjącemu nogi, uświadomiłam sobie, że nie mam aparatu. Szybki powrót do meczetu, na miejsce gdzie siedziałam... Widząc moje zaniepokojenie siedząca nieopodal starsza Turczynka wyciągnęła z uśmiechem i podała mi aparat... Super. Scenariusz mógł być przecież zupełnie inny. Potem, już po ciemku, skierowałam się w stronę meczetu Sulejmana – co znów proste nie było, bo chociaż z racji swego położenia na górce był doskonale widoczny, to otoczony wokół labiryntem wąskich bazarowych (tym razem normalnie, nie turystycznie bazarowych...) uliczek ze sklepikami i sklepiczkami sprzedającymi wszystko... A że ludzie właśnie się zwijali, kończąc pracę, panował tu spory ruch. Niektórzy wjeżdżali w uliczki samochodami, uniemożliwiając nie tylko przejazd pozostałych pojazdów, ale nawet przejście pojedynczych ludzi... Przynajmniej udało się po raz kolejny doświadczyć „normalnego” życia tutaj, o co w tej dzielnicy wcale nie jest łatwo... Weszłam do meczetu, który, niestety, jest chyba podczas remontu, jedynie małe miejsce jest udostępnione do modlitwy. A że zbyt ciekawe nie jest, skierowałam się zatem po raz kolejny za zasłonkę z tyłu oddzielającą miejsce modlitwy dla kobiet... Tam podeszła do mnie młoda dziewczyna ubrana w czador (być może nie jest to poprawna nazwa... niestety wciąż nie odróżniam zróżnicowanych tu jednak w pewien sposób tradycyjnych muzułmańskich ubrań... w każdym razie to było czarne, luźne i zasłaniało głowę, chociaż nie twarz) i zaczęła bardzo przyjaźnie rozmawiać: kim jestem, skąd, co tu robię, co studiuję... Okazało się, że ona ma 16 lat, chodzi do liceum, gdzie uczy się w kierunku nauk humanistycznych (socjologia, angielski i arabski). Bardzo ucieszyła się ze spotkania, wzięła mojego maila i bardzo chciała spotkać się ponownie... Bardzo miło. Chociaż było to niesłychanie zaskakujące: w takim miejscu, o tej porze... No i dotychczas dziewczyny z anglistyki, z którymi się zakumplowałam, nosiły co najwyżej chusty i długie płaszcze (w Konyi wiele – chociaż nie większość – Turczynek je nosi; powód jest zapewne ten sam, co w przypadku czadorów – nieprowokowanie przypadkowych mężczyzn na ulicy do grzechu...). Pobłąkałam się jeszcze trochę po przypadkowych uliczkach, ale w kontrolowanym kierunku i ponownie trafiłam na plac Beyazit, koło którego przechodziliśmy wczoraj – miłe miejsce z zabytkowym meczetem, głównym budynkiem Uniwersytetu Stambulskiego i placem pełnym gołębi. Studencko i gołębio – znaczy że swojsko. Ponieważ wczoraj z powodu święta uniwersytet był zamknięty, postanowiłam sobie odbić to teraz. Jakby nigdy nic przeszłam przez bramę pilnowaną przez strażników... Ale jednak któryś zawołał do mnie już za moimi plecami. Nie było rady. Okazało się jednak, że chłopak, który jest tutaj strażnikiem jest szalenie serdeczny i choć nie mówił za dobrze po angielsku, zdołał mi co nieco opowiedzieć o historii tego miejsca (podobno budynek uniwersytetu był służył jako pierwszy pałac sułtański po zajęciu Konstantynopola) i w ogóle – pogadać. Zostałam też poczęstowana gorącą czekoladą... I jak tu nie lubić Turków? :) Potem napatoczyli się jeszcze jego kumple studenci – Azerowie, którzy również byli mili i pomimo zakazu wzięli mnie na teren uniwersytetu, żebym mogła sobie ten zabytkowy budynek pooglądać. Niestety potem okazali się „normalnymi Turkami”, a więc odprowadzili mnie pod sam hostel, naciskając na spędzenie jutrzejszego dnia razem... Ech.

czwartek, 29 października 2009

Dzień Republiki

W czwartek przypadał Dzień Republiki – chyba najważniejsze święto państwowe upamiętniające utworzenie przez Ataturka w 1923 r. Republiki Tureckiej na wzór państw europejskich w miejsce dotychczasowego wieloetnicznego, wielokultorowego i wielowyznaniowego Imperium Osmańskiego. Najbardziej oczekiwaną atrakcją dnia miał być wieczorny pokaz sztucznych ogni nad Bosforem, dowiedzieliśmy się jednak, że rano planowana jest jakaś parada. Miasto było raczej wymarłe i już podejrzewaliśmy wprowadzenie nas w błąd, kiedy spotkaliśmy bardzo wesołą szkolną wycieczkę udającą się właśnie na paradę. Ku ogólnej radości posługujących się kilkoma angielskimi zwrotami uczniów i niemówiącego po angielsku nauczyciela, dołączyliśmy do rozwrzeszczanej grupki, stanowiąc dla nich niemałą atrakcję. Tureckie dzieciaki są absolutnie fantastyczne w swojej żywiołowości i spontaniczności i absolutnie koszmarne w swoim rozpuszczeniu przez dorosłych. Trafiliśmy wreszcie na miejsce pilnowane przez policję i wojsko, w którym roiło się od czerwonych flag, szalików, czapek, opasek, baloników i czego tam ludzie nie wymyślą. Powiewający flagami ludzie oblegający barierki przywodzili mi na myśl papieskie wizyty w Krakowie, natomiast wszechogarniająca czerwień... Do kulminacji obchodów jednak nie doczekaliśmy, nie chcąc tracić czasu i nudząc się już nieco oczekiwaniem...
Kolejnym punktem programu była stambulska siedziba prawosławnego patriarchy. W dzielnicy Fanar jest także podobno największe skupisko zamieszkujących Stambuł Greków – co dało się zauważyć np. poprzez napisy na sklepach i menu przed knajpkami – w języku tureckim i greckim. Poprzedzieraliśmy się zatem przez strome uliczki, które nierzadko świadczyły o biedzie mieszkających tu ludzi – odrapane budynki, mnóstwo kotów, obdarte dzieciaki na ulicy (ale oczywiście wesołe i zaintrygowane naszą obecnością). Zwiedziliśmy ładną prawosławną cerkiew i skierowaliśmy się nad Złoty Róg, aby poszukać jakichś rejsów Bosforem... Po czym uświadomiliśmy sobie, że lepiej byłoby ich szukać nad samym Bosforem, a więc poszliśmy spacerkiem wzdłuż Złotego Rogu, mijając po drodze rzędy wędkarzy (jak można łowić cokolwiek w tak brudnej wodzie... brrr...) i zatrzymując się na jedzonko. Potem okazało się, że znajomy Patrycji może nas zabrać w miejsce, gdzie rejsy są najtańsze i najlepsze, więc spędziliśmy sporo czasu, próbując się z nim umówić i spotkać gdzieś w okolicy mostu Galata (czyli w centrum)... Gdy spotkanie doszło wreszcie do skutku, okazało się, że z rejsu nici... Część ekipy została z kolegą-mentorem, część wróciła w okolice hostelu po chorującą Elę, aby ruszyć wieczorem na Taksim (obecne, nowoczesne centrum miasta). W drodze na plac mieliśmy jeszcze małą przygodę, gdy okazało się, że tramwaj zaczął jechać... do tyłu. Tak to tutaj jest sprytnie wymyślone, że niektóre dojeżdżają po prostu do pewnego przystanku i zawracają. Po dłuższym czasie i już po ciemku udało się wreszcie wdrapać na Takism (które znajduje się na niemałej górce), a tam złapać „nostalgic tram” jeżdżący wyłącznie turystycznie po głównej ulicy Stambułu (takiej naszej Floriańskiej tylko w parokrotnym powiększeniu). Zaspokoiwszy doznania turystyczne, ruszyliśmy do sklepów z ciuchami. :) I właśnie wychodząc z Bershki, usłyszeliśmy TO. Sztuczne ognie... Niech to szlag, zapomnieliśmy!! A tak na nie czekałam... Teraz w zasadzie już niewiele się dało zrobić... Przedostanie się nad Bosfor zajęłoby nam dobre kilkanaście minut biegiem, a tu wszędzie tylko wysokie budynki... Plując sobie w brodę, znaleźliśmy jakieś miejsce gdzie budynki były nieco niższe i dało się zobaczyć jakiś prześwit między nimi i gapiliśmy się na docierające aż tu resztki sztucznych ogni... Ale to przecież nie to samo... Porządnie zepsuło mi to cały wieczór.

środa, 28 października 2009

Stambuł w deszczu

Ponad tydzień minął od powrotu ze Stambułu, a przez ten czas, jak zwykle tutaj, wydarzało się prawie nic, a ciągle coś, więc piszę dopiero teraz. Postanowiłam się jednak zlitować i podzieliłam relację z wypadu na poszczególne dni. Dobrze byłoby jednak czytać po kolei. ;)

Zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, bo, pomimo kiepskiej opinii tutejszej kolei, cena biletów w obie strony (w tym w jedną kuszetkami) była niemal identyczna z ceną biletu autobusowego w jedną stronę (autobus – 50 TL, pociąg kuszetki – 33 TL, zwykły – 22 TL). I jak zwykle okazało się, że opinie są mocne przesadzone, pociągi bardzo czyste i wygodne (może nawet bardziej niż autobusy, tyle że w cenie nie ma napojów i ciasteczek oraz radyjka wmontowanego w siedzenie; jakoś bez tego przeżyjemy). Ruszyliśmy zatem we wtorek po południu, aby wylądować w mieście w środowy poranek.

Część ekipy jechała do Stambułu już mocno przeziębiona po wypadzie do Kapadocji, na miejscu przywitał nas dodatkowo chłód, wiatr i deszcz. Milusio. Mimo wszystko wycieczka dobrze się zaczęła, bo żeby w ogóle dostać się z naszego położonego po stronie azjatyckiej dworca (Istanbul Haydarpasza) do turystycznej dzielnicy Sultanahmet, w której znajduje się Hagia Sophia, Błękitny Meczet i większość hosteli, trzeba było przeprawić się promem przez Bosfor. W hostelu zajęło nam chwilę zanim dogadaliśmy się z chłopakiem na recepcji, zrzuciliśmy graty w średnio przyjemnych pokojach (uroki najtańszych hosteli – położonych faktycznie w świetnym miejscu, tutaj jednak już kilka kroków od centrum można znaleźć bardzo biedne dzielnice, a umieszczone w nich schronisko nie przestaje być przecież „blisko centrum”...), wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy do miasta. Mówiąc szczerze to pierwsze spotkanie ze Stambułem trochę mnie wystraszyło – dużo ludzi, ulice, mosty, przejścia podziemne, samochody, autobusy, tramwaje, promy... Dobrze, że Piotrek miał adres hostelu i informację, jak tam mniej więcej trafić. Ja jednak miałam zostać tu dzień dłużej niż wszyscy (początkowo planowałam zatrzymać się u kogoś na CouchSurfingu, więc kupiłam bilet powrotny na niedzielę) i w tym momencie trochę mi straszno było o tym myśleć...

Jako że mieszkaliśmy kilka kroków od Błękitnego Meczetu, tam udaliśmy się najpierw. Budowla naprawdę robi duże wrażenie. Po sesji fotograficznej chcieliśmy wejść do środka, jednak okazało się to niemożliwe z powodu godziny modlitw, kazano nam wrócić później. Poszliśmy zatem do położonej vis-a-vis Ayasofii... I tam utknęliśmy już na dłuższy czas. Po pierwsze znowu uratowała nas „złota karta” (karta muzealna), bo okazało się, że wstęp do świątyni kosztuje... 20 TL! Traktowanie zagranicznych turystów (bo prawie wyłącznie oni odwiedzają w Turcji muzea...) jest tu niebywałe. Ogrom przestrzeni, półcień, wiele wciąż zniszczonych zdobień, a pośród nich chrześcijańskie mozaiki i arabskie tablice z Imieniem Bożym, świadomość historii tego miejsca – wszystko to jest zapewne uderzające dla większości odwiedzających. Hagia Sophia jest przy tym wszystkim miejsce dziwnym – trochę świątynią (choć masy turystów oglądających ją jak muzeum, a nie pogrążonych w modlitwie przypominają, że to już nie jest mieszkanie Boga), trochę muzeum (choć wspomniana wcześniej pamięć o dziejach i wszystkie religijne elementy, zwracają uwagę na inne przeznaczenie tego miejsca...) - w zasadzie oboma naraz i żadnym z nich w rzeczywistości. Przewędrowaliśmy zatem to miejsce, zatrzymując się dłużej przy nieźle zachowanych, a naprawdę pięknych mozaikach, po czym wróciliśmy do Błękitnego Meczetu. Tym razem weszliśmy tam bez problemu (zabierając ze sobą buty w siatkach) i zdziwiliśmy się nieco panującej wewnątrz atmosferze. Jak w większości atrakcyjnych turystycznie meczetów jest tu barierka oddzielająca miejsce dla turystów od miejsca modlitwy. Modli się jednak niewiele osób, mnóstwo natomiast wypoczywa po drugiej stronie barierki. „Wypoczywa” to chyba najlepsze słowo. Nie ma tu bowiem skupienia towarzyszącego zwiedzaniu zabytkowych świątyń chrześcijańskich, nie ma też wielu miejsc (rzeźb, malowideł, detali architektonicznych), do których trzeba by podejść, aby podziwiać je z bliska. Prawie wszystko jest dobrze widoczne z miejsca, w którym się stoi, a miękki dywan i panujące w środku ciepło zachęcają do tego, aby usiąść... Większość turystów siada zatem na dywanie i syci oczy, rozmawiając półszeptem, czytając przewodniki... Oczywiście dołączyliśmy do nich. Po wyjściu z meczetu postanowiliśmy pójść do ostatniego z trójcy stambulskich „must visit” - sułtańskiego pałacu Topkapi (wybudowanego po zajęciu Konstantynopola w 1453 r.). Także robi wrażenie, choć w zupełnie inny sposób. Jest on przede wszystkim bardzo rozległy (budynki rozmieszczone na 3 czy 4 dziedzińcach) i bardzo wschodni. Zupełnie inny niż pałace europejskie, przywodzi na myśl wschodnie baśnie – dziedzińce, ogrody, arkady, komnaty, w których brak sprzętów, a siedzi się położonych na podłodze siedziskach... Oglądany jednak bez przewodnika wskazującego i tłumaczącego najważniejsze miejsca, szybko może znudzić i przytłoczyć ogromem. Podczas oglądanie kosztowności sułtańskiego skarbca zrobiłam się już baardzo senna... A że szybko teraz robi się ciemno, opuszczaliśmy pałac niemal pod wieczór. Ja trochę powłóczyłam się po przylegającym do pałacowego wzgórza parku, po czym wróciłam do hostelu.

sobota, 24 października 2009

chwilowe zawieszenie

Lojalnie informuję, że przez najbliższy czas - prawdopodobnie do początków listopada - wpisów nie będzie. We wtorek popołudniu wyjeżdżamy do Stambułu, a do tego czasu muszę napisać ponad dwadzieścia zaległych konspektów z lekcji w podstawówce i gimnazjum. Rzecz prawie nierealna, tym bardziej przy jednoczesnym prowadzeniu bloga... Wrzuciłam za to kilka nowych zdjęć do galerii.

piątek, 23 października 2009

tydzień w skrócie

W swoim pojmowaniu czasu Mann miał chyba rację - zaczyna się on nienaturalnie rozciągać. Albo po prostu popadam w coraz większą rutynę. Albo coraz mniej rzeczy mnie dziwi i wydaje mi się godnych opisania. Albo może powinnam wziąć się w końcu do poważnej pracy?!

Od sobotniej wycieczki dopadł mnie kryzys energetyczny i śpię w każdej wolnej chwili (tak, Ewelinko, nic nowego ;)). Ale dziwne to o tyle, że śpię i w nocy i w dzień między zajęciami... Niektórzy obwiniają o to konijską nudę. Ale czy ja wiem...

Na uczelni ciąg dalszy zajęć – wypadają one bardzo różnie. Niektóre są fantastyczne, ciekawe, zrozumiałe; inne z kolei śmiertelnie nudne i niemal w całości niejasne. Głównie dzieje się tak poprzez tutejszy system: nie ma oddzielnych ćwiczeń i wykładów, dlatego zawsze jakaś część zajęć, a czasami nawet całość, to prezentacje przygotowane przez studentów, którzy często nie potrafią jasno wyłożyć problemu (chodzi i o logikę wypowiedzi i o wymowę). A wtedy się wyłączam i zasypiam... Czeka mnie jednak dużo samodzielnej pracy, mamy bowiem kilka lektur, które powinny być przeczytane w zasadzie na już. Oczywiście po angielsku... Oj, może być ciężko.
Jeśli chodzi o ciekawostki zajęciowe z ostatnich kilku dni, to okazało się, że dwa razy w tygodniu będziemy mieć turecki z innym nauczycielem – panem, który uczy angielskiego w tutejszej „klasie zerowej” przygotowującej do studiów na anglistyce; gość jest bardzo pewny siebie, swego uroku osobistego i wspaniałości swojej ojczyzny. Nie lubię takich ludzi, a jednocześnie nie da się go nie lubić... W każdym razie zajęcia są dużo bardziej zrozumiałe, skserowaliśmy nawet coś na kształt podręcznika. Pożyjemy, zobaczymy; pewnie będę jeszcze o tych lekcjach pisać.
Dzisiaj mieliśmy natomiast zajęcia z tureckiego z opisywaną już wcześniej panią. I trochę wstyd mi było – bo prawdą jest, że nauczanie przez osobę, która nie potrafi się z nami dogadać (przypominam, że pani nie zna angielskiego), jest czystym nieporozumieniem i szopką po prostu, ale zachowanie „studentów” w tej sytuacji było żenujące... Śmiechy, komentarze, głupie docinki – istne przedszkole. Ech. Mimo wszystko zrobiliśmy dziś trochę rzeczy, głównie dzięki pomocy Marcusa – erasmusa z Austrii, który uczy się tureckiego od kilku miesięcy, a przed przyjazdem do Konii był na kilkutygodniowym intensywnym kursie; tłumaczył nam zatem podawane przez panią zdania.
Trzeba by jeszcze wspomnieć o zabawnych zajęciach z naszą Amerykanką. Wreszcie ktoś trafnie wskazał, kogo nam ona od początku przypominała – Pippi Langstrumpf! I to nie tylko wyglądem, ale głównie zachowaniem. Wypadające z nią w czwartek i w piątek z samego rana lekcje dostarczają ogromu pozytywnej energii. Niektórzy się śmieją, a ja lubię takich nauczycieli. :) Przy okazji: jakieś piętnaście lat temu przepadałam za filmami o przygodach Pippi, może warto byłoby je sobie odświeżyć...?

Oprócz tego ciąg dalszy zawierania znajomości z Turczynkami. Początkowo słyszałam raczej niezbyt dobre rzeczy na ich temat, jednak większość okazała się kompletną blagą. Dziewczyny są ogromnie serdeczne i otwarte. „Mocna” (i nie tylko damska) część grupy z trzeciego roku po niedzielnym wieczorze już mnie zasymilowała, nazwała Heidi (że niby jestem ciągle idiotycznie uśmiechnięta i pucułowata, tak?) - to chyba ma być komplement, ta kreskówka jest podobno szalenie popularna wśród tutejszych dzieci, poza tym sympatycznie zagadują na korytarzu. Dość niespodziewanie udało się też pozytywnie wejść do grupy z pierwszego roku (mimo że na zajęcia zaczęłam chodzić niemal trzy tygodnie później niż oni), z którą chodzę do naszej rudowłosej nauczycielki (czyli praktyczny angielski – Composition oraz Oral Communication). Przygarnęła mnie tam Cansu i jej dwie koleżanki – bardzo fajne dziewczyny, dziś w przerwach między wytężoną nauką angielskiego uczyły mnie podstawowych zwrotów po turecku. :) Z drugim rokiem zajęć nie mam, a jeśli chodzi o czwarty, to kojarzę jakieś pojedyncze osoby (głównie Arzu, o której już chyba sporo pisałam wcześniej); ale to ostatni rok, ludzie są więc bardziej rozproszeni i zajęci samodzielną pracą.
Ciekawa rzecz wydarzyła się natomiast ostatnio przed zajęciami z tymże rokiem... Zagadał do mnie jakiś gość (dość stary, chyba po trzydziestce – co on tu robi?), pyta, czy jestem z Rosji (jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w sytuacji erasmusowej, tzn. w tym, że jest tu sporo Polaków, zazwyczaj sądzi, że jesteśmy z Rosji – wiadomo – język). Zaczęliśmy dość swobodną konwersację... Okazało się wkrótce, że jest Kurdem. Ja wyraziłam swe zdziwienie i radość ze spotkania, a gość rzucił żart o terrorystach („wiesz, że my jesteśmy terrorystami? lepiej uważaj...”). Potem zapytał mnie o moje zdanie na temat kapitalizmu, ale był to tylko pretekst do wyrażenia jego poglądów na ten temat... Dowiedziałam się też jeszcze, jak bardzo zachodnie mocarstwa i Rosja kontrolują takie kraje jak nasze (np. KGB w Polsce, tym to mnie gość zaskoczył...). To się może wydawać śmieszne, ale kiedy widziałam tego dorosłego faceta cedzącego przez zęby słowa o potędze Stanów Zjednoczonych i Izraela uciskającej słabsze kraje, naprawdę się przestraszyłam. Nie jego konkretnie, ale jest jednak coś przerażającego w tym, że tych poglądów nie podziela jedynie niewielka grupka gotowych na wszystko szaleńców, ale prawie cały naród, w którym szaleńcy są tylko skrajnym efektem myśli i uczuć wszystkich ludzi... Na szczęście trochę hamowała go jego koleżanka Kurdyjka, która zauważyła moje zdziwienie i początkowo kompletne niezrozumienie tematu...
O sprawie Kurdów jeszcze zbyt wiele nie czytałam. Pytałam o to natomiast spotkaną podczas kolacji dziewczynę – ona twierdzi, że relacje pomiędzy ludnością wcale nie są złe, Turcy i Kurdowie są bowiem bratnimi narodami. Jedynym problemem jest sytuacja polityczna i kłopot jaki ma turecki rząd z kurdyjskimi terrorystami...

Do „rozrywek” minionego tygodnia można jeszcze zaliczyć niezbyt miłe przejścia z Yusufem (zwanym przez nas Józefem ;)) – facetem z Biura Erasmusa, który ma pecha być osobą pierwszego kontaktu z nami właśnie. Najpierw poszło o mój Learning Agreement, ze zmianą którego się dość długo ociągałam (moja wina, przyznaję); jednak on oświadczył, że nie mogę dostać za niektóre przedmioty na anglistyce takiej ilości punktów ECTS, na którą się umawialiśmy! I o której pisałam z koordynatorem z anglistyki od zeszłego roku, bo od niej uzależniałam cały mój wyjazd (chodzi głównie o możliwość zamienienia przedmiotów z Polski...). Strasznie się zdenerwowałam i mieliśmy z panem dość niemiłą rozmowę, ale oczywiście nic nie wskórałam. Będę próbować jeszcze na wydziale i pisać maile do Polski... Ugh!
Wczoraj na dodatek okazało się, że opłata na policję za pozwolenie na pobyt wynosi... 125 TL (250 zł!). Od początku wiedzieliśmy, że mocno nas to uderzy po kieszeni, ale nie że aż tak... Poza tym ktoś ostatnio dawał nam cień nadziei, że jeśli będziemy załatwiać to przez Biuro Erasmusa, to być może uda się za darmo... Po kilku godzinach Yusuf jednak zmienił zdanie i w mailu podał kwotę 135 TL. Wszyscy chodzili wściekli (podobno nawet wysyłali znajomych „Turasków” na policję w celu zbadania sprawy, a ta – podobno – powiedziała: 125), ale oczywiście nikt nie zapytał Yusufa wprost, co to ma znaczyć. Znów zatem przypadła mi niewdzięczna rola... „Nasz przyjaciel” (znany jest bowiem ze swego wiecznego: „It's no problem, my friend...”) stwierdził, że po prostu musiał się wcześniej pomylić i błędnie podał nam pierwszą kwotę i że policja wyda nam paragonik. No miejmy nadzieję...

Piotr z ekipą znów odwiedzili w środę centrum – mamy bilety do Stambułu, hurra!!! (wyjazd: wtorek o 17.00, powrót: poniedziałek nad ranem). Bo sprawa z biletami wcale taka oczywista nie była: od wielu osób słyszeliśmy, że trzeba rezerwować je dużo wcześniej, ponieważ w czasie świąt studenci wracają do domów i wykupują miejsca już z ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nam jednak udało się załapać na wyjazd zaledwie tydzień wcześniej, wspaniale.

Acha, dzisiaj z Dorotą i Elą byłyśmy w Akkonaku (taka ekskluzywna restauracja w „Tęczy” - nie do pomyślenia, że zbudowali coś takiego z myślą o studentach) na Kunefe – czyli deserze nr 1 wg Wielkiego Lwa. :) I nie tylko niego... Dziewczynom średnio smakowało – mi, jak zwykle, bardzo. :) A o czym ja w ogóle piszę, można sprawdzić w linku wcześniejszego posta. Kunefe jest jakby smażonym z delikatnym chlebkiem (a może tylko bułką tartą) niesłonym serem żółtym, otoczonym przez coś chrupkiego i bardzo słodkiego, w dużej ilości słodkiego soku... W każdym razie pomimo tego sera żółtego (a w przepisie widzę nawet niesoloną fetę) wszystko jest na słodko. Nie urzekło mnie może tak jak baklava (która zdecydowanie póki co pozostaje faworytem), ale i tak pychota. :) Z każdym dniem czuję, że mnie przybywa...

W „czasie wolnym” czyli pomiędzy zajęciami głównie śpię lub próbuję poczytywać Stambuł Pamuka. Wieczorem często ekipa wychodzi na różnorakie „party”, a ja... śpię. Albo piszę blog. Albo maile – btw, nie ze wszystkimi jeszcze zdążyłam, cierpliwości...

niedziela, 18 października 2009

koło komparatystów

Pierwsza „normalna” niedziela na kampusie w Konii – dłuuugie spanie. Wstałyśmy przed południem, potem Dorota z Piotrem pojechali do miasta, a ja nie mogłam się zdecydować – na wieczór miałam zaplanowane spotkanie z Turkami (dokładnie nie wiedziałam o co chodzi, z opowieści wydawało się czymś jakby zebraniem koła naukowego), nie znałam jednak szczegółów, więc zachodziła obawa, że jadąc do miasta, nie będę miała szansy ich poznać (bo w ramach oszczędności zrezygnowałam z tureckiej karty telefonicznej – ta, podobnie jak karta tramwajowa, jest droooga, a w dodatku po dwóch tygodniach blokują ci telefon i musisz hasać gdzieś po mieście i odblokowywać – oczywiście za kolejne pieniądze). Tak więc doświadczyłam słodkiego niedzielnego lenistwa, chodząc w piżamie do popołudnia i nadrabiając blogowe zaległości sprzed tygodnia. No, i może jeszcze ogarniając co nieco bałagan w pokoju i łazience. Szczęśliwie dostałam wkrótce po południu wiadomość o czasie i miejscu spotkania, wybrałam się zatem do meczetu, by uczcić jakoś niedzielę, a zaraz potem pomknęłam przed Gökkuşağı (czyli „Tęcza shopping-centre”) na spotkanie.

Przy okazji: będzie krótko o meczetach i kościołach. W Konii istnieje kościół katolicki – oczywiście w centrum miasta, nie na kampusie. To duży plus (że w ogóle istnieje), minus jest jednak taki, że nie istnieje tu katolicki ksiądz. Kościołem opiekują się podobno dwie siostry zakonne (Włoszki), które prowadzą też spotkania poświęcone czytaniu Słowa. Wielokrotnie będąc w mieście, przechodziliśmy nieopodal kościoła, odstraszyły nas nieco jednak zamknięte drzwi i wyznaczone godziny „drzwi otwartych” - wypadające niestety wtedy, kiedy mam zajęcia na kampusie (a odległość między kampusem a miastem to, przypominam, 40 minut jazdy...). :( Zatem sióstr jeszcze nie poznaliśmy, ale nie tracę nadziei, że prędzej czy później to nastąpi. Podobno nie jest też tak tragicznie ze sprawowaniem Eucharystii, bo raz na jakiś czas pojawia się w Konii ksiądz (bo jest to miejsce, jakby nie było, kultu religijnego, zatem liczne chrześcijańskie pielgrzymki w Turcji zaglądają także i tutaj). Póki co jednak chodzę do znajdującego się na kampusie meczetu. Zazwyczaj wejście do głównej sali od strony dla kobiet jest zamknięte (raz tylko udało mi się tam wejść – wrażenia: ogrom, pustka... i myśli rozbiegane), jest za to niewielki pokoik również przeznaczony do modlitwy (czyli wyłożony wykładziną i małymi dywanikami, zaopatrzony w chusty i tespihy – takie tutejsze „różańce”). Tutaj jakoś łatwiej myśli zebrać... W ciągu dnia meczet jest niemal pusty, tylko kilka razy zdarzyło się spotkać jakieś dziewczyny w „pokoiku”. Dlatego zazwyczaj ściągam buty, ale nie zakładam chusty. Podobno zachowanie nie-muzułmanów w tej kwestii jest traktowane bardzo różnie (od całkowitego zakazu wstępu do meczetu dla takich osób po niezwracanie uwagi na brak nakrycia głowy), mam zatem nadzieję, że nikogo nie urażam i zmienię je pewnie, gdy ktoś mi zwróci uwagę (co innego w meczetach w mieście – tam jest wiele starszych i religijnych osób, więc chusta będzie pewnie obowiązkowa; piszę „pewnie”, bo do tamtejszych meczetów wybieramy się dopiero w następną sobotę). Za pierwszym razem trochę peszył nas sposób modlitwy Turczynek (jest ona bowiem bardzo „dynamiczna” - wstają, klękają, kłaniają się...) i nie wiedziałyśmy, jak się zachować. Im dłużej tu jednak jestem, tym bardziej odnoszę wrażenie, że najlepiej zachowywać się normalnie – i tak właśnie robię.

Jeśli chodzi o efekty wycieczki Doroty i Piotrka do miasta, to okazały się niezwykle cenne: okazuje się, że z wystawionym niedawno dokumentem zaświadczającym studiowanie na Selcuk Univeristesi możemy kupić kartę muzealną (taki cudowny kawałek plastiku kosztujący 10 TL i dostępny tylko dla obywateli tureckich, który uprawnia do darmowego wejścia do największych – a zatem najczęściej i najdroższych, np. Hagia Sophia wstęp 20 TL... - państwowych muzeów), świetnie, bo okazało się również, że pociągi w Turcji są naprawdę tanie (a przynajmniej dużo tańsze od autobusów; tu jest tak: autobusy – szybko, wysoki standard, drogo, np. 50 TL za trasę Konya-Stambuł; pociągi – wolniej, niższy standard, taniej – 22 TL za tę samą trasę), a zatem nasz plan wybrania się w przyszłym tygodniu do Stambułu nabiera realnych kształtów. Pięknie, pięknie.

Ale wracając do tego przedziwnego spotkania. Pod centrum przyszło dużo bo około 15 osób i w takiej ekipie udaliśmy się do miasta. Mijając po drodze McDonald i polecaną mi knajpę z nargilą, skierowaliśmy się do czegoś, co wyglądało na mały fast-food. Okazało się jednak, jak często tutaj..., że restauracyjka ma również piwnicę, która jest już w zgoła innym klimacie. Dołączyło do nas jeszcze kilka innych osób oraz bardzo sympatyczna czarna pani z mężem, jak się okazało – wykładowczyni z Południowej Karoliny, która w zeszłym roku uczyła Literatury Amerykańskiej; ona właśnie została poproszona przez „ekipę” o objęcie patronatu nad całą akcją. O przedsięwzięciu dyskutowaliśmy przez pierwsze piętnaście minut – a raczej dyskutowały z panią profesor trzy najbardziej zaangażowane osoby, ja próbowałam wytężyć słuch i też coś z tego usłyszeć i zrozumieć, co jednak nie zawsze było mi dane, ponieważ rozmawiałam równocześnie z bardzo miłym kolegą Alparslanem (czy jakoś tak... znaczy to tyle co Duże Lew; acha! bo zapomniałam dodać, że wiele imion tureckich coś znaczy, mam już zatem znajomych o imionach: Pragnienie, Inspiracja, Morze&Życie, Rajskie Drzewo [a raczej nazwa własna tego drzewa], Deszcz, Morze, Szczęście... ładnie :)). Owoce konwersacji były słodkie :) - Alparslan sporządził bowiem w moim „zeszycie do wszystkiego” wykaz dwunastu najlepszych tureckich deserów (a ja jadłam tylko cztery! dramat! ważę już z pięć kilo więcej, a ile jeszcze rzeczy przede mną!). No dobrze, jeśli kogoś bardzo interesuje, to podaję (bez tureckich znaków):
1.Kunefe
2.Baklava
3.Lokum
4.Sekerpare
5.Pismaniye
6.Helva
7.Kahramanmaras Dondurmasi
8.Gullac
9.Sutlac
10.Ekmek Kadayifi
11.Kemal Pasa Tatlisi
12.Kazandibi

Jeśli chodzi o tę poważniejszą dyskusję w drugim końcu stołu, to zdołałam wychwycić tyle, że głównym przedmiotem zainteresowania grupy ma być poznawanie literatury obcej (pytali chyba o literaturę mniejszości w Ameryce, byli bardzo zainteresowani polską...), a przede wszystkim pokazywanie ścierania się ze sobą dwóch zupełnie różnych światów, interakcji kultur – tutaj próbowano stworzyć listę filmów, w których ktoś z zupełnie innej rzeczywistości nagle znajduje się w Turcji... Bo grupa zdaje się być skierowana nie tylko ku literaturze, ale też szeroko pojmowanej sztuce (film, muzyka). Czyli jednym słowem zupełnie przypadkowo trafiłam na pierwsze spotkanie tureckiego koła komparatystów. :) Ale to co dobre dopiero się zaczynało... :) Wkrótce zjawiło się kilku panów z sazami (tradycyjny turecki instrument) i jeden z gitarą. I zaczęli grać... A wszyscy zaczęli śpiewać... Stare (choć nie tak bardzo – podobno z lat 50., 60. i 70.) tureckie piosenki... A wszystko to w nastroju balladowo-niesłychanie-emocjonalnym. Oczywiście moje klimaty. Okazało się, że 90% tych piosenek jest o miłości (tak, to po prostu słychać). Najlepsze jest jednak to, że tutaj zna je KAŻDY i wszyscy (zarówno dziewczyny jak i chłopcy) bardzo chętnie razem śpiewają. Zaraz idą też w ruch ręce, ruchy ciała... A w pewnym momencie jeden chłopak wstał, wyszedł na środek i zaczął tańczyć. Tak po prostu. Taki taniec wygląda zupełnie inaczej niż nasz „nowoczesny” - tutaj tańczy całe ciało – biodra, tułów, ramiona... Pięknie, pięknie. Dołączyło się kilka dziewczyn. Naprawdę coś niesamowitego. W międzyczasie na stół wjechała baklava (mmm...) i turecka kawa zbożowa. A świetna zabawa trwała do 21.00. Cudowny wieczór...

sobota, 17 października 2009

Catalhoyuk

W sobotę zbyt długo nie pospaliśmy – zaplanowaliśmy bowiem na ten dzień wizytę w Catalhoyuk, prawdopodobnie najstarszej znanej osadzie ludzkiej sprzed dziewięciu tysięcy lat! A znajduje się ona (a raczej odkrywane przez archeologów jej pozostałości) nie gdzie indziej, tylko 50 kilometrów od Konii. Dziewięcioosobowa ekipa opuściła zatem w sobotni poranek (o 7.00!) zacne osiedla Ataturka i skierowała się w stronę starego dworca autobusowego w Konii. Tam niespodziewanie szybko i bezproblemowo (biorąc pod uwagę to, że nikt tu nie mówił po angielsku) odnaleźliśmy autobus jadący do Czumry, aby po niespełna godzinie jazdy wysiąść na obskurnym dworcu w jakiejś, mówiąc eufemistycznie, niezbyt dużej tureckiej miejscowości (która, jak się później okazało, ma podobno kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców!). Tu chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o autobusie, który według słów pamiętnego sprzedawcy dywanów miał kursować do oddalonej zaledwie o kilometr od naszych wykopalisk wioski (a od Czumry jakieś 15 kilometrów), jednak wszyscy zapytani przez nas ludzie odpowiadali tylko jedno: „taxi” (prawdopodobnie z naszego pytania też zrozumieli tylko „Catalhoyuk”, ale to tu w zupełności wystarcza). Zdenerwowani że znowu nas wrabiają, ale bezsilni, rozpoczęliśmy pertraktacje taksówkowe i przyjęliśmy w miarę przyzwoitą propozycję (10 TL – 20 PLN od łebka za trasę w tę i z powrotem). Załadowaliśmy się zatem do żółtej taksówki (4 osoby do tyłu i 4 do bagażnika, w którym położono „ławeczki”) i pomknęliśmy przez anatolijski step (ale jezdnią, jezdnią…), podskakując na wybojach. Zatrzymaliśmy się gdzieś w polu – dwa małe murowane budyneczki, w oddali szmat srebrnej folii. Pan taksówkarz krzyknął coś przy wejściu do budyneczku i pokazał, aby iść za nim – zrozumieliśmy, że zamienił się teraz w naszego przewodnika. Ale oprócz tego nie rozumieliśmy nic – gdzie ta cała ekipa archeologów, którzy tu mieli pracować? Gdzie badacze z Polski, o których słyszeliśmy, profesorowie, studenci? Gdzie jakiekolwiek życie? Nic, pustka, step. Pan taksówkarz, który ewidentnie rozpoznał w Piotrku przewodnika grupy, właśnie coś mu opowiadał po turecku, nie zrażając się zerową funkcją fatyczną języka swego rozmówcy. Pod srebrną folią zobaczyliśmy trochę dołów, które faktycznie miały jakieś regularne kształty. Niektórzy się cieszyli, ja byłam raczej załamana. Na szczęście okazało się, że jest jeszcze jeden niezauważony przez nas wcześniej teren wykopalisk – tu już można było obserwować z umieszczonych nad ziemią platform nie tylko zarysy pomieszczeń, ale też niektórych elementów wewnątrz i porównywać je z opisanymi po angielsku rysunkami na tablicach informacyjnych. Ufff. Potem pan zabrał nas jeszcze do zrekonstruowanego w kiczowaty sposób neolitycznego domku i wypowiedział też magiczne słowo „cinema". Obejrzeliśmy na zwykłym małym telewizorze film przedstawiający historię tego miejsca, i sposób życia ludzi przed tysiącami lat. Sporo można też było się dowiedzieć z tablic umieszczonych w całym wnętrzu niewielkiego budynku. I całe szczęście, że zadbano o te elementy, w przeciwnym razie miejsce byłoby zupełnie „nieme”… Nie ma sensu rozpisywać się tutaj na temat Catalhoyuk – zalanej wówczas przez wodę równinie anatolijskiej, łażeniu ludzi po dachach i drabinach i chowaniu zmarłych pod podłogą – o wszystkim tym można poczytać na stronie internetowej projektu. Wspomnę jedynie o Wielkiej Matce, której glinianą figurkę odnaleziono i tutaj… Odsyłam do wiersza Herberta.
Reasumując: wizyta pouczająca i warta odbycia. Raz z pewnością wystarczy.

Gdzieś podczas powrotu z Czumry do Konii zaczął się mój kryzys – spaaaać. Małą ilość snu tej nocy nadrabiałam w autobusie i tramwaju na campus (przy temperaturze około 30 stopni…). W akademiku okazało się jednak, że to chyba nieco poważniejsza sprawa i spałam już przez resztę dnia do samego wieczora. Po kolacji na chwilę wstąpiło we mnie życie, zdołałam zatem sporządzić przebiegłą listę planowanych wyjazdów, uwzględniając w niej przerwy świąteczne (zarówno tureckie – bliski Dzień Republiki i listopadowe Święto Ofiarowania, jak i nasze, szczególnie Boże Narodzenie), dni wolne od nauki i dni, które takimi zamierzam uczynić, a także egzaminy śródsemestralne i semestralne. A zatem plan na obecny semestr mniej więcej gotowy, w najbliższym czasie, 28 października (na 29 przypada Dzień Republiki) ruszamy na Stambuł!

piątek, 16 października 2009

ruda Amerykanka

Poranne zajęcia z Oral Communication były wyczekiwane przez wszystkich z pewnym napięciem – nowy nauczyciel, z Ameryki! I podobno bardzo fajny, otwarty, energiczny… Jakież było moje zdziwienie, gdy okazała się nim młoda, wysoka, chuda, ruda kobieta, która właśnie weszła do klasy… Ale wszystko się zgadzało – zajęcia świetnie prowadzone, a przy tym bardzo zabawne. Kiedy podeszłam podczas przerwy, żeby się przedstawić, pani się bardzo ucieszyła ("bo też przyleciała w zeszłym tygodniu") i zapytała, czy nie znam może jakichś lekcji tureckiego… Podałam jej zatem miejsce i godzinę dzisiejszych, pierwszych zajęć „Języka i kultury tureckiej”…

… które były iście zabawne. Pani je prowadząca nie mówiła bowiem po angielsku. O ile przedstawienie się nie stanowiło jeszcze problemu (ben Karolina!), to w momencie kiedy powiedziała „ben i-coś-niezrozumiałego” (wyczuliśmy, że chodzi o wiek) i wskazała z uśmiechem kolejną osobę, wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem. Podobnie było z każdym następnym zdaniem. Pani mówiła np. „Mam dwoje dzieci” (na szczęście w biurze znalazł się ktoś, kto tłumaczył nam to na angielski) i wskazywała z wyczekującą miną kogoś z nas, aby na przykład powiedział „Nie mam dzieci”. Wtedy mówiliśmy, że nie wiemy, jak to jest, a pani łaskawie nas oświecała. Oczywiście większość tych zdań (wypowiedzianych zupełnie naturalnym głosem, czyli nieszczególnie głośno i wyraźnie) była nie do powtórzenia, czego pani zdawała się nie zauważać. Dlatego częstotliwość wybuchów śmiechu nasiliła się, co może mogłoby być odczytane za niegrzeczne, ale doprawdy innej odpowiedzi na tę sytuację nie mieliśmy… A Amerykanka? W zasadzie w niczym nam nie ustępowała, poza tym, że może czasami starała się sprawiać pozory nieco bardziej poważnej… Ale bliżej jej było raczej do naszego rozbawienia. Pogawędziliśmy też miło o jej programie (jest tu bowiem wraz z dziewiątką kolegów, którzy trafili do innych miast w Turcji na jakiejś wymianie nauczycieli akademickich) i planowanych przez nas wszystkich podróżach… Bardzo fajna nowa koleżanka. I nawet zajęcia na anglistyce mamy dwa razy w tygodniu razem... ;)

czwartek, 15 października 2009

gościnność

Czwartek miał być dniem intensywnych zajęć na uczelni – od przedpołudnia do późnego popołudnia. I wszystko zaczęło się zgodnie z tym planem: rano pojechałyśmy z Dorotą na Advanced Writing&Reading na anglistyce (sympatyczna prowadząca, sympatyczne zajęcia – i nawet nie tak bardzo „advanced”, jak się tego obawiałyśmy) – omawialiśmy tekst dotyczący metod szybkiego czytania ze zrozumieniem i rozmawialiśmy o własnych sposobach. Potem ćwiczenia w szybkim przemieszczaniu się po kampusie i jedzeniu – miałam bowiem godzinę, żeby dostać się na naszą stołówkę, zjeść lunch i wrócić na wydział. Tam już zajęcia z English Literature – tym razem z prof. Fatmą, której nazwiska wciąż nie jestem w stanie zapamiętać (ciekawostką jest to, że większość wykładających tu kobiet wygląda zupełnie jak Europejki, prof. Fatma jest wręcz blondynką o jasnej skórze i brwiach…). Powinno być wspaniale, bowiem było to wprowadzenie do głównych założeń romantyzmu (czyli znów obracamy się w kręgu znanych zagadnień) – czy to jednak przez chaotyczne i niezbyt dobrze mówione prezentacje studentów, czy przez moją senność – nie byłam w stanie zrozumieć większości zajęć. Przykre i trochę straszne. Dodatkowo zaprezentowano jakąś opasłą antologię i nikt nie był w stanie sprecyzować, czy do egzaminu obowiązują nas jedynie jej fragmenty czy może całość…

Po zajęciach byłam już umówiona z Gulsum – dziewczyną, która kiedyś przy pierwszej rozmowie zaproponowała mi spotkanie. A że do następnych zajęć miałam niecałą godzinę, zasugerowałam jakąś ławeczkę w pobliżu… Gulsum jednak planowała zabrać mnie do swojego akademika i poczęstować tureckim jedzeniem i łatwo od swych planów nie odstąpiła – a ja nie nauczyłam się jeszcze odmawiać uprzejmości Turków. Że jednak przekonywała mnie, że jej akademik jest blisko, nie traciłam nadziei, że zdążę na zajęcia… Po nadziei nie zostało śladu, kiedy Turczynka zapytała mnie, gdy jadłyśmy obfity obiad w jej położonym poza campusem akademiku, o której właściwie zaczynają się te moja zajęcia, a ja już tylko z obojętnością skonstatowałam, że za dziesięć minut… Trzeba jednak przyznać, że było naprawdę sympatycznie. Poza obfitym obiadem (to już drugi tego dnia, a w akademiku Aladyna była dzisiaj: zupa grochowa z nieodłączną ostrą papryczką, ryż, paski mortadeli smażone z paskami ziemniaków w jakimś sosie…, deser) dostałam jeszcze słony chlebek z serem, który upiekła i przysłała jej mama… W efekcie ból brzucha – ale tylko i wyłącznie z przejedzenia. A rozmawiałyśmy prawie o wszystkim: czyli znów o języku i o historii, poza tym o systemie edukacji w Turcji i o tym, co mnie najbardziej interesuje, czyli sposobie uczenia literatury. Gulsum twierdzi, że w szkole podstawowej dzieci uczą się wyłącznie języka, nie literatury! Dopiero w ‘highschool’ (system jest podobny jak u nas przed reformą: 8 lat podstawówki, 4 lata liceum; trochę inaczej ze studiami: 4 lata licencjat i 2 lata magisterium – na które decyduje się niewiele osób) wprowadza się literaturę, ale wyłącznie turecką! Straszne. Muszę jeszcze dokładniej zbadać tę sprawę… Było też trochę śmiechu, kiedy zeszło na facetów. Ogólnie bardzo, bardzo miło.
Gdy dotarłyśmy pod mój akademik, okazało się, że czeka tu już na mnie Arzu, z którą byłam umówiona na wieczór. Poszłyśmy zatem z jej bliską koleżanką Tugbą od razu do „Tęczy” – cola, ciasteczka (a ja już nie mogę więcej, nie mogę!!), pogaduszki. Arzu była w zeszłym roku na erasmusie w Krakowie, a Tugba planuje wyjazd, zatem tematy tym razem raczej wyłącznie wymianowe (plus, oczywiście, jedzenie i faceci). I znów mnóstwo śmiechu, bardzo miło… Ale jednak zbyt szybkie tempo jak dla mnie – dużo ludzi, dużo rozmów (a jednak zasób słów w obcym języku ograniczony), dużo nowych wiadomości, a przede wszystkim wrażeń, zachwytów… Tak, wspaniałe, ale na dłuższą metę już trochę męczące…

Wieczorem jeszcze tylko mail do Deniza z serdecznym zaproszeniem do Konii. Ale do tej pory (20 października) milczy…

środa, 14 października 2009

prowincja

Zajęcia z języka i kultury tureckiej jeszcze się nie zaczęły, zatem środa była dniem wolnym. Ambitnie postanowiliśmy jej nie przespać i już o dziewiątej ruszyliśmy do miasta. Głównym celem dnia dzisiejszego było mauzoleum i muzeum Mevlany (Rumiego), do którego pielgrzymują muzułmanie i które odwiedzają także liczne zachodnie wycieczki. Tutaj wypadałoby uczynić krótki wtręt dotyczący Rumiego: był to żyjący w XIII wieku teolog islamski, mistyk i poeta. Sam za poetę się nie uważał, ”po prostu” spisywał myśli i uczucia, których doznawał podczas modlitwy (ale nie tylko ona była inspiracją… - wiele utworów wykorzystuje bowiem motywy seksualne i mówi o upijaniu się winem). Niektóre jego „wiersze” są naprawdę piękne, zdradzają wielką wrażliwość… Rumi często porównuje stan głębokiej modlitwy, głębokiej więzi z Bogiem do ekstazy towarzyszącej kochankom… Znane? Tak, z Pieśni nad Pieśniami. Poza tym często zestawia się go ze św. Janem od Krzyża. Obecnie jest szczególnie popularny w świecie zachodnim, bo oprócz wymienionych wyżej cech wiary postrzeganych jako „autentyczne” (bo niezinstytucjonalizowane, głęboko indywidualne, powiązane ściśle z uczuciami), jest iście „ekumeniczny” – pisze bowiem o Bogu w ogólności, o wielkiej sile i miłości rządzącej światem, bez znaczenia jest dla niego to czy jest to Bóg muzułmański, żydowski czy chrześcijański… Oczywiście przyczyny tej popularności mogą być też zupełnie inne, taka jest tylko moja interpretacja; być może zbyt płytka. I ja uległam kiedyś urokowi jego poezji (a przynajmniej jej części)… Jednak obecnie skończył się (lub nie zaczął ponownie) we mnie etap postrzegania Boga jako „bezosobowej siły i miłości”, więc podchodzę z rezerwą do niektórych myśli Mevlany… Ale warto przytoczyć tu kilka według mnie najlepszych rubajat(ów?) (pierwszą i ostatnią mam w pamięci od ponad roku):

Upiłem się i w tłum ludzi się wmieszałem,
By zobaczyć, czy cel życia wśród nich znajdę.
Nogi mnie jeszcze niosą, więc dopnę swego.
Jeśli nie, oddam głowę. Serce już dałem.

Jestem swoim własnym panem - powiadałem.
Jestem własnym niewolnikiem - narzekałem.
To już przeszłość, dzisiaj sobie nie dowierzam.
Zrozumiałem, że się sam nie zrozumiałem.

Nie pozwól swojej duszy pogrążyć się w smutkach,
Ani nie szukaj szczęścia w światowych pokusach.
Lepiej winem miłości upijaj się co dnia,
Zanim litera prawa zamknie tobie usta.

Mego serca od Ciebie oderwać nie mogę,
Więc się chyba w szalonej miłości zatopię.
Jeśli smutnej miłości me serce nie zniesie,
To po co mi jest serce? Po co mam je w sobie?

Myślałem, że mnie wkrótce ogarnie szaleństwo;
Koniecznie chciałem wiedzieć co, jak i dlaczego.
Do jakichś drzwi pukałem, te drzwi się otwarły,
I co się okazało? Pukałem od wewnątrz!

To całkiem prawidłowo: dwie nogi, dwie ręce,
Lecz serce ma być jedno, nie może być więcej.
Miłość to tylko pretekst, Najwyższy jest celem,
A kto myśli inaczej, niewiernym jest jeszcze.


Zdążaliśmy zatem w kierunku muzeum Mevlany, kiedy niespodziewanie na przejściu dla pieszych zagadał do nas pewien człowiek… Po niecałych dwóch minutach siedzieliśmy już w jego wyścielonym ze wszech stron dywanami pokoju, popijając herbatę… Trudno określić intencje sprzedawcy dywanów (jak większości tego typu Turków). Zaczęło się bowiem zupełnie miłą konwersacją – oczywiście wypytywał nas o Turcję, jak ją postrzegamy, jakie były nasze wcześniejsze przekonania odnośnie kraju i co nas zadziwiło po przyjeździe (wszyscy o to pytają), pytał o turecką gościnność (oni sami mają świadomość jej istnienia i szoku jaki wywiera na przybyszach, no i… są z niej dumni :)). Potem odbyła się część biznesowa – pokazywał i zachwalał dywany, prosił, ażeby powiedzieć o jego sklepie innym erasmusom (wszystko jednak z klasą, gość nie jest głupi, skończył psychologię), aż wreszcie zaczął sypać komplementami i gwarantować swoją pomoc w razie jakiejkolwiek potrzeby… Heh, trzeba przyznać, że ma facet gadane. ;) I to po angielsku! Pożytek jednak z tego był taki, że gdy dowiedział się, że właśnie idziemy do Mevlany, zadzwonił do znajomego policjanta, który właśnie miał służbę przy muzeum, aby wpuścił nas za darmo. Poszedł z nami, policjant początkowo nie był przekonany do pomysłu, ale koniec końców cała nasza czteroosobowa grupa faktycznie weszła za free. A pan się pożegnał…
Niestety z mauzoleum nie zrozumieliśmy zbyt wiele (arabskie napisy, niezrozumiałe symbole i tradycje…) poza ogólną atmosferą skupienia i uwielbienia. Odwiedza je bowiem mnóstwo pobożnych Turków (których łatwo odróżnić od tych bardziej nowoczesnych, choćby po ubiorze), wszyscy są skupieni, niemal każdy ma uniesione w modlitwie ręce, po niektórych widać prawdziwe zatopienie w modlitwie… Pięknie. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie zbiór średniowiecznych, przepięknie kaligrafowanych Koranów. Niesłychana precyzja, niesłychane piękno, niesłychane zaangażowanie i poświęcenie, a z pewnością i modlitwa się w nich kryła.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze informację turystyczną (a jednak istnieje takowa w Konii!), niestety pan niewiele mówił po angielsku, zaopatrzyliśmy się zatem jedynie w kolorowe foldery o Konii i Turcji i jako-tako dogadaliśmy w kwestii grudniowego festiwalu Mevlany (czyli że jest 16 i 17 grudnia, pierwszego dnia kosztuje 15 a drugiego 50 lir). I znów trafiliśmy do sklepu z dywanami. Tym razem ja wypatrzyłam jakąś przedziwną wystawę… Stare, zakurzone przedmioty… Weszliśmy… I znaleźliśmy się nagle w bardzo obszernym domu. To było trochę tak, jakby nagle stracić oparcie w magicznej szafie… Drewniana podłoga, faktycznie wszędzie dużo dywanów, ale bez takiego natłoku jak poprzednio. Stare przedmioty, w różny sposób urządzone zakątki… A na środku naprawdę przestrzennego wnętrza (parter składał się jakby z trzech pomieszczeń, które jednak nie były w żaden sposób od siebie oddzielone) – rozłożony dywan, na którym starszy pan bawił się z malutkim dzieckiem… Zrobiło nam się trochę nieswojo, więc upewniliśmy się, czy aby na pewno weszliśmy do sklepu… Tak. I zostaliśmy bardzo serdecznie powitani, o wszystko wypytani i zaproszeni do swobodnego obejrzenia tego miejsca… Mogę tylko dodać, że gdyby Schulz był Turkiem, akcję swych powieści z pewnością umieściłby we właśnie takim sklepie z dywanami.

Ostatnim celem wyprawy do miasta było dotarcie do tzw. „starego dworca” w Konii (duży nowy otogar znajduje się mniej więcej w połowie drogi między centrum a campusem) – planowaliśmy bowiem na sobotę wypad do Catalhoyuk, a „facet od dywanów” powiedział, że tam właśnie powinniśmy szukać autobusu. Z głównego traktu łączącego Wzgórze Aladyna (Aladdin Tepesi) z mauzoleum naszego sufiego zeszliśmy w boczną ulicę i zapuściliśmy się w zupełnie już nieturystyczne uliczki… Dotąd wydawało nam się, że poznaliśmy już jako tako atmosferę Konii, byliśmy jednak w błędzie. Wygląd i ubiór „lokalsów" naprawdę znacząco odbiega od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, żyjąc w europejskim mieście. Podobnie stan budynków, pojazdów… I wszechobecne sklepiki, stoiska, wystawy i wystawki… Jeden wielki plac handlowy ciągnący się wzdłuż wąskiej i zatłoczonej ulicy. Trudno wymieniać wszystkie towary – z pewnością widzieliśmy dużo stoisk z rybami (wystawionymi tak po prostu na gorącym powietrzu – smród i lepka maź na lejąca się po ziemi…), wystawionymi w ogromnych koszach lub worach przyprawami, orzechami i nasionami (które czasem trudno nawet zidentyfikować), jakieś pracujące młynki mielące kawę, chałwa, baklava i lokum na wystawach, precle, borki i inne rodzaje tutejszego pieczywa za szybami piekarń, gdzieniegdzie szyldy lokant, niemal wszędzie stoiska z paskami i torebkami, kilka stołeczków czyścibutów z arsenałem past i szczotek obok, mnóstwo tandety: jakieś „ruskie” latarki, plastikowe klapki… Na dłuższą metę zapewne bardzo uciążliwe miejsce, jednak za pierwszym razem tchnące niesłychaną egzotyką… A do tego liczne meczety – nie oglądane z daleka martwe zabytki, ale żywe świątynie – przed którymi ludzie myją ręce i nogi, aby wejść na modlitwę, a potem wchodzą i wychodzą, odsłaniając ogromny dywan wiszący u wejścia… A przed meczetem jacyś ludzie rozłożyli na ziemi warzywa i namawiają do kupna, gdzieś dalej na wózku owoce, ktoś naprawia rower… Życie.

Na dworzec trafiliśmy bez większych kłopotów, gorzej było z uzyskaniem informacji odnośnie pożądanego autobusu, ale i z tym się jakoś uporaliśmy. W drodze powrotnej do campusu, wysiadłyśmy z Dorotą na przystanku Otogar, aby zajrzeć do tutejszego M1 – brakowało nam wciąż jeszcze kilku rzeczy do „urządzenia się” (coś tam do łazienki, jakieś talerzyki), spodziewałyśmy się kupić je tanio w Realu. W tym miejscu powinnam znów rozpisać się na temat starszego kierowcy dolmusza, który nie potrafił wytłumaczyć nam, jak dotrzeć do centrum handlowego, ale zrozumiał nasze pytanie, zatem zawiózł nas tam (oczywiście za darmo…) – ale zaczynam się już przyzwyczajać do takich przypadków, zatem podaruję sobie kolejne opisy. W każdym razie nie kupujcie w Turcji w Realu. Tutaj jest to „sklep zachodni”, a więc z założenia co najmniej dwukrotnie droższy od miejscowych (w których, jak już pisałam, ceny są mniej więcej zbliżone do naszych).

wtorek, 13 października 2009

pierwsze zajęcia

Pierwsze dni drugiego tygodnia to początek zajęć i oswajanie się z nowym miejscem studiów – tutejszym Wydziałem Języka i Literatury Angielskiej (İngiliz Dili ve Edebiyatı Fakültesi). Pierwsze zajęcia (English Literature III – the Romanticism - okazało się, że tutaj tylko jeden, ostatni semestr nauki poświęcony jest literaturze końca XIX wieku i współczesnej, dlatego w pierwszym półroczu czeka mnie powtórka z romantyzmu – tyle że tym razem angielskiego) bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły – omawialiśmy kilka ballad Wordswortha. Ku mojemu zdziwieniu byłam w stanie zrozumieć większość wykładu (analiza i interpretacja tekstu) – o ile nie odpływałam gdzieś myślami. Język, którym posługuje się pani jest bardzo ładny i niezbyt skomplikowany, a wymowa nie przesadnie wyrazista i głośna, ale czytelna. Z pewnością niemałe znaczenie miało też to, że jednak osłuchał się człowiek wcześniej z założeniami romantyzmu, filozofią etc., a więc było to raczej przypomnienie niż wprowadzenie nowych wiadomości.
Wieczorne zajęcia (English Novel – the Romanticism z tą samą panią profesor) zostały odwołane; kolejne miałam zatem we wtorek – ponownie English Novel, tyle że z innym wykładowcą (przedmioty English Literature i English Novel mamy po dwa razy w tygodniu z innymi nauczycielami). I znów ogromnie pozytywne zaskoczenie – pani jest bardzo miłą osobą i dobrym nauczycielem. W kontekście kolejnych zagadnień omawialiśmy tego dnia angielski kolonializm w Indiach oraz filozofię walki pasywnej Gandhiego (bardzo ciekawa lekcja!). I znowu – zdecydowana większość zajęć zrozumiała, wspaniale.
Kolejnym ogromnym zaskoczeniem było przyjęcie przez studentów, jakby nie było – obcej osoby w ich klasie (piszę „klasie”, bo zajęcia są tutaj dużo bardziej usystematyzowane niż w Polsce – przedmioty wybierane należą do rzadkości, cały rok – ok. 50 osób – chodzi razem na zajęcia, które są jakby wykładem i ćwiczeniami w jednym, ma zatem po prostu przygotowany dla siebie „plan lekcji” – zazwyczaj są to trzy zajęcia od rana do wczesnego popołudnia lub od popołudnia do późnego wieczora – istnieją bowiem dwie zmiany; czyli herbartowski system klasowo-lekcyjny w wydaniu akademickim). Na pierwszych zajęciach zagadany kolega zaraz pobiegł skserować mi potrzebny tekst, a podczas jego nieobecności dwóch innych po prostu znienacka podrzuciło swój. Następnego dnia zaczęła ze mną rozmowę dziewczyna, która zauważyła, że jestem tu „nowa” i jak się okazało „inna” podobnie jak ona – pochodzi bowiem z Turkmenistanu (i świetnie mówi po swojemu, po turecku, rosyjsku i angielsku…)! Jakoś tak wyszło, że do naszej pogawędki dołączyła się inna dziewczyna, Turczynka, która natychmiast zaproponowała spotkanie (o którym jeszcze napiszę)… Ogólnie rzecz ujmując: istny szok. Większość reakcji na obcych studentów w Polsce to jednak spojrzenia spode łba (żeby nie było widać, że się interesuję) i dystans. Tutaj od momentu wejścia do klasy jasne jest to, że jesteś „atrakcją”, że szepty i śmiechy w ławkach są prawdopodobnie o tobie, ale szybko się okazuje, że absolutnie nie są to negatywne śmiechy i szepty. Ktoś odważny zaraz podchodzi i zaczyna rozmawiać, inni się przyłączają, chcą wiedzieć, skąd jesteś (chociaż i tak wiedzą, że z Polski – 90% erasmusów tutaj jest z Polski), kim jesteś i jaki jesteś. Zaraz proponują pomoc, spotkania. Po tym tygodniu naprawdę pogubiłam się we wszystkich numerach telefonu i adresach e-mail (dodatkowym utrudnieniem jest to, że nie chodzę na zajęcia z konkretnym rokiem, ale mam je mieszane ze wszystkimi rocznikami – czyli prawie cały wydział anglistyki do poznania). Dostałam też zaproszenie na spotkanie czegoś na kształt koła naukowego (przynajmniej tak mi się wydaje, bo dziewczyny opowiadały, że będą robić konferencje i wyjazdy, ale też że spotykają się z panią profesor na jakimś jedzeniu i paleniu nargili…).

Poza tym dzień jak co dzień: maratony do biura erasmusa (układanie zajęć, zmienianie zajęć, przynoszenie dokumentów, mnóstwo pytań i wątpliwości) i spotkania w pewnej wyklarowanej już paczce (czyli teamie z Antalii, do którego dołączył Michał) oraz z Karoliną i Kasią. Spotkania głównie lunchowo-kolacyjne w stołówce, którą szczęśliwie mamy pod nosem. Posiłki tutaj również są dosyć zabawnym epizodem, ponieważ prawdopodobnie Turcy korzystają z nich raz dziennie, wskutek czego są one bardzo obfite (zawsze zupa, jakieś mięsko z sosem, ryż i coś na deser, przeważnie owoc – człowiek naprawdę jest syty po czymś takim) i takie same popołudniu (lunch jest między 12.00 a 13.00) i wieczorem (kolacja 18.00-21.00). My mamy w cenie akademika jedzenie dwa razy dziennie, więc jemy każdego dnia dwa porządne obiady. Nawet ich identyczny skład nie przeszkadza nam tak bardzo, jak na początku myśleliśmy. A trzeba przyznać, że jedzenie jest naprawdę bardzo dobre. Zupy są zwykle podobne do polskich (np. pomidorowej czy grochowej), tyle że mocno doprawione na ostro – co zupełnie zmienia smak i to niekoniecznie na gorszy. Do tego świetnie przyrządzone mięso i ryż zamiast ziemniaków – dla mnie raj. Acha, we wtorek odkrywałyśmy z Dorotą tajniki tutejszej pralni – obsługa tych urządzeń nie jest zbyt skomplikowana, za to stan, w jakim oddają nasze ubrania pozostawia sporo do życzenia. :( Ja wreszcie zabrałam się za załatwianie spraw netowych – czyli głównie próbuję w tak zwanym „międzyczasie” uzupełniać blog i odpisywać na bieżące maile od Turczynek. Niestety za pisanie długich maili do Polski jeszcze nie udało mi się zabrać…

niedziela, 11 października 2009

Antalya

Czterodniowy wypad do Antalii postanowiłam opisać w jednym poście – co łatwe pewnie nie będzie, bo wrażeń starczyłoby na cztery długaśne wpisy. W nocy prawie nie spaliśmy – niektórzy późno wrócili z Rixosa, inni (ekhm, ekhm ;)) jak zwykle mają problemy z „wyrobieniem się”. Pobudka zaplanowana była na wczesny świt, wyjście na 6.00 rano; o 7.00 siedzieliśmy już w autobusie do Antalii. Klimat w Konii jest iście kontynentalny (sucho, gorące dni i stosunkowo zimne noce), uderzyło nas zatem duszne, upalne powietrze naszego miasta docelowego położonego nad Morzem Śródziemnym. Wizytę rozpoczęliśmy rozsądnie od znalezienia noclegu – z czym uporaliśmy się względnie szybko, dogadując się z przesympatyczną panią – zaproponowane warunki większość przyjęła z umiarkowanym optymizmem, ja byłam wniebowzięta, że istnieje możliwość taniego noclegu na dachu (o czym marzyłam, odkąd przeczytałam w zeszłym roku o tym zwyczaju w jakichś wspomnieniach z trekkingu wzdłuż wybrzeża w Turcji) – błogosławiony moment, kiedy wpadłam na pomysł wzięcia śpiwora. Mieliśmy szczęście, bowiem nasz pensjonat znajdował się w starej, położonej niedaleko portu dzielnicy Antalii – Kaleici. Szybko pozbyliśmy się zbędnego bagażu i ruszyliśmy w plątaninę starych uliczek, nad którymi górują tylko minarety, palmy i szczyty gór… A całe Kaleici to jeden wielki bazar. Obfitość i egzotyka wszystkiego wokół początkowo niesłychanie fascynuje – zwłaszcza przygotowane specjalnie dla turystów wystawy pięknie skomponowanych przypraw (skusiłyśmy się z Magdą na zakup pałeczek cynamonu do kawy, teraz jednak jest pewien problem – jak to do niej ścierać), miejscowych smakołyków (tym razem padło na degustację lokum – w Polsce zwanego z arabskiego rachatłukum, po angielsku tukish delight), wystawione przed sklepy kolorowe dywany i pięknie ręcznie malowana ceramika. Jest też oczywiście szereg mniej turystyczno-pamiątkowych, a bardziej użytecznych sklepów – z ciuchami, butami, biżuterią. Kilkakrotnie daliśmy się wciągnąć w targowanie – co jednak rzeczą łatwą i przyjemną nie jest i co najgorsze – pozostawia przykre uczucie niepewności, czy aby zakup na pewno był dobrym interesem, a obrażona mina sprzedawcy tylko i wyłącznie grą? Zachęceni opowiadaniami innych erasmusów, którzy Antalię już odwiedzili, postanowiliśmy też wybrać się następnego dnia na rafting do Koprulu Kanyon – musieliśmy zatem znaleźć odpowiednie (czyt. najtańsze) pośrednictwo, które zajmuje się sprzedawaniem miejsc na tego typu imprezę i poświęcić kolejną godzinę na uciążliwe targi. Zmordowani dowlekliśmy się późnym wieczorem do domu – a tam czekała na nas pyszna turecka herbata w tulipankach i jeszcze przyjemniejszy taras wyścielony dywanami i poduszkami. Mmm…

Cały piątek upłynął pod znakiem raftingu. Koprulu Kanyon znajduje się ponad sto kilometrów od Antalii, odbyliśmy zatem ponad dwugodzinną podróż podstawionym busem (pośrednik oddał nas w ręce nowego opiekuna, który z racji na swój wygląd zyskał przydomek Tarzana… jakież było nasze rozbawienie, kiedy na tabliczce z przodu busa przeczytaliśmy „Tarzan Rafting” – co chyba było nazwą firmy organizującej spływ), a kiedy dotarliśmy na miejsce zobaczyliśmy ku naszemu zdziwieniu całą rzeszę (może setkę? a może i więcej…) zachodnich turystów, którzy przybyli tu za pośrednictwem innych firm w tym samym celu. Szczęśliwie zostaliśmy wszyscy (Dorota, Magda, Ela, Piotrek i ja) umieszczeni w tym samym pontonie razem z Tarzanem, po czym zaczęła się zabawa – najpierw trochę spływu, potem mała przegona po wodzie (czyściusieńka…), pozowanie do zdjęcia z wodospadem w tle (co miało sprawiać wrażenie dzikości – trudno jednak wczuć się w klimat, kiedy stoi się w kolejce z kilkudziesięcioma osobami), przepłynięcie przez wąski odcinek rzeki i najlepsze – skok do wody z kilku-(oj, nigdzie nie mogę znaleźć wysokości, może dziesięcio-)metrowej skały. Wszystko rzecz jasna w celach komercyjnych – do filmu, którego sprzedaż przynosi organizatorom drugie tyle zysku co sam rafting. Pomijając komerchę i sztuczność całej akcji, trzeba przyznać, że skok był super – dwukrotnie wycofywałam się ze skały, byłam pewna, że nigdy się na coś takiego nie zdecyduję… Później znów spływ, niestety nie tak ekstremalny jak myślałam i jak to reklamują agencje turystyczne – trochę małych wirów i zmian wysokości, ale niezbyt wiele, trochę skoków i kąpania się w rzece. Ogólny bilans jednak bardzo bardzo pozytywny. No i nawet film kupiliśmy – jeden na spółkę, a i tak mocno wytargowany i wykłócony przez dzielną Elę.
Po powrocie do miasta wpadliśmy w szał zakupowy – okazało się, że sklepy (normalne sklepy, nie na bazarze :)) w Antalii są dużo tańsze niż te w Konii, złaziliśmy zatem całą główną ulicę w poszukiwaniu ręczników, klapek, misek, zeszytów i czego tam jeszcze… Przy okazji kupiliśmy też siedmiokilowego arbuza, winogrona i granata, które stanowiły naszą kolację. Wcześniej jednak wybraliśmy się jeszcze na spacer wzdłuż portu (który okazał się rzut beretem od naszego pensjonatu). I po raz kolejny wpadliśmy w małe kłopoty, wdając się w rozmowę z bardzo światowym policjantem, który chętnie opowiadał (chwalił się…) o swojej pracy i podróżach, po czym zaproponował nam wspólną wycieczkę po „najciekawszych miejscach Turcji” leżących w okolicy Antalii – jutro jego samochodem. Zabrał nas do swego biura, gdzie nad mapą roztaczał przed nami wizję owego wypadu, a my zastanawialiśmy się, na ile chce nam pomóc, a na ile chce na nas zarobić. Ostatecznie jednak, po długim czasie spędzonym nad przewodnikami na naszym tarasie, odmówiliśmy przez telefon policjantowi i postanowiliśmy udać się na własną rękę do Termessos – znajdujących się niedaleko Antalii ruin antycznego miasta. Po powrocie mieliśmy jeszcze podjechać wraz z Denizem – dwudziestosześcioletnim siostrzeńcem naszej gospodyni – do położonych w granicach miasta wodospadów (Duden Selalesi). Żal po „straconej szansie” (choć tu nigdy do końca nie wiadomo, czy straciłeś szansę czy nie dałeś się wrobić) został zatem nieco ukojony.

Wyjazd był fantastyczny. Dolmuszem podjechaliśmy do miejsca, gdzie wchodziło się na teren Parku Narodowego, stamtąd do ruin zostawało jeszcze 9 kilometrów marszu pod górę. Dzielnie zrezygnowaliśmy z usług natarczywego taksówkarza, po chwili udało się złapać stopa, część z nas zatem pojechała – Dorota i ja zostałyśmy, mając nadzieję, że i nas ktoś wkrótce zabierze, nadzieja jednak okazała się płonna. Marsz w skwarze wynagradzały tylko niesamowite widoki na góry i dolinę pod nami oraz niespotykana u nas roślinność. Po półtoragodzinnym marszu, zatrzymał się wreszcie uprzejmy starszy Turek, który podrzucił nas ostatnie trzy kilometry. Na górze okazało się, że to dopiero początek wspinania – miasto leżało bowiem na dość rozległym i nie płaskim terenie. Klimat tego miejsca był naprawdę niesamowity – upał, śródziemnomorska roślinność porastająca ruiny, a w niektórych miejscach dobrze zachowane fragmenty antycznych budowli… Można poczuć się jak poszukiwacze Zaginionej Arki (choć mnie bardziej przypominała się atmosfera gier harcerskich – miejsce wprost wymarzone na grę terenową, np. z elementami wiedzy o starożytnych cywilizacjach…). Ruiny gimnazjonu i łaźni przyćmił wkrótce dobrze zachowany teatr – położony w robiącym ogromne wrażenie otoczeniu gór… Pięknie po prostu. Potem ciąg dalszy wędrówki po ścieżkach wśród kamieni – ruiny świątyni Artemidy i Zeusa, zbiorników na wodę, Agory, a wreszcie – kute w skale grobowce. Całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza, że było to pierwsze spotkanie z tego typu miejscem „na żywo”. Po powrocie do miejsca startowego poświęciliśmy jeszcze trochę czasu na rzucenie okiem na pozostałości położonego poza miastem cmentarza wojskowego, który wrażenie wywarł niemniejsze. Wrócić postanowiliśmy z taksówkarzem, który zaproponował przyzwoitą cenę do samej Antalii. I dobrze, bo dzięki temu nie spóźniliśmy się na spotkanie z Denizem – zatem szybkie przebieranie i marsz do autobusu.
Duden Selalesi (czyli Wodospady Duden) leżą na obrzeżach miasta i są nieźle zorganizowanym miejscem piknikowym. Ktoś świetnie wykorzystał naturalne piękne i potężne wodospady i wpadł na pomysł zorganizowania wokół nich czegoś na kształt parku – alejek wiodących na różnych wysokościach, dających dobry widok z różnej perspektywy na spadającą wodę, systemu mostków, posadzenia palm, krzewów i kwiatów, wreszcie, jak przystało na miejsce piknikowe, zaopatrzenia gastronomicznego. Całość przypomina zatem nieco klimatem krakowskie zoo. Aż się trochę przykro robi, patrząc jak ta potężna natura została ujarzmiona przez człowieka i wykorzystana dla jego rozrywki. Z drugiej strony – gdyby nie to, być może nie byłoby tak dogodnej okazji do podziwiania tej właśnie natury… W każdym razie same wodospady są po prostu piękne.
W drodze powrotnej Deniz otrzymał od nas zadanie specjalne – zabrać nas do knajpy z typowym tureckim jedzeniem. Biedak żadnej nie znał, w końcu jednak trafiliśmy na początkowo nieco podejrzaną lokantę (zajmowaną przez patrzących na nas dziwnie miejscowych), która okazała się strzałem w dziesiątkę – za nie tak duże pieniądze można było spróbować niemal wszystkiego, co oferowała tutejsza kuchnia. Chyba nie trzeba dodawać, że było przepyszne… Po długo celebrowanej kolacji nie mogliśmy się ruszyć z miejsca i dowlec do domu… A tam, oczywiście, herbata na tarasie. Wypatrzyłam też gdzieś w okolicy telewizora planszę do gry w tavlę (jedna z najpopularniejszych w Turcji gier, do której plansze znajdują się na stolikach wielu restauracji), a że nasza gospodyni nie umiała grać, niezmordowaną turystką zajęła się jej przyjaciółka, która próbowała nauczyć mnie zasad i zagrać ze mną, posługując się pomocą Deniza w tłumaczeniu, co dla mnie mogło być zabawne, a dla niego chyba trochę trudne – spróbujcie wytłumaczyć komuś zupełnie zielonemu zasady takiej gry jak tavla, posługując się jednak średniozaawansowanym angielskim słownictwem.
Podsumowując: dzień przepiękny. ;)

Ostatnią dobę naszych czterodniowych wakacji w Antalii postanowiliśmy spędzić na całkowitym byczeniu się. Późna pobudka (u mnie pobudka na dachu z widokiem na Kaleici, morze i góry… - ekstremalnie przyjemna sprawa) i o 10.00 wymarsz na plażę (tylko Ela i Magda ruszyły godzinę później, w kierunku… bazarów :)). Upał, plaża raczej żwirowa, za to morze wynagradzało wszystko – czyste, przejrzyste, ciepłe (tj. chłodne, ale nie na tyle, aby odczuwać szok po wejściu do wody) – no raj. ;) Po kilku godzinach pluskania się, smażenia na brzegu tudzież innych form leniuchowania postanowiliśmy z Piotrkiem odwiedzić pobliskie (a uważane za jedno z najbogatszych w Turcji) Muzeum Archeologiczne. Największe wrażenie robią zbiory marmurowych posągów greckich bogów (niektóre bardzo duże) zachowane w naprawdę dobrym stanie. Była pośród nich zwłaszcza jedna, która szczególnie zwróciła moją uwagę – marszczenia szat kobiety były oddane z taką precyzją, że trudno było uwierzyć, że to kamień, nie materiał… Ciekawe były też rekonstrukcje domów tureckich z tego regionu sprzed jakichś stu i dwustu lat oraz kolekcja dywanów. Zawiódł natomiast zbiór ikon, obszernie opisywany w przewodniku. Po kilku godzinach dla ducha i umysłu wróciliśmy na plażę, gdzie dołączyły do nas Ela i Magda, nie zostało nam już jednak zbyt wiele czasu. Ostatnie kąpiele w morzu, ostatnie podrywy ;) i trzeba było się zbierać. Na miejsce odjazdu autobusu odprowadził nas Deniz, na którym wymusiliśmy obietnicę odwiedzenia nas w Konii. :)
O 21.00 zajęliśmy ostatecznie miejsca w autobusie, przed drugą w nocy dotarliśmy do miasta, do akademików przed trzecią… Aj, biedne są z nami te panie na portierni (które ustawicznie budzimy w środku nocy, wracając z imprez lub wycieczek). Ale wyjazd był naprawdę fantastyczny...

środa, 7 października 2009

erasmusowy rytm

Kolejne dwa dni – wtorek i środa to ciąg dalszy oswajania miejsca i usilne próby załatwienia sterty uczelnianych formalności (które, nota bene, trwają do dnia dzisiejszego – tj. 16 października).
W poniedziałek wieczorem dołączyła do nas sympatyczna trzyosobowa grupa z Poznania, tak oto poznałam moją nową współlokatorkę – Dorotę. :) We wtorek koło południa wybraliśmy się do „Tęczy” na śniadanie (Kasia i Karolina, Dorota, Piotrek i Michał – poznaniacy oraz ja), potem byłam umówiona na spotkanie z panem Safakiem Altunsoy’em – profesorem i koordynatorem erasmusa na tutejszej anglistyce. Było więc i trochę nerwów przed pierwszym „oficjalnym” wystąpieniem, okazały się jednak zupełnie niepotrzebne – prof. Altunsoy to przemiły człowiek, który starał się pomóc w wyborze najbardziej odpowiednich przedmiotów, jak tylko potrafił. Powstał zatem wstępny plan (English Literature III – 2 razy w tygodniu, English Novel III – również 2 razy, Oral Communication oraz Advanced Writing & Reading); teraz miałam „popróbować” tych zajęć i pojawić się w przyszłym tygodniu z ostateczną decyzją. Wyszło nieco inaczej… Ale o tym później.

Popołudniu ruszyliśmy w tym samym składzie co rano do Konii – brakowało nam kilku drobiazgów do pokoju (najbardziej palącą potrzebą był switch i kable do Internetu), poza tym było to kolejne zanurzenie w atmosferę miasta. Zanurzenie jednak niezbyt głębokie – czasu wystarczyło nam jedynie na przejście główną ulicą – a więc znów: mnóstwo straganów i straganików, sklepów i sklepików najróżniejszej maści – z ubraniami, artykułami szkolnymi, torbami, telefonami i kartami telefonicznymi, punkty fotograficzne, piekarnie, najrozmaitsze lokanty (coś jak nasze bary mleczne), mnóstwo stanowisk z donerami (z niewiadomych przyczyn zwanych u nas kebabami), słodyczami, sklepy z kosmetykami, bielizną… A pośród tego wszystkiego ludzie – niezupełnie tacy, jakich się spodziewaliśmy. Tyle się naczytaliśmy i nasłuchaliśmy, że Konya to najbardziej konserwatywne miasto, że mieszkają tu sami starsi ludzie, tradycjonalni, religijni, „typowi Turcy”… Oczywiście, zdarzają się i tacy. Wielu jest jednak młodych mężczyzn prowadzących interesy, młodzieży studenckiej oraz pełno nastolatków – łatwo ich rozpoznać, ponieważ wszyscy noszą szkolne mundurki (swoją drogą niesłychanie estetyczne – ładnie kolorystycznie dobrane koszulki do spódniczek czy spodni; zdecydowanie bardziej przypominają wzory zachodnie niż polskie „chałatopodobne” koszulki) i opuszczone nisko poniżej pleców tornistry.

Spieszyło nam się z powrotem, ponieważ byliśmy poumawiani na wieczór – większość wybierała się na imprezę (jaką – erasmusową czy nie, domówkę czy nie – już nie pamiętam…), a ja do spotkanej rano Turczynki, która okazała się studentką anglistyki i pomogła mi podczas pierwszej wizyty na wydziale. Mieszkamy w tym samym akademiku, miałyśmy zatem szansę pogadać wieczorem. O czym? Głównie (jak zwykle bo to chyba najbardziej interesujące) o Turcji i o Polsce, o podobieństwach i różnicach pomiędzy naszymi krajami, trochę o historii, trochę o geografii. Tuba pokazywała mi zdjęcia ze swojej rodzinnej miejscowości (Mugla niedaleko Fethiye – jeden z najpiękniejszych regionów Turcji), opowiadała o pięknie tego miejsca (jedna z wielu poznanych tutaj osób, które są autentycznie dumne ze swojego kraju/regionu/miasta i szczęśliwe, że tu mieszkają). Potem zeszło na tematy religii i religijności/pobożności w społeczeństwie tureckim i polskim, potem na obowiązujące zasady… Niby nie stało się nic, cały czas normalnie rozmawiałyśmy, a jednak odczułam (a może to tylko złudzenie?), że Tuba zaczęła jakby odpierać atak… A przecież ataku nie było. A może był? Bardzo trudno jest wyczuć tutaj granicę swobody w rozmowie, chyba dla każdego Turka bez wyjątku leży ona gdzie indziej.

Środę rozpoczęliśmy od inauguracyjnego lunchu w nowooddanej (choć jeszcze nie całkiem wykończonej) stołówce. I potoczyło się znanym już torem: wizyta w biurze erasmusa, wizyta na wydziale, drobne zakupy w „Tęczy”. Tutaj należałoby dorzucić małą uwagę odnośnie cen towarów w Turcji: jedzenie jest zasadniczo tańsze (np. chleb, gotowe kupowane „na mieście” kanapki i niezliczona ilość tutejszego jedzenia, które najczęściej jest jakimś rodzajem ciasta nadziewanego jakimś rodzajem mięsa lub warzywami) lub w tej samej cenie (nabiał – absolutnym dramatem jest dla mnie prawie zerowa ilość jogurtów owocowych!, większość słodyczy), tanio można też kupić rozmaite „gadżety” (bransoletki, ozdoby) oraz niektóre artykuły gospodarstwa domowego (miski, plastikowe talerzyki, ścierki itp.). Sprawa komplikuje się poważnie przy zakupie kosmetyków – mniej znane artykuły zachodnich firm lub wyroby miejscowe można dostać w podobnej cenie jak w Polsce, natomiast te same przedmioty, ale już większych marek (Head&Shoulders, Always itd.) są co najmniej dwa razy droższe. Jaka kryje się w tym polityka – nie wiem. Podobnie jest z ubraniami – rzeczy nielegitymujące się dużą firmą oraz podróbki dostępne są względnie tanio, pozostałe – bardzo drogo (no, chyba że na promocji ;)). Trudno jest jednak określić relację cenową do produktów kupowanych w Polsce – najogólniej można powiedzieć, że jest „podobnie”.

Popołudniu miałyśmy niespodziewaną wizytę – do pokoju zapukała Turczynka, która mnie szukała. Kim była? Nie miałam pojęcia. Mówiła, że poznałyśmy się w Polsce, więc licząc na to, że za chwilę sobie przypomnę przy jakiej okazji, udawałam, że oczywiście pamiętam. Szydło z worka wyszło bardzo szybko, jednak dzięki temu Arzu rozjaśniła mi sytuację: jest osobą, która wpadła pewnego zimowego dnia do stołówki w Paderevianum, gdy rozmawiałam z Alim i dwiema innymi Turczynkami. Mówiąc ściślej: wpadła dosłownie na dziesięć minut, nie chciała prawie nic mówić po angielsku, miała jakieś problemy, szybko wyszła… Nigdy więcej już z nią nie rozmawiałam. A dzisiaj zdziwiła się: „Jak to, nie pamiętasz? Przecież powiedziałam ci wtedy, że ci pomogę, kiedy przyjedziesz do Konii. Szukam cię od trzech dni! To czego potrzebujesz?”. Szok. Po prostu szok. Ale z tego typu zachowaniem przyjdzie nam spotykać się bardzo często…

Po kolacji – kolejna impreza. Tym razem wyglądało to na nieco bardziej oficjalną zabawę dla erasmusów, więc poszliśmy wszyscy. Znanym już szlakiem – supermarket a alkoholem, mieszkanie (z kampusem sąsiaduje osiedle nowowybudowanych – jak większość rzeczy tutaj – bloków zamieszkanych głównie przez studentów). Faktycznie była to dobra okazja do zdobycia ogólnego wglądu w naszą erasmusową grupę: miażdżąca większość (jakieś 30 z 40 osób) to Polacy – dziesięcioosobowa grupa z Opola, kilka dziewczyn studiujących dentystykę z Warszawy, trochę Poznania, Wrocławia, Lublina i nasza trójka z Krakowa. Poza tym dwoje Węgrów, podobno jacyś Czesi (których jednak na imprezie nie było). A że spora grupa Turków, którzy obecnie zajmują się tutaj erasmusem, wróciła właśnie ze swojego w Polsce – świetnie potrafią się dogadać (w sensie rozumienia potrzeb, niekoniecznie języka ;)), są bardzo chętni do pomocy i jeszcze bardziej, rzecz jasna, do zabawy. W pewnym momencie postanowiono przenieść imprezę z mieszkania do Rixosa – hotelu, prawdopodobnie jednego z dwóch miejsc w Konii, gdzie regularnie odbywa się coś takiego jak dyskoteka/impreza i to w dodatku Z ALKOHOLEM (może i śmieszne, ale jakie ważne w tutejszych warunkach ;)). Większość udała się zatem kontynuować zabawę, Piotrek i ja wróciliśmy do akademików w celu przygotowania się na jutrzejszą „wycieczkę” – witaj, Antalio!

poniedziałek, 5 października 2009

opowieści z Konii

Konia-Kampus wita. Bo Konie są jakby dwie: stara - centrum miasta, ciasno zabudowane, tłoczne, pełne ludzi w bardzo różnym wieku, trochę prowincjonalne, głośne, ruchliwe, stare (ale nie jak "stare miasto" w miastach europejskich, tylko po prostu stare - gdzieniegdzie zniszczone budynki, przedmioty na straganach jak z krakowskich placów handlowych... czuć tu coś "innego"); nowa Konia to miasteczko akademickie, które miasteczkiem jest naprawdę. Oddalone od centrum 40 minut jazdy tramwajem położone jest na bardzo rozległym terenie. Jest tu kilka "osiedli akademików" (nasze nosi imię, a jakże, Ataturka), kilka oddalonych od siebie budynków wydziałów, ogromny i jeszcze niedokończony (a budowany podobno od 1995 r.) szpital, dwie nowoczesne stołówki (jedna położona dokładnie na przeciwko naszego akademika), duża i również nowoczesna biblioteka, budynek studenckiego radia i telewizji, punkt z bankami i bankomatami, spore centrum handlowo-usługowe („Gökkuşağı” - „Tęcza”), w którym można znaleźć wszystko, czego student potrzebuje - od rzeczy spożywczych przez papiernicze, komputerowe, chemiczne (w sensie, że środki czystości), gadżeciarskie, gastronomiczne (mnóstwo knajpek, pizzeri, restauracyjek i innych punktów gastronomicznych o nie do końca zdefiniowanym profilu). Do tego kilkanaście stolików rozłożonych na zewnątrz. Wszędzie ładnie, nowocześnie i kolorowo - bardziej jak na amerykańskich filmach młodzieżowych niż w polskiej rzeczywistości. Jak można się łatwo domyślić, jest to centrum życia Kampusu. Acha, w pobliżu (jeden nawet na terenie) Kampusu są dwa meczety - co jakiś czas słychać zatem i muezinów, którzy obecnie zostali podobno zastąpieni przez magnetofon (niestety nawet większość Turków nie potrafi podać dokładnych godzin modlitwy ;)) [Wiadomość z ostatniej chwili – zaprzyjaźniony Turek twierdzi, że to bzdura z magnetofonami, że oni są prawdziwi i taki mają „job”. A więc jak jest – nie wiadomo]. Między tym wszystkim kursuje tramwaj - normalny miejski, tyle że tutaj bezpłatny.

Konia jest miastem bardzo dziwnym - szalenie rozległym (podobno to największe obszarowo miasto tureckie), ale nie tak znowu gęsto zaludnionym - co powoduje, że wszędzie tu pełno pustej przestrzeni. I co chwilę widać kolejną budowę. Bloki są stawiane jakby pojedynczo, czasem wprost pośrodku pola, potem wyrastają kolejne budynki i droga. Jedynie samo centrum jest dość "ciasne", poza nim - przestrzeń, przestrzeń, przestrzeń. Czyżby próba oswojenia stepu? Bo step zagląda nam w okna - coś na kształt jałowej ziemi (heh), obsadzonej równomiernie niskimi drzewkami. Jadąc z kampusu do miasta w pewnym momencie widać, nie tak znowu daleko, potężne, ale łagodne, puste wzniesienia...

Samo wyposażenie uniwersytetu jest nowoczesne - może nie jakieś japońskie cuda techniki, ale jest bardzo estetycznie i funkcjonalnie. Póki co nie mieliśmy okazji zawitać jeszcze do biblioteki czy na basen, dziś dopiero pierwszy raz byliśmy na stołówce (której jeszcze nie wykończono), ale na przykład pokoje zrobiły na nas bardzo pozytywne wrażenie. Oczywiście akademiki nie są koedukacyjne, na naszej ulicy (czy też osiedlu) Ataturka znajdują się same bloki dla dziewcząt i tylko jeden dla chłopców; na początku ulicy jest budowany jeszcze jeden – podobno specjalnie dla ‘erasmusów’ – mieszany! Przy wejściu do każdego akademika oprócz pań na portierni są bramki działające na legitymację studencką – czyli praktycznie brak możliwości zawitania kogoś z zewnątrz (ale że my legitymacji jeszcze nie mamy, to bramki się obchodzi ;)). Pokoje to ładne dwójki z jasnoróżowymi ścianami (chłopcy mają piaskowe, nie jasnoniebieskie ;P) i jasnymi mebelkami - piętrowym łóżkiem, biureczkami, stolikiem i dwoma dość obszernymi szafami (do każdej jest klucz!). Wszystko bardzo ładne. Są także klucze do pokojów (a jednak! pesymistyczne przepowiednie o niezamykanych na klucz pokojach nie sprawdziły się – przynajmniej tutaj…), internet, no i łazienka. Czyli wszystko, czego nam potrzeba.

Z naszego punktu widzenia dziwić mogłyby jedynie panujące tu zasady: Turczynki muszą wracać przed 23.00 i podpisywać się na liście. Panie na dyżurce bardzo tego pilnują (ale poza tym są ogromnie sympatycznymi kobietami). Obsługa ma też klucz do każdego pokoju i nie jest tu niczym dziwnym, że nagle po prostu z jakichśtam przyczyn wchodzi (np. żeby sprawdzić działanie gniazdek...). Kraty w oknach są tylko na parterze. ;) (czyli u nas - erasmusów :)). Ciekawostką są ogłoszenia nadawane od czasu do czasu przez panie z dyżurki przez głośniki - intrygowało nas, co też mogą one mówić... Okazało się, że np. wzywają dziewczyny do podpisania listy wieczorem, ostrzegają, że w budynku znajdują się mężczyźni (panowie "naprawiacze") lub informują, że nadszedł dostawca z pizzą. :D A propos tutejszej obsługi technicznej - jesteśmy w szoku. Wielokrotnie miałyśmy problemy - a to z internetem, a to z trzaskającym prądem, który nagle przestawał działać... Wzywałyśmy pomoc wielokrotnie, nigdy nie czekając na jej zjawienie się dłużej niż pięć minut, a na rozwiązanie problemu dłużej niż dziesięć.

Ale do rzeczy: poniedziałek to głównie zupełnie bezowocna wizyta w biurze erasmusa ("Przynieście dokumenty... Zajęcia? Będą...") i wycieczka do miasta - lody w tutejszym McDonaldzie (sic!), szwędanie się po bazarze (robi wrażenie, za to ja nie robiłam zdjęć - jakoś tak jednak głupio, Konya nie jest super-turystycznym miastem i Europejczyk, w dodatku z aparatem, od razu zwraca na siebie uwagę) i czaj na wzgórzu Alladyna. Tu są kasztany! Przez chwilę można poczuć się trochę jak w domu... Po herbacie nastąpił szybki powrót - na wieczór była zaplanowana "impreza" - domówka. Acha, to wymaga pewnego tłumaczenia sposobu istnienia imprez w Konii: w tym mieście nie sprzedaje i nie podaje się alkoholu. Można go znaleźć jedynie w nielicznych supermarketach. Nie istnieją zatem imprezy w pubach/barach ani też w akademikach (gdzie oczywiście spożywanie alkoholu jest zabronione). Impreza polega więc na wycieczce do supermarketu po zapas alkoholu i udaniu się do zaprzyjaźnionego mieszkania w celu jego spożycia. Tak też zrobiliśmy - trzech Turków, trzy turkolożki i ja. Było bardzo miło. :) Trochę... dziwnie, ale miło. :) Nawet tutejsze piwo (Efez) podchodzi mi jakby bardziej niż rodzime, a nargila z winogronowym tytoniem okazała się megaprzyjemna. :)

niedziela, 4 października 2009

podróż...

... zaczęła się w sobotę. Mama odstawiła mnie do Balic, potem Dortmund, jakieś osiem godzin czekania na przesiadkę i przed północą samolot do Stambułu. Lądowanie na Sabiha Gokcen w środku nocy (1.30 czasu tureckiego – w Polsce 00.30). Do jakiejś czwartej koczowałam w poczekalni, zabawiając się czytaniem przewodnika, po czym postanowiłam dostać się jakoś do miasta. Jedyną osobą, która mogłaby mi w tym pomóc (tj. dysponowała mapą Stambułu), okazał się starszy pan wypożyczający samochody. Tu zaczęły się schody – pan bowiem próbował przekonać mnie (posługując się wyłącznie językiem tureckim oraz anglojęzycznym kolegą z innego lotniska, z którym połączył mnie przez telefon) o konieczności wynajęcia auta z kierowcą (90 euro, hehe), ostatecznie jednak udało mi się wykazać asertywnością i oświadczyć, że poczekam na pierwszy autobus (o 7.00). Spędziliśmy więc razem kilka godzin, porozumiewając się za pomocą wskazywania sobie odpowiednich zdań w rozmówkach, pokazując sobie zdjęcia z naszych krajów (w mojej galerii najbardziej podobała mu się Mama: „Hmm, Mama wonderful!!” :D), przeglądając profile na facebooku i oglądając tureckie seriale. Sympatycznie.

W Stambule byłam umówiona z poznaną przez CouchSurfing Deniz. Zanim jednak doszło do spotkania, postanowiłam zjeść śniadanie – dogadanie się po raz kolejny okazało się niemożliwe, zatem na śniadanie był kurczak z sałatkami i jakimś gąbczastym chlebem. Przynajmniej porządny posiłek.

Pierwsze wrażenie – bardziej kolorowo niż w Polsce. Mnóstwo rozmaitych knajpek z jedzeniem na ulicy (z "kebabami", a raczej wszelakim mięsiwem, którego dotąd jeszcze nie rozróżniam, stragany z owocami i orzechami, wózeczki na kółkach z preclami i małe stoiska, gdzie robi się świeży sok z owoców). Głośno, trochę chaotycznie (ale bez przesady).

Okazało się, że Deniz była w zeszłym roku na erasmusie w Niemczech, gdzie poznała wielu Polaków, no i, rzecz jasna, odwiedziła też Polskę (a nawet jadła zapiekanki na Placu Nowym :)). Kupiłyśmy bilet na 12.00, potem poszłyśmy na herbatę nad Bosfor. Na zwiedzanie nie było już czasu, posiedziałyśmy zatem nad kanałem i pogadałyśmy (a przynajmniej próbowałyśmy - angielski nas obu nie jest perfekcyjny...) o związkach polsko-tureckich: podobieństwie języków, imperium osmańskim i odsieczy wiedeńskiej oraz bujnie rozwijających się obecnie pomiędzy naszymi krajami wymianach erasmusowych.

Potem Deniz odstawiła mnie do autobusu i tu kolejny powiew „inności” – w Turcji słabo rozwinięty jest system kolei (nie ma zbyt wielu połączeń, podróż jest długa i mało komfortowa), zatem głównym środkiem transportu są autobusy – bardzo komfortowe, zazwyczaj wyposażone w radio i słuchawki przy każdym siedzeniu, kilka razy podczas podróży serwowana jest też kawa/herbata/sok/cola/woda i ciasteczka.
Przespałam prawie całą trasę, budząc się raz na jakiś czas i otwierając buzię ze zdziwienia z powodów widoków za oknem (bardzo dziwny krajobraz gór... niestety, nie mam pojęcia, przez którą część Turcji wtedy przejeżdżaliśmy); do Konii dotarliśmy przed 23.oo. Tutaj czekały na mnie Karolina i Kasia z krakowskiej turkologii wraz ze swymi tureckimi przyjaciółmi - Burakiem i Zubeirem. :)

W akademiku, dobrze po północy, okazało się, że nie ma mnie na liście studentów i nie ma dla mnie miejsca - haha. Dokwaterowano mnie zatem do przebudzonej w środku nocy Turczynki (która też dopiero co przyjechała i od razu poszła spać), kiedy obudziłam się rano, ona właśnie wychodziła - przeniesiono ją do innego akademika.