sobota, 22 maja 2010

juwenalia po turecku

Trwają mniej więcej od początku tygodnia. Na stadionie stanęła wielka scena i cała reszta ogromnego mechanizmu: oświetlenie, nagłośnienie... Przed wejściem na stadion - barierki policyjne. Popołudniu zaczyna się stamtąd rozlegać jakaś muzyczka, wieczorem schodzą się studenci, coraz większe i większe tłumy studentów, koło 20.oo-21.oo zaczyna się koncert (heh, nie znam żadnego z tych wykonawców, chociaż w czwartek podobno była turecka gwiazda eurowizji...). Cały czas porządku pilnują tłumy policjantów i organizatorów-wolontariuszy. Jest grzeczne szaleństwo - tańczenie, skakanie i takie tam. Alkoholu nie ma, nie w Konyi (no, chyba że wcześniej lub później - w mieszkaniu). O 23.oo kończy się koncert i kończy się zabawa - policja prosi wszystkich o opuszczenie stadionu... Ludzie przesiadują jeszcze pod akademikami czy pod stołówką, grupki się śmieją, zakochani ściskają... I tak przez tydzień. Zajęcia niby się odbywają (oprócz środy 19 maja - Dnia Młodzieży, kiedy to znów wszędzie zaczęły powiewać tureckie flagi, a raczej jeszcze więcej tureckich flag niż zwykle, i kiedy to zamknięto stołówkę), ale jakoś nie widać tłumów na uczelni. Cóż, niedawno była sesja, potem brać studencka wyemigrowała do domów na odpoczynek (nielegalny, nauczycielka zapytana o to, czy odbywają się zajęcia, nie odpowiedziała "nie", ale "studenci wyjechali"), niedawno wrócili, za chwilę sesja końcowa, trzeba się pobawić.
No więc tak się bawią, a ja patrzę. Raczej z boku.

Znalazłam jakiś czas temu fajną mapkę z maps.google, gdzie poopisywano cały nasz kampus. Zatem gdyby kogoś interesowało, jak sobie tutaj żyjemy, może kliknąć.
(Kluczowe miejsca: Ataturk Ogrenci Yurtlari - czyli nasze akademiki, S.U. Olimpik Yuzme Havuzu - siłownia i basen, Universite Tramvay duragi - przystanek tramwajowy, Gokkusagi Merkezi - kampusowe centrum handlowo-usługowe, S.U. Edebiyat Fakultesi - Wydział Filologiczny, gdzie mam zajęcia)

czwartek, 20 maja 2010

śródziemnomorsko

No dobrze, nie ma co udawać - wróciłam. I to już całkiem dawno, bo w zeszłą niedzielę. Powrót był to dość nagły i nieprzewidywany (pobyt spokojnie można było przedłużyć do środy), a przyczynił się do niego głównie pies pilnujący wejścia do ruin w Phaselis, nieopodal Antalyi (do których to przybyliśmy nocą, skuszeni wizją noclegu na, podobno, przecudnej urody plaży...). Psa w planach nie było, natomiast jego szczekanie i rozbłyskujące w świetle mojej czołówki ślepia wystarczyły, abyśmy w mgnieniu oka zrezygnowali z noclegu w antycznym Phaselis, a z braku innej opcji - skierowali się prosto do Antalyi. Tutaj natomiast późna (bardzo późna...) pora, zmęczenie po całotygodniowym nocowaniu w krzakach, bliskość dworca a odległość jakiegokolwiek hostelu (czyli krótko mówiąc: przyczyny banalne) przekonały mnie, że czas wracać.

No więc: jak było? Cudnie było. Niby to nie pierwszy raz na wybrzeżu (bo najpierw październikowa słoneczna Antalya, a potem ta jesienna włóczęga wzdłuż wybrzeża M. Egejskiego - podczas której morza nie widzieliśmy chyba ani razu), ale pierwszy raz w ten sposób. Jakby to powiedzieć... BLISKO. Blisko tego wszystkiego, czego można tam doświadczyć.
Blisko fenomenalnej przyrody - cudnych plaż, błękitnej i turkusowej wody, ale też porośniętych ostrokrzewem gór Taurus, przez które spacerują sobie żółwie... Blisko, bo z namiotem.
Blisko ludzi: tych "prawdziwie tureckich" mieszkających w wioskach w górach, tych zupełnie już zeuropeizowanych Turków z wybrzeża, a także wypoczywających tutaj turystów. Blisko, bo sami jesteśmy jakby spomiędzy tych dwóch światów: bo niby obcokrajowcy, ale coś tam po turecku powiedzą, no i studiują w Konyi! (reakcje na tę wiadomość bywają bardzo zabawne; to trochę tak, jakbyśmy byli na wyższym stopniu wtajemniczenia niż ci Turcy-Europejczycy znad morza - bo Konya to Mevlana, to islam, to chusty, to brak piwa w sklepach... no nie do pomyślenia przecież... ;-D). No i dlatego jeszcze blisko, że z plecakiem i autostopem, czyli chyba najlepsze warunki do spotkania (m. in. Irlandki w średnim wieku, która trzykrotnie przebyła Camino de Santiago oraz kilka innych szlaków długodystansowych, a teraz właśnie rozpoczynała Drogę Likijską; "prawdziwego" tureckiego dziadzia sprzedającego miód przy drodze do Ucagiz, który narzekał na "turist mafia"; miłego taksówkarza, który podwiózł nas nocą za darmo do miasta - bo lubi młodych ludzi z plecakami, a za bogatymi turystami nie przepada...; trójki starszych, enigmatycznych Hiszpanów, którzy podróżują po Turcji wynajętym samochodem, koniecznie chcieli rozmawiać o Gaudim i uświadomili nas co do istnienia syryjsko-prawosławnych klasztorów na wschodzie Turcji; starszego Kurda z Diyarbakir, który zrobił na wybrzeżu karierę od pomywacza do właściciela hotelu i kilku restauracji; młodej pary Turków-Europejczyków, która wzięła nas na pakę swojego jeepa i mknęła krętą drogą w dół wzdłuż wybrzeża, sprawdzając od czasu do czasu w lusterku, czy jeszcze nie spadliśmy i unosząc kciuk do góry...)
Blisko też jakoś do przeszłości tych miejsc, bo przewodnik pełen faktów, a głowa pełna mitów. A w uszach ciągle herbertowska "Podróż": "Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu Żydem z Aleksandrii" , "poprowadzą ciebie przez (...) opuszczone sztolnie mitów i religii" , "odkryj znikomość mowy królewską moc gestu" , "żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi"...

A więc pięknie było. Choć szczegółowej opowieści zapewne znowu nie będzie, bo choć zeszycik szczelnie zapisany, to jakoś brak mi czasu na przenoszenie tego wszystkiego do rzeczywistości wirtualnej. Może kiedyś. Zresztą i tak wiem, że lepiej się ogląda zdjęcia, niż czyta moje przydługawe wywody. (BTW, one już w galerii, jeszcze niepoopisywane.)

Biję się trochę z wyrzutami sumienia - że takie wakacje, właściwie nielegalne i właściwie w środku semestru (hm, kiedyś płynęliśmy na łódce z Andreasem, chcieliśmy się poznać... tłumaczę zatem, że jesteśmy z Polski, a tutaj studiujemy, wiesz, erasmus... a ten nasz wyjazd to właściwie takie "illegal holiday"... Andreas okazał się nauczycielem akademickim ze Szwajcarii, a tłumaczenie było zbędne: tak, mam kilkoro erasmusów, rzadko bywają na zajęciach...). Ale kiedy tak się biję, z odsieczą przychodzi mi Gombrowicz: skoro jego szaleńczą jazdę na rowerze w dół, ku morzu, w śródziemnomorskim słońcu uznano za ważną dla późniejszej twórczości, to dlaczego miałabym ujmować coś swoim doświadczeniom? Że ja nie Gombrowicz - on wtedy też jeszcze nie. A poza tym - to wszystko moje, własne (jakby to Witold powiedział). (O, zerkam właśnie na Wiki, żeby sprawdzić, czy to była Francja, czy Włochy, bo nie pamiętam. I oto co znajduję: "Przez mniej więcej rok przebywał w Paryżu, niezbyt pilnie przykładając się do studiów w Institut des Hautes Etudes Internationales. Większą rolę w trakcie pobytu we Francji odegrały kontakty z młodzieżą studencką i wyjazd nad Morze Śródziemne." Ot co.)

O mailach pamiętam, zaczęłam odpisywać. :-)

czwartek, 6 maja 2010

literacko

Misja promowania literatury polskiej na ziemiach byłego Imperium Osmańskiego zakończyła się dzisiaj sukcesem. :-) Po kilkudniowym (i kilkunocnym) maratonie przygotowywania prezentacji wczoraj turecka młodzież dowiedziała się, dlaczego Gombrowicz wielkim pisarzem był, a dzisiaj poznała Pana Cogito. :-) Może nie poszło całkiem bezproblemowo (za mało czasu, zbyt ubogi język mój angielski), ale nie było źle. A dzisiaj nawet całkiem dobrze było! Po zajęciach podeszła do mnie dziewczynka i zapytała, czy mogłabym jej coś polecić z polskiej poezji współczesnej, bo jej się ten Herbert bardzo podoba...

... i w ten sposób po raz pierwszy od siedmiu miesięcy zaistniała okazja, aby ze współstudentami (a raczej studentkami) porozmawiać - całkiem rzeczowo i na poważnie - nie o erasmusie i życiu w Turcji, ale o literaturze - polskiej, angielskiej, tureckiej. Fantastycznie. Dopiero pod koniec rozmowy okazało się, że dziewczynkę, która do mnie podeszła, poznałam wcześniej - to Kurdyjka z Diyarbakir (nieoficjalnej stolicy Kurdów we wschodniej Turcji)! Niestety dopiero poniewczasie przypomniałam sobie o liście Herberta do Busha w obronie jej narodu; muszę jej o tym napisać, pewnie polubi go jeszcze bardziej. :-) Ciekawa jestem tylko, czy w omawianym przez nas dzisiaj "Potworze Pana Cogito" zauważyła tylko uniwersalne przesłanie - wezwanie do walki ze złem, czy może, podobnie jak w naszym polskim przypadku, odczytała ten tekst także na płaszczyźnie politycznej...

Póki co skończyłam pierwszy etap zaliczeń i czas na wakacje. :-) Jutro z rana uderzamy stopem do Fethiye, a stamtąd dalej... Pogoda zapowiada się iście letnia - do 30 stopni. :-) (Będę jeszcze pewnie na to narzekać...)
A po powrocie jeszcze jeden esej zaliczeniowy (porównanie działalności Piłsudskiego i Ataturka na rzecz kształtowania się państwowości :-)), egzamin z tureckiego i... KONIEC. I dobrze (tęskno za Polską), i strasznie (heh, teraz dopiero zacznie się NAUKA... no i trzeba się będzie pożegnać z łatwo przychodzącymi egzotycznymi podróżami ;-( ).

Do napisania zatem - jakoś za tydzień, może ciut więcej. :-)

wtorek, 4 maja 2010

3.16...

3.16 w nocy. Karolina siedzi w necie, wyszukując angielskie tłumaczenia wierszy Herberta na czwartkową prezentację i słuchając country. Za oknem rozlegają się głośne męskie głosy - a rozlegają się mową polską (z domieszką łaciny), Mateusze mieli widać radosny wieczór. Do głosów dołącza Patrycja z pokoju obok. Dorota schodzi z górnego łóżka, włącza facebook i sprawdza, czy w paczce płatków śniadaniowych nie zostało trochę tych w czekoladzie. Karolina decyduje się na kawę - to jedyne "coś słodkiego", które ma.
Ot, życie.

poniedziałek, 3 maja 2010

już za parę dni...

Gitary wprawdzie brak, ale plecaki pójdą w ruch! U nas z dnia na dzień zrobiło się lato! Jeszcze nie zdążyli kaloryferów w pokojach powyłączać (a same nie możemy, bo nasz popsuty...), za oknem upał, w pokoju ukrop. Kończymy zatem prezentacje (jedną przedstawiam w środę, drugą - jeszcze nie gotową - w czwartek, trzymajcie kciuki!), pakujemy się i ruszamy na wybrzeże! Póki co pewnikiem jest Fethiye i okolice, potem jakaś włóczęga wzdłuż wybrzeża w stronę Antalyi, ale to już wyjdzie w praniu. Aj, nie mogę się doczekać!!