czwartek, 25 marca 2010

Jeruszalaim...

W planie na dziś znalazło się "napisać cokolwiek na blogu". Piszę więc zupełnie cokolwiek, bo nie zdążyłam napisać więcej: o niedzieli nad jeziorem Beyszehir (zdjęcia w galerii, niepoopisywane), o wiosennych porządkach w naszym małym pokojo-domku i, najważniejsze, o wyprawie do Izraela.

Napiszę więc zatem tylko: dziś po kolacji wyjeżdżamy. Grzegorz i ja, w Jerozolimie spotkamy się w niedzielę z Asią. Bardzo ogólny plan wygląda następująco: poniedziałek-środa/czwartek Galilea (Nazaret, Kafarnaum, Jezioro Galilejskie, Jordan), czwartek-niedziela Jerozolima. Ma być pięknie. I tej wersji się trzymajmy. :-)

Nie zdążę już też wysłać Wam mailowo życzeń, dlatego życzę tutaj: głęboko przeżywanych najdziwniejszych Tajemnic i największej radości z nich płynących.



I po prostu: dobrego czasu świąt. :-)

sobota, 20 marca 2010

sobotnio

Miałyśmy wstać przed 9.oo i spędzić przedpołudnie na siłowni, ale nie wyszło - nawet nie słyszałyśmy budzika... Zatem po leniwym sobotnim poranku Dorota skoczyła na basen, ja wzięłam się za przygotowania do wyjścia "na miasto". Nie zapowiadały się niestety żadne miłe sobotnie zakupy, wręcz przeciwnie - nerwowe załatwianie spraw trochę "urzędowych".

Po pierwsze bilet lotniczy do domu: ponieważ Pegasus dba o bezpieczeństwo pieniędzy swoich klientów (ech, nie powinnam na to narzekać), aby zakupić przez Internet bilet, trzeba podać smsKod. Ten, jak nazwa wskazuje, przychodzi smsem. Problem w tym, że bank ma mój stary numer telefonu, który obecnie nie istnieje... SmsKody wędrują zatem w próżnię, a ja nie mam szans na jakiekolwiek operacje bankowe. Zmienić numer owszem można - tyle że osobiście w placówce banku. I nie pomagają nawet pełnomocnictwa notarialne... Jeszcze wczoraj załamywałam ręce, znalazłam jednak olśniewające swą genialnością rozwiązanie - postanowiłam zakupić bilet w sposób tradycyjny (pierwszy raz w życiu!) - w biurze turystycznym.

A druga sprawa miała nie nastręczać żadnych trudności, chodziło bowiem o wybranie pewnej sumy dolarów z bankomatu (w ramach przygotowań do kolejnego wyjazdu, ale o tym będzie jeszcze przy innej okazji). Wiadomo, że w Konyi działa jeden bank wypłacający dolary i ma bankomaty w dwóch miejscach w mieście. Nic zatem prostszego niż wybrać się tam...

Ale najpierw sprawa biletu. Powiedziano mi, że biuro Pegasusa może się znajdować w Tansasu (czyt. tansaszu) - dużym sklepie znanym wśród tutejszej braci akademickiej głównie z racji najbliższego dostępu do napojów wyskokowych (czyli jakieś 20-30 minut z kampusu "z buta"). Tam oczywiście żadnego biura nie znaleźliśmy, natknęliśmy się za to na targ. Nareszcie! O tych sobotnich targach "pod sklepami" (bo oprócz Tansasa jest tam jeszcze kilka innych sklepów, w tym mój ulubiony EkoMarket) słyszałam jeszcze przed przyjazdem do Konyi, nigdy jednak jakoś się nie złożyło, żeby na nie zajrzeć. A targi to trochę mieszanka polsko-turecka. Wyglądają zupełnie jak nasze place handlowe z żywnością, tyle że jeśli dobrze wgłębić się w asortyment, to oprócz warzyw i owoców sporo różni się on od naszego: jest tu z turecka - dużo nic nie mówiących mi ziół i przypraw, orzechów i suszonych owoców, oliwek i najróżniejszych rodzajów sera. A na skraju nawet znalazł się pan sprzedający śliczne maleńkie białe króliczki (żywe :-P)! Gdyby nie powrót samolotem, kusiłyby mnie bardzo...
W każdym razie nic nie załatwiłam - jakiś pan odesłał mnie do KuleSite (tego największego centrum handlowego w Konyi), podeszłam do tej wiadomości z rezerwą, ale sama lepszego pomysłu nie miałam...

Wsiedliśmy zatem w tramwaj i pojechaliśmy "do bankomatów". I tu kolejne rozczarowanie - "nieprawidłowy CHIP karty". Co to w ogóle ma znaczyć?! Byłam już porządnie wkurzona, a jeszcze bardziej zmartwiona - nie mam biletu, nie mam pieniędzy (w dodatku nie wiem, czy nie pobrało ich jednak z konta), nie wiem, co się dzieje z kartą, a żeby było jeszcze zabawniej: nie jestem do końca pewna, czy pamiętam prawidłowy PIN... Grzesiek wybrał pieniądze bez problemu.

Bankomaty okazały się znajdować w sąsiedztwie KuleSite, zaszliśmy zatem po nieszczęsny bilet - i udało się go kupić!! I w ten oto sposób 28. czerwca tego roku będzie moim ostatnim dniem w Stambule (ech...), a 29. na dobre wrócę do Polski (przynajmniej "póki co" ;-)). I dobrze i nie - kiedy patrzę na słońce za oknem i myślę o rzeczach jeszcze mnie tu czekających w tym semestrze, wcale a wcale nie mam ochoty wracać. Z wakacji. :-) Potem postanowiłam już trochę beznadziejnie zapytać kogoś z ochrony, czy nie ma tu czasem bankomatów owego banku (beznadziejnie, bo wszyscy wiedzą, że w Konyi bankomaty są tylko dwa i to wcale nie tutaj), kiedy... za plecami pani "ochroniarki" zobaczyłam ów bankomat! I zadziałało! Tak więc wszystkie moje problemy niemal w jednej chwili zostały rozwiązane i zaczęłam cieszyć się słonecznym sobotnim popołudniem. :-) Pobuszowaliśmy trochę po sklepach, śmiejąc się z niezależnych od kraju i kultury sobotnich obyczajów: KuleSite wygląda dokładnie tak samo jak nasze centra handlowe (jedna wielka sala ze wszystkim i mnóstwo butików wokół) i jest dokładnie tak samo wypełnione w sobotę przez tłum ludzi gorączkowo, a jednocześnie jakoś tak "luzacko" robiących zakupy. No i rodziny, dużo rodzin...

Postanowiliśmy podjechać jeszcze do centrum, do sióstr. Byliśmy tam jakieś 2-3 tygodnie temu, ale ich nie zastaliśmy. Acha, czy ja pisałam już kiedykolwiek o siostrach? W skrócie: w Konyi znajduje się kościół katolicki (pw. św. Pawła, a jakże), któremu jednak brak katolickiego księdza. Są za to siostry - Włoszki, które już od dobrych kilkunastu lat kościółkiem się opiekują, udostępniają go pielgrzymom i od czasu do czasu ciekawym Turkom (narażając się przy tym na niezbyt serdeczne dysputy teologiczne). Tym razem udało się z nimi, a raczej z jedną z nich, spotkać i podarować karteczki z Łagiewnik, chyba się ucieszyła. :-) W ramach rewanżu poczęstowała nas "cukierkami z Włoch", które miały dziwne tureckie napisy na papierkach. ;-) Opowiadała też, że podobno była tutaj dziś rano ekipa telewizyjna kręcąca program, na którym ma się znaleźć "nasz" kościółek. :-) Acha, no i siostry mnie jeszcze zawstydziły: wszystko idealnie wysprzątane, a w ogródku kwitną bratki i tulipany. Oj, trzeba będzie i w naszym pokoiku zrobić jakiś "wiosenny porządek" przed wyjazdem...

A po powrocie i otwarciu kompa zaczęły mnie zalewać strony z jedzeniem (za jakie grzechy właśnie teraz?!): najpierw poznana kiedyś w Stambule nastolatka przesłała mi mail z niezwykle apetycznymi zdjęciami arabskich słodyczy (ślinka cieknie na widok tych ciasteczek z pistacjami...), potem jakiś blog kucharski... Całe szczęście że zaopatrzyłam się dziś także w coś "kucharskiego" ;-) - wyciskarkę do cytrusów za... 1 lirę. Przy obecnej cenie grejpfrutów 40 kuruszy (80 groszy) za kilogram czeka mnie pyszny dodatek do śniadanek. :-)

czwartek, 18 marca 2010

nauki

Właśnie wróciłam z zajęć i postanowiłam podzielić się przemyśleniami. ;-)
Pod względem edukacyjnym ten semestr zapowiada się dużo lepiej niż poprzedni: zapisałam się na kontynuację "English Literature" i "English Novel" (choć tym razem nie zamierzam już chodzić na te zajęcia cztery razy w tygodniu, jak to robiłam, naiwna, w zeszłym półroczu... o ile Yusuf będzie miły i da mi za te dwa razy w tygodniu umówioną ilość punktów!). Tym razem mamy się zajmować prozą i poezją już naprawdę współczesną (choć nie najnowszą), zapowiada się zatem dużo ciekawiej niż ostatnio. Przed chwilą miałam zajęcia z poezji i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam emocje towarzyszące odkrywaniu wiersza! Wiadomo, na studiach w Polsce raczej nie "omawiamy wierszy", tutaj zaś miałam problem, żeby przebić się przez nie w 100% zrozumiały tekst i wszechogarniającą nudę ("Kiedy to nikogo nie zachwyca..."). Dziś natomiast mieliśmy przed sobą kilka prostych tekstów Williama Henry'ego Daviesa: proste w słownictwie i pozornie proste w przesłaniu. Ale można je było stopniowo "poodkrywać", dochodzić do coraz nowszych spostrzeżeń i interpretacji... Dziś nie usypiałam na zajęciach, włączyły się emocje! Cudnie. Ostatni raz miałam tak... w liceum? Jeśli chodzi o zaliczenia tych przedmiotów, to mam nadzieję, że pani Gulbun Onur pozostanie dla mnie miła i poprosi o przygotowanie prezentacji z polskiej prozy i poezji współczesnej (już się nawet przymierzam do "Ferdy" i Herberta) i nie każe zdawać "normalnych" egzaminów...

A poza tym mieliśmy dziś pierwszą w tym semestrze lekcję tureckiego. Tym razem mamy dwa kursy do wyboru: ten co ostatnio i ten "nowy" turecki. O ile wiem, nikt nie zapisał się na poprzedni kurs... Natomiast nowa nauczycielka póki co jest super: mówi po angielsku, ma kilkunastoletnie doświadczenie w nauce tureckiego jako obcego, potrafi UCZYĆ JĘZYKA (gramatyka, struktura zdania... poprzedni nauczyciele W OGÓLE nie zdawali sobie sprawy z tego, że język jest systemem - że wypadałoby nas zaznajomić z końcówkami liczby mnogiej, poszczególnych osób etc., przecież wszystko było takie "oczywiste"). No i prowadzi tę lekcję, a nie jest... rozlazła. Dziś podsumowaliśmy w zasadzie wszystko, czego się nauczyliśmy. Cały semestr podczas jednej lekcji. Shame dla byłych nauczycieli. Jest jednak nadzieja, że będę potrafiła coś tam po turecku powiedzieć, hurra! Acha, zajęcia są dwa razy w tygodniu po dwie godziny; forma zaliczenia - nieznana.

Mój nieszczęsny angielski... Kiedy się już ucieszyłam, że w tym semestrze przedmiot "Advanced Writing and Reading" przejęła rudowłosa Franny, bardzo się ucieszyłam i rzecz jasna zaraz zapisałam. Tak jak myślałam nie jest on za bardzo advanced, mniej więcej na poziomie naszej rozszerzonej matury. Ale jeśli się nie rozwijać, to dobrze choć i nie uwsteczniać w nauce języka. I właśnie byłam na kupnie podręczników (te same zasady, co u nas - ksero), gdy... okazało się, że na ten sam termin przypadają zajęcia z tureckiego. Wygląda na to, że będę się musiała pożegnać z doskonaleniem swego angielskiego. ;-(

I ostatni przedmiot o enigmatycznej nazwie "Identity, Politics and Culture" - prowadzony przez dość "zawieszonego", ale sumiennego (czyli naprawdę prowadzącego wykłady w jakiś tam sposób związane z nazwą kursu), a przy tym nieprzywiązującego zbytniej wagi do (nie)obecności słuchaczy pana. Jeszcze nie miałam przyjemności w tych zajęciach uczestniczyć, ale znana jest już forma zaliczenia - podobnie jak w zeszłym semestrze związana z tematem prezentacja, tyle że teraz ma być zaprezentowana. :-)

Wszystko wygląda więc dużo lepiej: wiadomo, czego się spodziewać; wiadomo, czego nie wybierać, żeby nie tracić czasu; wiadomo, co wybrać, aby było to przyzwoite pod względem jakości. O.

Internet var!

Hurra! Internet wrócił! Od piątku do wtorku "Internet yok"!! Podobno próbują ustawić jakoś łącze bezprzewodowe, żebyśmy sobie mogli korzystać latem z komputerków przed akademikiem. No i bardzo dobrze, ale mogliby próbować to ustawiać nocą. ;-)

Zabieram się zatem za odpisywanie na maile i uzupełnianie bloga, wieczorkiem będzie relacja z Kapadocji. :-)

poniedziałek, 15 marca 2010

fitness, step, havuz!

Uwaga, uwaga! Od tygodnia trwa wielka wspólna akcja. Każdy nowoprzybyły erasmus (a raczej erasmuska) włącza się w nią z zapałem. Możemy (Agata i ja) być dumne, że stałyśmy się jej pionierkami. Coraz więcej młodych dziewcząt zrywa się o świcie (koło 9.oo), aby z uśmiechem na twarzy, lekkim krokiem podążyć w stronę żółtego budynku. Tutaj spędza kilka godzin (maksimum dwie), rozkoszując się uczuciem napinanych mięśni i spływającego po twarzy potu. Dopinguje nas licznik na bieżni wskazujący każdego dnia coraz więcej procent wyrabianej normy oraz świadomość, że razem osiągniemy ten wielki cel, jakim jest szczupła sylwetka…

Taaa… Jest nas już osiem (i na tym chyba poprzestaniemy): Agata, Dorota, Lila, Magda, Ela, Beata, Ola i ja – pojedynczo lub dwójeczkami śmigamy sobie codziennie na fitness. Basen odszedł trochę w odstawkę, odkąd zauważyłyśmy, że siłownia bardziej nas męczy, w domyśle: szybciej spalamy. Ale różowo było tylko przez pierwsze trzy dni: pierwszego, gdy po ćwiczeniach „jakie-nam-się-podobały” pani zapytała nas, czy mamy program, a gdy zaprzeczyłyśmy, zaczęła ów program przygotowywać. Początkiem przygotowań było zważenie i pomierzenie nas (heh, nigdy wcześniej tego nie robiłam) oraz pytanie o nałogi i cel ćwiczeń (do wyboru są trzy: zrzucenie wagi i jakieś dwa, których nie rozumiemy). Następnie zostałyśmy zaopatrzone w karteczkę z własnym imieniem, nazwiskiem, owymi pomiarami oraz zestawem zalecanych ćwiczeń (w skrócie: 25 minut bieżni, 15 minut rowerku, trochę ciężarków, ćwiczeń na macie na nogi, trochę twistera, stretch) – mega mobilizacja i niemalże euforia (no bo, pomijając te upiornie drogie badania, gdzie w Polsce można kupić miesięczny karnet na basen i siłownię z fitnessem i stepem o nieograniczonej liczbie wejść i godzin za… 100 zł?). Drugiego dnia wciąż trwałyśmy w euforii i poczuciu dobrze wypełnianego obowiązku, gdy grzecznie wykonywałyśmy kolejno wszystkie ćwiczenia. Trzeciego podobnie, nawet ćwiczenia zaczęły nieco łatwiej iść. Ale potem… zmęczenie, ból mięśni, poczucie „tracenia” sporej ilości czasu każdego dnia. A zamiast wrażenia coraz lżejszego chodu, poruszamy się jak kaleki z powodu bólu nóg, brzucha, tudzież innych części ciała, o których do tej pory nie miałyśmy większego pojęcia. Budzimy się rano i tak bardzo nam się nie chce… A zwłaszcza gdy wizualizujemy sobie te minuty na bieżni, kiedy nie możesz już szybciej, a wydaje ci się, że jak choćby na chwileczkę zwolnisz, to wciągnie cię pod spód… No dobra, może znów przejaskrawiam. Bo póki co ciągniemy (choć dziś przełożyłyśmy to z rana na wczesne popołudnie), choć prawdą jest, że coraz gorzej z naszą motywacją i siłami. Ale jutro mija równy tydzień – może uda nam się znowu wskoczyć na wagę i może motywacja powróci. Miejmy nadzieję.

Acha, przy okazji naszych „treningów” miałam zwrócić uwagę jeszcze na dwie rzeczy: runęło moje wyobrażenie o „samych szczupłych Turczynkach”- to prawda, że szczupłych dziewczyn jest tu duuuużo więcej niż u nas, ale na siłownię przychodzę też te, którym czegoś brakuje (a raczej mają czegoś zbyt wiele) – nieładne to z mojej strony, ale dobrze mieć świadomość, że nie jest się tam najobszerniejszą osobą (bo takie wizje też mnie początkowo nawiedzały). Drugie spostrzeżenie to znowu kwestia jakości: basen i siłownia są naprawdę bardzo nowoczesne (a przecież nie są małymi prywatnymi biznesami, finansowanymi z głębokich kieszeni ćwiczących). Basen o wymiarach olimpijskich, bardzo czysty, wyposażony w wiele sprzętu do nauki pływania i uwaga: cała podłoga wieczorem podgrzewana! Do tego schludne zaplecze: szafeczki, prysznice. Niby szczegóły, ale decydują o tym, że wycieczka tam jest przyjemnością, a nie wyrywaniem przyjemności pływania spośród syfu otoczenia. Podobnie z siłownią: nowy, profesjonalny sprzęt, lustra na całej długości ścian, instruktorka, która nie tylko pilnuje, żeby „nie niszczyć sprzętu”, ale najpierw pokazuje a potem od czasu do czasu nadzoruje ćwiczenia. Naprawdę wielkie „wow”. Żałujemy tylko, że nie orientujemy się dokładnie w godzinach zajęć (nasz plan jest chyba nieaktualny) – czasami można się bowiem natknąć na step (np. wczoraj i dziś, może tylko w weekendy?) i pilates (a może coś jeszcze?).

Kończę więc tego rozćwiczonego posta. Powinnam jeszcze skoczyć na basen, ale dziś postanowiłyśmy zrobić sobie od niego wolne. Nadrobimy. ;-)

niedziela, 14 marca 2010

wiosna!

Do Konyi wiosna dotarła już chyba na dobre. Trochę inna wiosna niż w Polsce – bez roztopów, ciepłych promieni słońca przenikających bardzo jeszcze zimne powietrze, bez burz (ech, lubię te burze bardzo). Tutaj już od mojego przyjazdu ogólne poczucie „ciepła” walczyło z wielkim wiatrem i cienką warstwą chmur szczelnie pokrywających niebo. Ostatnio chmury zniknęły, wiatr trochę ucichł i można już wczesne popołudnia spędzać przy stoliku przed akademikiem w podkoszulku (dziś nawet zobaczyłam na tymże stoliku krem do opalania!). Turczynki zrzuciły kurtki i wyglądają na wystrojone jeszcze bardziej niż zwykle. A nam ta pogoda niesamowicie napędza wyobraźnię, przenosząc gdzieś w okolice Antalyi… (Póki co jednak nie ma o tym mowy, gdyż właśnie Yusuf skończył tłumaczyć nazwy przedmiotów z tureckiego na angielski – co ponoć robił przez ostatnie dwa tygodnie – nadszedł zatem czas wybierania zajęć i zaznajamiania się z nimi, zła pora na podróżowanie; wakacyjne wizje nie mogą nas też ponieść całkowicie, gdyż na ziemię sprowadza świadomość stanu konta… oj, nie będzie to tak beztroski semestr, jak nam się wydawało) Są jednak cechy wspólne tej wiosny tutaj z naszą polską – zaczynają kwitnąć forsycje, a drzewka na kampusie mają już pełno białych i mocno pachnących kwiatków. Nie mogę rozgryźć tego zapachu, jest zupełnie znajomy, ale też mam poczucie, że dawno go nie czułam… Zdaje mi że takie drzewka pachniały późną wiosną w Krakowie na Oświecenia. Zdarzają się też bardzo przyjemne i zupełnie „nasze” wiosenne wieczory: ni to ciepło ni to zimno, ale ogólnie przyjemnie i powietrze przesycone zapachem kwitnących drzewek… Tutaj jeszcze krajobraz uzupełnia dobiegająca nagle modlitwa imama, co, trzeba przyznać, ładnie komponuje się z całością. ;-)

Dziś niedziela, miałyśmy (Agata, Dorota i ja) jechać z Cihatem (czyt. Dżihadem) i jego kurdyjskim przyjacielem nad Beysehir (ładne jeziorko jakieś 160 km od Konyi), ale jak zwykle odechciało nam się w ostatniej chwili. Poza tym od piątkowego wieczoru w całym akademiku nie ma Internetu, więc nie mogłyśmy się z nimi umówić (smsowanie z Turkami przy posiadaniu polskiej karty kosztuje fortunę). Poza tym jesteśmy trochę zmęczone ćwiczeniami na siłowni (śpimy naprawdę dużo, bo co najmniej osiem godzin, a mimo to i tak potrzebuję uciąć sobie dwugodzinną drzemkę w środku dnia, bo po prostu zasypiam). Więc nie pojechałyśmy (o, właśnie napisał Cihat, żebyśmy rezerwowały następną niedzielę, może zrobimy sobie jakiegoś grilla nad wodą… hm, brzmi sympatycznie :-)), postanowiłyśmy za to „zabrać się za coś pożytecznego” – Dorota posiedziała chwilę nad magisterką, ja oczywiście swojej pracy jeszcze nie tknęłam, skończyłam za to „Popiół i diament” (świetne, choć sam styl bardziej podobał mi się w jego wcześniejszym „Ładzie serca”), który miał być moją przedostatnią wymówką przed stawieniem czoła licencjatowi. Ostatnią wymówkę właśnie zaczęłam czytać, a jest to „Właśnie Izrael”.
Potem dziewczyny wyszły do Yuksela (taka restauracja w centrum handlowym na kampusie) na jakieś jedzonko (głównie sałatki, a jakże… w zeszłym semestrze królowały pizze, haha), ja natomiast postanowiłam przyrządzić coś osobiście z zakupionych w piątek specjalnie w tym celu produktów. Miała to być sałatka z manti (takie minipierożki, w których ledwo co czuć ich mięsne nadzienie), jednak w miarę procesu dorzucania kolejnych składników robił się z tego bardziej sos niż sałatka… Bo że w piątek byłam na zakupach „na głodzie” pakowałam do koszyka to, na co miałam ochotę i co na sałatkę by się nadawało. Sęk w tym, że może na kilka różnych sałatek, niekoniecznie na jedną… Trochę więc się przeraziłam, patrząc na coraz bardziej różnorodną mieszaninę, efekt okazał się jednak bardzo dobry (a było tam: manti, pomidorek, mała puszka tuńczyka w oleju, pół puszki czerwonej fasolki w sosie pomidorowym, czarne oliwki… Jeszcze mi ślinka cieknie na samą myśl). Tuńczyk miał być bez oleju, a fasolka bez sosu, zatem sałatka jak się patrzy, ale w praniu wyszło inaczej, całość więc przypominała bardziej spaghetti z manti w roli głównej i z sosem pomidorowym z dodatkami. No ale było palce lizać, a co najważniejsze – składników zostało jeszcze na co najmniej jedną porcję. :-)
Potem troszkę czytania i kima, oczy same się zamykają. Niedawno wstałam, ale wieczór zrobię sobie chyba trochę mniej intelektualny… „Diabeł ubiera się u Prady”? ;-)

niedziela, 7 marca 2010

Dolina Ihlary

Plan na niedzielę był dziecinnie prosty – wycieczka doliną Ihlary, wyjście około 14.oo i próba powrotu stopem przez Aksaray. Wyruszamy punkt 7.oo. Chcielibyśmy wyruszyć, ale… jesteśmy zamknięci od zewnątrz. Szukamy klucza, nic z tego. Tłuczemy się w szyby, nic z tego. Znowu szukamy, znowu się tłuczemy… Wreszcie po piętnastu minutach ktoś wychodzi (widać, że go obudziliśmy) i nam otwiera. Dobrze. Po półgodzinnym marszu przez wioskę docieramy do wejścia do doliny… i tu przeżywamy szok. Czytaliśmy o tym, że jest piękna, widzieliśmy też kilka (co prawda marnej jakości) zdjęć. Ale przed nami otwiera się przepaść, dwie prawie pionowe ściany zbudowane z czerwonych skał, pośrodku rzeka, my stoimy u szczytu jednej ze ścian. Fenomenalne. Zaczynamy tylko żałować brzydkiej, pochmurnej pogody, wyobrażamy sobie, jak piękne musi być to miejsce w pełnym słońcu. Schodzimy po schodkach na dno doliny i próbujemy się zorientować w terenie. Ogólnie rzecz biorąc mamy iść cały czas wzdłuż rzeki (bo gdzieżby indziej?), tyle że po drodze w tych stromych ścianach są powykuwane kościoły, do których trzeba się wspiąć, aby je popodziwiać. Trochę kołujemy, bo nie możemy uzgodnić strzałek do kościołów z umiejscowieniem ich na mapce w przewodniku, wreszcie łapiemy się we właściwym kierunku i kolejności. Maszerujemy sobie dolinką (poziom wody z pewnością wyższy niż latem, czasem trzeba schodzić ze ścieżki i skakać górą po skałkach, niestety woda brunatna, strasznie brudna…), ciesząc oczy przyrodą wokół. Wreszcie nie latamy „od atrakcji do atrakcji”, ale po prostu idziemy. Co jakiś czas skok w bok i wspinaczka. Wydaje się, jakby w tych ścianach wykuwano wyłącznie kościoły, mało jest zwyczajnych jaskiń mieszkalnych. Przewodnik milczy, a więc znowu nie wiemy: z jakiego to pochodzi okresu? czy mieszkali tu wyłącznie jacyś mnisi? dlaczego tutaj, bo to już przecież nie są „kościoły obronne”? Niesamowite jest to, jak dobrze w niektórych z nich zachowały się freski (głównie przedstawiające Chrystusa Pantokratora i różnych świętych), tylko niektóre postaci mają powydrapywane oczy lub całe twarze (podobnie jak w Goreme i innych kościołach w Kapadocji, dziedzictwo ikonoklazmu). Bawię się w rozpoznawanie ikon: sceny z życia Chrystusa i Maryi wychodzą mi nieźle, ale w poszczególnych świętych mam spore braki. W końcu, koło 11.oo, dochodzimy do Belisyrmy – maleńkiej wioski jakby przecinającej dolinę. Przy budce bileterów (tak, tak, wstęp do doliny jest płatny, niech żyje karta muzealna) przyczepia się do nas pocieszna psina, która postawiła sobie za cel oprowadzenie nas po wiosce. Przypominają mi się małe, biedne wioski galicyjskie – kamienne domki, wyłożone brukiem ulice całe zasłane zwierzęcymi odchodami, przeraźliwy smród, bieda. Tu jest podobnie. W pewnym momencie z meczetu rozlega się głos imama, a wraz z nim… zaczyna wyć nasz przewodnik. :-) Świetny duet. ;-) (Haha, to mi przywodzi na myśl sytuację z Selcuku, kiedy podczas naszej kolacji śpiewający „z minaretu” imam nagle kichnął :-)). Pies opuszcza nas na skraju wioski, gdy udajemy się dalej wzdłuż doliny (nieźle wytresowany). Tu już nie ma kościołów, zmienia się natomiast nieco krajobraz – ściany nie są tak strome, dno dużo szersze, wygląda to jakoś… łagodniej. Mimo to czasami ścieżka po prostu urywa się przy stromej skale, znowu musimy sporo się wspinać, aby w ogóle przejść dalej. Po jakichś dwóch godzinach docieramy do wioski leżącej na skraju doliny – Selime. Jej położona na lewym brzegu rzeki część to doprawdy dziwny widok – ludzie pobudowali tu mieszkania na ruinach skalnych miast: zaadaptowali jaskinie lub jakieś fragmenty kamiennych budowli, prowizorycznie coś do tego dobudowali (kamieniem, drewnem) i tak mieszkają… Jedna wielka prowizorka, przykre. To już koniec naszej drogi, rozglądamy się więc za jakimś dolmuszem do Aksaray. Wychodzimy chyba na przystanek czy rynek (trudno tu w ogóle wyznaczyć miejsca spełniające jakieś konkretne funkcje), tam mnóstwo mężczyzn, cieszymy się, że trafiliśmy na godzinę przyjazdu dolmusza, wolimy się jednak upewnić. Oni są naszą obecnością trochę zdziwieni, ale bardzo serdeczni, mówią (jeden nawet zupełnie nieźle po angielsku!), że dolmusz to owszem, ale nie w niedzielę… Przechodzimy mostem do drugiej części wioski, tam już wszystko wygląda nieco solidniej. Acha, zapomniałam dodać, że tu podobno kręcili jakąś tam część „Gwiezdnych Wojen” – ja nie oglądałam, ale Grzesiek pokazuje mi skalne stożki, które mogły być na filmie. Drepczemy ulicą, nic się nie zatrzymuje… I dobrze, bo dochodzimy do największej atrakcji Selimy – „Katedry”. Tak naprawdę to wygląda to na kolejne skalne miasto, tym razem wykute w całym systemie stożków. Z pewnością różni się od tych, które oglądaliśmy dotąd, jesteśmy jednak zbyt zmęczeni, aby nas zachwycało… Dopóki nie dochodzimy do jego górnych partii, w których wykuto kościoły. I znowu zdumienie i podziw – niektóre z nich zbudowane na planie krzyża, niektóre mają ozdobne filary (wszystko oczywiście wykute w skale, nie dobudowane), jeden nawet dwa poziomy podparte kolumienkami, jeden zachowane freski… Jak dla mnie to to miasto jest mało realistyczne – rozumiem wygodę kucia mieszkań w miękkich skałach, rozumiem tworzenie podziemnych miast w celu obrony, ale to miejsce wznoszące się jakby nad ziemią w dziwacznych stożkach przypomina mi mieszkania elfów, nie zwykłych ludzi… Schodząc w dół mijamy koreańską czy japońską wycieczkę (znów zwracam uwagę na ich ubrania; dziewczyny w Goreme były poubierany ładnie, nie przeczę, ale niesamowicie dziwacznie, nie widziałam takich ubrań w naszych sklepach; zastanawiam się, czy to na Wschodzie normalne, codzienne i czemu ma służyć – czy tylko kreowaniu swojego wizerunku, czy manifestowaniu jeszcze czegoś innego), to już definitywny koniec na dziś, próbujemy złapać stopa. Straszna lipa, niezbyt wiele tego jeździ, ale dosłownie nic się nie chce zatrzymać! Nie jest dobrze, minęła 15.oo, za trzy godziny zacznie się ściemniać. Idziemy główną ulicą i mamy okazję przekonać się, że Selime jest całkiem sporą wioską i w dalszej jej części jest kilka budynków reprezentacyjnych: szkoła, nawet jakiś urząd i szpitalik, a także spory ładnie zadbany teren rekreacyjny (w Turcji w takich miejscach rząd stawia altany do piknikowania, są i tutaj). Wreszcie zabiera nas jakaś młoda i bardzo wyzwolona para. Dojeżdżamy do głównej drogi do Aksaray, a oni… wiozą nas w przeciwnym kierunku! Nerwowo tłumaczymy, oni chyba rozumieją, ale nie potrafią nam wytłumaczyć po angielsku, wreszcie chyba wiemy: chłopak jedzie do Aksaray za dwie godziny, wtedy nas weźmie. No nie, to trochę za późno! Na szczęście na naszą prośbę się zatrzymują. Jesteśmy na wielkiej drodze przez pustkowia, podobnej do tej na której byliśmy wczoraj mniej więcej o tej porze. Tyle że dziś chcieliśmy dotrzeć do Konyi. Ruch minimalnie większy: jeden samochód na 5-10 minut. Znów się nie zatrzymują. Zastanawiamy się, co zrobić w tej sytuacji za dwie godziny: iść do kogoś do domu i prosić o podwiezienie do Aksaray za pieniądze (wiemy, że stamtąd mamy wieczorem autobus do Konyi), czy iść do kogoś do domu i prosić o nocleg. Ale zatrzymuje się samochód jadący do samego Aksaray, jesteśmy więc uratowani. W mieście szczęście się do nas uśmiecha, niemal od razu spotykamy pana, który jest gotów nas zawieźć na dworzec autobusowy. Udaje nam się mu wytłumaczyć, że „najpierw autostop, jak nie autostop, to potem autobus”, a więc podrzuca nas na wylotówkę do Konyi. Tu łapiemy. Łapiemy. Łapiemy. Może pół godziny? Zatrzymuje się facet. Konya.
I tu w zasadzie powinnam zakończyć relację, ale muszę jeszcze dodać, że pan należał do rodzaju ogromnie serdecznych i pomocnych ludzi. Kiedy zobaczył, że kimam na tylnim siedzeniu (Grzesiek jechał z przodu), zatrzymał się, wygrzebał dla mnie poduszkę i koc. Ujmujące. Potem, już przed samą Konyą, gdy się obudziłam, popróbowaliśmy trochę porozmawiać (czyli głównie nasz szczątkowy turecki i inteligencja emocjonalna). Pan nas chyba polubił, podrzucił na sam kampus (choć nie wiedział za dobrze, gdzie to jest i musiałam go kierować), a na koniec zostawił swój numer telefonu – „gdybyśmy mieli jakikolwiek problem…” (szokujący gest dla Polaków, aczkolwiek tutaj zdarzył nam się nie pierwszy raz…). Acha, musiał jechać szybko, bo na miejscu byliśmy już po 19.oo – czyli właśnie wtedy, gdy autobus wyjeżdżał z Aksaray…

A w pokoju niespodzianka – Dorota. :-) Przyjechała dzisiaj i obdarowała mnie polskimi cukierkami, haha. :-)

sobota, 6 marca 2010

Podziemne miasta. Ziemniaki.

Plan na sobotę był nieco mniej urozmaicony, ale przez to bardziej przejrzysty (po wczorajszym błąkaniu się trochę bez sensu, kolejnych niewypałach i omijaniu niektórych „must visit” miałam już naprawdę serdecznie dość). Jedynym „ale” pozostawała kwestia transportu, który był mniej niż niepewny. Rano skoczyliśmy z Radkiem na górkę Uchisar, z której fajnie widać całą okolicę (choć to niecała godzina z buta, udało nam się złapać stopa, a przez to zaoszczędzić sporo czasu), a potem podjechaliśmy dolmuszem do Nevsehir, gdzie nasze drogi się rozeszły. On miał w planach krótką wizytę w dolinie Ihlary i powrót do Goreme, my chcieliśmy zwiedzić wcześniej podziemne miasta, a potem uderzyć do Ihlary na nocleg (przejście całej doliny, kilkanaście kilometrów, planowaliśmy kolejnego dnia). Wcześniej jednak wdrapaliśmy się na wzgórze z ruinami twierdzy, z którego ładnie widać całe miasto i odwiedziliśmy zabytkowy meczet (urządzając sobie tam krótką sesję fotograficzną… nieodpowiedniość robienia zdjęć w niektórych miejscach uświadamiam sobie dopiero, gdy oglądam zdjęcia Turków z Polski… np. przy konfesjonale ;-)). Potem w miarę szybko złapaliśmy dolmusz do pierwszego podziemnego miasta i po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu (gładkość w wypełnianiu planu dzisiejszego dnia podnosiła nas na duchu). Krótko o podziemnych miastach: budowane były prawdopodobnie dobry kawałek czasu przed naszą erą w celach obronnych – po prostu na powierzchni istniało zupełnie normalne miasto, a pod ziemią (z uwagi na dość miękkie skały) wykuwano sieć korytarzy i pomieszczeń, w których można się było ukryć w razie niebezpieczeństwa i być praktycznie niezauważonym „z zewnątrz”. Potem podziemia się rozrastały wraz ze zmieniającymi się mieszkańcami miast (śladem chrześcijan są np. wykute na niższych poziomach kościoły – jeden na planie krzyża! – i szkoły) i rodzajem zagrożeń. Nie był to zatem „chleb powszedni” zacofanych jaskiniowców, ale bardzo przemyślne i przystosowane do długiej obrony bunkry. Połaziliśmy pod ziemią, próbując wyobrazić sobie, do czego mogły służyć kolejne pomieszczenia, po czym w miarę bezproblemowo przeskoczyliśmy (stopem) do drugiego podziemnego miasta. Miało być dużo obszerniejsze i być może jest, jednak dla zwiedzających udostępniono bardzo niewielki fragment podziemi. Mijając co chwilę niemiecką wycieczkę (co wcale nie jest łatwe, ponieważ większość korytarzy jest bardzo wąska i bardzo, bardzo niska – dwie osoby nie mają szans przejść koło siebie, a dziwię się, że wpuszczają tu ludzi starszych: przy dłuższym korytarzu naprawdę można zacząć mieć problemy z chodzeniem), dotarliśmy na najniższy poziom, a tam szok – wykuty kościół z filarami, szkoła z ławami i podwyższeniem dla nauczyciela, a wyżej także przemyślna tłocznia wina. Kiedy wydostaliśmy się na powierzchnię, zaczął się najbardziej problematyczny odcinek podróży – jak dostać się do Ihlary. „Oficjalna” wersja (podawana przez przewodniki i ludzi, którzy się w miarę orientują) była dla nas zbyt czasochłonna i droga – trzeba by wracać kilkadziesiąt kilometrów do Nevsehir, stamtąd do jeszcze większego Aksaray i stamtąd dopiero łapać dolmusz – dobre kilka godzin kombinowania, nie mamy szans dotrzeć przed wieczorem. A z Derinkuyu do Ihlary wydaje się na mapie zupełnie bliziutko, bez robienia niepotrzebnego koła. Pytamy więc (bezokolicznikami samymi): „Yol var?” („Jest droga?”) – „Var.” No to jak jest, to jedziemy stopem. Nie wiem, kto przygotowywał tę mapę, ale był dobrze na bakier z kartografią – wg niej to odległość jakichś piętnastu kilometrów (braliśmy pod uwagę najgorszą wersję, czyli że niech będzie nawet trzydzieści), tablice pokazywały jednak… pięćdziesiąt parę. W dodatku mało co tamtędy jechało i nic nie chciało się zatrzymać… Wreszcie poratował nas jak zwykle w podbramkowych sytuacjach tir. I wtedy zrozumieliśmy, dlaczego nikt nie mówił o możliwości transportu tutaj: charakterystyczna dla rozległych terenów Turcji PUSTKA. Niby coś się zieleni, niby że mogłyby być to pola uprawne (chyba są?), ale nie szczególnie widać, aby coś tu rosło. Nie minął nas żaden samochód, my nie minęliśmy żadnego. A okazało się, że sympatyczni młodzi panowie (którzy poczęstowali nas suszonymi morelami, krzycząc: „Enerdżi!”) wcale nie jadą do końca… Wywalili nas na środku pustkowia, skręcając w jakąś mniejszą drogę prowadzącą do wioski. Pocieszyli tylko wzmianką o dolmuszu do Ihlary o piątej (za dwie godziny). OK., choć nie chce nam się wierzyć, że przez to pustkowie jeżdżą dolmusze. Wieje jak cholera, ale jest dość jasno, trochę słońca, pozytywnie. Zakładamy kaptury, rękawiczki i idziemy pod wiatr. Mija nas jeden samochód, nie zatrzymuje się. Nie mamy pojęcia, ile przejechaliśmy i ile przed nami, zapomnieliśmy spytać. Jedzie kolejny samochód, jakiś większy, macham ręką, ale widzę, że nic z tego, wyładowany po brzegi rodziną (chyba z pięć osób na przedzie oprócz kierowcy). Mimo tego białowąsy dziadziuś się zatrzymuje i coś do nas krzyczy, pokazując ręką na tył, OK., jasne. Ładuję się jakoś na przyczepę, tam stosy worków z ziemniakami, a na nich… dwie młode dziewczyny. Dużą ma dziadziuś rodzinę. Dziewczyny pospiesznie zakładają chusty, zdążają przed wejściem Grześka. I ruszamy… Zawsze marzyłam o takim stopie. Jest niewyobrażalnie pięknie – przyczepa z tymi ziemniakami, dwie miejscowe dziewczyny w chustach szepczące coś sobie na nasz temat, wiatr we włosach, rozległa zieleń dokoła, a gdy wjeżdżamy na górkę wyłania się widok na wysokie, pokryte śniegiem góry przypominające Tatry. Pięknie!! Próbuję jednak być grzeczna i rezygnuję z podziwiania widoków, schodzę do dziewczyn i chcę nawiązać z nimi rozmowę. Zwyczajna śpiewka: że jesteśmy z Polski, studiujemy w Konyi, zwiedzamy Kapadocję, Turcja jest piękna. Dziewczyny bardzo chcą porozmawiać, ale nie mówią po angielsku. Mocno się jednak zastanawiają (widać, że się uczyły!) i mówią wreszcie „Nice to meet you”. :-) A potem pytają jeszcze (po turecku), czy jesteśmy z Grześkiem parą (czego bardziej domyślam się z gestów i mimiki, niż rozumiem słowa), na co mówię, że przyjaciółmi, na co one znów zaczynają szeptać i chichotać. :-) Samochód w pewnym momencie się zatrzymuje, czas wysiadać. Dziadziuś skręca w inną drogę, pokazuje nam jednak drogę do Ihlary, udaje mi się spytać o odległość – siedem kilometrów. Jest czwarta, czyli że spokojnie, nawet bez stopa dojdziemy tam na wieczór. Zresztą chyba nawet nie chcemy łapać stopa – pustka, zieloność i widok na góry… Nie łapiemy. Maszerujemy sobie tak z godzinkę, przejeżdżają obok nas dwa samochody. Po pewnym czasie jeden z nich wraca, za chwilę znów jedzie w stronę wioski i zatrzymuje się z pytaniem, czy nas podwieźć. OK., wsiadamy. Panowie mają całkiem nowoczesne auto, pytają skąd jesteśmy i próbują porozmawiać za pomocą jakiegoś wybajerowanego telefonu ze słownikiem turecko-polskim, który wciskają nam w rękę. My jednak nie za bardzo wiemy, co z nim robić, zdajemy się więc na nasz szczątkowy turecki. Potem, już w wiosce, pan jeszcze raz chce koniecznie skorzystać ze swojego cudu, próbując odnaleźć dla nas jakiś hostel. Tym razem przydaje się jednak bardziej przewodnik. Podrzucają nas do najbliższego „hotelu”, miło się żegnamy. Na miejscu przeżywamy szok- to jest naprawdę HOTEL – ładne dwuosobowe pokoje… 60 lirów (40 bez włączania ogrzewania i bez ciepłej wody). Zwariowali. Dziękujemy i pytamy o coś tańszego. Kierują nas do małego pensjonatu dobudowanego do domku rodzinnego. Tu to samo – 40. Chcemy stargować do 20, nie ma szans, ale pan się targuje, targujemy się i my. On jednak nie schodzi poniżej 30, my próbujemy jeszcze kilka lirów. Wychodzimy pewni, że zaraz każe nam wracać (co mu po kilku lirach?), ale on… nie każe. Niedobrze. Okazuje się, że to naprawdę niezbyt duża wioska, może z pięć hosteli, z czego dwa sprawdziliśmy, jeden zamknięty… Idziemy do ostatniego wymienianego przez przewodnik, podobno najtańszego. Zamknięty na głucho. Wracamy więc do rodzinki, modląc się, żeby nie wyskoczyli z wyższą ceną (co się zdarza…). Ale spoko, bierzemy za 30. Jesteśmy totalnie zmęczeni, jest wcześnie bo dopiero koło 18.oo, ale już się powoli ściemnia. Mieliśmy iść na jakieś jedzenie, ale decydujemy się tylko na sklep. W pokoju jest okropnie zimno, na szczęście pan włącza ciepłą wodę. Bierzemy z sąsiedniego pokoju po dwa dodatkowe koce i układamy się w łóżeczkach już koło ósmej. Uczymy się tureckich słówek. 21.oo, dobranoc.

piątek, 5 marca 2010

Objazdówka. Radek.

Wychodzimy o 8.oo – dziś w planach „zaliczyzm”, czyli objazdówka po głównych atrakcjach regionu. Radek zrobił je wczoraj na rowerze, nam trochę żal kasy na jego wypożyczenie, poza tym nie ufam swoim możliwościom w pedałowaniu pod górkę. Pomiędzy kolejnymi punktami jest od kilku do kilkunastu kilometrów, liczymy więc na farta w stopowaniu. Pierwszym naszym celem jest „Goreme Open Air Museum”, do którego docieramy spacerkiem. Miejsce rzeczywiście bardzo ładne i ładnie zorganizowane (czemu trudno się dziwić, choć z drugiej strony dobrze mieć świadomość, że te 20 lirów wstępu idzie na coś pożytecznego; nas oczywiście ratuje „złota karta”). I pierwsza myśl (którą potwierdziła po moim powrocie Dorota): to robi większe wrażenie niż rozreklamowana do granic możliwości jordańska Petra. Jasne, że nic nie może się równać z tamtejszymi genialnymi kutymi w skałach fasadami, jednak „wewnątrz” jest ona (Petra) pusta – trudno zorientować się w charakterze wykutych pomieszczeń, wszystkie zdają się być takie same, a oznakowania nie ma żadnego… No i tamtejszy ogrom – jest jednocześnie atutem, kiedy pomyśli się o tym globalnie: „wow, jakie wielkie oni mieli to swoje miasto”, ale wpływa też niekorzystnie na odbiór, gdy potrzebujesz całego dnia, aby złazić (w tłumie turystów) zaledwie główną drogę, będąc po pewnym czasie jednak znużonym jednostajnością mijanych atrakcji… Tutaj jest nieco inaczej – chociaż cała Kapadocja zajmuje bez wątpienia większy teren niż Petra, poszczególne skalne miasta są od siebie oddalone i zorganizowane jako oddzielne atrakcje turystyczne. W pewnym stopniu różnią się też od siebie, co pozwala na urozmaicenie wycieczki. Mają „zawartość” – czasami można wyraźnie odróżnić, czemu dane pomieszczenie służyło (kościół, kuchnia, magazyn, tłocznia wina), no i najważniejsze: w niektórych kościołach zachowały się freski – genialna podróż w czasie. Są też lepiej oznaczone i opisane, co jest kolejnym plusem. Tak, zdecydowanie Kapadocja. Ale wróćmy do Goreme. Tutejsze „muzeum” to chyba najpopularniejszy punkt zwiedzania, najlepiej też turystycznie przystosowany (ładne chodniczki prowadzące do kolejnych jaskiń, opisy w trzech językach przed każdą ważniejszą). „Muzeum” piszę w cudzysłowie, bo odbiega ono od naszego wyobrażenia – nie ma tu nic celowo zgromadzonego, po prostu obudowano miejsca istniejące – mieszkania i kościoły w grotach. Część fresków poddano chyba renowacji, bo wyglądają na naprawdę dobrze zachowane. To nasze pierwsze spotkanie z tymi skalnymi kościołami – robi na nas ogromne wrażenie; „wyobrażacie sobie przenieść się w czasie i przyglądać się z boku sprawowanej tu przed wiekami Eucharystii…”
Z Goreme chcemy dostać się do Urgup – to chyba druga co do popularności miejscowość, podobno ładne domy wykute w skałach, jakieś „wzgórze życzeń”. Trudno jednak coś złapać na małej drodze, dreptamy kilka kilometrów i łapiemy stopa na większej. Docieramy do Urgup i zaczyna się robić nieprzyjemnie: spada temperatura, zrywa się wiatr. W dodatku jesteśmy w centrum miasteczka robiącego wrażenie sporo większego od Goreme, nie wiemy w którą ruszyć się stronę, jest dość późno, a przed nami jeszcze trochę rzeczy do zobaczenia… Decydujemy się na zakupy w „BIMie” i szybki obiad „hand-made” składający się głównie z chleba z dodatkami. Kończymy, zaczyna padać. Szlag. Doprawdy nie wiemy co i gdzie tu można zobaczyć. Znajdujemy strzałkę na „wzgórze życzeń”, ale zabierze nam ono trochę cennego czasu, a poza tym, że jest dobrym punktem widokowym, jakoś mnie szczególnie nie pociąga. Chyba niepotrzebnie tu przyjechaliśmy. Wychodzimy z miasta w stronę kolejnego punktu w dzisiejszym planie dnia, podziwiając po drodze osławione domki w skałach (naprawdę niezły widok – całe wykute miasteczko z prawdziwymi domami a nie tylko ich imitacjami w postaci jaskiń, wznoszące się powyżej dzisiejszego „normalnego” miasta – i prawdopodobnie całe opustoszałe…). Przestaje padać, nawet na chwilę wychodzi słońce, ale dalej mocno wieje i jest bardzo zimno. Przebijamy się przez miasto, wreszcie łapiemy jakiegoś stopa. Klnę na tutejsze mapki okolicy – pokazują co prawda główne atrakcje, ale brak jakichkolwiek informacji o odległościach i szlakach; przewodnik mówi, że takowe istnieją, mówi też gdzie, ale również nie pomaga w kwestii map). Znowu więc idziemy na „chybił trafił” (po tym niewypale z Urgup zaczyna mnie to denerwować) i prosimy gościa, żeby wysadził nas przy wejściu do Doliny Devrent, którą można podobno przebyć na piechotę (oprócz skalnych miast, region słynie również z niesamowitych formacji skalnych fantazyjnie rzeźbionych przez naturę; te można podziwiać głównie w kilku dolinach, które jednak zupełnie różnią się od dolin w naszym rozumieniu – są jakby, przynajmniej z tego co udało nam się zaobserwować, labiryntem pośród grup wyrastających z ziemi skalnych stożków). W słuszności decyzji umacnia nas kilka stoisk z pamiątkami oraz jeden gość, który zapytany odpowiada, że faktycznie, możemy tę dolinkę przejść, ma jakieś pięć kilometrów. Robimy kilka zdjęć przy popularnej skale w kształcie wielbłąda i wchodzimy w dolinkę. I znów zonk – początkowo niby widzimy jakąś ścieżkę, szybko się jednak kończy… Nie mamy pojęcia, czy to przejście rzeczywiście tak ma wyglądać, czy może po prostu wybraliśmy złą drogę. Z pomocą w podjęciu decyzji „co dalej” przychodzi nam pogoda – zaczyna grzmieć i błyskać, zrywa się deszcz. Odwrót. Nawet gdybyśmy się zdecydowali na spacer w czasie burzy i odnaleźli ścieżkę, szybko utknęlibyśmy w piasko-glinie, dokładnie oblepiającej nam buty już teraz, po przejściu kilkuset metrów. Wychodzimy więc na drogę „pod wielbłąda” i w plastikowych pelerynach znów próbujemy coś łapać… Po chwili zatrzymuje się… ten sam koleś, który podwoził nas jakieś pół godziny temu! Pojęcia nie mamy, skąd się tu wziął, ale gość robi wrażenie miłego luzaka (prowadząc, popija z puszki „Efes”), poznał nas i bez problemu decyduje się podrzucić w kolejne miejsce – do doliny Zelve. Dopiero po drodze orientujemy się, że dolinka ta jest o kilka kilometrów oddalona od wszelkich zamieszkałych części Kapadocji, a więc prawdopodobnie to zupełnie nie po drodze dla naszego wybawcy. Próbujemy zaproponować mu jakąś kasę za tę ewidentną przysługę, on się jednak oburza. Przy wejściu do doliny napadają nas knajpiarze i pamiątkarze – z rozmiarów tutejszej oferty wynika, że musi to być wielce popularne miejsce w sezonie… Dziś spotykamy w całej dolince zaledwie jedną parę. Miejsce różni się od poprzedniego tym, że nie ma być atrakcją geologiczną, a kolejnym skalnym miastem utworzonym tym razem w „prawdziwej” dolince, a raczej trzech, bo miejsce ma kształt widelca: pomiędzy trzema obniżeniami terenu, w których kiedyś faktycznie mogła płynąć woda, wznoszą się żółte skały, w których powykuwano mieszkania. Każda z tych „dolinek” ma niespełna kilometr długości, wszystkie otwierają się szeroko z jednej strony, z drugiej natomiast zwężają, aż wreszcie zamykają skałami. Pomimo braku jakichkolwiek zdobień wewnątrz, jest to bardzo miłe do penetracji miejsce, buszujemy tu ze dwie godziny… Wciskamy się w skały u końca jednej z dolinek i odkrywamy tam wąski korytarz, do którego zapewne niewielu ludzi dociera… Na jego końcu zaś wysoką pionową skałę, w której wyryto wypustki na ręce i nogi, a zatem i to miejsce mieszkańcy musieli wykorzystywać; my nie mamy jednak sił na tego rodzaju wspinaczkę. W innej dolince zaskakuje nas z kolei ogromnych rozmiarów „monastyr” i częściowo zbudowany, a częściowo wbudowany w skały… meczet! Okazuje się, że tereny te najpierw zamieszkiwane przez miejscową ludność, potem przez chrześcijan kujących w skałach swoje świątynie, stały się wreszcie mieszkaniem muzułmanów, którzy nie chcieli być gorsi od swoich poprzedników. To właśnie m.in. z tej doliny przesiedlono ludność dopiero w latach 50. z powodu zagrożenia zawaleniem się skalnych mieszkań. Gdy wychodzimy z Zelve, jest już po 16.oo, późno. W dodatku uświadamiamy sobie, że do głównej drogi mamy jakieś sześć kilometrów, a na stopa tutaj nie ma co liczyć. Do zamknięcia dzisiejszej „pętelki” została nam jedna miejscowość, ale pewnie trzeba sobie będzie ją odpuścić, nie damy rady. Gdy po naszych głowach snują się te ponure myśli, dostrzegamy jadący w naszą stronę samochód… To chyba jakieś żarty, ale to znów ten sam gość! Po chwili mija nas, jadąc już w kierunku naszego marszu, ale nam najzwyczajniej w świecie głupio go już zatrzymywać, poza tym przed nami rozstaj dróg… Gość zwalnia, my nic… Gość wjeżdża w jedną z dróg, my szybko próbujemy rozeznać się w mapach… Wychodzi na to, że musimy wybrać tę drugą drogę… Gość się zatrzymuje… Podchodzimy do niego, pokazujemy mapy, mówimy nazwę miejscowości z zamiarem podziękowania mu za kolejną propozycję pomocy… Gość każe wsiadać i cofa. I w ten sposób jesteśmy w Cavusin (Czavuszin), ostatnim punkcie dzisiejszego dnia. W wiosce mają być ponoć dwa duże i dobrze zachowane kościoły, no i oczywiście skalne miasto, ale tych mamy już chyba dzisiaj przesyt. Gdy docieramy do kościoła, strażnik właśnie go zamyka, ale na szczęście zgadza się jeszcze na naszą wizytę. Ładnie, bardzo ładnie. Wychodzimy i znów zaczyna się gwałtowny wiatr i deszcz. Nie bardzo wiemy, co dalej, jeszcze przed chwilą planowaliśmy spacer do Goreme, jakieś pięć kilometrów, w sam raz na wieczór… Siadamy na przystanku (jedyne osłonięte miejsce w okolicy), przeglądamy przewodnik. Nie znaleźliśmy drugiego kościoła, podobno tego okazalszego. Trudno, przy takiej pogodzie już się dalej nie ruszamy. Przeczekamy deszcz i pójdziemy… Jednak po kilku minutach zjawia się „nasz” kierowca – jedzie z dwoma kumplami w przeciwnym kierunku, co jednak nie przeszkadza mu zawrócić, kazać kumplom się przesiąść i zaoferować nam miejsce z tyłu… I po co tu wypożyczać rower w Kapadocji? ;-) Ale mówiąc szczerze, z czymś takim się jeszcze nie spotkałam. Nie wiem, czy gość miał za dużo czasu i fantazji i szlajał się autem po swojej okolicy, czy może zaczął to traktować w pewnym momencie jako zabawę… Szczęście jednak mieliśmy niesamowite. Na miejscu byliśmy koło 18.oo, zziębnięta i przemoczona Lila postanowiła z miejsca wracać do Konyi (Goreme ma dobre połączenia autobusowe z resztą Turcji), Grzesiek i ja wróciliśmy do hostelu. Było jeszcze wcześnie, kupiliśmy zatem jakieś kapadockie winko i liczyliśmy na miły wieczór w ciepłym „pokoju wspólnym” z piecykiem, stołem, telewizorem i Internetem. I rzeczywiście było miło, chociaż współlokatorzy Niemcy raczej się do nas nie odzywali, a szef okazał się dobrym muzułmaninem nie pijącym alkoholu. Wypiliśmy zatem głównie z Radkiem, naciągając go na coraz to nowe opowieści… Nasz miły Radek okazał się… czterdziestolatkiem (dawaliśmy mu góra trzydzieści, szok) mieszkającym od kilku lat w Stanach… Oj, to go zgubiło. Ponieważ Stany przewinęły mi się kiedyś przez myśl jako miejsce na niezły trip, został zasypany pytaniami. No i rozwalił nas całkowicie tekstem o tym, że w Stanach najlepiej podróżuje się własnym samochodem… No i że przecież można zrzucić się ze znajomymi po 400 dolarów i taki samochód na miejscu kupić… No WOW. Dobry pomysł. :-) Potem więc musiał opowiadać o tym, co tam warto zobaczyć i przy tej okazji wyszło, że nasz przyjaciel jest niezłym hardkorowcem. Bo nie tylko głównie jeździ na wspinaczki i odbywa samotne wycieczki przez bezludne ostępy czegoś-tam (za dużo tego było, żeby wszystko spamiętać), ale też zdobył McKinley! Oglądaliśmy galerię na picasie… O ile w większości tego typu przypadków, moja reakcja jest: „ale super, też tak chcę”, o tyle teraz wiedziałam, że po prostu NIE DAM RADY. Że nawet jeśli bym chciała, to nie jestem w stanie fizycznie zrobić tego co on (i nie chodzi tu nawet wyłącznie o McKinely). No i z jednej strony podziw dla Radka, z drugiej strony złość, że ja tak nie mogę, a z trzeciej – lekka utrata zainteresowania jego przygodami (skoro są dla mnie niedostępne). W żadnym razie nie oznacza to jednak zarzucenia myśli o Stanach – jest tam niemało pięknych rzeczy, które są do zrobienia dla zwykłego śmiertelnika. :-) To kto jedzie? :-P

czwartek, 4 marca 2010

Kapadocja, dzień I

Kompletnie nie mogę się zebrać do opisywania „wrażeń z podróży” (tak, tak, obiecywanej Syrii i Jordanii wciąż nie ma, na moim kompie istnieje jedynie zaczątek tej relacji), przytłacza świadomość ilości rzeczy i wrażeń, które na opis zasługują. Spróbuję jednak jakoś skrótowo (co nie oznacza, że opis będzie krótki) ująć nasz zeszłotygodniowy trip do Kapadocji.

Kapadocja była miejscem obowiązkowym z kilku względów: 1. bardzo popularna i wychwalana pod niebiosa przez turystów, 2. leżąca bardzo niedaleko od Konyi (biorąc pod uwagę warunki tureckie), 3. nadająca się na wypad podczas „dłuższego weekendu”. Zresztą z ostatnich dwóch względów (plus wzgląd na pogodę, dotąd niesprzyjającą) wycieczkę wciąż przesuwałam. Wreszcie postanowiłam skończyć z przesuwaniem i po przyjeździe z domu poczuć, że wróciłam na wakacje. ;-) Poza tym nadarzała się dobra okazja, bo na towarzystwo „starych erasmusów” nie mogłam liczyć (w zeszłym semestrze, jeszcze jak było ciepło, biuro erasmusa zorganizowało wypad do Kapadocji – ze względu na swą masowość, odgórną organizację i czas trwania wynoszący… jeden dzień, byłam chyba jedyną osobą, która nie wzięła w niej udziału), pojawili się za to nowi i chętni: Lila i Grzegorz.

Wyruszyliśmy w czwartek po „pierwszym obiedzie” (o 13.oo) stopem. Samo wydostanie się z Konyi (niestety tym razem nie mogliśmy jechać wylotówką biegnącą tuż za kampusem) kosztowało nas masę czasu i nerwów (kilka aut zatrzymywało się, ale nas nie zabierało, a jeden koleś znów zaczął się przypierniczać), tak że już zaczynaliśmy wątpić w powodzenie przedsięwzięcia… Wreszcie po piętnastej zatrzymał się facet, który jechał już niemalże do końca – wybawienie. Gość nie mówił po angielsku, po turecku koniecznie chciał prowadzić normalną rozmowę, nie zadowalając się naszym podstawowym słownictwem, więc w sumie dużo nie porozmawialiśmy… Aż się okazało, że trochę mówi po rosyjsku, zaczęliśmy więc prowadzić wielce pocieszną „rozmowę” turecko-rosyjsko-angielską („w Polonia soguk deniz" – „aa! Turkcze żarkoje!” to było na popularny temat „jak jest w Polsce, a jak w Turcji i gdzie ładniej” – tłumaczę panu, że też mamy morze, ale jest zimne, a pan ze zrozumieniem konstatuje, że ich jest ciepłe :-)). Pan okazał się bardzo miły (tak tu już jest, że albo próbują w wiadomy sposób wykorzystać turystki, albo są wobec nich naprawdę ponadprzeciętnie mili i pomocni) i dowiedziawszy się, że jedziemy do Goreme, postanowił odstawić nas na miejsce (czyli dobre kilka kilometrów za jego punktem docelowym). I dobrze się stało, bo dojechaliśmy już porządnie po zmroku. Na szczęście funkcjonuje tu ogromna baza noclegowa i świetna informacja turystyczna, ze znalezieniem hostelu nie mieliśmy więc większego problemu. Okazało się nawet, że trafiliśmy lepiej, niż mogliśmy przypuszczać: tani hostel (10 lirów) z dormem w skałach! To w Kapadocji popularny chwyt podwyższający (i słusznie) atrakcyjność pobytu: oprócz normalnych pokoi oferta niektórych hoteli przewiduje miejsca w zaadaptowanych specjalnie w tym celu pomieszczeniach w skałach, które przez wieki wykuwały sobie na mieszkania kolejne ludy, a w których przestano „normalnie żyć” zaledwie w latach 60. XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że coś takiego można znaleźć także w najtańszym hostelu! Pięknie. Rzuciliśmy bety, zamieniliśmy kilka słów z nowym kolegą z pokoju – Radkiem, Czechem z Cieszyna, który świetnie mówi po polsku (myśleliśmy, że natknęliśmy się w tym miejscu i o tej porze roku na rodaka, szok) i rozpoczął właśnie kilkumiesięczną podróż przez Wschód (meta w Indiach), po czym wymknęliśmy się na wieczorny rekonesans po miasteczku. Goreme, właściwie chyba wioska, wygląda dużo lepiej niż się spodziewałam. Tyle się słyszało o biednej Kapadocji, zapuszczonych miejscowościach i biednych dzieciach wyciągających od turystów pieniądze… Tutaj ani śladu po tym wszystkim. Wioska jest maleńka, ale ze względu na bycie dominującą w regionie (co zawdzięcza swemu centralnemu położeniu pośród wszystkich okolicznych atrakcji), dużo bardziej przypomina nowoczesny, a jednocześnie uroczy mały kurort niż biedną wschodnioturecką miejscowość. Wzdłuż głównej ulicy ciągną się same restauracje i kafejki (i to nie tanie tureckie lokanty czy knajpy z pide, ale w większości miejsca, na które naprawdę szkoda nam kasy…) – pięknie urządzone i oświetlone; wreszcie wybieramy jedną z nich na późnowieczorny posiłek. Całe centrum jest ładnie utrzymane – kamienne mostki, roślinki, ładne oświetlenie, czysto i przyjemnie. Pomimo okropnego zimna i niemal kompletnego braku turystów (pojedynczy siedzą w niektórych knajpkach), nie trudno wyobrazić sobie miły gwar panujący w tym miejscu w czasie wakacji.

wtorek, 2 marca 2010

rozleniwienie

Jak w tytule. Dzisiaj w Konyi pogoda więcej niż wiosenna (słonko i, zgodnie z prognozami, 18 stopni), mnie natomiast na przekór aurze ogarnęła senność i jeszcze większe niż zazwyczaj lenistwo. A że warunki temu sprzyjały (póki co nie mam zajęć ani we wtorek ani w środę) przeleniuchowałam cały dzień. Czyli tylko trochę czytania, więcej buszowania po necie (swoją drogą można w nim znaleźć sporo fajnych blogów pisanych przez Polaków mieszkających w Turcji), no i oczywiście – jedzeeeeenia… Ech, ech. Bardziej wtajemniczeni wiedzą, że to akurat ostatnio ograniczam, ale dzisiaj był dzień łamania wszystkich zakazów.
Ponurą atmosferę wyrzutów sumienia łagodzi jednak aura za oknem (oj, już niedługo nie można będzie trzymać tam mleka!), nawet na obiado-kolację poszłam dziś w podkoszulku! :-)

A z rzeczy miłych: nasz erasmusowy stolik na stołówce powoli się zapełnia. Jest nas już dwanaścioro. O, więc może przy okazji przedstawię skład „nowego” erasmusa (w kolejności przyjeżdżania):
- Agata (Warszawa, stomatologia) która w ogóle nie wyjeżdżała na ferie;
- Grzegorz (Lublin, architektura)
- ja :-)
- Lilianna (Legnica, administracja)
- Witek (Praga, chemia)
- Ola i Beata (Opole, stosunki międzynarodowe)
- Patrycja i Mati (Opole, stosunki międzynarodowe)
- Duży Mateusz (eee… Opole, stosunki międzynarodowe?)
- Jarek i Paweł (Inowrocław, ??) – świeżo co przyjechali, nie zdołaliśmy ich jeszcze poznać.
A przyjechać ma jeszcze sześcioro „starych erasmusów”:
- Michał (Poznań, pojęcia nie mam, co on studiuje), którego można spodziewać się w każdej chwili, gdyż do Polski na ferie nie pojechał, pojechał za to „w Turcję” i ostatnio był widziany gdzieś w zagłębiu knajpianym w Eskisehir
- Doris!! (Poznań, stosunki międzynarodowe?), czyli że współlokatorka ma :-)
- Magda i Ela (Wrocław, stosunki międzynarodowe?)
- Dorota i Bartek (Poznań, ??).

Czyli jednak nie będzie aż tak smutno, to spora już grupka. :-)

A poza tym dobre wieści wypadowe: Grześkowi i Lili udało się dziś załatwić w Muzeum Mevlany karty muzealne, a zatem w czwartek po śniadanio-obiedzie (bo rano mam zajęcia) ruszamy do Kapadocji, hurra!!

poniedziałek, 1 marca 2010

lavazza

Szok! W StarTreku (czyli budynku, w którym znajduje się studencka jadalnia, jakiś marny fast food no-name i mały sklepik z "dziadziem") otworzyli... Lavazzę! Tempo działania iście zawrotne, podobno zaczęli konstruować stoisko ledwie dwa tygodnie temu, w piątek stały już ścianki i dach, ale nie było jeszcze żadnych urządzeń, a dziś można już kupić kawę! I to jaką kawę... Kilkanaście różnych rodzajów (ze znanych mi to jakieś cappucina, moccachina, latte...). No pięknie - w sam raz na Wielki Post, wielkie odchudzanie i wielkie oszczędzanie. :-/ Ale to jednak niesamowite, że kierują taką ofertę wyłącznie do studentów i to do ograniczonej ich liczby, bo tylko tych mieszkających w akademikach Ataturka. Acha, żeby było jeszcze bardziej zadziwiająco (i kusząco) - menu jest w języku tureckim i angielskim! Normalnie szok.

A zajęcia póki co odwołane - pani Gulbun Onur nie wróciła jeszcze z Londynu, o ile w ogóle odbywają się jakieś zastępstwa, to są tak zakonspirowane, że o nich nie wiem. I dobrze. ;-)