sobota, 23 listopada 2013

Emigranci

W Dublinie jest polski teatr. A raczej powstała pięć lat temu amatorska grupa teatralna La' Tortura, która sporadycznie wystawia sztuki. Do tej pory zagrali trzy dramaty; największą popularnością cieszą się, wystawiani od 2011 r., "Emigranci" Mrożka. W sobotę odbył się dwunasty pokaz tego spektaklu.  Po grupie amatorskiej bawiącej się w teatr po pracy nie spodziewałam się czegoś olśniewającego... A jednak.

Panowie byli naprawdę dobrzy. Zwłaszcza starszy, grający emigranta-intelektualistę. Dykcja, ruchy (teatralnie wyraziste, jednak nieprzesadzone), naturalność. Młodszy miał trudniejsze zadanie - rola emigranta-robola była bardziej wymagająca, no i co by tu dużo mówić - momentami po prostu śmieszna. Zdarzyło się więc kilka uśmieszków.

Ale przede wszystkim to o naturalności chciałam napisać. Nie tylko gry aktorskiej, ale całego kontekstu. Oglądanie "Emigrantów" w Dublinie, nawet jeśli obecne warunki emigracji są zupełnie inne niż te, które przedstawiał Mrożek, robi takie samo (a może i większe) wrażenie jak "Mistrz i Małgorzata" w Moskwie - ze słynnymi słowami Wolanda podczas seansu czarnej magii: "Przez te wszystkie lata moskiewska publiczność wcale się nie zmieniła". Przedstawienie miało miejsce w jakiejś piwniczce przy kościele oo. dominikanów - nie, nie w średniowiecznym, klimaciarskim pomieszczeniu jakie bywają w Krakowie, lecz w takim trochę zdezelowanym, pozbawionym okien, z wybebeszonymi rurami pod sufitem. Tamci emigranci, AA i XX, też mieszkali w piwnicy.
  • Czasem mi się wydaje, że mieszkamy u nich w brzuchu. Jak mikroby. Spójrz tylko na te rury, czy one nie przypominają ci flaków? Czy one nie wyglądają jak flaki?
  • Rury jak rury.
  • A mnie to wszystko przypomina bebechy. Żyjemy tu jak dwie bakterie we wnętrzu jakiegoś organizmu.
Piwnica. Rury. Prawdziwe papierosy i prawdziwa niemożność zapalenia wilgotnych zapałek (z czego panowie wybrnęli świetnie, wszystko było bardzo naturalne). Prawdziwy czajnik, herbata i połówka cytryny na spodeczku - jakieś takie bardzo polskie (hm, może dlatego, że w naszym międzynarodowym domu tylko my, Polacy, pijemy herbatę i to w dodatku z cytryną?).

Scenografia i wejście w kontekst społeczno-kulturowy - pierwszorzędne. Co jeszcze bardziej nakręca w głowie pytania o współczesną emigrację (i o punkt widzenia Mrożka): czy mimo tego, że wszystko się zmieniło, nic się nie zmieniło?

U Mrożka podział jest jasny: intelektualista jest skazany na emigrację (czy aby na pewno? ta postać wydaje mi się trochę podejrzana, nie zauważyłam w spektaklu wzmianki o wyjeździe z przyczyn politycznych; a więc czemu wyjechał i czemu omija go sarkazm autora?); pomimo nieopływającego w dostatki życia, nie ma kompleksu niższości, zna język, czuje się pełnowartościowym członkiem społeczności (choć nie wiemy, co tak naprawdę, poza pisaniem książki, robi). Robotnik haruje jak wół, oszczędza każdy grosz na wymarzony dom w swojej wsi, tym samym bezpardonowo żeruje na swym współlokatorze. Nie zna języka i nie zamierza się go uczyć, bo "to nie są ludzie". Przy tym jest brudny, nie dba o porządek...

Zastanawia mnie, czy rzeczywiście tak było. Czy podział był aż tak klarowny. Bo teraz - chyba nie jest. Nawet jeśli da się wyodrębnić dwa typy emigrantów, to ciężko wskazać konkretne kryteria podziału... Większość szuka lepszego życia. Jedni z większej, inni z mniejszej potrzeby. Jedni rozumieją przez to większe możliwości konsumpcyjne (i nie mam tu na myśli wyłącznie bezmyślnej konsumpcji), wyższy komfort życia, inni, hm, może spokój ducha z dala od "lokalnych problemów, problemików raczej... małych szowinizmów, małych reformizmów, małych porcyjek...". Czy można krytykować tylko pierwszą grupę? (Zdaje mi się, że Mrożek to właśnie robi) Praca z jednej strony rzadko już bywa wyniszczającą zdrowie harówką, której podejmował się XX, z drugiej - większość intelektualistów ima się prostych czynności. A zatem ich drogi się schodzą. Z językiem, a co za tym idzie, integracją rzeczywiście bywa różnie, ale nikt już chyba nie ma wątpliwości, że znajomość języka to podstawa. Choć słyszałam jeszcze o "polskich gettach", to jednak dużo częściej ludzie obracają się w mieszanym środowisku - dorośli w pracy, dzieci w szkole (co jest superintegrującym czynnikiem). Coraz więcej osób włącza się w normalne (np. kulturalne) życie społeczności. Co znamienne, zwykle to ci bardziej świadomi i niemający problemu z wychodzeniem z getta dbają o polskość, o jej dobry wizerunek oraz przekazywanie języka i tradycji dzieciakom. No i wreszcie - pieniądze. Nie ma się co oszukiwać, że większość żyje na emigracji z tego właśnie powodu, a nie dlatego, że znalazła "swoje miejsce na ziemi" (myślę tu o emigracji irlandzkiej, a nie tajlandzkiej na przykład ;-)). Jedni ciułają z myślą o powrocie i budowie domu, drudzy zbierają na podróż życia, jeszcze inni po prostu chcą zapewnić dzieciom lepszą przyszłość - kto się odważy wartościować te marzenia? Bywają i tacy, którzy o to nie dbają i żyją szerzej tu i teraz. Ale chyba nie jest to czytelne kryterium do czynienia jakichkolwiek podziałów.

Tak, tak - realia życia mrożkowskich emigrantów były inne (zresztą sama dobrze ich nie znam, przydałoby się zgłębić temat), może też trochę przejaskrawił, żeby podkreślić niektóre kwestie. A jednak... niektóre zachowania AA i XX odbijają się echem w dzisiejszym Dublinie. Chyba jednak nie pozbyliśmy się tak całkiem różnych przywar, skoro ta sztuka nieustannie trochę uwiera. A przynajmniej zmusza do myślenia.

emigranci-galway7_800

niedziela, 17 listopada 2013

Gawędziarze

Trochę mnie tu nie było. Po powrocie z wycieczki wpadłam bowiem w wir szukania pracy (czyli: pisania różnych CV, wysyłania, roznoszenia, pytania... jak dotąd bez skutku :-( ) i przyjmowania gości (na początku miesiąca była Sara, potem couchsurferzy, a pod koniec listopada przyjeżdża Ewelina :-)). No dobra, w związku ze zjesiennieniem pogody zakopałam się też trochę pod kołdrą. Nie było więc większych ekscesów w postaci wypadów, zwiedzania itp. Choć było kilka rzeczy, o których warto napisać.

Na przykład Festiwal Gawędziarstwa (Storytelling) w Bray. :-) Zjechało się trochę "opowiadaczy" z różnych zakątków Irlandii, Anglii i Szkocji i przez prawie dwa tygodnie snuli opowieści - w klimaciarskich knajpach, głośnych pubach, ekskluzywnych hotelach, na klifach (!), w szkołach, a nawet w stajni. Za pieniądze albo za darmo. Udało mi się dotrzeć zaledwie na dwa wydarzenia - 16 XI do Killruddery (ha, to miejsce to temat na osobny post!), czyli XVII-wiecznej rezydencji pełniącej obecnie funkcję nieoficjalnego centrum kultury. Tam, w byłej stajni zamienionej na dość przytulny pokoik, pani w średnim wieku niezwykle barwnie opowiadała mniej lub bardziej (zwykle mniej) prawdopodobne historie najmłodszym słuchaczom. Ale opowiadała tak pięknie (nic tylko zamknąć oczy i przenieść się do tych odległych krain - ludzi-motyli, gigantów...), że rodzice i przypadkowi słuchacze także byli oczarowani.

Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się z couchsurferkami - Hayley z Australii i Merit z Hiszpanii - oraz z Fransisco z Meksyku na spotkanie Bray Singers' Circle. Nie wiedząc dokładnie, czego się spodziewać. Weszliśmy do rozwrzeszczanego pubu i po zerknięciu w każdy kąt już myśleliśmy, że przyszliśmy za późno (a mieliśmy zaledwie godzinę poślizgu! ;-)). Na szczęście okazało się, że są jeszcze jedne drzwi, a za nimi... inny świat. Sala pełna ludzi, zwykle starszych (uuups...), siedzących przy stolikach i popijających wino (!), rzadziej guinnessa. Ktoś śpiewał. Oh, jak śpiewał... A gdy skończył, po kilkunastu sekundach ciszy zaczął śpiewać ktoś inny, z drugiego końca sali. I kolejny, i kolejny. Tak po prostu, siedząc przy stoliku. Zwykle a capella, choć zdarzało się, że niektórzy brzdękali sobie na gitarze. A piosenki były jakieś smutne, nostalgiczne... Takie, które od razu kojarzą się z Irlandią, choć nie są szantami ani skoczną irlandzką muzyką. Sean-nos (nieźle opracowane hasło w polskiej wiki!).

"Sean-nōs (irl. stary styl) – tradycyjny, solowy oraz a capella sposób wykonywania pieśni w języku Gaelic, występujący głównie na zachodzie i południu Irlandii. Charakteryzuje się specyficzną ornamentacją, odmienną dla różnych regionów kraju (...). Pieśni Sean-nōs mogą być względnie proste w treści, jednak bardzo długie i o bardzo złożonej melodyce. Ornamentyka oparta jest głównie na melizmacie, czyli śpiewaniu kilku nut (figur melodycznych) na jednej sylabie i nie oddzielaniu poszczególnych dźwięków wyraźnymi interwałami. (...) Typowe treści - poezja miłosna, lamenty, opis wydarzeń historycznych (rebelii, czasów głodu), dziecięce kołysanki, hymny religijne, piosenki komiczne lub kombinacje wszystkich wymienionych. Przekaz tych pieśni przez całe stulecia był wyłącznie ustny." 

Mała próbka:




Większość pieśni śpiewano po angielsku. O miłości, o walce, o marynarzach, którzy zginęli w morzu. Choć, szczerze mówiąc, bardzo mało byłam w stanie zrozumieć. Co jednak zupełnie nie przeszkadzało delektować się nimi.

Podczas przerwy podszedł do nas "szef" i tak sympatycznie powitał, że od razu poczuliśmy się jak wśród swoich. A potem na forum zachęcał do włączenia się: po polsku, hiszpańsku lub... australijsku. ;-) A co mi tam... Przez dłuższy czas szukałam w myślach czegoś, co choć trochę wpisywałoby się w klimat, aż wreszcie zaśpiewałam "Zielony płomień". :-) Po tym "występie" dostałam tak dużo miłych komentarzy od zupełnie nieznanych osób, że przez chwilę pomyślałam nawet, że umiem śpiewać. :D Oooj, ależ tam było dobrze. Trochę jak na harcerskim ognisku. :-) Skończyło się przed pierwszą w nocy.


Ten festiwal przypomniał mi o czymś, o czym rzadko się chyba teraz pamięta. O wartości opowieści - takich snutych przy stole, czy przy ognisku właśnie; barwnych, żywych, trochę nierealnych, a przecież mówiących o prawdziwych ludziach i wypadkach. Takich, które nie byłyby chaotycznym streszczeniem wydarzeń, ale samym dzianiem się. Dawno czegoś takiego nie słyszałam. Uświadomił mi to rok temu w Czarnohorze Kuba, opowiadający o swoich sąsiadach-Hucułach z Doliny Bystreca. I teraz ci śpiewacy-gawędziarze.

piątek, 1 listopada 2013

(In)to the West - Connemara

Po wyspach szlajałam się we wtorek i w środę, w czwartek rano czekała mnie natomiast przeprawa promowo-autostopowa do Clifden - stolicy najpiękniejszego ponoć rejonu Irlandii, Connemary. Kierowcy: ogromnie sympatyczny Amerykanin, pracujący w Niemczech dla swego rządu, farmer z okolicy, starszy pan, który kilka tygodni temu wrócił z wycieczki do Krakowa i z przejęciem dyskutował o polskiej historii...

Pierwszy przystanek - Kylemore Abbey. Neogotycki pałac zbudowany jako "domek letniskowy" w drugiej połowie XIX w., po półwieczu zmieniony w opactwo benedyktynek. Obecnie raczej atrakcja turystyczna niż centrum duchowe, choć na szczęście kościół da się znaleźć (przed bramą przy której pobierane są opłaty za wstęp, hehe).


Po drodze wpadła mi w ręce świetna mapa regionu, a że do spotkania z hostem miałam jeszcze dobrych kilka godzin, postanowiłam pochodzić / postopować po okolicy. Co pół godziny szukając schronienia przed deszczem (kilka dni na zachodzie nauczyło mnie, że lepiej poczekać kilkanaście minut niż chodzić do wieczora w mokruteńkich ciuchach), to znowu ciesząc się intensywnie niebieskim niebem.









Do domu Seana dotarłam wieczorem. To miejsce i ten człowiek to temat na osobną opowieść... Sean mieszka w domku, do którego trzeba iść 40-45 minut z miasteczka (a droga ładniejsza niż niejedna trasa widokowa...). To ostatni dom w dolinie, sprzed niego rozciąga się widok na góry. W środku - kuchnia z dużym stołem. Na stole... bałagan. :-) Może być chleb, który zdarza mu się upiec, albo domowej roboty napój z wodorostów (na kaszel - próbowałam :-)). W tle gra sobie radio irlandzkie, w sąsiednim pokoju pali się ogień w kominku. Przy stole (a potem przy kominku) - rozmowy, najróżniejsze. Podczas mojego pobytu Sean gościł także parę Francuzów, przemiłą, gadaliśmy więc w szerszym gronie. O przepisach na konfiturę z róży, o tym, po co zarabiać pieniądze, o francuskiej Algierii i o polskich Żydach, o Filipince, która zakochała się w księdzu i postanowiła zostać zakonnicą, o Dostojewskim i Camus, o Powstaniu Warszawskim, o pracy na farmie ekologicznej, o katolikach, wierze prawdziwej i na pokaz, o dorastaniu w Connemarze... Niesamowite ogromnie. Ci ludzie niesamowici: Sean, Rita, Jeremy.

W piątek Sean zabrał Brandy (swojego psa - uratowanego z łańcucha, był w kiepskim stanie) i pojechał do pracy, Rita z Jeremim gdzieś na rowery, ja wybrałam się na górkę - Diamond Hill. Było... tak: