piątek, 29 stycznia 2010
znad herbaty, spod kołdry
Właśnie mija równe sześć tygodni od podróży do Syrii i Jordanii (ha, a zdaje mi się jakby to było w jakieś odległe wakacje...) i dwa od spakowania się i wyruszenia do domu. :-) Czas zatem najwyższy na relację z wyprawy (tej "wakacyjnej") i kilka refleksji krakowskich. Będą pod datami wcześniejszymi, odpowiadającymi (mniej więcej) opisywanym wydarzeniom.
sobota, 16 stycznia 2010
mój Stambuł
Przyznam szczerze, że bałam się trochę tego powrotu - niby wszystko było sprawdzone: Meram Express z Konyi do Stambułu - już raz "przejechana" trasa; dzień w Stambule, którego centrum nie było już dla mnie z pewnością zupełnie obcym po prawie tygodniowym pobycie w mieście w październiku; potem trochę problemów z dotarciem na lotnisko... Ale później już podberlińskie lotnisko, z którego zaledwie 60 km do granicy Polski; no i POLSKA - u siebie, wszystko rozumiem, z każdym mogę się dogadać, zapytać, poprosić o pomoc - nie ma szans, żeby sobie nie poradzić!
Mimo wszystko lekkie obawy były - ale być może tylko te, które są zawsze przed wyruszeniem w drogę (a właśnie - czy Wy też tak macie, że mimo wielkiej radości na jakąś podróż, zaczynacie w przeddzień cholernie panikować?!).
Podróż Meram Expressem minęła nieco wolniej niż zazwyczaj, dotarliśmy wreszcie do Miasta... Dobra wiadomość - z okolic azjatyckiego dworca Hajdarpasza można dostać się miejskim autobusem na lotnisko (jeden problem z głowy), zła - głupia skrytka bagażowa nie chce działać... Nagle zjawił się dziwny gość - ze stroju przypominający trochę bezdomnego (sfatygowany płaszcz, popularne w Turcji rękawiczki bez palców, śmieszna czapka, no i jeszcze ten papierowy kubek gorącej herbaty w ręku...), jednak rudy i posługujący się nienagannym angielskim (z amerykańskim akcentem). Pierwsza myśl: "Czyli nie Turek". Zapytał, czy potrzebuję pomocy... Po ponad pół godzinie uporaliśmy się ze skrytką bagażową (źle podana instrukcja, hehe), zdążyliśmy zawiązać też wstępną znajomość. Kanan okazał się Turkiem (taki ewenement wyglądu) i to ze Stambułu - choć studiuje w Eskiszehir, właśnie przyjechał na kilka dni do domu, tym samym Meram Expressem co ja. Bardzo go ciągnie w świat... Stąd też świetny angielski (efekt kilkukrotnego pobytu na Alasce [!] na Work&Travel) i, jak twierdził, całe jego studia - "Bo człowiek może wtedy się gdzieś wyrwać, ma możliwości..." (no tak, poza oczywistymi dla nas udogodnieniami w podróżowaniu dla studentów, dla nich istnieje jeszcze fundamentalna kwestia wiz - bardzo często odmawianych zwykłym obywatelom Turcji). Przepłynęliśmy zatem na drugą stronę Bosforu, a że oboje mieliśmy czas do dwunastej (Kanan do umówionego spotkania z przyjaciółmi, ja do rejsu po Bosforze YolTurem) - połaziliśmy po parku Gulhane, pogadaliśmy o podróżach, przyjaźni i komputeryzacji świata. Bardzo było miło i bardzo miłe to było z jego strony, że mi pomógł i w ogóle zajął się mną przez ten czas.
Rejs piękny - niesamowity klimat jak zwykle deszczowego Stambułu (takie już mam chyba szczęście...), gorący i pyszny salep z cynamonem serwowany na pokładzie promu, no i moje wyczekane yali (stare, nadbosforskie wille bogaczy z tarasami wychodzącymi wprost na wody cieśniny... niektóre w ruinie, niektóre pięknie odnowione) i mosty nad Bosforem... Pięknie, szkoda tylko że tak krótko (1,5 godziny).
Ciąg dalszy planu na dzień dzisiejszy zakładał albo wizytę w Muzeum Kariye, albo w Muzeum Adama Mickiewicza - a że do tej pory nie mam pewności co do lokalizacji tego drugiego (dane w internecie nie zgadzają się z danymi z googlemaps), postanowiłam przespacerować się "starym" Stambułem do Muzeum Kariye. Spacer niemały, dobre kilka kilometrów, ponad godzina drogi... Niemal cały czas z nosem przy mapie, jednak w spenetrowanych już w październiku zaułkach nad Złotym Rogiem, w pobliżu Meczetu Sulejmana i na tyłach Uniwersytetu Stambulskiego czułam się dość pewnie. Gorzej było potem... Dotarłam do dzielnicy Fatih, rozciągającej się przy wielkim meczecie o tej samej nazwie (czyli Meczecie Zwycięzcy) - miasto w mieście. Brukowane uliczki, atmosfera przypominająca bardziej małomiasteczkową niż centrum metropolii... Rodziny mimo kiepskiej pogody spacerujące po parku wokół meczetu, małe sklepiki z meblami rattanowymi, inne z chałwą i baklavą, sklepy z rybami, serami... Ni to wschodni bazar, ni to polski targ. Dziwne. Im dalej, tym biedniejsze ukazywały się kamienice, brudniejsze i mniej gwarne ulice, prawie wszystkie kobiety w czadorach (zdążyłam się już przyzwyczaić do ich widoku, wrażenie robią na mnie jedynie kilkunastoletnie dziewczynki owite od stóp do głów w czarną tkaninę... a po wystających okularkach, czy sposobie rozmowy widać, że to zupełnie normalne nastolatki). Uliczki stały się na tyle wąskie i kręte, że musiałam mocno trzymać się mapy, aby iść w dobrym kierunku. Wreszcie gdy byłam już prawie u celu, zaczepił mnie chłopaczek wykrzykujący za mną po angielsku: "Abla [siostro], dokąd idziesz? Zaprowadzę cię!". Łamanym turecko-angielskim powiedziałam Emre, że nie dostanie za swoją przysługę pieniędzy, ten jednak wskazał mi ręką dalszą drogę. Muzeum Kariye czyli dawny Kościół św. Zbawiciela sprzed tysiąca lat po prostu zachwyca. Nie znam się jakoś szczególnie na sztuce, ale mozaiki, które przetrwały w tym miejscu pod warstwą wapna (którym przykryto ściany, gdy zamieniono kościół na meczet pięćset lat temu) przyprawiły mnie o autentyczne wzruszenie. Ludzie zachwycają się (i słusznie) kilkoma zachowanymi mozaikami w Hagia Sophia, a mało kto dociera tutaj - gdzie tych mozaik - pięknych, różnorodnych - jest tak wiele. Jest więc Zaśnięcie Maryi z Chrystusem trzymającym maleńką duszę Matki na ręku, jest uzdrowienie trędowatego, jest Zachariasz przytulający Annę, jest przepiękna mozaika Narodzenia Pana, są sceny kuszenia Chrystusa... Nie chce się stamtąd wychodzić. Gonił mnie czas.
Postanowiłam jednak rzucić jeszcze okiem na dzielnicę, przejść się uliczkami... Szybko dotarłam do murów miejskich. I to jest właśnie rzecz niewiarygodna - porównanie wielkości starego Stambułu i starego Krakowa (czyli terenu zamykanego przez mury). Kraków można by obejść w kilkanaście minut, dawny Stambuł nawet teraz byłby sporym miastem, którego przemierzenie z jednego końca (od Złotego Rogu) na drugi (do murów) zajmuje dobrze ponad godzinę... Później doczytałam jednak, że mury nie zamykały zwartej miejskiej zabudowy, ale także przylegające do miasta wsie z ich polami i ogrodami. Wdrapałam się na mury... I kolejna piękna chwila tego dnia - widok Stambułu na chwilę przed zmierzchem - jak okiem sięgnąć: Miasto - Złoty Róg, Bosfor, Meczet Sulejmana, Meczet Fatiha, Galata, a z drugiej strony przerzucony nad zatoką Most Ataturka (z liniami sunących aut), zniszczony grecki cmentarz, jaki wielki, ale zrujnowany meczet, w oddali wieżowce Leventu - dzielnicy współczesnych bogaczy... Miasto. Pode mną zaułki ulic, zniszczone kamienice - chociaż nie są drewniane, wiele z nich nosi ślady pożarów... A więc to o tym pisał Pamuk. W takich właśnie miejscach widział on huzun - stambulską melancholię, smutek będący duszą tego miasta, jego nieodłącznym elementem. Tak, tego dnia naprawdę mogłam doświadczyć trochę jego Stambułu. A na murach poczułam, że dobrze mi w tym mieście.
Bez większych problemów wróciłam do Eminonu (przystani promów na azjatycki brzeg), stamtąd promem na Kadikoy (gdzie w skrytce bagażowej czekał na mnie plecak, a na przystanku - autobus na lotnisko) i wreszcie na lotnisko. Dzień którego trochę się obawiałam - dzień samotnych włóczęg po Stambule - okazał się fantastyczny. A gdy przegrzebywałam net po powrocie do domu, trafiłam na informację, że Stambuł jest w tym roku Europejską Stolicą Kultury i że szykuje się w związku z tym wiele atrakcji - większość niestety na wakacje i jesień.
Mimo wszystko lekkie obawy były - ale być może tylko te, które są zawsze przed wyruszeniem w drogę (a właśnie - czy Wy też tak macie, że mimo wielkiej radości na jakąś podróż, zaczynacie w przeddzień cholernie panikować?!).
Podróż Meram Expressem minęła nieco wolniej niż zazwyczaj, dotarliśmy wreszcie do Miasta... Dobra wiadomość - z okolic azjatyckiego dworca Hajdarpasza można dostać się miejskim autobusem na lotnisko (jeden problem z głowy), zła - głupia skrytka bagażowa nie chce działać... Nagle zjawił się dziwny gość - ze stroju przypominający trochę bezdomnego (sfatygowany płaszcz, popularne w Turcji rękawiczki bez palców, śmieszna czapka, no i jeszcze ten papierowy kubek gorącej herbaty w ręku...), jednak rudy i posługujący się nienagannym angielskim (z amerykańskim akcentem). Pierwsza myśl: "Czyli nie Turek". Zapytał, czy potrzebuję pomocy... Po ponad pół godzinie uporaliśmy się ze skrytką bagażową (źle podana instrukcja, hehe), zdążyliśmy zawiązać też wstępną znajomość. Kanan okazał się Turkiem (taki ewenement wyglądu) i to ze Stambułu - choć studiuje w Eskiszehir, właśnie przyjechał na kilka dni do domu, tym samym Meram Expressem co ja. Bardzo go ciągnie w świat... Stąd też świetny angielski (efekt kilkukrotnego pobytu na Alasce [!] na Work&Travel) i, jak twierdził, całe jego studia - "Bo człowiek może wtedy się gdzieś wyrwać, ma możliwości..." (no tak, poza oczywistymi dla nas udogodnieniami w podróżowaniu dla studentów, dla nich istnieje jeszcze fundamentalna kwestia wiz - bardzo często odmawianych zwykłym obywatelom Turcji). Przepłynęliśmy zatem na drugą stronę Bosforu, a że oboje mieliśmy czas do dwunastej (Kanan do umówionego spotkania z przyjaciółmi, ja do rejsu po Bosforze YolTurem) - połaziliśmy po parku Gulhane, pogadaliśmy o podróżach, przyjaźni i komputeryzacji świata. Bardzo było miło i bardzo miłe to było z jego strony, że mi pomógł i w ogóle zajął się mną przez ten czas.
Rejs piękny - niesamowity klimat jak zwykle deszczowego Stambułu (takie już mam chyba szczęście...), gorący i pyszny salep z cynamonem serwowany na pokładzie promu, no i moje wyczekane yali (stare, nadbosforskie wille bogaczy z tarasami wychodzącymi wprost na wody cieśniny... niektóre w ruinie, niektóre pięknie odnowione) i mosty nad Bosforem... Pięknie, szkoda tylko że tak krótko (1,5 godziny).
Ciąg dalszy planu na dzień dzisiejszy zakładał albo wizytę w Muzeum Kariye, albo w Muzeum Adama Mickiewicza - a że do tej pory nie mam pewności co do lokalizacji tego drugiego (dane w internecie nie zgadzają się z danymi z googlemaps), postanowiłam przespacerować się "starym" Stambułem do Muzeum Kariye. Spacer niemały, dobre kilka kilometrów, ponad godzina drogi... Niemal cały czas z nosem przy mapie, jednak w spenetrowanych już w październiku zaułkach nad Złotym Rogiem, w pobliżu Meczetu Sulejmana i na tyłach Uniwersytetu Stambulskiego czułam się dość pewnie. Gorzej było potem... Dotarłam do dzielnicy Fatih, rozciągającej się przy wielkim meczecie o tej samej nazwie (czyli Meczecie Zwycięzcy) - miasto w mieście. Brukowane uliczki, atmosfera przypominająca bardziej małomiasteczkową niż centrum metropolii... Rodziny mimo kiepskiej pogody spacerujące po parku wokół meczetu, małe sklepiki z meblami rattanowymi, inne z chałwą i baklavą, sklepy z rybami, serami... Ni to wschodni bazar, ni to polski targ. Dziwne. Im dalej, tym biedniejsze ukazywały się kamienice, brudniejsze i mniej gwarne ulice, prawie wszystkie kobiety w czadorach (zdążyłam się już przyzwyczaić do ich widoku, wrażenie robią na mnie jedynie kilkunastoletnie dziewczynki owite od stóp do głów w czarną tkaninę... a po wystających okularkach, czy sposobie rozmowy widać, że to zupełnie normalne nastolatki). Uliczki stały się na tyle wąskie i kręte, że musiałam mocno trzymać się mapy, aby iść w dobrym kierunku. Wreszcie gdy byłam już prawie u celu, zaczepił mnie chłopaczek wykrzykujący za mną po angielsku: "Abla [siostro], dokąd idziesz? Zaprowadzę cię!". Łamanym turecko-angielskim powiedziałam Emre, że nie dostanie za swoją przysługę pieniędzy, ten jednak wskazał mi ręką dalszą drogę. Muzeum Kariye czyli dawny Kościół św. Zbawiciela sprzed tysiąca lat po prostu zachwyca. Nie znam się jakoś szczególnie na sztuce, ale mozaiki, które przetrwały w tym miejscu pod warstwą wapna (którym przykryto ściany, gdy zamieniono kościół na meczet pięćset lat temu) przyprawiły mnie o autentyczne wzruszenie. Ludzie zachwycają się (i słusznie) kilkoma zachowanymi mozaikami w Hagia Sophia, a mało kto dociera tutaj - gdzie tych mozaik - pięknych, różnorodnych - jest tak wiele. Jest więc Zaśnięcie Maryi z Chrystusem trzymającym maleńką duszę Matki na ręku, jest uzdrowienie trędowatego, jest Zachariasz przytulający Annę, jest przepiękna mozaika Narodzenia Pana, są sceny kuszenia Chrystusa... Nie chce się stamtąd wychodzić. Gonił mnie czas.
Postanowiłam jednak rzucić jeszcze okiem na dzielnicę, przejść się uliczkami... Szybko dotarłam do murów miejskich. I to jest właśnie rzecz niewiarygodna - porównanie wielkości starego Stambułu i starego Krakowa (czyli terenu zamykanego przez mury). Kraków można by obejść w kilkanaście minut, dawny Stambuł nawet teraz byłby sporym miastem, którego przemierzenie z jednego końca (od Złotego Rogu) na drugi (do murów) zajmuje dobrze ponad godzinę... Później doczytałam jednak, że mury nie zamykały zwartej miejskiej zabudowy, ale także przylegające do miasta wsie z ich polami i ogrodami. Wdrapałam się na mury... I kolejna piękna chwila tego dnia - widok Stambułu na chwilę przed zmierzchem - jak okiem sięgnąć: Miasto - Złoty Róg, Bosfor, Meczet Sulejmana, Meczet Fatiha, Galata, a z drugiej strony przerzucony nad zatoką Most Ataturka (z liniami sunących aut), zniszczony grecki cmentarz, jaki wielki, ale zrujnowany meczet, w oddali wieżowce Leventu - dzielnicy współczesnych bogaczy... Miasto. Pode mną zaułki ulic, zniszczone kamienice - chociaż nie są drewniane, wiele z nich nosi ślady pożarów... A więc to o tym pisał Pamuk. W takich właśnie miejscach widział on huzun - stambulską melancholię, smutek będący duszą tego miasta, jego nieodłącznym elementem. Tak, tego dnia naprawdę mogłam doświadczyć trochę jego Stambułu. A na murach poczułam, że dobrze mi w tym mieście.
Bez większych problemów wróciłam do Eminonu (przystani promów na azjatycki brzeg), stamtąd promem na Kadikoy (gdzie w skrytce bagażowej czekał na mnie plecak, a na przystanku - autobus na lotnisko) i wreszcie na lotnisko. Dzień którego trochę się obawiałam - dzień samotnych włóczęg po Stambule - okazał się fantastyczny. A gdy przegrzebywałam net po powrocie do domu, trafiłam na informację, że Stambuł jest w tym roku Europejską Stolicą Kultury i że szykuje się w związku z tym wiele atrakcji - większość niestety na wakacje i jesień.
piątek, 15 stycznia 2010
egzaminy
Ostatnie dni przed wyjazdem okazały się naprawdę gorące. Po ogólnym tureckim rozleniwieniu, wszechobecnym "yok problem" ("nie ma problemu") i sennym marazmie (bo po co się spieszyć, i tak ze wszystkim zdążymy...), trzeba było przejść do działania - niektóre sprawy muszą być zrobione przed wyjazdem, a do wyjazdu zostało ledwie kilka dni! Czas przyspieszył i zaczął doganiać przedsesyjny Gołębnik, no nareszcie!
Najważniejsze było oczywiście pozaliczanie egzaminów - po poniedziałkowym nieudanym spotkaniu z Franny jedynym możliwym terminem okazał się czwartek (w przeddzień wyjazdu - aj, późno!). Na szczęście tym razem wszystko poszło bez przeszkód, po porannych zajęciach wyskrobałam w biurze "descriptive paragraph" (Amerykanka była tak miła, że tematem wypracowania uczyniła... "pomieszczenie, w którym właśnie się znajdujesz" - a jej biuro okazało się wdzięcznym tematem opisu :-)), po południu natomiast byliśmy umówieni na egzamin ustny. Ten niestety poszedł dużo gorzej niż mógł pójść, a to ze względu na kolejny ukłon w naszą stronę Franny, która tematem konwersacji uczyniła... turecką turystykę (wiedząc, że będziemy mieć na ten temat sporo do powiedzenia). I owszem, mieliśmy... Tyle że 3 minuty zleciało nam tak szybko, że ledwie wydostaliśmy się gdzieś spod starożytnych ruin na wybrzeżu rzymskiej prowincji Azja... Trochę niepotrzebnie zagłębiliśmy się w ten temat (kilkakrotnie przy tym gubiąc się językowo), przez co nie zdążyliśmy wspomnieć o wschodzie Turcji, aktywnym wypoczynku, Pamukkale, Stambule... A więc i tematycznie, i - niestety - językowo położyliśmy ten egzamin. Wielka szkoda.
A jeszcze wcześniej, bo w środę, finiszowałam z kursami erasmusowymi - należało wreszcie oddać (ach, no i skończyć pisać ;-)) długo męczony esej o tureckiej rodzinie (na "Social and cultural structure of Turkish society") - wyszedł nawet nieźle - okazało się, że w necie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Zakręcony profesor, który raz już zmienił wizję zaliczenia przedmiotu (początkowo miała to być prezentacja), podobno bardzo się zdziwił, odbierając nasze wypracowania i już chciał zażądać od nas czegoś jeszcze innego... gdy sprytny Aleksander (tudzież Marcin) zaczął zagadywać go na jakiś "okołoprzedmiotowy" temat, po czym wszyscy szybko się pożegnali ("podobno", bo ja swój esej doniosłam z godzinnym poślizgiem, jak zwykle... ostatecznie jednak otrzymałam 85% - nieźle, choć mogło być lepiej).
Zdenerwował mnie natomiast strasznie pan Onur - od tureckiego. Oczywiście tak jak od dłuższego już czasu na zajęciach nawet nie wystartowaliśmy, nawet nie udawaliśmy, że uczymy się tureckiego. Chwilę pogadał, podroczył się z nami w kwestii zaliczenia. Niby ma być na podstawie obecności, hehe. Tyle że listy obecności były może ze trzy razy (a niektórych akurat na nich nie było...) - ale "on pamięta nasze twarze". Problem w tym, że zaliczeń (procentowych) nie wystawiał przy nas, a przecież nie pamięta ani jednego imienia (sprawdziliśmy)... Niesprawiedliwie, żałosne, niesłychanie wkurzające.
No nic, trzeba będzie wkrótce napisać do biura erasmusa z pytaniem o wszystkie te oceny...
Acha! Zapomniałabym. W dniach ostatnich były też przejścia z biurem erasmusa - Yusuf bowiem dał "komuś" (i "on nie wie komu...") mój Learning Agreement, ponieważ był tam potrzebny podpis wydziałowego koordynatora (a więc u mnie z anglistyki). Dostałam go od Karoliny kilka dni przed wyjazdem, należało zatem złapać jeszcze panią Gulbun Onur, wyłożyć jej całą sprawę i zdobyć podpis. Podobnie było z "pozwoleniem na wcześniejszy wyjazd" - ponieważ chciałam wrócić do domu jeszcze przed sesją, musiałam uzyskać potwierdzenie zaliczenia wszystkich przedmiotów i zgodę "kierownika katedry" na wyjazd. Wszystko udało się załatwić dosłownie w ostatniej chwili - w piątkowe przedpołudnie i dostarczyć Yusufowi na chwilę przed ruszeniem w drogę. "Niestety" nie miałam już czasu wysłuchać do końca jego żalów na polskich erasmusów notorycznie łamiących zasady zachowania w akademikach ("ja wiem, że istnieją pewne różnice kulturowe, ale powinniście to zrozumieć...") i życzyłam mu miłych ferii. See you next month, Yusuf!
Najważniejsze było oczywiście pozaliczanie egzaminów - po poniedziałkowym nieudanym spotkaniu z Franny jedynym możliwym terminem okazał się czwartek (w przeddzień wyjazdu - aj, późno!). Na szczęście tym razem wszystko poszło bez przeszkód, po porannych zajęciach wyskrobałam w biurze "descriptive paragraph" (Amerykanka była tak miła, że tematem wypracowania uczyniła... "pomieszczenie, w którym właśnie się znajdujesz" - a jej biuro okazało się wdzięcznym tematem opisu :-)), po południu natomiast byliśmy umówieni na egzamin ustny. Ten niestety poszedł dużo gorzej niż mógł pójść, a to ze względu na kolejny ukłon w naszą stronę Franny, która tematem konwersacji uczyniła... turecką turystykę (wiedząc, że będziemy mieć na ten temat sporo do powiedzenia). I owszem, mieliśmy... Tyle że 3 minuty zleciało nam tak szybko, że ledwie wydostaliśmy się gdzieś spod starożytnych ruin na wybrzeżu rzymskiej prowincji Azja... Trochę niepotrzebnie zagłębiliśmy się w ten temat (kilkakrotnie przy tym gubiąc się językowo), przez co nie zdążyliśmy wspomnieć o wschodzie Turcji, aktywnym wypoczynku, Pamukkale, Stambule... A więc i tematycznie, i - niestety - językowo położyliśmy ten egzamin. Wielka szkoda.
A jeszcze wcześniej, bo w środę, finiszowałam z kursami erasmusowymi - należało wreszcie oddać (ach, no i skończyć pisać ;-)) długo męczony esej o tureckiej rodzinie (na "Social and cultural structure of Turkish society") - wyszedł nawet nieźle - okazało się, że w necie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Zakręcony profesor, który raz już zmienił wizję zaliczenia przedmiotu (początkowo miała to być prezentacja), podobno bardzo się zdziwił, odbierając nasze wypracowania i już chciał zażądać od nas czegoś jeszcze innego... gdy sprytny Aleksander (tudzież Marcin) zaczął zagadywać go na jakiś "okołoprzedmiotowy" temat, po czym wszyscy szybko się pożegnali ("podobno", bo ja swój esej doniosłam z godzinnym poślizgiem, jak zwykle... ostatecznie jednak otrzymałam 85% - nieźle, choć mogło być lepiej).
Zdenerwował mnie natomiast strasznie pan Onur - od tureckiego. Oczywiście tak jak od dłuższego już czasu na zajęciach nawet nie wystartowaliśmy, nawet nie udawaliśmy, że uczymy się tureckiego. Chwilę pogadał, podroczył się z nami w kwestii zaliczenia. Niby ma być na podstawie obecności, hehe. Tyle że listy obecności były może ze trzy razy (a niektórych akurat na nich nie było...) - ale "on pamięta nasze twarze". Problem w tym, że zaliczeń (procentowych) nie wystawiał przy nas, a przecież nie pamięta ani jednego imienia (sprawdziliśmy)... Niesprawiedliwie, żałosne, niesłychanie wkurzające.
No nic, trzeba będzie wkrótce napisać do biura erasmusa z pytaniem o wszystkie te oceny...
Acha! Zapomniałabym. W dniach ostatnich były też przejścia z biurem erasmusa - Yusuf bowiem dał "komuś" (i "on nie wie komu...") mój Learning Agreement, ponieważ był tam potrzebny podpis wydziałowego koordynatora (a więc u mnie z anglistyki). Dostałam go od Karoliny kilka dni przed wyjazdem, należało zatem złapać jeszcze panią Gulbun Onur, wyłożyć jej całą sprawę i zdobyć podpis. Podobnie było z "pozwoleniem na wcześniejszy wyjazd" - ponieważ chciałam wrócić do domu jeszcze przed sesją, musiałam uzyskać potwierdzenie zaliczenia wszystkich przedmiotów i zgodę "kierownika katedry" na wyjazd. Wszystko udało się załatwić dosłownie w ostatniej chwili - w piątkowe przedpołudnie i dostarczyć Yusufowi na chwilę przed ruszeniem w drogę. "Niestety" nie miałam już czasu wysłuchać do końca jego żalów na polskich erasmusów notorycznie łamiących zasady zachowania w akademikach ("ja wiem, że istnieją pewne różnice kulturowe, ale powinniście to zrozumieć...") i życzyłam mu miłych ferii. See you next month, Yusuf!
czwartek, 14 stycznia 2010
szarawary
Wczorajszy dzień urozmaiciłyśmy sobie (my: Dorota, Magda i ja; Elżbieta i Piter wciąż w Gruzji) wypadem do miasta. Kurcze, kurcze, kurcze! Czemu ja tam nie jeżdżę częściej?! Co prawda w Konii nie ma jakichś nadzwyczaj interesujących miejsc, ale to miasto naprawdę ma klimat... Który można było jeszcze dobitniej odczuć zwłaszcza wczoraj, podczas pochmurnej pogody i lekko siąpiącego deszczu (taka nasza polska "szaruga", ale ta dobra, nie przy mroźnym powietrzu i lodowatym wietrze). Pisałam to już pewnie setki razy, ale ciągle na nowo robi na mnie wrażenie: starej Konii daleko jeszcze do europeizacji i zalania przez turystykę. Genialne jest to, że można sobie połazić po bazarze, który nie jest bazarem na pokaz (jak obecnie większość w Stambule, na wybrzeżu, w syryjskim Aleppo czy Damaszku) i w dodatku czuć się tu jak "w swoim" mieście. Co prawda swoim nie będzie nigdy, ludzie zawsze będą patrzeć jak na kogoś z zewnątrz (wygląd i nieposługiwanie się tureckim), jednak jest już z pewnością dużo bardziej "swoje" niż na początku. I nawet sprzedawcy patrzą trochę inaczej, gdy dowiadują się, że studiujemy na tutejszym uniwersytecie. Gdzieniegdzie spośród bazarowych uliczek wyrastają potężne meczety - wciąż jeszcze dużo bardziej meczety niż muzea; w godzinach modlitwy robi się tu tłoczno, a ciężka zasłona przykrywająca wejście do świątyni ciągle się unosi. Pod moim ulubionym meczetem o wysokich oknach starzy ludzie handlują warzywami...
Ale miało być zasadniczo o czym innym. Choć nasza wyprawa nie miała żadnego szczególnego celu, natknęłyśmy się przypadkowo na sklep z szarawarami. :-) Tym spodenkom tutaj dość daleko do swej młodszej europejskiej rodziny, która noszona jest ze względu na modę. Tutaj wielkie kwieciste szarawary zakładają raczej starsze, zwykle otyłe babcie (jak jedna bardzo sympatyczna, która sprząta nasz akademik) - podejrzewam, że głównym powodem jest religia, maskują one bowiem sylwetkę. A więc jak Karolina zobaczyła, tak też postanowiła kupić (cena: 5 TL = 10 zł). :-) Udało mi się nawet znaleźć całkiem sympatyczne. :-) Przy okazji wypiłyśmy na rozgrzanie herbatkę ze sprzedawcą, w rozmowie z którym posługiwaliśmy się bardziej niż podstawowym angielskim i takimż tureckim. Heh, ciekawe tylko co on sobie myśli, widząc, że młode dziewczyny z zagranicy kupują takie spodnie...
Acha! A w drodze powrotnej był jeszcze sklep ze słodyczami... Tak pysznego, świeżutkiego, ciągnącego się i rozpływającego w ustach lokum dawno nie jadłam! Pewnie właśnie takim poczęstowała Edmunda Królowa (w Lwie, Czarownicy i Starej Szafie), że ten nie mógł się oprzeć...
Ale miało być zasadniczo o czym innym. Choć nasza wyprawa nie miała żadnego szczególnego celu, natknęłyśmy się przypadkowo na sklep z szarawarami. :-) Tym spodenkom tutaj dość daleko do swej młodszej europejskiej rodziny, która noszona jest ze względu na modę. Tutaj wielkie kwieciste szarawary zakładają raczej starsze, zwykle otyłe babcie (jak jedna bardzo sympatyczna, która sprząta nasz akademik) - podejrzewam, że głównym powodem jest religia, maskują one bowiem sylwetkę. A więc jak Karolina zobaczyła, tak też postanowiła kupić (cena: 5 TL = 10 zł). :-) Udało mi się nawet znaleźć całkiem sympatyczne. :-) Przy okazji wypiłyśmy na rozgrzanie herbatkę ze sprzedawcą, w rozmowie z którym posługiwaliśmy się bardziej niż podstawowym angielskim i takimż tureckim. Heh, ciekawe tylko co on sobie myśli, widząc, że młode dziewczyny z zagranicy kupują takie spodnie...
Acha! A w drodze powrotnej był jeszcze sklep ze słodyczami... Tak pysznego, świeżutkiego, ciągnącego się i rozpływającego w ustach lokum dawno nie jadłam! Pewnie właśnie takim poczęstowała Edmunda Królowa (w Lwie, Czarownicy i Starej Szafie), że ten nie mógł się oprzeć...
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Rysiu
Po przyjeździe ze świąteczno-noworocznej wyprawy (a w obliczu rychłego powrotu do Polski) trzeba było zacząć powoli myśleć o zaliczeniach. Dwa najważniejsze - z poezji i prozy romantycznej - miałam za sobą już przed Świętami, zostały zaliczenia z angielskiego u Franny oraz dwa kursy erasmusowe. Na ustny angielski umówiliśmy się (Karolina, Michał i ja - egzamin jest grupowy) na poniedziałek, Franny jednak spóźniała się... Z korytarza zgarnął nas zatem jej asystent, a że Amerykanka ostatecznie nie dotarła na wydział, mieliśmy okazję pogadać ponad godzinę.
Asystent znany jest erasmusowemu gronu z imprez, mnie wyłącznie z widzenia podczas zajęć angielskiego. Popularnie zwany "Rysiem" (nazwisko brzmi coś jak "Reszad"), podobno podrywacz nie mniejszy niż przeciętni młodzi Turcy, nie mniej też "bezpośredni" - nachalny... Jednak w sytuacji oficjalnej dobrze ułożony i inteligentnie rozmawiający na różne tematy... Do rzeczy: okazało się, że Rysiu jest Afgańczykiem i ma... 22 lata. Pisałam już kiedyś na blogu o młodych, bardzo zdolnych ludziach zza wschodniej granicy Turcji, którzy przyjeżdżają tutaj studiować - zazwyczaj są dużo lepszymi uczniami niż Turcy, posługują się kilkoma językami (swój, rosyjski, turecki i angielski) i szybko uczą nowych. Rysiu jest tego świetnym przykładem. Co prawda po rosyjsku zna ledwie kilka zdań, jednak fakt uczenia angielskiego na uniwersytecie w tym wieku robi wrażenie... Okazało się, że przyjechał do Konyi zaledwie w czerwcu, wtedy też zaczął uczyć się tureckiego - twierdzi, że obecnie jest w stanie zrozumieć rozmowy ludzi na ulicy. Byłam świadkiem jedynie jego grzecznościowej rozmowy z innym profesorem, który wszedł nagle do gabinetu - niby tylko wymiana kilku zdań, ale robi wrażenie... Rysiu bierze udział w programie - takim jakby erasmusie - który jest prowadzony w ramach umowy afgańsko-turecko-amerykańskiej. Rok studiuje się w kraju jednej ze stron, rok w kraju kolejnej... Tak więc w przyszłym roku Ryszard wyjeżdża do Nowego Jorku. Szczęściarz... Oczywiście zapewnia nas, że to wcale nie jest kwestia "szczęścia", że kosztowało go to mnóstwo pracy. No tak, to widać.
Ta poniedziałkowa rozmowa dała mi sporego kopa - można osiągać niezłe wyniki w nauce (o ile faktycznie solidnie się pracuje) i można dzięki temu zrobić coś pozytywnego ze swoim życiem. A przede wszystkim - trzeba szukać możliwości.
Acha, kilka dni później, gdy pisałam wypracowanie w gabinecie Franny, Rysiu w pewnym momencie podszedł do okna, popatrzył na kampus i powiedział, że wszystko tu jest takie duże... Zupełnie inaczej niż w jego rodzinnej wiosce.
Asystent znany jest erasmusowemu gronu z imprez, mnie wyłącznie z widzenia podczas zajęć angielskiego. Popularnie zwany "Rysiem" (nazwisko brzmi coś jak "Reszad"), podobno podrywacz nie mniejszy niż przeciętni młodzi Turcy, nie mniej też "bezpośredni" - nachalny... Jednak w sytuacji oficjalnej dobrze ułożony i inteligentnie rozmawiający na różne tematy... Do rzeczy: okazało się, że Rysiu jest Afgańczykiem i ma... 22 lata. Pisałam już kiedyś na blogu o młodych, bardzo zdolnych ludziach zza wschodniej granicy Turcji, którzy przyjeżdżają tutaj studiować - zazwyczaj są dużo lepszymi uczniami niż Turcy, posługują się kilkoma językami (swój, rosyjski, turecki i angielski) i szybko uczą nowych. Rysiu jest tego świetnym przykładem. Co prawda po rosyjsku zna ledwie kilka zdań, jednak fakt uczenia angielskiego na uniwersytecie w tym wieku robi wrażenie... Okazało się, że przyjechał do Konyi zaledwie w czerwcu, wtedy też zaczął uczyć się tureckiego - twierdzi, że obecnie jest w stanie zrozumieć rozmowy ludzi na ulicy. Byłam świadkiem jedynie jego grzecznościowej rozmowy z innym profesorem, który wszedł nagle do gabinetu - niby tylko wymiana kilku zdań, ale robi wrażenie... Rysiu bierze udział w programie - takim jakby erasmusie - który jest prowadzony w ramach umowy afgańsko-turecko-amerykańskiej. Rok studiuje się w kraju jednej ze stron, rok w kraju kolejnej... Tak więc w przyszłym roku Ryszard wyjeżdża do Nowego Jorku. Szczęściarz... Oczywiście zapewnia nas, że to wcale nie jest kwestia "szczęścia", że kosztowało go to mnóstwo pracy. No tak, to widać.
Ta poniedziałkowa rozmowa dała mi sporego kopa - można osiągać niezłe wyniki w nauce (o ile faktycznie solidnie się pracuje) i można dzięki temu zrobić coś pozytywnego ze swoim życiem. A przede wszystkim - trzeba szukać możliwości.
Acha, kilka dni później, gdy pisałam wypracowanie w gabinecie Franny, Rysiu w pewnym momencie podszedł do okna, popatrzył na kampus i powiedział, że wszystko tu jest takie duże... Zupełnie inaczej niż w jego rodzinnej wiosce.
niedziela, 10 stycznia 2010
Sille
Udało mi się wreszcie poopisywać zdjęcia z Syrii i Jordanii, można już zatem spokojnie oglądać i wiedzieć, co się ogląda. Do galerii (album "Konya") wrzuciłam także kilka fotografii z sobotniej wycieczki do Sille.
A więc krótko o samej wiosce: szok. Szok z co najmniej kilku powodów.
Po pierwsze jest tam zupełnie inaczej, niż można się tego spodziewać z lakonicznych opisów w sieci. Przedstawiana jest jako sielankowa i urokliwa. Niewątpliwie jest urokliwa, ale panuje tam straszna bieda! Nie żeby mi to przeszkadzało (heh, jak na złość to nawet "lepiej", bo to jedno z nielicznych zupełnie autentycznych, niezmienionych jeszcze przez turystyczną infrastrukturę miejsc, do których ma szansę trafić człowiek "z zewnątrz"), jednak te beztroskie i pozbawione refleksji opisy zaczęły mnie złościć. Tylko na chwilę weszłam między domy... Jakaś pani widząc w moim ręku aparat, poprosiła o zrobienie zdjęcia. Myślałam, że chciała być tylko miła dla turystki... Jednak ona zaczęła zwoływać wszystkich z domu, zaczęli poprawiać ubranie, zmieniać buty, pozować do zdjęć... Bardzo się tym cieszyli. Na koniec poprosili mnie o przesłanie fotografii (na słowo "adres", zapytałam automatycznie o "e-mail adres", dopiero po chwili do mnie dotarło, że raczej żaden e-mail nie wchodzi w grę... i faktycznie, dostałam wkrótce na kartce rzeczywisty adres zamieszkania tych państwa). W głowie się nie mieści, że jakieś 10 km (sic!) drogi stąd znajduje się najnowocześniejsze centrum handlowe Konii - ze sklepami Levisa i Mark&Spencer, z McDonaldem i BurgerKingiem.
Drugi szok to stan miejscowych zabytków. Sille jest starą osadą, zamieszkiwaną przez wieki przez Greków - chrześcijan. Dopiero na początku XX wieku ludność turecka zaczęła wypierać stąd grecką. W wiosce znajduje się stary kościół pw. św. Heleny (matki cesarza Konstantyna, tego od Konstantynopola), jest to największa miejscowa atrakcja, obecnie w remoncie. Poza tym w zboczach otaczających wioskę pełno jest grot przypominających te z jordańskiej Petry - trudno powiedzieć, czy były wykorzystywane jako domy czy jako grobowce (zapewne i jedno i drugie), trudno też gdziekolwiek uzyskać informację na ten temat. Najbardziej jednak oburza stan jednej z nich - prawdopodobnie świątyni. Jej ściany pokrywają pozostałości malowideł przedstawiających świętych - nie dość, że pozostawione bez opieki, to jeszcze zdewastowane napisami. W pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś sobie chyba żarty zrobił i po prostu niedawno to namalował... Jednak stan niektórych fragmentów wskazuje na działanie czasu. Chociaż pojęcia nie mam, czy te rysunki mogą być z XII czy z XIX wieku.
Ciekawostką jest natomiast znak drogowy przy drodze do wioski: "Uwaga, żółwie!". Jeszcze w październiku planowaliśmy wyjść na stepy za akademiki, żeby poszukać tych stworzeń (bo podobno są), jednak od czasu gdy jakiś Turek mi powiedział, że ktoś chyba sobie ze mnie żarty zrobił, pomysł został zaniechany. A jednak trzeba będzie wiosną spróbować. :-)
A więc krótko o samej wiosce: szok. Szok z co najmniej kilku powodów.
Po pierwsze jest tam zupełnie inaczej, niż można się tego spodziewać z lakonicznych opisów w sieci. Przedstawiana jest jako sielankowa i urokliwa. Niewątpliwie jest urokliwa, ale panuje tam straszna bieda! Nie żeby mi to przeszkadzało (heh, jak na złość to nawet "lepiej", bo to jedno z nielicznych zupełnie autentycznych, niezmienionych jeszcze przez turystyczną infrastrukturę miejsc, do których ma szansę trafić człowiek "z zewnątrz"), jednak te beztroskie i pozbawione refleksji opisy zaczęły mnie złościć. Tylko na chwilę weszłam między domy... Jakaś pani widząc w moim ręku aparat, poprosiła o zrobienie zdjęcia. Myślałam, że chciała być tylko miła dla turystki... Jednak ona zaczęła zwoływać wszystkich z domu, zaczęli poprawiać ubranie, zmieniać buty, pozować do zdjęć... Bardzo się tym cieszyli. Na koniec poprosili mnie o przesłanie fotografii (na słowo "adres", zapytałam automatycznie o "e-mail adres", dopiero po chwili do mnie dotarło, że raczej żaden e-mail nie wchodzi w grę... i faktycznie, dostałam wkrótce na kartce rzeczywisty adres zamieszkania tych państwa). W głowie się nie mieści, że jakieś 10 km (sic!) drogi stąd znajduje się najnowocześniejsze centrum handlowe Konii - ze sklepami Levisa i Mark&Spencer, z McDonaldem i BurgerKingiem.
Drugi szok to stan miejscowych zabytków. Sille jest starą osadą, zamieszkiwaną przez wieki przez Greków - chrześcijan. Dopiero na początku XX wieku ludność turecka zaczęła wypierać stąd grecką. W wiosce znajduje się stary kościół pw. św. Heleny (matki cesarza Konstantyna, tego od Konstantynopola), jest to największa miejscowa atrakcja, obecnie w remoncie. Poza tym w zboczach otaczających wioskę pełno jest grot przypominających te z jordańskiej Petry - trudno powiedzieć, czy były wykorzystywane jako domy czy jako grobowce (zapewne i jedno i drugie), trudno też gdziekolwiek uzyskać informację na ten temat. Najbardziej jednak oburza stan jednej z nich - prawdopodobnie świątyni. Jej ściany pokrywają pozostałości malowideł przedstawiających świętych - nie dość, że pozostawione bez opieki, to jeszcze zdewastowane napisami. W pierwszym momencie pomyślałam, że ktoś sobie chyba żarty zrobił i po prostu niedawno to namalował... Jednak stan niektórych fragmentów wskazuje na działanie czasu. Chociaż pojęcia nie mam, czy te rysunki mogą być z XII czy z XIX wieku.
Ciekawostką jest natomiast znak drogowy przy drodze do wioski: "Uwaga, żółwie!". Jeszcze w październiku planowaliśmy wyjść na stepy za akademiki, żeby poszukać tych stworzeń (bo podobno są), jednak od czasu gdy jakiś Turek mi powiedział, że ktoś chyba sobie ze mnie żarty zrobił, pomysł został zaniechany. A jednak trzeba będzie wiosną spróbować. :-)
piątek, 8 stycznia 2010
old film
Wrzuciłam zdjęcia z Syrii i Jordanii do galerii, niestety mój komputer został już chyba w dniu dzisiejszym przeciążony i odmawia dalszego używania picasy - nie mogę ich zatem poobracać ani dodać opisów (ani nawet zmienić daty utworzenia albumu, dlatego jest on w drugim rzędzie). Radzę zatem jeszcze trochę poczekać. :-)
Znowu prześladuje mnie senność - prawie cały wczorajszy i dzisiejszy dzień przespany (z małymi przerwami na nieliczne zajęcia i posiłki)... I nic mi się nie chce. :-( Ech. Może jednak zacznę coś czytać ze współczesnej. Albo może jakiś film... Nie pisałam jeszcze chyba o dwóch wspaniałych kanałach na youtubie, które odkryłam jakiś czas temu: dagome86 (m. in. Wajda, Zanussi, sporo Kieślowskiego, dobra muzyka) oraz OldFilmPL. Zaledwie odrobinkę z ogromu zdołałam obejrzeć, naprawdę dobre kino (Bez znieczulenia, Jak być kochaną, Szpital Przemienienia - polecam).
A na uczelni powolne dogorywanie semestru. Oczywiście rozbabrałam tę prezentację o tureckiej rodzinie "na wczoraj" (naprawdę miała być na wczoraj). Tj. poczytałam trochę w necie i zrobiłam może ze dwa slajdy, hehe, po czym się dowiedziałam, że mamy mu ją przesłać, a więc jakoś strasznie to się z nią nie spieszy... No i okazało się, że tym razem moje lenistwo się opłaciło, bo wczoraj pan jednak zmienił zdanie i życzy sobie nie prezentację, a esej (podczas gdy większość grupy wysłała mu już prezentacje). Wszyscy (no, prawie wszyscy :-)) klną. Poza tym jeszcze ustny angielski w poniedziałek ("Jak ma wyglądać ten egzamin?" "Będzie grupowy. Dam wam jakieś tematy i będziecie rozmawiać." Uhm.) i "Composition" w czwartek. No i zobaczymy, czy pan od tureckiego coś wymyśli. Ostatnio się oburzył, że nie potrafimy mówić po turecku; trzeba nie mieć wstydu, żeby powiedzieć coś takiego studentom, których w ogóle się tego języka nie uczy/ło (a powinno).
Z ostatnich ciekawostek to część ekipy (z "naszych" Ela i Piter) pojechała dzisiaj do Gruzji. Spieszy im się, bo większość jest na jeden semestr; ja się łudzę, że to da się zrobić w czerwcu, na dłużej niż tydzień. Ech, czuć już atmosferę końca, wszyscy smęcą. "Konya Konyą, ale żal wyjeżdżać...". Tymczasem my z Dorotką wybieramy się jutro do Sille, starej i podobno bardzo urokliwej wioski niedaleko Konii. Jeśli to prawda, że jest zaledwie 9 km od centrum, to pewnie się przespacerujemy (pogodę mamy iście wiosenną, na jutro zapowiadane 15 st. C). No i może wreszcie wybierzemy się do hamamu... Poza tym jakiś kolejny Turek zaprosił Dorotkę do kina na poniedziałek. A że Turek chce iść z przyjacielem, a ja chciałam iść (już wcześniej!) do kina... :-) Zapowiada się miły weekend.
Znowu prześladuje mnie senność - prawie cały wczorajszy i dzisiejszy dzień przespany (z małymi przerwami na nieliczne zajęcia i posiłki)... I nic mi się nie chce. :-( Ech. Może jednak zacznę coś czytać ze współczesnej. Albo może jakiś film... Nie pisałam jeszcze chyba o dwóch wspaniałych kanałach na youtubie, które odkryłam jakiś czas temu: dagome86 (m. in. Wajda, Zanussi, sporo Kieślowskiego, dobra muzyka) oraz OldFilmPL. Zaledwie odrobinkę z ogromu zdołałam obejrzeć, naprawdę dobre kino (Bez znieczulenia, Jak być kochaną, Szpital Przemienienia - polecam).
A na uczelni powolne dogorywanie semestru. Oczywiście rozbabrałam tę prezentację o tureckiej rodzinie "na wczoraj" (naprawdę miała być na wczoraj). Tj. poczytałam trochę w necie i zrobiłam może ze dwa slajdy, hehe, po czym się dowiedziałam, że mamy mu ją przesłać, a więc jakoś strasznie to się z nią nie spieszy... No i okazało się, że tym razem moje lenistwo się opłaciło, bo wczoraj pan jednak zmienił zdanie i życzy sobie nie prezentację, a esej (podczas gdy większość grupy wysłała mu już prezentacje). Wszyscy (no, prawie wszyscy :-)) klną. Poza tym jeszcze ustny angielski w poniedziałek ("Jak ma wyglądać ten egzamin?" "Będzie grupowy. Dam wam jakieś tematy i będziecie rozmawiać." Uhm.) i "Composition" w czwartek. No i zobaczymy, czy pan od tureckiego coś wymyśli. Ostatnio się oburzył, że nie potrafimy mówić po turecku; trzeba nie mieć wstydu, żeby powiedzieć coś takiego studentom, których w ogóle się tego języka nie uczy/ło (a powinno).
Z ostatnich ciekawostek to część ekipy (z "naszych" Ela i Piter) pojechała dzisiaj do Gruzji. Spieszy im się, bo większość jest na jeden semestr; ja się łudzę, że to da się zrobić w czerwcu, na dłużej niż tydzień. Ech, czuć już atmosferę końca, wszyscy smęcą. "Konya Konyą, ale żal wyjeżdżać...". Tymczasem my z Dorotką wybieramy się jutro do Sille, starej i podobno bardzo urokliwej wioski niedaleko Konii. Jeśli to prawda, że jest zaledwie 9 km od centrum, to pewnie się przespacerujemy (pogodę mamy iście wiosenną, na jutro zapowiadane 15 st. C). No i może wreszcie wybierzemy się do hamamu... Poza tym jakiś kolejny Turek zaprosił Dorotkę do kina na poniedziałek. A że Turek chce iść z przyjacielem, a ja chciałam iść (już wcześniej!) do kina... :-) Zapowiada się miły weekend.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
czas powrotów
I w domu. Po nieprzerwanej 30-godzinnej jeździe ze stolicy Jordanii (o tyle nieprzerwanej, o ile nie liczyć trzykrotnej zmiany autobusu - w tym kosztującej nas masę nerwów przesiadki w Aleppo oraz dwukrotnego spotkania z celnikami), dzięki niezawodnym tureckim liniom autobusowym przed pierwszą w nocy stanęliśmy na ziemi konińskiej (koniańskiej?). I w tempie natychmiastowym zostaliśmy przywróceni do rzeczywistości - mróóóóz!! (teraz sprawdzam: mrozu nie ma, 2 stopnie na plusie) "A jeszcze przedwczoraj plaża, słońce... beduini..." - powiedziała Karolina. "Z dwojga złego wolę mróz" - odparła Elżbieta. :-) Ale opowieści następnym razem. Teraz bardzo krótkie podsumowanie, bo czuję, że powinnam wziąć prysznic. :-) Postaram się jak najszybciej (czyli w przeciągu kilku dni) wrzucić zdjęcia, jakaś tam relacja będzie dodawana sukcesywnie (cokolwiek to znaczy).
A zatem - WSPANIAŁOŚCI wyprawy:
- Ekipa przede wszystkim. :-) Bo ja po prostu bardzo lubię Dorotę, Elżbietę i Pitera. :-) Bo "czuby" są i to jest bardzo dobre. :-)
- Święta w Deir Mar Musa - nie do opisania. Ludzie, miejsce, atmosfera, pustynia. Niezwykły Ojciec Paolo, niezwykli ludzie (w większości backpackerzy w różnym wieku odbywający właśnie swój gap year albo "coś w tym rodzaju" :-)), niezwykłe miejsce - w którym spotyka się pustynia i życie, samotność i wspólnota. Będę o tym jeszcze pisać.
- Morza Dwa - absolutnie fantastyczne nurkowanie (co prawda tylko w maseczce z rurką, a nie z całym ekwipunkiem, ale to w zupełności wystarcza) w Morzu Czerwonym. Jak w ogromnym akwarium. Poważnie. Cudownie. Także Morze Martwe przerosło moje oczekiwania - świetne uczucie to wypychanie, trochę chyba jak w kosmosie, bez przyciągania ziemskiego.
- Pogoda. Dopisała. Początkowo przeraziła nas powódź przy granicy z Syrią, potem już w samej Syrii zimno dawało w kość... Za to w Jordanii prawie lato - słonecznie, 20 stopni... Czego chcieć więcej.
Ale były i PORAŻKI... :
- My, dzieci cywilizacji - bez niej jak bez ręki. Odmawianie Syrii cywilizacji jest może małą przesadą, jednak pierwsze spotkanie jest autentycznym szokiem - bo jak chodzić w deszczu i w tłumie ludzi po centrum miasta bez chodników (czyli w totalnym błocie), jadać w miejscach, na które w Polsce czy w Turcji nawet byśmy nie spojrzeli, tonąć w huku, jazgocie, chaosie drogowym i powszechnym braku jakichkolwiek zasad...? Po kilku dniach chodzi, jada i tonie się już zupełnie naturalnie. :-)
- Naciągacze - napsuli nam najwięcej krwi zarówno w Syrii jak i w Jordanii. Chociaż wydaje się, że kraje te diametralnie różnią się poziomem i kosztami życia (Syria jest dużo biedniejsza), większość ludzi w obu z nich jest chyba bardzo uboga. Turyści są świetnym źródłem dochodu, a więc często wykorzystuje się ich wręcz nieprzyzwoicie. Z totalną bezczelnością spotkaliśmy się co najmniej trzykrotnie, w tym dwukrotnie padliśmy jej ofiarą.
- Kasa, kasa, kasa... Ech, no właśnie. Bo to niby li i jedynie dwa tygodnie, no i wycieczka z Turcji, a nie z Polski, więc niby taniej, no i Syria to taki tani kraj... Mówiąc całkiem otwarcie: +/- 1700 polskich złotych cała impreza kosztowała (wszelkie przejazdy, wizy, spania, jedzenia, wstępy, atrakcje i nieliczne pamiątki). Niby niedużo, bo podobny program i zakres czasu przy wycieczce z polskim biurem podróży waha się w granicach 5-7 tysięcy. Niby nie szaleliśmy z wydawaniem pieniędzy i szukaliśmy najtańszych hosteli i nie stołowaliśmy się w restauracjach, ale na ulicy. Liczyliśmy jednak, że cała zabawa wyniesie co najmniej 400 zł mniej.
AMBIWALENCJI było chyba najwięcej:
- Petra i Damaszek - tak, tak. Nie że całkowita porażka i niewypał - tego powiedzieć nie można. I Petra i Damaszek są miejscami pięknymi - Petra w swojej niezwykłości i Damaszek w całym swoim starym mieście, gdzie czas jakby się zatrzymał ponad tysiąc lat temu. Jednak to, czego nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy o tych miejscach, okrzyki zachwytów potwierdzane przez tłumy turystów w obu miejscach - to wszystko pozwalało nam wierzyć, że absolutnie zostaniemy zwaleni z nóg. Jednak nie. Było pięknie i zachwycająco, ale nie zniewalająco czy powalająco. Dodatkowo utrzymanie Petry - głównej wizytówki Jordanii - wstyd.
- Pustynia - kolejna Wielka Oczekiwana. I była wspaniała - najbardziej chyba pierwszego wieczoru, kiedy czuliśmy się jeszcze zupełnie normalnie, a nie już bardzo turystycznie. Kiedy poszło się nie "zwiedzać pustynię", ale po prostu pochodzić po niej, pogadać. Jest wielka. Ma mnóstwo kolorów. Jest w niej coś magnetyzującego. Trochę nam jednak nie sprzyjała pogoda - przez większość czasu utrzymywało się zachmurzenie, a więc i z podziwiania jej przy błękitnym niebie, i z zachodu słońca, i z rozgwieżdżonego nocą nieba - nici. Ech. Poza tym Wadi Rum jest kolejną sztandarową atrakcją Jordanii, a więc "w pakiecie" przewidziano jedynie obejrzenie jej niezbyt odległego od cywilizacji skrawka, przy tym nierzadko mija się jeepy obwożące tabuny innych turystów...
- Beduini. Według mojej wiedzy i obserwacji życie beduinów bardzo się zmieniło w ostatnich kilkunastu-kilkudziesięciu latach. Wcześniej żyli sobie spokojnie (choć bardzo biednie) w swoich wielkich rodzinach na pustyni. Dzisiaj wielu przeniosło się do miasta i próbuje szukać normalnej pracy (w turystyce, jako kierowcy etc.) - dotyczy to albo całych rodzin, albo jedynie niektórych ich członków, którzy zostawili rodziców i rodzeństwo gdzieś daleko na wschodzie kraju. A że te rodziny są bardzo liczne, a beduini, którzy wychowali się na pustyni i w wieku młodzieńczym przenieśli do miasta - zazwyczaj niewykształceni, wciąż klepią straszną biedę. Nie wiem, czy te wszystkie historie o 16 braciach i 9 siostrach żyjących wciąż w odległych zakątkach Wadi Rum są prawdą czy bajką działającą na turystów, jednak jako-taki angielski w mowie i jednocześnie nieumiejętność posługiwania się alfabetem łacińskim w piśmie przemawia za autentycznością historii... W każdym razie beduini, na których zazwyczaj się natykaliśmy byli po pierwsze straszliwie "napaleni" (seksualnie) na turystki, narzucali się, byli bezczelni. Po drugie zazwyczaj straszliwie oszukiwali, co już opisałam w "naciągaczach" (nie żeby każdy naciągacz był beduinem albo każdy beduin naciągaczem, zdarzało się to jednak nierzadko). Oczywiście jak zawsze istnieją wyjątki, poznaliśmy też kilku bardzo przyzwoitych, sympatycznych i zupełnie bezinteresownych ludzi ("taksówkarz" do Petry - Hasan - gość, który do 25. roku życia był "pastuszkiem"; całą drogę powrotną opowiadał nam o swojej "habibi" [po arabsku "kochanie"] i bardzo się przy tym wzruszał; wciąż mile go wspominamy).
- Jedzenie. Generalnie: dobre i tanie (zwłaszcza w Syrii). To, czego je się najwięcej, czyli "obiadowe" falafele i szawermy oraz niezapomniane soki i koktajle naprawdę genialne. Im bardziej jednak zagłębialiśmy się w kuchnię, tym bardziej nas rozczarowywała (humus - jak to ludziom może smakować?!), zatrzymaliśmy się zatem jedynie przy wymienionych powyżej oraz niewielkiej ilości słodyczy i orzeszków (jadanych powszechnie, mniam). Dlaczego zaliczam zatem do ambiwalentnych? Bo początkowo z przejedzenia (bo dobre i tanie, bardzo tanie...), a potem "sama nie wiem dlaczego" (ludzie mówią o odmiennej florze bakteryjnej) cały wyjazd mnie, mówiąc wprost, czyściło. Ugh.
Tyle zatem pierwszego podsumowania. Biorę się wreszcie do prezentacji o tureckiej rodzinie. Jeśli sensownie ułożą mi się terminy dwóch ostatnich egzaminów, to postaram się wkrótce zrobić porządek ze zdjęciami (zredukowałam je już z dwóch tysięcy do 1300, ale to wciąż za dużo na picasę :-P), a potem poopisywać coś dokładniej.
A zatem - WSPANIAŁOŚCI wyprawy:
- Ekipa przede wszystkim. :-) Bo ja po prostu bardzo lubię Dorotę, Elżbietę i Pitera. :-) Bo "czuby" są i to jest bardzo dobre. :-)
- Święta w Deir Mar Musa - nie do opisania. Ludzie, miejsce, atmosfera, pustynia. Niezwykły Ojciec Paolo, niezwykli ludzie (w większości backpackerzy w różnym wieku odbywający właśnie swój gap year albo "coś w tym rodzaju" :-)), niezwykłe miejsce - w którym spotyka się pustynia i życie, samotność i wspólnota. Będę o tym jeszcze pisać.
- Morza Dwa - absolutnie fantastyczne nurkowanie (co prawda tylko w maseczce z rurką, a nie z całym ekwipunkiem, ale to w zupełności wystarcza) w Morzu Czerwonym. Jak w ogromnym akwarium. Poważnie. Cudownie. Także Morze Martwe przerosło moje oczekiwania - świetne uczucie to wypychanie, trochę chyba jak w kosmosie, bez przyciągania ziemskiego.
- Pogoda. Dopisała. Początkowo przeraziła nas powódź przy granicy z Syrią, potem już w samej Syrii zimno dawało w kość... Za to w Jordanii prawie lato - słonecznie, 20 stopni... Czego chcieć więcej.
Ale były i PORAŻKI... :
- My, dzieci cywilizacji - bez niej jak bez ręki. Odmawianie Syrii cywilizacji jest może małą przesadą, jednak pierwsze spotkanie jest autentycznym szokiem - bo jak chodzić w deszczu i w tłumie ludzi po centrum miasta bez chodników (czyli w totalnym błocie), jadać w miejscach, na które w Polsce czy w Turcji nawet byśmy nie spojrzeli, tonąć w huku, jazgocie, chaosie drogowym i powszechnym braku jakichkolwiek zasad...? Po kilku dniach chodzi, jada i tonie się już zupełnie naturalnie. :-)
- Naciągacze - napsuli nam najwięcej krwi zarówno w Syrii jak i w Jordanii. Chociaż wydaje się, że kraje te diametralnie różnią się poziomem i kosztami życia (Syria jest dużo biedniejsza), większość ludzi w obu z nich jest chyba bardzo uboga. Turyści są świetnym źródłem dochodu, a więc często wykorzystuje się ich wręcz nieprzyzwoicie. Z totalną bezczelnością spotkaliśmy się co najmniej trzykrotnie, w tym dwukrotnie padliśmy jej ofiarą.
- Kasa, kasa, kasa... Ech, no właśnie. Bo to niby li i jedynie dwa tygodnie, no i wycieczka z Turcji, a nie z Polski, więc niby taniej, no i Syria to taki tani kraj... Mówiąc całkiem otwarcie: +/- 1700 polskich złotych cała impreza kosztowała (wszelkie przejazdy, wizy, spania, jedzenia, wstępy, atrakcje i nieliczne pamiątki). Niby niedużo, bo podobny program i zakres czasu przy wycieczce z polskim biurem podróży waha się w granicach 5-7 tysięcy. Niby nie szaleliśmy z wydawaniem pieniędzy i szukaliśmy najtańszych hosteli i nie stołowaliśmy się w restauracjach, ale na ulicy. Liczyliśmy jednak, że cała zabawa wyniesie co najmniej 400 zł mniej.
AMBIWALENCJI było chyba najwięcej:
- Petra i Damaszek - tak, tak. Nie że całkowita porażka i niewypał - tego powiedzieć nie można. I Petra i Damaszek są miejscami pięknymi - Petra w swojej niezwykłości i Damaszek w całym swoim starym mieście, gdzie czas jakby się zatrzymał ponad tysiąc lat temu. Jednak to, czego nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy o tych miejscach, okrzyki zachwytów potwierdzane przez tłumy turystów w obu miejscach - to wszystko pozwalało nam wierzyć, że absolutnie zostaniemy zwaleni z nóg. Jednak nie. Było pięknie i zachwycająco, ale nie zniewalająco czy powalająco. Dodatkowo utrzymanie Petry - głównej wizytówki Jordanii - wstyd.
- Pustynia - kolejna Wielka Oczekiwana. I była wspaniała - najbardziej chyba pierwszego wieczoru, kiedy czuliśmy się jeszcze zupełnie normalnie, a nie już bardzo turystycznie. Kiedy poszło się nie "zwiedzać pustynię", ale po prostu pochodzić po niej, pogadać. Jest wielka. Ma mnóstwo kolorów. Jest w niej coś magnetyzującego. Trochę nam jednak nie sprzyjała pogoda - przez większość czasu utrzymywało się zachmurzenie, a więc i z podziwiania jej przy błękitnym niebie, i z zachodu słońca, i z rozgwieżdżonego nocą nieba - nici. Ech. Poza tym Wadi Rum jest kolejną sztandarową atrakcją Jordanii, a więc "w pakiecie" przewidziano jedynie obejrzenie jej niezbyt odległego od cywilizacji skrawka, przy tym nierzadko mija się jeepy obwożące tabuny innych turystów...
- Beduini. Według mojej wiedzy i obserwacji życie beduinów bardzo się zmieniło w ostatnich kilkunastu-kilkudziesięciu latach. Wcześniej żyli sobie spokojnie (choć bardzo biednie) w swoich wielkich rodzinach na pustyni. Dzisiaj wielu przeniosło się do miasta i próbuje szukać normalnej pracy (w turystyce, jako kierowcy etc.) - dotyczy to albo całych rodzin, albo jedynie niektórych ich członków, którzy zostawili rodziców i rodzeństwo gdzieś daleko na wschodzie kraju. A że te rodziny są bardzo liczne, a beduini, którzy wychowali się na pustyni i w wieku młodzieńczym przenieśli do miasta - zazwyczaj niewykształceni, wciąż klepią straszną biedę. Nie wiem, czy te wszystkie historie o 16 braciach i 9 siostrach żyjących wciąż w odległych zakątkach Wadi Rum są prawdą czy bajką działającą na turystów, jednak jako-taki angielski w mowie i jednocześnie nieumiejętność posługiwania się alfabetem łacińskim w piśmie przemawia za autentycznością historii... W każdym razie beduini, na których zazwyczaj się natykaliśmy byli po pierwsze straszliwie "napaleni" (seksualnie) na turystki, narzucali się, byli bezczelni. Po drugie zazwyczaj straszliwie oszukiwali, co już opisałam w "naciągaczach" (nie żeby każdy naciągacz był beduinem albo każdy beduin naciągaczem, zdarzało się to jednak nierzadko). Oczywiście jak zawsze istnieją wyjątki, poznaliśmy też kilku bardzo przyzwoitych, sympatycznych i zupełnie bezinteresownych ludzi ("taksówkarz" do Petry - Hasan - gość, który do 25. roku życia był "pastuszkiem"; całą drogę powrotną opowiadał nam o swojej "habibi" [po arabsku "kochanie"] i bardzo się przy tym wzruszał; wciąż mile go wspominamy).
- Jedzenie. Generalnie: dobre i tanie (zwłaszcza w Syrii). To, czego je się najwięcej, czyli "obiadowe" falafele i szawermy oraz niezapomniane soki i koktajle naprawdę genialne. Im bardziej jednak zagłębialiśmy się w kuchnię, tym bardziej nas rozczarowywała (humus - jak to ludziom może smakować?!), zatrzymaliśmy się zatem jedynie przy wymienionych powyżej oraz niewielkiej ilości słodyczy i orzeszków (jadanych powszechnie, mniam). Dlaczego zaliczam zatem do ambiwalentnych? Bo początkowo z przejedzenia (bo dobre i tanie, bardzo tanie...), a potem "sama nie wiem dlaczego" (ludzie mówią o odmiennej florze bakteryjnej) cały wyjazd mnie, mówiąc wprost, czyściło. Ugh.
Tyle zatem pierwszego podsumowania. Biorę się wreszcie do prezentacji o tureckiej rodzinie. Jeśli sensownie ułożą mi się terminy dwóch ostatnich egzaminów, to postaram się wkrótce zrobić porządek ze zdjęciami (zredukowałam je już z dwóch tysięcy do 1300, ale to wciąż za dużo na picasę :-P), a potem poopisywać coś dokładniej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)