I w domu. Szybko, choć trochę najedliśmy się stracha: postanowiliśmy nie spieszyć się w niedzielę w Pamukkale, nie o to w końcu chodzi. A więc decyzja - wracamy wieczornym autobusem (na stopa będzie już za późno, a wracanie w poniedziałek będzie nas kosztować niewiele mniej, bo zapłacimy za nocleg...). Ale ludzie wracają z Bayramu... Odwiedziliśmy chyba z pięć pośrednictw sprzedających bilety i nic! Tutaj się to raczej nie zdarza, autobusów jest całe mnóstwo... Wreszcie dostaliśmy ostatnie trzy miejsca u jakiegoś mniejszego przewoźnika i wylądowaliśmy w Konii niedługo po północy.
Krótkie podsumowanie w liczbach :) :
- 7 odwiedzonych miast "zwykłych" (Bursa, Canakkale, Bergama, Izmir, Selcuk, Sirince, Pamukkale) i 5 antycznych (Troja, Pergamon, Smyrna, Efez, Hierapolis);
- 3 z 7 Kościołów Apokalipsy (Pergamon, Smyrna, Efez);
- 2 CouchSurfingi i 4 hostele (a każdy inny i ciekawy ;));
- 15 autostopów, 4 dolmusze, 2 promy, 1 pociąg i 1 autobus;
- 7 nowych potraw (iskander kebap, ciastko z kremem kasztanowym, lahmacun, pide z serem żółtym, gozleme z serem żółtym, cocorec, degustacja kilku smaków miejscowych win owocowych w Sirince :));
- 729 zdjęć (ale tylko dlatego, że kilkakrotnie padała mi bateria w połowie zwiedzania);
- 979 najlepszych tureckich piosenek podarowanych na płytce przez szalonego Gurkana;
- 10 pamiątek (wymieniać nie będę, hehe :));
- 353 liry tureckie mniej... (to prawie dwa razy tyle ile planowaliśmy wydać!!).
Chwile umierania ze śmiechu, momenty zachwytów, ale i zmęczenia - niezliczone.
Cudnie było.
Zdjęcia postaram się wrzucić jak najszybciej.
Tymczasem powrót do rzeczywistości: na wtorek muszę przygotować prezentację (wreszcie...) z "Oblężenia Krisznapuru", przyszły tydzień jest tygodniem sesji śródsemestralnej, więc pewnie tak do końca nawet mi się nie upiecze i coś tam trzeba będzie napisać...
ALE 19 grudnia ruszamy dalej - Syria i Jordania!!!
poniedziałek, 30 listopada 2009
niedziela, 29 listopada 2009
tarasy (Pamukkale)
I powolı koczymy nasza wedrowke wzdluz wybrzeza... Ech. :( Choc juz tak zımne sa porankı ı wıeczory ze troche tesknımy za cıeplym akademıkıem ı porzadnym obıadem na stolowce... Wczoraj wıeczorem wyladowalısmy w Pamukkale czylı "bawelnıanej twıerdzy" :) (tym razem nasze stopowe szczescıe srednıo dopısalo ı prawıe godzıne bezskutecznıe lapalısmy - na szczescıe pan ktory w koncu sıe zatrzymal znow zmıenıl nıeco swoja trase ı podwıozl nas pod sam hostel :)). Wıoska jest malutenka ı tylko ı wylacznıe nastawıona na "tarasowa turystyke"... A wıec za chwıle ruszamy na wapienne wzgorza!
piątek, 27 listopada 2009
starożytności (Selcuk)
Aaaaaale! Pıeknıe jest!! Jak na razıe wszystko ıdzıe fantastycznıe!
Czasowo wyrabıamy, fınansowo gorzej, ale bardzos ıe staramy, a codzıennıe moc nowych wrazen! W srode udalo nam sıe zobaczyc starozytny Pergamon - mıejsce w ktorym ponoc wynalezıono pergamın (bo mıelı ogromna bıblıoteke wıec w Aleksandrıı zaczelı sıe obawıac konkurencjı ı wstrzymalı dostawy papırusu :)), a dzıekı temu - ksıazkı. Dotarlısmy tez do Izmıru, po ktorym poszwedalısmy sıe wıeczorem... Nastepnego dnıa, w wıgılıe Bayramu, szalenstwo na ulıcach ı na bazarze bylo takıe jak u nas w okresıe przedswıatecznym, super! :) Troszke pozwıedzalısmy, choc glownıe powdychalısmy wıelkomıejska atmosfere, bo zabytkow tu raczej nıewıele... Ponıewaz Fatma sıe nıe odzywala, postanowılısmy zmıenıc plany ı nıe tracıc wıecej czasu w Izmırze - jedzıemy do Selcuku! I tak wyladowalısmy tu, skad wlasnıe pısze, wczoraj wıeczorem. Bardzo mıle mıasteczko, bardzo turystyczne (choc obecnıe nıewıelu tu przybyszow, juz dawno po szczytowym okresıe...). Dzıs Bayram, ale poczulısmy to tylko po tym, ze nası gospodarze poczestowalı nas rano cukıerkamı - na ceremonıe zabıjanıa zwıerzat bylo jeszcze za wczesnıe, a my nıe chcıelısmy tracıc dnıa ı udalısmy sıe z rana do Efezu. FANTASTYCZNIE. Ruıny mıasta naprawde robıa duze wrazenıe... A przy tym pıekna sloneczna pogoda. Potem przypomnıalo o sobıe znow nasze nıezıemskıe szczescıe - nasz przewodnık nıe wspomnıal nıc o Domu Maryı (w ktorym podobno mıeszkala wraz ze sw Janem pod konıec zıemnskıego zycıa) - polozonym wysoko w gorach... Przypadkıem zobaczylısmy drogowskaz: 9 km ostro pod gorke... I znow straszlıwe szczescıe ze stopem... Dotarlısmy! Wspanıale, mozna powıedzıec, ze atmosfera byla nıeco nıezıemska. :)
Wıecej bede opısywac po powrocıe do Konıı. Jutro planujemy przeskoczyc do Denızlı, a stmtad juz Pamukkale (ktore odwıedzımy w nıedzıele) - ostatnı punkt naszej podrozy...
Czasowo wyrabıamy, fınansowo gorzej, ale bardzos ıe staramy, a codzıennıe moc nowych wrazen! W srode udalo nam sıe zobaczyc starozytny Pergamon - mıejsce w ktorym ponoc wynalezıono pergamın (bo mıelı ogromna bıblıoteke wıec w Aleksandrıı zaczelı sıe obawıac konkurencjı ı wstrzymalı dostawy papırusu :)), a dzıekı temu - ksıazkı. Dotarlısmy tez do Izmıru, po ktorym poszwedalısmy sıe wıeczorem... Nastepnego dnıa, w wıgılıe Bayramu, szalenstwo na ulıcach ı na bazarze bylo takıe jak u nas w okresıe przedswıatecznym, super! :) Troszke pozwıedzalısmy, choc glownıe powdychalısmy wıelkomıejska atmosfere, bo zabytkow tu raczej nıewıele... Ponıewaz Fatma sıe nıe odzywala, postanowılısmy zmıenıc plany ı nıe tracıc wıecej czasu w Izmırze - jedzıemy do Selcuku! I tak wyladowalısmy tu, skad wlasnıe pısze, wczoraj wıeczorem. Bardzo mıle mıasteczko, bardzo turystyczne (choc obecnıe nıewıelu tu przybyszow, juz dawno po szczytowym okresıe...). Dzıs Bayram, ale poczulısmy to tylko po tym, ze nası gospodarze poczestowalı nas rano cukıerkamı - na ceremonıe zabıjanıa zwıerzat bylo jeszcze za wczesnıe, a my nıe chcıelısmy tracıc dnıa ı udalısmy sıe z rana do Efezu. FANTASTYCZNIE. Ruıny mıasta naprawde robıa duze wrazenıe... A przy tym pıekna sloneczna pogoda. Potem przypomnıalo o sobıe znow nasze nıezıemskıe szczescıe - nasz przewodnık nıe wspomnıal nıc o Domu Maryı (w ktorym podobno mıeszkala wraz ze sw Janem pod konıec zıemnskıego zycıa) - polozonym wysoko w gorach... Przypadkıem zobaczylısmy drogowskaz: 9 km ostro pod gorke... I znow straszlıwe szczescıe ze stopem... Dotarlısmy! Wspanıale, mozna powıedzıec, ze atmosfera byla nıeco nıezıemska. :)
Wıecej bede opısywac po powrocıe do Konıı. Jutro planujemy przeskoczyc do Denızlı, a stmtad juz Pamukkale (ktore odwıedzımy w nıedzıele) - ostatnı punkt naszej podrozy...
wtorek, 24 listopada 2009
Eolia... (Bergama)
Jednak pisze (choc bez polskıch znakow ı przecınkow). :) Od kılku dnı jestesmy w podrozy - zazwyczaj rano pobudka ı lapanıe stopa do wczesnego popoludnıa a potem zwıedzanıe - troszke jeszcze za dnıa (choc nıewıele bo cıemno robı sıe juz o 17) a reszte juz w nocy. Ze stopem problemow tu nıe ma najmnıejszych - najdluzej czekalısmy chyba 10 mınut (ınna sprawa ze zatrzymuja sıe raczej tıry co znaczaco spowalnıa nasza podroz - choc dobrze ze sıe w ogole zatrzymuja :)). W Bursıe zatrzymalısmy u nıesamowıtego Gurkana ktory pokazal nam mıasto (noca...) ı zapoznal z tureckım rockıem. Swıetnıe... Potem Canakkale - kolejny CouchSurfıng zwıedzanıe Troı (robı duzo wıeksze wrazenıe nız o tym pısza w przewodnıkach) ı "tureckıego Westerplatte" - polwyspu Gallıpolı. A dzıs rano juz prosto do Bergamy... Zbyt wıele nıe udalo nam sıe zobaczyc za dnıa dlatego jutrzejszy dzıen tez zamıerzamy tutaj spedzıc zeby zobaczyc ruıny starozytnego Pergamonu. Pokı co mamy juz za soba prawdopodobnıe tutejszy "tron szatana" - czerwona bazylıke wybudowana dla jakıegos bostwa o ktorej pısal Jan w Apokalıpsıe. Reszta jutro. Acha!! Prawdopodobnıe nıcı ze swıetowanıa Kurban Bayramu w Izmırze - dzıewczyny mılcza... :( Ale planow nıe zmıenıamy - bedzıe co ma byc. :) Pozdrawıam. :)
sobota, 21 listopada 2009
nareszcie!
Za 6 godzin ruszamy! Nareszcie!
Będziemy próbować stopem. Czasu nie ma zbyt wiele, a trasa spora, najwyżej będziemy ciąć.
W skrócie:
1. Bursa - pierwsza stolica Imperium Osmańskiego.
2. Canakkale i Troja.
3. Bergama (starożytny Pergamon).
4. Izmir i świętowanie Kurban Bayramu.
5. Selcuk, Efez i (może...) Sirince.
6. Denizli i Pamukkale-Hierapolis.
Jeśli wszystko się uda (trzymajcie kciuki!), to nie będziemy mogli patrzeć na ruiny starożytnych miast przez najbliższe kilka lat. :)
A "wszystko" zależy głównie od życzliwości tureckich kierowców, życzliwości CouchSurferów (wciąż nie mamy bazy w kilku miejscach...) i naszego zorganizowania. Pogoda szykuje się piękna (słonecznie, choć już nie tak ciepło: od 12 do 20 st. C).
Aaaj... Doczekać się nie mogę! Kolejne posty po powrocie. :)
Będziemy próbować stopem. Czasu nie ma zbyt wiele, a trasa spora, najwyżej będziemy ciąć.
W skrócie:
1. Bursa - pierwsza stolica Imperium Osmańskiego.
2. Canakkale i Troja.
3. Bergama (starożytny Pergamon).
4. Izmir i świętowanie Kurban Bayramu.
5. Selcuk, Efez i (może...) Sirince.
6. Denizli i Pamukkale-Hierapolis.
Jeśli wszystko się uda (trzymajcie kciuki!), to nie będziemy mogli patrzeć na ruiny starożytnych miast przez najbliższe kilka lat. :)
A "wszystko" zależy głównie od życzliwości tureckich kierowców, życzliwości CouchSurferów (wciąż nie mamy bazy w kilku miejscach...) i naszego zorganizowania. Pogoda szykuje się piękna (słonecznie, choć już nie tak ciepło: od 12 do 20 st. C).
Aaaj... Doczekać się nie mogę! Kolejne posty po powrocie. :)
czwartek, 19 listopada 2009
jaka jest twoja wiara?
Na początku z góry przepraszam za ewentualne błędy rzeczowe dotyczące religii (którejkolwiek), które mogą się pojawić w tym poście. Opisuję to, co słyszę lub widzę, zdając sobie sprawę, że często mogą być to spostrzeżenia spłycone...
Ostatnimi czasy coraz częściej schodzimy ze współstudentami na tematy wiary i religii. Nie, żadne dysputy teologiczne (chyba, niestety..., obu stronom szybko zabrakłoby solidnej wiedzy), po prostu zwyczajne "a jak to jest u was?". Zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Stambułu od wypadu do centrum Konii w celu zwiedzenia meczetów. A żeby ze zwiedzania wynieść coś więcej niż wrażenia wizualne, no i, bardziej przyziemnie, nie popełnić po drodze żadnej gafy, zabrałyśmy (Dorota i ja) ze sobą dwie dziewczyny z trzeciego roku. W ten sposób zdobyłyśmy pierwszą garść informacji o islamie - czyli co dokładnie dzieje się w meczecie i jak należy się tu zachować, jak trzeba postępować z Koranem - nie chcę jednak tu o tym wszystkim opowiadać, ponieważ zajęłoby to jeszcze więcej miejsca niż zwykle.
Potem było już coraz trudniej. Nie wiem czy to z powodu zbliżającego się Święta Ofiarowania czy przez zbiegi okoliczności, coraz częściej zaczęły padać pytania o moją wiarę. Początek jest łatwy "wierzę, tak jak ty, w Jednego Boga...", no i co dalej? Choć w zasadzie to sprawa wiadoma, dopiero teraz do mnie dotarło, jak szalenie absurdalna jest nasza - chrześcijan i katolików - wiara! W islamie wszystko (wszystko, o czym zdążyłam się dowiedzieć) jest zupełnie proste: jest Jeden Bóg, jest jeden (wyłącznie po arabsku) Koran (tłumaczenia nie są już świętą księgą, ponieważ zostały zmienione przez człowieka, a Koran to dokładne Słowo Boga), a człowiek, który nauczy się go na pamięć, zyskuje sobie niebo ("a co jeśli będzie złym człowiekiem?" "nie może być zły, skoro ma w pamięci cały Koran"...). Pobożność nakazuje pięciokrotną modlitwę w ciągu dnia, w piątek imam czyta Koran i naucza, jak należy postępować. Jasna sprawa.
Pisząc teraz o Bogu Trójjedynym, nie ma we mnie nawet części tych emocji, które towarzyszą mi, kiedy opowiadam o tym kolegom. I widzę ich uważne spojrzenia i błąkające się gdzieś po twarzy, ale starannie ukrywane uśmiechy (zdziwienia? pobłażania?) - zbytnio się tym uśmiechom nie dziwię, myślę, że odczuwam coś podobnego, kiedy słucham ich, a przecież po pierwsze wcale nie chcę wyrazić braku szacunku, po drugie... ich opowieści nie wydają się tak niesamowite. Natomiast my - chrześcijanie - już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do prawd naszej wiary, że albo nie wydają się nam one dziwne, albo traktujemy je jako metaforę czy symbol (założę się, że tak większość osób pojmuje Komunię czy kwestię Zmartwychwstania Ciała). Tutaj jednak nie ma metafory, mówisz ludziom konkret: Chrystus jest Bogiem, jest Jednym z Bogiem Ojcem... Absurdalne. Ale to jeszcze nie koniec, jest przecież i Trzecia Osoba Boska. Wielu muzułmanów myśli, że jest nią dla nas Maryja, bo mamy dużo jej wizerunków (w islamie Maryja jest Prorokinią i Matką Proroka - znów proste). A jak wytłumaczyć Ducha Świętego? Jak o Nim opowiedzieć?
No i budząca nie mniejsze emocje (i uśmiechy...) sprawa Eucharystii. Słysząc, że nasi "imami" czytają w niedzielę Słowo Boże i nauczają, moi rozmówcy oddychają z ulgą. Ale to przecież nie wszystko... Przemiana Chleba i Wina w Ciało i Krew Chrystusa... Zapomnijcie o tym, że to normalne, że wydarza się codziennie! Oni słyszą o tym pierwszy raz, bez ładnych okrężnych formułek i przydługiego omawiania, ja dysponuję zupełnie podstawowym angielskim słownictwem! No więc JAK to się dzieje? W miarę logiczne wyjścia są dwa: albo faktycznie mamy do czynienia z magią i te substancje się zmieniają (no ale tłumaczę, że nie, że dalej czujemy smak wina, nie krwi...) albo to tylko symbol - i chyba niestety, wbrew mojej woli, tak zaczynają to pojmować (jak już napisałam, jak wielu katolików). Tu mi się przypomina wysłuchany ostatnio wywiad z Hołownią u dominikanów, w którym pan Szymon opowiadał, że ktoś tam dzwoni do niego i prosi, żeby komuś jeszcze innemu wytłumaczył, że przecież katolicy to normalni, racjonalni ludzie, a Eucharystia to taki symbol, że przecież nikt nie wierzy, że to Chrystus, a on wtedy wchodzi jak ten przedstawiciel Ciemnogrodu i mówi: "Ale my wierzymy...". :)
Heh, tę kwestię najlepiej chyba można spuentować przemyśleniami Lewisa, który napisał, że absurdalność chrześcijaństwa jest właśnie tym, co tak bardzo je uprawdopodabnia w naszym zupełnie absurdalnym i niepojętym świecie.
Kolejną sprawą, która w jakiś sposób zaprząta mi głowę jest pobożność czy też kult. Można powiedzieć, że w Turcji jak w Polsce: na ulicy prawie 100% przyznaje się do wiary, w rzeczywistości praktykuje niewielka grupa. Niektórzy mężczyźni nie podają kobietom ręki na powitanie, ponieważ dotyk obcej kobiety może ich skłonić do grzechu (nieczystych myśli), kiedy indziej kobieta występuje na scenie w zupełnie kusej sukieneczce, nie wzbudzając niczyjego zgorszenia, ani nawet zdziwienia. Trudno mi też pisać o tym ściśle, nie wiem bowiem, co jest rzeczywistym nakazem wypływającym z Koranu, a co kwestią obyczajów (choć obyczaje często mają swe źródło właśnie w Świętej Księdze). Chciałabym jednak wspomnieć o kilku rzeczach, które zdają się mieć związek z religią i odbijają się w jakiś sposób w życiu tych ludzi, a mnie zadziwiły.
Po pierwsze modlitwa (niewątpliwie zdaje się mieć związek z religią :)). Od kiedy pamiętam, kiedy naoglądałam się jakichś filmów czy nasłuchałam szczątków informacji o egzotycznym Wschodzie, uruchamiał mi się w głowie obrazek: modlitwa pięć razy dziennie, a więc kiedy rozlega się głos muezina, panowie rozkładają, tam gdzie stoją, dywaniki i zaczynają się wyginać... Rzecz jasna zdawałam sobie sprawę, że to zabawne i nierealne, ale jak inaczej wytłumaczyć tę częstą modlitwę? Po przyjeździe do Konii zdziwiło nas to, że tutaj na ulicy (przynajmniej na kampusie) nikt nie zwraca na głos muezina uwagi... I już utwierdziłam się w moim przekonaniu o niepraktykującej Turcji, kiedy nagle... zostałam zaproszona na obiad. A kiedy rozmawiałam z moją bardzo miłą gospodynią (z pierwszego roku), która coś tam pichciła, nagle oświadczyła, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mnie na chwilę zostawić, ponieważ jest czas modlitwy. Po chwili wróciła w chuście (Koran w ogóle nakazuje, żeby kobiety chodziły zakryte, a do modlitwy to już obowiązkowo - z tego co obserwuję i rozumiem; acha, jeszcze mała dygresja-ciekawostka: tureckie prawo zakazuje noszenia chust w szkołach i na uniwersytetach, dziewczyny faktycznie przebierają się przed wejściem!!) i kontynuowałyśmy rozmowę i śmiechy. A że siedziałam dość długo, taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Niby nic, można pomyśleć - taki folklor. Ale jak pomyślę o trudnościach z modlitwą, o nieumiejętności modlitwy wielu katolików (i, co by dużo mówić, własnych...), to jednak jest w tym COŚ. Bo my przecież "powinniśmy" modlić się zaledwie dwa razy dziennie (uogólniam, pomijam kwestie nieustającej modlitwy etc.), a tak różnie to wychodzi... Kurcze, tak całkiem szczerze: obie wierzymy w Jednego Boga, ale ona gadała z Nim tego popołudnia i wieczoru już dwa razy, a ja?!
Kolejna rzecz z kategorii "religia i życie" to małżeństwo i rodzina. Zostałam dziś uświadomiona w sprawie świetnego sposobu Turków na "seks przedmałżeński" (a raczej jego jego brak), sposób ten jest banalnie prosty: nikt nie weźmie sobie za żonę dziewczyny, która nie jest dziewicą. Z czego to wynika - z religii czy męskiej dumy - trudno powiedzieć (a dochodzi do tego zapewne cała zawikłana sprawa tutejszych relacji damsko-męskich, gdzie partnerzy mają siebie dosłownie na wyłączność, a zazdrość o każdy krok drugiego jest dla nas trudna do wyobrażenia). W każdym razie: chłopak może uprawiać z dziewczyną seks, ale jego żona musi być dziewicą (chyba że nią nie będzie za jego sprawą). Dziewczyna, która dziewicą nie jest, ma nikłe szanse, aby znaleźć męża. A ponieważ w życiu bywa różnie, nie warto ryzykować przed zawarciem małżeństwa. A jaki jest pierwszy test, na "wyczucie" dziewczyny? Obserwowanie jej reakcji po takiej propozycji (rzecz jasna, bardziej pożądana jest odpowiedź odmowna - znów z tego, co rozumiem...). No niezłe. Tylko ciekawe jak to działa w drugą stronę... (tj. jakie mamy wymagania w przypadku mężczyzn)
I ostatnia już rzecz, czyli rodzina. Pojęcia nie mam, co się dzieje w tureckich rodzinach - czy naprawdę są zgodne i szczęśliwe, ile w nich patologii, czy im bardziej konserwatywna, tym szczęśliwsza, czy może dochodzi w niej do większych nadużyć... Pojęcia nie mam. Niewątpliwe jest natomiast jedno: jednymi z pierwszych pytań, które nam zadają (zazwyczaj zaraz po "skąd jesteś?" i "co tu robisz?", a często przed "jak masz na imię?") są "ile masz rodzeństwa?" i "nie tęsknisz za rodziną?!" (to ostatnie doprawione jest albo zdziwieniem młodszych albo oburzeniem starszych...). Wszyscy moi znajomi mają co najmniej dwójkę rodzeństwa (a nierzadko dużo więcej) i wylewnie opowiadają o nim i o rodzicach. Jeden z nauczycieli prawie rozpłakał się podczas lekcji, gdy opowiadał o swym nastoletnim synu, który wyjechał do szkoły średniej do Ankary... Tutaj czuje się, że "więzi rodzinne" określają naprawdę coś więcej niż stopień powinowactwa, a "braterstwo" nie jest pustym terminem (a jak jest z tym u nas? ja już kilka lat temu miałam niezłe rozkminy z tłumaczeniem tego harcerzom... zdaje mi się, że u nas ma się nieźle "idea braterstwa", natomiast z samym braterstwem dużo gorzej...).
Zdaje mi się, że jeśli jest coś, co może być przyczyną zdominowania naszej kultury przez "kulturę islamską" to chyba właśnie to - przywiązanie do religii (bo choć z praktykowaniem jest różnie, to wartości religijne raczej nie podlegają dyskusji) i ogromna wartość rodziny. I nie chodzi tu już nawet o żadne boskie interwencje, ale o zwykły przyrost naturalny i zdrowie moralne.
Już zupełnie na koniec dwie rzeczy: po pierwsze aniołowie. Coś mi o sobie ostatnio przypominają, najpierw odświeżone niedawno "Miasto Aniołów", potem kilka rozmów na ten temat (w islamie nie ma Anioła Stróża, są natomiast dwa Angels-Writers, które siedzą na ramionach każdego muzułmanina - ten na prawym spisuje dobre czyny, ten na lewym złe), aż wreszcie odnaleziony gdzieś na youtubie genialny fragment "Nieba nad Berlinem" - bardzo zapraszam do obejrzenia, jest z lewej strony bloga (jeśli akurat go nie ma, a są jakieś głupawe filmiki, to trzeba poczekać, powinien wkrótce wskoczyć).
Po drugie wygrzebany w necie (na stronce poświęconej dialogowi chrześcijańsko-muzułmańskiemu, polecam) tekst: słowa Jana Pawła II skierowane przed 24 laty do młodych muzułmanów:
Sądzę, że my – chrześcijanie i muzułmanie – powinniśmy z radością uznać te wartości religijne, które są nam wspólne, i dziękować za nie Bogu. Jedni i drudzy wierzymy w Boga Jedynego, który jest wszelką Sprawiedliwością i wszelkim Miłosierdziem; wierzymy w ważność modlitwy, postu, jałmużny, pokuty i przebaczenia; wierzymy, że na końcu czasów Bóg będzie dla nas miłosiernym Sędzią, i ufamy, że po zmartwychwstaniu On będzie z nas zadowolony, i wiemy, że my będziemy zadowoleni z Niego. Uczciwość wymaga, byśmy uznali i uszanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak, że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji; jest w tym tajemnica, co do której – jestem tego pewny – Bóg nas kiedyś oświeci.
Ostatnimi czasy coraz częściej schodzimy ze współstudentami na tematy wiary i religii. Nie, żadne dysputy teologiczne (chyba, niestety..., obu stronom szybko zabrakłoby solidnej wiedzy), po prostu zwyczajne "a jak to jest u was?". Zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Stambułu od wypadu do centrum Konii w celu zwiedzenia meczetów. A żeby ze zwiedzania wynieść coś więcej niż wrażenia wizualne, no i, bardziej przyziemnie, nie popełnić po drodze żadnej gafy, zabrałyśmy (Dorota i ja) ze sobą dwie dziewczyny z trzeciego roku. W ten sposób zdobyłyśmy pierwszą garść informacji o islamie - czyli co dokładnie dzieje się w meczecie i jak należy się tu zachować, jak trzeba postępować z Koranem - nie chcę jednak tu o tym wszystkim opowiadać, ponieważ zajęłoby to jeszcze więcej miejsca niż zwykle.
Potem było już coraz trudniej. Nie wiem czy to z powodu zbliżającego się Święta Ofiarowania czy przez zbiegi okoliczności, coraz częściej zaczęły padać pytania o moją wiarę. Początek jest łatwy "wierzę, tak jak ty, w Jednego Boga...", no i co dalej? Choć w zasadzie to sprawa wiadoma, dopiero teraz do mnie dotarło, jak szalenie absurdalna jest nasza - chrześcijan i katolików - wiara! W islamie wszystko (wszystko, o czym zdążyłam się dowiedzieć) jest zupełnie proste: jest Jeden Bóg, jest jeden (wyłącznie po arabsku) Koran (tłumaczenia nie są już świętą księgą, ponieważ zostały zmienione przez człowieka, a Koran to dokładne Słowo Boga), a człowiek, który nauczy się go na pamięć, zyskuje sobie niebo ("a co jeśli będzie złym człowiekiem?" "nie może być zły, skoro ma w pamięci cały Koran"...). Pobożność nakazuje pięciokrotną modlitwę w ciągu dnia, w piątek imam czyta Koran i naucza, jak należy postępować. Jasna sprawa.
Pisząc teraz o Bogu Trójjedynym, nie ma we mnie nawet części tych emocji, które towarzyszą mi, kiedy opowiadam o tym kolegom. I widzę ich uważne spojrzenia i błąkające się gdzieś po twarzy, ale starannie ukrywane uśmiechy (zdziwienia? pobłażania?) - zbytnio się tym uśmiechom nie dziwię, myślę, że odczuwam coś podobnego, kiedy słucham ich, a przecież po pierwsze wcale nie chcę wyrazić braku szacunku, po drugie... ich opowieści nie wydają się tak niesamowite. Natomiast my - chrześcijanie - już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do prawd naszej wiary, że albo nie wydają się nam one dziwne, albo traktujemy je jako metaforę czy symbol (założę się, że tak większość osób pojmuje Komunię czy kwestię Zmartwychwstania Ciała). Tutaj jednak nie ma metafory, mówisz ludziom konkret: Chrystus jest Bogiem, jest Jednym z Bogiem Ojcem... Absurdalne. Ale to jeszcze nie koniec, jest przecież i Trzecia Osoba Boska. Wielu muzułmanów myśli, że jest nią dla nas Maryja, bo mamy dużo jej wizerunków (w islamie Maryja jest Prorokinią i Matką Proroka - znów proste). A jak wytłumaczyć Ducha Świętego? Jak o Nim opowiedzieć?
No i budząca nie mniejsze emocje (i uśmiechy...) sprawa Eucharystii. Słysząc, że nasi "imami" czytają w niedzielę Słowo Boże i nauczają, moi rozmówcy oddychają z ulgą. Ale to przecież nie wszystko... Przemiana Chleba i Wina w Ciało i Krew Chrystusa... Zapomnijcie o tym, że to normalne, że wydarza się codziennie! Oni słyszą o tym pierwszy raz, bez ładnych okrężnych formułek i przydługiego omawiania, ja dysponuję zupełnie podstawowym angielskim słownictwem! No więc JAK to się dzieje? W miarę logiczne wyjścia są dwa: albo faktycznie mamy do czynienia z magią i te substancje się zmieniają (no ale tłumaczę, że nie, że dalej czujemy smak wina, nie krwi...) albo to tylko symbol - i chyba niestety, wbrew mojej woli, tak zaczynają to pojmować (jak już napisałam, jak wielu katolików). Tu mi się przypomina wysłuchany ostatnio wywiad z Hołownią u dominikanów, w którym pan Szymon opowiadał, że ktoś tam dzwoni do niego i prosi, żeby komuś jeszcze innemu wytłumaczył, że przecież katolicy to normalni, racjonalni ludzie, a Eucharystia to taki symbol, że przecież nikt nie wierzy, że to Chrystus, a on wtedy wchodzi jak ten przedstawiciel Ciemnogrodu i mówi: "Ale my wierzymy...". :)
Heh, tę kwestię najlepiej chyba można spuentować przemyśleniami Lewisa, który napisał, że absurdalność chrześcijaństwa jest właśnie tym, co tak bardzo je uprawdopodabnia w naszym zupełnie absurdalnym i niepojętym świecie.
Kolejną sprawą, która w jakiś sposób zaprząta mi głowę jest pobożność czy też kult. Można powiedzieć, że w Turcji jak w Polsce: na ulicy prawie 100% przyznaje się do wiary, w rzeczywistości praktykuje niewielka grupa. Niektórzy mężczyźni nie podają kobietom ręki na powitanie, ponieważ dotyk obcej kobiety może ich skłonić do grzechu (nieczystych myśli), kiedy indziej kobieta występuje na scenie w zupełnie kusej sukieneczce, nie wzbudzając niczyjego zgorszenia, ani nawet zdziwienia. Trudno mi też pisać o tym ściśle, nie wiem bowiem, co jest rzeczywistym nakazem wypływającym z Koranu, a co kwestią obyczajów (choć obyczaje często mają swe źródło właśnie w Świętej Księdze). Chciałabym jednak wspomnieć o kilku rzeczach, które zdają się mieć związek z religią i odbijają się w jakiś sposób w życiu tych ludzi, a mnie zadziwiły.
Po pierwsze modlitwa (niewątpliwie zdaje się mieć związek z religią :)). Od kiedy pamiętam, kiedy naoglądałam się jakichś filmów czy nasłuchałam szczątków informacji o egzotycznym Wschodzie, uruchamiał mi się w głowie obrazek: modlitwa pięć razy dziennie, a więc kiedy rozlega się głos muezina, panowie rozkładają, tam gdzie stoją, dywaniki i zaczynają się wyginać... Rzecz jasna zdawałam sobie sprawę, że to zabawne i nierealne, ale jak inaczej wytłumaczyć tę częstą modlitwę? Po przyjeździe do Konii zdziwiło nas to, że tutaj na ulicy (przynajmniej na kampusie) nikt nie zwraca na głos muezina uwagi... I już utwierdziłam się w moim przekonaniu o niepraktykującej Turcji, kiedy nagle... zostałam zaproszona na obiad. A kiedy rozmawiałam z moją bardzo miłą gospodynią (z pierwszego roku), która coś tam pichciła, nagle oświadczyła, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mnie na chwilę zostawić, ponieważ jest czas modlitwy. Po chwili wróciła w chuście (Koran w ogóle nakazuje, żeby kobiety chodziły zakryte, a do modlitwy to już obowiązkowo - z tego co obserwuję i rozumiem; acha, jeszcze mała dygresja-ciekawostka: tureckie prawo zakazuje noszenia chust w szkołach i na uniwersytetach, dziewczyny faktycznie przebierają się przed wejściem!!) i kontynuowałyśmy rozmowę i śmiechy. A że siedziałam dość długo, taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Niby nic, można pomyśleć - taki folklor. Ale jak pomyślę o trudnościach z modlitwą, o nieumiejętności modlitwy wielu katolików (i, co by dużo mówić, własnych...), to jednak jest w tym COŚ. Bo my przecież "powinniśmy" modlić się zaledwie dwa razy dziennie (uogólniam, pomijam kwestie nieustającej modlitwy etc.), a tak różnie to wychodzi... Kurcze, tak całkiem szczerze: obie wierzymy w Jednego Boga, ale ona gadała z Nim tego popołudnia i wieczoru już dwa razy, a ja?!
Kolejna rzecz z kategorii "religia i życie" to małżeństwo i rodzina. Zostałam dziś uświadomiona w sprawie świetnego sposobu Turków na "seks przedmałżeński" (a raczej jego jego brak), sposób ten jest banalnie prosty: nikt nie weźmie sobie za żonę dziewczyny, która nie jest dziewicą. Z czego to wynika - z religii czy męskiej dumy - trudno powiedzieć (a dochodzi do tego zapewne cała zawikłana sprawa tutejszych relacji damsko-męskich, gdzie partnerzy mają siebie dosłownie na wyłączność, a zazdrość o każdy krok drugiego jest dla nas trudna do wyobrażenia). W każdym razie: chłopak może uprawiać z dziewczyną seks, ale jego żona musi być dziewicą (chyba że nią nie będzie za jego sprawą). Dziewczyna, która dziewicą nie jest, ma nikłe szanse, aby znaleźć męża. A ponieważ w życiu bywa różnie, nie warto ryzykować przed zawarciem małżeństwa. A jaki jest pierwszy test, na "wyczucie" dziewczyny? Obserwowanie jej reakcji po takiej propozycji (rzecz jasna, bardziej pożądana jest odpowiedź odmowna - znów z tego, co rozumiem...). No niezłe. Tylko ciekawe jak to działa w drugą stronę... (tj. jakie mamy wymagania w przypadku mężczyzn)
I ostatnia już rzecz, czyli rodzina. Pojęcia nie mam, co się dzieje w tureckich rodzinach - czy naprawdę są zgodne i szczęśliwe, ile w nich patologii, czy im bardziej konserwatywna, tym szczęśliwsza, czy może dochodzi w niej do większych nadużyć... Pojęcia nie mam. Niewątpliwe jest natomiast jedno: jednymi z pierwszych pytań, które nam zadają (zazwyczaj zaraz po "skąd jesteś?" i "co tu robisz?", a często przed "jak masz na imię?") są "ile masz rodzeństwa?" i "nie tęsknisz za rodziną?!" (to ostatnie doprawione jest albo zdziwieniem młodszych albo oburzeniem starszych...). Wszyscy moi znajomi mają co najmniej dwójkę rodzeństwa (a nierzadko dużo więcej) i wylewnie opowiadają o nim i o rodzicach. Jeden z nauczycieli prawie rozpłakał się podczas lekcji, gdy opowiadał o swym nastoletnim synu, który wyjechał do szkoły średniej do Ankary... Tutaj czuje się, że "więzi rodzinne" określają naprawdę coś więcej niż stopień powinowactwa, a "braterstwo" nie jest pustym terminem (a jak jest z tym u nas? ja już kilka lat temu miałam niezłe rozkminy z tłumaczeniem tego harcerzom... zdaje mi się, że u nas ma się nieźle "idea braterstwa", natomiast z samym braterstwem dużo gorzej...).
Zdaje mi się, że jeśli jest coś, co może być przyczyną zdominowania naszej kultury przez "kulturę islamską" to chyba właśnie to - przywiązanie do religii (bo choć z praktykowaniem jest różnie, to wartości religijne raczej nie podlegają dyskusji) i ogromna wartość rodziny. I nie chodzi tu już nawet o żadne boskie interwencje, ale o zwykły przyrost naturalny i zdrowie moralne.
Już zupełnie na koniec dwie rzeczy: po pierwsze aniołowie. Coś mi o sobie ostatnio przypominają, najpierw odświeżone niedawno "Miasto Aniołów", potem kilka rozmów na ten temat (w islamie nie ma Anioła Stróża, są natomiast dwa Angels-Writers, które siedzą na ramionach każdego muzułmanina - ten na prawym spisuje dobre czyny, ten na lewym złe), aż wreszcie odnaleziony gdzieś na youtubie genialny fragment "Nieba nad Berlinem" - bardzo zapraszam do obejrzenia, jest z lewej strony bloga (jeśli akurat go nie ma, a są jakieś głupawe filmiki, to trzeba poczekać, powinien wkrótce wskoczyć).
Po drugie wygrzebany w necie (na stronce poświęconej dialogowi chrześcijańsko-muzułmańskiemu, polecam) tekst: słowa Jana Pawła II skierowane przed 24 laty do młodych muzułmanów:
Sądzę, że my – chrześcijanie i muzułmanie – powinniśmy z radością uznać te wartości religijne, które są nam wspólne, i dziękować za nie Bogu. Jedni i drudzy wierzymy w Boga Jedynego, który jest wszelką Sprawiedliwością i wszelkim Miłosierdziem; wierzymy w ważność modlitwy, postu, jałmużny, pokuty i przebaczenia; wierzymy, że na końcu czasów Bóg będzie dla nas miłosiernym Sędzią, i ufamy, że po zmartwychwstaniu On będzie z nas zadowolony, i wiemy, że my będziemy zadowoleni z Niego. Uczciwość wymaga, byśmy uznali i uszanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak, że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji; jest w tym tajemnica, co do której – jestem tego pewny – Bóg nas kiedyś oświeci.
wtorek, 17 listopada 2009
zastój jesienny
Miałam pisać o początku moich myślenic religijnych, ale, oczywiście, nie mogłam powstrzymać skłonności porządkowania i zdawania relacji "ze wszystkiego". Najpierw zatem kolejne dwa tygodnie (od powrotu ze Stambułu do dziś) w skrócie, a w kolejnym poście będzie już religijnie. :)
Po powrocie ze Stambułu nagle okazało się, że mam niecałe trzy dni na dokończenie (heh, zbyt pozytywne słowo...), na napisanie ponad połowy konspektów do przeprowadzonych we wrześniu praktyk. Po raz pierwszy w tym roku akademickim poznałam dreszcz emocji związanych z pracą i tym, że nie zdążę. Ale zdążyłam (prawie).
Potem dokańczaliśmy sprawy formalne (tzn. oni je nareszcie dokończyli i mieliśmy się zgłosić po odbiór pozwoleń na pobyt), co oznaczało m.in. wycieczkę w ubiegły piątek do centrum Konii na posterunek policji zajmującej się sprawami obcokrajowców. Połowa dostała bez problemu dokumenty, druga połowa czegoś tam nie doniosła, w czymś się tam pomylili... Spokojnie, już się przyzwyczailiśmy. Choć ja tym razem miałam szczęście. Do końca czerwca mogę korzystać z dobrodziejstw Turcji. :)
Na zdjęciu poniżej moja "turecka wyprawka", czyli oprócz ogólnie rozpoznawanego paszportu i karty bankowej, granatowa książeczka z owym "residence permit", "złota karta" - czyli ratująca nam już nieraz życie karta muzealna, zielona legitymacja Uniwersytetu Seldżuckiego i najnowszy nabytek, czyli karta tramwajowa.

Weekend to oczywiście kulminacja nudy... Którą przerwaliśmy w sobotni wieczór, wybierając się "do miasta" na występ derwiszów. Derwiszów można też zobaczyć w Stambule... Np. jakichś trzech tańczy gdzieś w nieco bardziej ekskluzywnej restauracji za, bagatela, 45 lir (czy tam euro...) wstępu od osoby. W Konii, ku naszemu zdziwieniu, za free. Początkowo planowałam zostawić sobie derwiszów na grudniowe święto Mevlany, jednak okazało się, że sam występ zupełnie niczym się nie różni, różnicę stanowią jedynie "dodatkowe atrakcje" - zaproszeni goście, przedstawiciele państwa... No więc pojechaliśmy teraz. :) Centrum Kultury Mevlany to bardzo pokaźny i nowoczesny budynek (a w zasadzie cały kompleks budynków, dziedzińców i, uwaga, amfiteatru!), z którego zieje pustką... Być może zapełnia się w grudniu czy przy okazji innych świąt, póki co jednak zupełnie nie potrafię odkryć ekonomicznego zamysłu tego miejsca.

W niedzielę za to rozpoczął się koszmar. Po pierwsze zaczęło mnie przytłaczać widmo prezentacji na wtorek (z książki, którą wówczas zaledwie zaczęłam czytać i której, wstyd przyznać, do dziś nie skończyłam...) - Konflikt religijny w "Oblężeniu Krisznapuru". Poza tym rozpętało się piekło wyjazdowe. Za trzy tygodnie muzułmanie obchodzą chyba najważniejsze po Ramadanie święto religijne (być może jeszcze coś o nim napiszę; w skrócie jest to święto upamiętniające "złożenie" przez Abrahama Bogu ofiary z Izaaka), szykuje się więc trochę wolnego - dla nich wyjazdy do domu, dla nas wycieczki. Jakież to niezdecydowania, zmieniania zdania, podchody, ustalania i zmieniania składu (o co najwięcej było przepychanek), obrażania się całkiem jawne i ukryte odchodziły, to trudno opisać. Tak, tak, za bardzo nam się nudzi... W każdym razie paskudnie napięta i nerwowa atmosfera trwała aż do środy... Koniec końców rozjeżdżamy się w bardzo różne strony - Syria, chyba wschód Turcji, różne miejsca i plany związane z wybrzeżem... Heh, ja miałam nawet rzucać wszystko i decydować się na wyjazd w przeciągu dwóch dni stopem do Gruzji z erasmusem Tomkiem-Włóczykijem. Ale stchórzyłam (można też powiedzieć, że "minusy przeważyły plusy", ale będąc szczerym, to te argumenty nie były równej wagi...), nie ma co dużo gadać. Zostawiam Gruzję na najbardziej odległe "potem" (czerwiec?) i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że się uda. Ostatecznie wybieramy się z Dorotą i Piotrkiem w stronę wybrzeża - przez Pamukkale i Efez do Izmiru, gdzie zostaliśmy zaproszeni na święto do jednej z moich koleżanek-Turczynek (a w zasadzie do dwóch, bardzo miłe dziewczyny :)).
Acha, a co do prezentacji, dowiedziałam się w poniedziałek, że kolejnego dnia jest dzień śmierci Ataturka (heh...), no i nie ma rano zajęć. A tak poza tym, to ta prezentacja dopiero po Bayramie. I fajnie. :)
We wtorek spotkałyśmy się jeszcze z Dorotką z gościem, który od dłuższego czasu nie dawał mi spokoju na CouchSurfingu... Elegancko: Akkonak, herbatka (moja pierwsza bananowa - smakuje jak wodnisty budyń), pogaduszki... I tylko zastanawiasz się, o co tym facetom chodzi? Że jesteś z zagranicy, więc są ciekawi, chcą cię poznać? Ale mimo wszystko powinni zrezygnować po kilku niezbyt pozytywnie-radosnych mailach z twojej strony... Że chcą ci pomóc? To samo... Że myślą tylko o jednym (swoją drogą to oni myślą, że my myślimy tylko o jednym; może nawet niekoniecznie nieco bardziej obyci ze światem studenci, ale w ten sposób przeciętny Turek odbiera przeciętną Europejkę przyjeżdżającą do Turcji) - chyba jednak nie, bo pomimo ponawiania prośby o spotkanie, nie są jakoś wybitnie natarczywi w przypadku odmowy... Trudno mi zrozumieć facetów, a co dopiero kiedy "nie potrafimy znaleźć wspólnego języka", heh...
W środę się za to rozchorowałam. Ból głowy, gorąco, kaszel... Rzadko mi się to zdarza. Niby nic, a strasznie mi pokomplikowało plany, bo zaspałam na czwartkowy angielski, a przez to nie miałam okazji spotkać się z Beyzą, która zaprosiła mnie na ten dzień na obiad, a przez to nie poszłam, a przez to poszłam kiedy indziej i nie poszłam do kogoś innego, a przez to musiałam się głupio tłumaczyć i niemiło mi aż dotąd... Ech, troszkę z jednej strony przestaję nadążać za nowymi znajomymi, a z drugiej mam poczucie, że trochę zaniedbuję wciąż kogoś, nie pisząc maili, nie zapraszając, nie... No, ale przecież tak się nie da. Więc próbuję nauczyć się podchodzić do tego spokojnie.
W piątek byłam już prawie zdrowa i dosyć niespodziewanie dzień mi się rano zaplanował, kiedy Fatma i Ayla (dziewczyny do których jedziemy na święta) zaproponowały po pierwszych zajęciach, że możemy jechać do ich akademika. Próbowałam wykręcić się troską o ich edukację ("naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie idziecie na kolejne zajęcia..." heh...), ale nic to nie dało. Trudno im odmówić. Tak więc przy okazji wzbogaciłam się o kartę tramwajową, na którą długo czatowałam (do nabycia gdzieś w urzędzie w centrum Konii, w zasadzie trudna sprawa bez jakiegoś tureckiego przewodnika), poznałam nowe centrum handlowe, w którym jest, uwaga!, kino, sztuczne lodowisko i gokarty, no i wylądowałyśmy w akademiku w prawie centrum miasta. Brzmi jakby nigdy nic, ale tutaj "wylądowanie w akademiku" wcale nie jest prostą sprawą. :) Ludzie "z zewnątrz" nie są bowiem zazwyczaj wpuszczani, w większości domów studenckich są bramki, a oprócz nich bacznie wszystko śledzące recepcjonistki (tutaj na szczęście bramek nie ma, miałam się zatem tylko nie odzywać i zachowywać naturalnie przy wejściu :)). Oprócz tego zasady nie do pomyślenia w naszych realich... Np. godziną powrotu do tego akademika jest, uwaga, uwaga... 17.30!! A potem już nosa nie można wychylić! No przecież to nie do pojęcia... Z ciekawostek to np. buty zostawia się tu już przy wejściu do akademika - na rozległych korytarzach i w obszernych pokojach są dywany, śmiga się w skarpetkach... Nawet fajnie. :)
Warunki okazały się sprzyjające do odwiedzenia wreszcie sióstr opiekujących się kościołem św. Pawła w Konii (otwarty tylko przez godzinę w czwartek i w piątek, głównie w celu umożliwienia zwiedzania muzułmanom... ja akurat wtedy mam zajęcia :( ), tam się zatem udałam. Sam kościół (czy też raczej kościółek) ładny, jakiś taki zupełnie inny, ale jeszcze nie rozgryzłam do końca, co stanowi o tej inności. A w tle - kanony z Taize (akurat jeden był po polsku...). Jedna z sióstr mówiła po angielsku, chyba się ucieszyła ze spotkania... Oczywiście będzie dawać znać o planowanych Mszach (do tej pory były średnio raz w tygodniu, pojęcia o tym nie miałam...), jednak siostry wyjeżdżają w połowie grudnia do Włoch i wracają dopiero w lutym... Ech. Ale można wpadać w każdej chwili, one mieszkają obok, więc otworzą kościół. Bardzo miłe. :)
A wieczorem (wciąż w piątek) poszliśmy na koncert. :) Bez szaleństw - koncert muzyki tureckiej w sali (a jakże) koncertowej na kampusie. Pięknie grają na tych swoich sazach, skrzypcach, czy jeszcze czymś innym na kształt bębna i cymbałów... Ale najbardziej po raz kolejny zaskoczyli nas sami Turcy - od pierwszej piosenki śpiewają z nimi (a raczej z nią, bo jedna była wokalistka; "cymbalista" też jeden ;)). Piosenki raczej namiętno-nostalgiczne (chyba już pisałam, że ponad 90% z nich jest o miłości), nie jakieś najnowsze pop-przeboje... W kwestii zabawy, spontaniczności, radości, niedbania o to "co inni powiedzą" i braku konieczności "dodatkowego wsparcia" czymś mocniejszym, Turcy są naprawdę niesamowici. Aż zazdrość bierze.
W sobotę część się porozjeżdżała: głównie Ankara i Beysehir - wielgachne jezioro niedaleko Konii. Ja, z powodów naukowo-finansowych, zostałam. Udało mi się przygotować prezentację w PowerPoincie o Panu Tadeuszu , którą miałam zamiar przedstawić w poniedziałek na zajęciach z romantyzmu w ramach popularyzowania (lub "krzewienia"...) wielkich osiągnięć romantyzmu polskiego (śmiech śmiechem, ale jak słusznie zauważyła Asia, całkiem serio ma dusza utęskniona poczęła się przenosić do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...). Jednak w niedzielę dopadł mnie totalny leń i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnych spójnych i interesujących myśli, nie stworzyłam zatem tekstu samej prezentacji, co zaowocowało przesunięciem terminu show w nieokreśloną przyszłość (ech, no właśnie wszystko tu się tak kończy :( ).
Zresztą zajęć w poniedziałek nie było - pani profesor się rozchorowała. Dzięki temu spędziłam prawie cały dzień w necie, odpisując na maile (hurra! :)) i marnotrawiąc beznadziejnie czas (ech... :( ). A popołudniu byłam umówiona z Beyzą - tą, do której nie dotarłam w czwartek. Beyza mieszka wraz z pięcioma koleżankami w bloku mniej więcej w połowie drogi do centrum. Pierwszy raz miałam okazję poznać takie środowisko - żyjących na własną rękę dziewczyn, zupełnie normalnych i ogromnie wesołych, które jednak nie są przy okazji całkiem "zeuropeizowane" (czyt. niepraktykujące swej religii i zachowujące/ubierające/lansujące się jak młodzi ludzie we wszystkich europejskich miastach). A więc dziewczyn studiujących angielski, prawo, pedagogikę, kartografię, śmiejących się z profesorów i robiących sobie kawały, a przy tym chodzących w długich spódnicach i chustach i przepraszających gości, że muszą na chwilę wyjść, ale właśnie jest czas modlitwy... Naprawdę świetnie. Zostałam poinstruowana w sposobie przyrządzania tureckiej herbaty i kawy (nie wystarczy zalać sypaną kawę wrzątkiem :P), zaproszona na wspólny obiad i oczywiście zasypana mnóstwem pytań od osób, które przecież nie znały angielskiego (na szczęście Beyza zna całkiem dobrze). Bardzo miły czas.
Jeszcze tylko jedno spostrzeżenie: u tych dziewczyn coś zaskakuje, jakaś niezbyt łatwa do osiągnięcia "na mieszkaniu" w Polsce atmosfera. One po prostu autentycznie bardzo się lubią i żyją naprawdę razem. Kiedyś Beyza opowiadała mi, że... jedzą zawsze razem śniadanie o 6.30 rano!! A nie wszystkie zaczynają zajęcia o ósmej. Tak się umówiły. I obiad też, w miarę możliwości, jedzą razem. Nie żyją w osobnych światach, pomagają sobie w nauce, organizują wspólnie jakieś akcje (teraz charytatywną na rzecz ubogich w Afryce). Acha, znają się od miesiąca.
Po powrocie ze Stambułu nagle okazało się, że mam niecałe trzy dni na dokończenie (heh, zbyt pozytywne słowo...), na napisanie ponad połowy konspektów do przeprowadzonych we wrześniu praktyk. Po raz pierwszy w tym roku akademickim poznałam dreszcz emocji związanych z pracą i tym, że nie zdążę. Ale zdążyłam (prawie).
Potem dokańczaliśmy sprawy formalne (tzn. oni je nareszcie dokończyli i mieliśmy się zgłosić po odbiór pozwoleń na pobyt), co oznaczało m.in. wycieczkę w ubiegły piątek do centrum Konii na posterunek policji zajmującej się sprawami obcokrajowców. Połowa dostała bez problemu dokumenty, druga połowa czegoś tam nie doniosła, w czymś się tam pomylili... Spokojnie, już się przyzwyczailiśmy. Choć ja tym razem miałam szczęście. Do końca czerwca mogę korzystać z dobrodziejstw Turcji. :)
Na zdjęciu poniżej moja "turecka wyprawka", czyli oprócz ogólnie rozpoznawanego paszportu i karty bankowej, granatowa książeczka z owym "residence permit", "złota karta" - czyli ratująca nam już nieraz życie karta muzealna, zielona legitymacja Uniwersytetu Seldżuckiego i najnowszy nabytek, czyli karta tramwajowa.
Weekend to oczywiście kulminacja nudy... Którą przerwaliśmy w sobotni wieczór, wybierając się "do miasta" na występ derwiszów. Derwiszów można też zobaczyć w Stambule... Np. jakichś trzech tańczy gdzieś w nieco bardziej ekskluzywnej restauracji za, bagatela, 45 lir (czy tam euro...) wstępu od osoby. W Konii, ku naszemu zdziwieniu, za free. Początkowo planowałam zostawić sobie derwiszów na grudniowe święto Mevlany, jednak okazało się, że sam występ zupełnie niczym się nie różni, różnicę stanowią jedynie "dodatkowe atrakcje" - zaproszeni goście, przedstawiciele państwa... No więc pojechaliśmy teraz. :) Centrum Kultury Mevlany to bardzo pokaźny i nowoczesny budynek (a w zasadzie cały kompleks budynków, dziedzińców i, uwaga, amfiteatru!), z którego zieje pustką... Być może zapełnia się w grudniu czy przy okazji innych świąt, póki co jednak zupełnie nie potrafię odkryć ekonomicznego zamysłu tego miejsca.
W niedzielę za to rozpoczął się koszmar. Po pierwsze zaczęło mnie przytłaczać widmo prezentacji na wtorek (z książki, którą wówczas zaledwie zaczęłam czytać i której, wstyd przyznać, do dziś nie skończyłam...) - Konflikt religijny w "Oblężeniu Krisznapuru". Poza tym rozpętało się piekło wyjazdowe. Za trzy tygodnie muzułmanie obchodzą chyba najważniejsze po Ramadanie święto religijne (być może jeszcze coś o nim napiszę; w skrócie jest to święto upamiętniające "złożenie" przez Abrahama Bogu ofiary z Izaaka), szykuje się więc trochę wolnego - dla nich wyjazdy do domu, dla nas wycieczki. Jakież to niezdecydowania, zmieniania zdania, podchody, ustalania i zmieniania składu (o co najwięcej było przepychanek), obrażania się całkiem jawne i ukryte odchodziły, to trudno opisać. Tak, tak, za bardzo nam się nudzi... W każdym razie paskudnie napięta i nerwowa atmosfera trwała aż do środy... Koniec końców rozjeżdżamy się w bardzo różne strony - Syria, chyba wschód Turcji, różne miejsca i plany związane z wybrzeżem... Heh, ja miałam nawet rzucać wszystko i decydować się na wyjazd w przeciągu dwóch dni stopem do Gruzji z erasmusem Tomkiem-Włóczykijem. Ale stchórzyłam (można też powiedzieć, że "minusy przeważyły plusy", ale będąc szczerym, to te argumenty nie były równej wagi...), nie ma co dużo gadać. Zostawiam Gruzję na najbardziej odległe "potem" (czerwiec?) i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że się uda. Ostatecznie wybieramy się z Dorotą i Piotrkiem w stronę wybrzeża - przez Pamukkale i Efez do Izmiru, gdzie zostaliśmy zaproszeni na święto do jednej z moich koleżanek-Turczynek (a w zasadzie do dwóch, bardzo miłe dziewczyny :)).
Acha, a co do prezentacji, dowiedziałam się w poniedziałek, że kolejnego dnia jest dzień śmierci Ataturka (heh...), no i nie ma rano zajęć. A tak poza tym, to ta prezentacja dopiero po Bayramie. I fajnie. :)
We wtorek spotkałyśmy się jeszcze z Dorotką z gościem, który od dłuższego czasu nie dawał mi spokoju na CouchSurfingu... Elegancko: Akkonak, herbatka (moja pierwsza bananowa - smakuje jak wodnisty budyń), pogaduszki... I tylko zastanawiasz się, o co tym facetom chodzi? Że jesteś z zagranicy, więc są ciekawi, chcą cię poznać? Ale mimo wszystko powinni zrezygnować po kilku niezbyt pozytywnie-radosnych mailach z twojej strony... Że chcą ci pomóc? To samo... Że myślą tylko o jednym (swoją drogą to oni myślą, że my myślimy tylko o jednym; może nawet niekoniecznie nieco bardziej obyci ze światem studenci, ale w ten sposób przeciętny Turek odbiera przeciętną Europejkę przyjeżdżającą do Turcji) - chyba jednak nie, bo pomimo ponawiania prośby o spotkanie, nie są jakoś wybitnie natarczywi w przypadku odmowy... Trudno mi zrozumieć facetów, a co dopiero kiedy "nie potrafimy znaleźć wspólnego języka", heh...
W środę się za to rozchorowałam. Ból głowy, gorąco, kaszel... Rzadko mi się to zdarza. Niby nic, a strasznie mi pokomplikowało plany, bo zaspałam na czwartkowy angielski, a przez to nie miałam okazji spotkać się z Beyzą, która zaprosiła mnie na ten dzień na obiad, a przez to nie poszłam, a przez to poszłam kiedy indziej i nie poszłam do kogoś innego, a przez to musiałam się głupio tłumaczyć i niemiło mi aż dotąd... Ech, troszkę z jednej strony przestaję nadążać za nowymi znajomymi, a z drugiej mam poczucie, że trochę zaniedbuję wciąż kogoś, nie pisząc maili, nie zapraszając, nie... No, ale przecież tak się nie da. Więc próbuję nauczyć się podchodzić do tego spokojnie.
W piątek byłam już prawie zdrowa i dosyć niespodziewanie dzień mi się rano zaplanował, kiedy Fatma i Ayla (dziewczyny do których jedziemy na święta) zaproponowały po pierwszych zajęciach, że możemy jechać do ich akademika. Próbowałam wykręcić się troską o ich edukację ("naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie idziecie na kolejne zajęcia..." heh...), ale nic to nie dało. Trudno im odmówić. Tak więc przy okazji wzbogaciłam się o kartę tramwajową, na którą długo czatowałam (do nabycia gdzieś w urzędzie w centrum Konii, w zasadzie trudna sprawa bez jakiegoś tureckiego przewodnika), poznałam nowe centrum handlowe, w którym jest, uwaga!, kino, sztuczne lodowisko i gokarty, no i wylądowałyśmy w akademiku w prawie centrum miasta. Brzmi jakby nigdy nic, ale tutaj "wylądowanie w akademiku" wcale nie jest prostą sprawą. :) Ludzie "z zewnątrz" nie są bowiem zazwyczaj wpuszczani, w większości domów studenckich są bramki, a oprócz nich bacznie wszystko śledzące recepcjonistki (tutaj na szczęście bramek nie ma, miałam się zatem tylko nie odzywać i zachowywać naturalnie przy wejściu :)). Oprócz tego zasady nie do pomyślenia w naszych realich... Np. godziną powrotu do tego akademika jest, uwaga, uwaga... 17.30!! A potem już nosa nie można wychylić! No przecież to nie do pojęcia... Z ciekawostek to np. buty zostawia się tu już przy wejściu do akademika - na rozległych korytarzach i w obszernych pokojach są dywany, śmiga się w skarpetkach... Nawet fajnie. :)
Warunki okazały się sprzyjające do odwiedzenia wreszcie sióstr opiekujących się kościołem św. Pawła w Konii (otwarty tylko przez godzinę w czwartek i w piątek, głównie w celu umożliwienia zwiedzania muzułmanom... ja akurat wtedy mam zajęcia :( ), tam się zatem udałam. Sam kościół (czy też raczej kościółek) ładny, jakiś taki zupełnie inny, ale jeszcze nie rozgryzłam do końca, co stanowi o tej inności. A w tle - kanony z Taize (akurat jeden był po polsku...). Jedna z sióstr mówiła po angielsku, chyba się ucieszyła ze spotkania... Oczywiście będzie dawać znać o planowanych Mszach (do tej pory były średnio raz w tygodniu, pojęcia o tym nie miałam...), jednak siostry wyjeżdżają w połowie grudnia do Włoch i wracają dopiero w lutym... Ech. Ale można wpadać w każdej chwili, one mieszkają obok, więc otworzą kościół. Bardzo miłe. :)
A wieczorem (wciąż w piątek) poszliśmy na koncert. :) Bez szaleństw - koncert muzyki tureckiej w sali (a jakże) koncertowej na kampusie. Pięknie grają na tych swoich sazach, skrzypcach, czy jeszcze czymś innym na kształt bębna i cymbałów... Ale najbardziej po raz kolejny zaskoczyli nas sami Turcy - od pierwszej piosenki śpiewają z nimi (a raczej z nią, bo jedna była wokalistka; "cymbalista" też jeden ;)). Piosenki raczej namiętno-nostalgiczne (chyba już pisałam, że ponad 90% z nich jest o miłości), nie jakieś najnowsze pop-przeboje... W kwestii zabawy, spontaniczności, radości, niedbania o to "co inni powiedzą" i braku konieczności "dodatkowego wsparcia" czymś mocniejszym, Turcy są naprawdę niesamowici. Aż zazdrość bierze.
W sobotę część się porozjeżdżała: głównie Ankara i Beysehir - wielgachne jezioro niedaleko Konii. Ja, z powodów naukowo-finansowych, zostałam. Udało mi się przygotować prezentację w PowerPoincie o Panu Tadeuszu , którą miałam zamiar przedstawić w poniedziałek na zajęciach z romantyzmu w ramach popularyzowania (lub "krzewienia"...) wielkich osiągnięć romantyzmu polskiego (śmiech śmiechem, ale jak słusznie zauważyła Asia, całkiem serio ma dusza utęskniona poczęła się przenosić do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...). Jednak w niedzielę dopadł mnie totalny leń i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnych spójnych i interesujących myśli, nie stworzyłam zatem tekstu samej prezentacji, co zaowocowało przesunięciem terminu show w nieokreśloną przyszłość (ech, no właśnie wszystko tu się tak kończy :( ).
Zresztą zajęć w poniedziałek nie było - pani profesor się rozchorowała. Dzięki temu spędziłam prawie cały dzień w necie, odpisując na maile (hurra! :)) i marnotrawiąc beznadziejnie czas (ech... :( ). A popołudniu byłam umówiona z Beyzą - tą, do której nie dotarłam w czwartek. Beyza mieszka wraz z pięcioma koleżankami w bloku mniej więcej w połowie drogi do centrum. Pierwszy raz miałam okazję poznać takie środowisko - żyjących na własną rękę dziewczyn, zupełnie normalnych i ogromnie wesołych, które jednak nie są przy okazji całkiem "zeuropeizowane" (czyt. niepraktykujące swej religii i zachowujące/ubierające/lansujące się jak młodzi ludzie we wszystkich europejskich miastach). A więc dziewczyn studiujących angielski, prawo, pedagogikę, kartografię, śmiejących się z profesorów i robiących sobie kawały, a przy tym chodzących w długich spódnicach i chustach i przepraszających gości, że muszą na chwilę wyjść, ale właśnie jest czas modlitwy... Naprawdę świetnie. Zostałam poinstruowana w sposobie przyrządzania tureckiej herbaty i kawy (nie wystarczy zalać sypaną kawę wrzątkiem :P), zaproszona na wspólny obiad i oczywiście zasypana mnóstwem pytań od osób, które przecież nie znały angielskiego (na szczęście Beyza zna całkiem dobrze). Bardzo miły czas.
Jeszcze tylko jedno spostrzeżenie: u tych dziewczyn coś zaskakuje, jakaś niezbyt łatwa do osiągnięcia "na mieszkaniu" w Polsce atmosfera. One po prostu autentycznie bardzo się lubią i żyją naprawdę razem. Kiedyś Beyza opowiadała mi, że... jedzą zawsze razem śniadanie o 6.30 rano!! A nie wszystkie zaczynają zajęcia o ósmej. Tak się umówiły. I obiad też, w miarę możliwości, jedzą razem. Nie żyją w osobnych światach, pomagają sobie w nauce, organizują wspólnie jakieś akcje (teraz charytatywną na rzecz ubogich w Afryce). Acha, znają się od miesiąca.
niedziela, 1 listopada 2009
wzdłuż Bosforu
Niedziela była zimna i deszczowa, ale na szczęście sucha. Z hostelu zwinęłam się niedługo po siódmej – o ósmej miała być Msza. Jakimś cudem byłam na czas, brama zamknięta... No tak, pomyłka, o dziesiątej... Dwie godziny trochę bezsensownego włóczenia się po centrum... Potem Msza – nagle okazało się, że mieszka tu bardzo dużo czarnych ludzi, stanowią większość tutejszych parafian. Wydało mi się to jednak trochę zabawne w Stambule... Może dlatego, że po kontaktach wyłącznie z muzułmanami, kiedy wreszcie spotyka się „swoich”, to też są oni jednak tak bardzo inni. Nie, nie mam żadnych uprzedzeń, po prostu nawyki z życia w homogenicznej Polsce. Jedynym planem na dziś było poszwędanie się wzdłuż Bosforu, no i może zahaczenie o pałac Dolmabahce, no i może jeszcze faktycznie te Biennale (choć za sztuką współczesną raczej nie przepadam). Się zobaczy. Po Mszy udałam się zatem „na czuja” w kierunku położonego nad Bosforem pałacu – nie wzdłuż kanału, lecz pobliskimi uliczkami, mając nadzieję podpatrzyć co nieco... Było jednak wyjątkowo cicho i pusto – nie wiem, czy z powodu wolnego dnia, czy chłodu... Do Dolmabahce dotarłam dopiero koło 13.00, miałam zamiar jedynie rzucić okiem – w informacji powiedziano nam, że to „złota karta” nie działa, a wstęp kosztuje, bagatela, 15 TL. Okazało się, że nawet 20... I że dla studentów (nawet bez karty, a jedynie z ISICkiem!) całą jedną lirę! Miła niespodzianka. A pałac piękny. To już trzeci pałac sułtański, tym razem całkowicie europejski. Zbudowany w XIX wieku przez czołowych europejskich (włoskich czy francuskich...) architektów, wyposażony tak, aby szokować bogactwem... I naprawdę szokuje. Wszechobecne złocenia, kryształowe poręcze i żyrandole, sala główna o rozmiarze i wyglądzie dużej, bogato zdobionej świątyni... Ekskluzywne komnaty (tym razem z zupełnie europejskim, przepięknym wyposażeniem), piękne ogrody. Ale najbardziej urzekło mnie chyba wyjście na Bosfor... Jedna z głównych sal ma położone naprzeciwko siebie dwa wyjścia: na ląd i na wodę, na cieśninę... I widać tę błękitno-turkusową wodę w ramie białej bramy... Po wyjściu z pałacu wpadłam na pomysł przejścia mostem nad Bosforem na drugą stronę i udania się już w kierunku dworca, jednak służący za informację turystyczną (naprawdę!) policjant, powiedział, że można tam poruszać się wyłącznie samochodem. Pozostało zatem nacieszenie oczu wodą i mostem z daleka i powolny spacer wzdłuż brzegu w stronę przeprawy promowej. Po drodze przypomniałam sobie, że chyba o ile mnie mój zupełnie przeciętny zmysł orientacyjny nie myli, będę przechodzić koło owego Muzeum Sztuki Współczesnej... No i mnie wciągnęło. Naprawdę. Oczywiście niektóre rzeczy nadal pozostają dla mnie śmieszne/niezrozumiałe/absurdalne, ale pomysłowość innych naprawdę podziwiam. Może nie jest to mistrzostwo wykonania, ale niejednokrotnie mistrzostwo inwencji i przekazu. Dużo było zwłaszcza filmów (szczególnie jeden z nich, streszczający w dobry sposób historię i sens noszenia czadorów przez Turczynki był dla mnie bardzo cenny, bo dużo wyjaśniający), dużo tematyki islamskiej i kobiecej. Ale też i ekologia, i demokracja (zespół krótkich filmików polskiego artysty), i niepełnosprawność (kolejny świetny film), i zupełnie indywidualne tematy... Szkoda, że czas nie pozwolił mi obejrzeć wszystkiego do końca. Prawie wybiegłam z muzeum w obawie, że nie zdążę na pociąg. Niby dużo czasu, ale jeszcze ten prom po drodze... Na szczęście złapałam jakiś w ostatniej chwili i szybko znalazłam się na dworcu. A tam – niespodzianka! Spotkana w piątek w meczecie Merve (z którą miałam spotkać się dziś rano, jednak nie przyszła) postanowiła mnie pożegnać na dworcu! Była ze swoim chłopakiem... Co prawda nie mówił po angielsku (podobno nie umiał), ale miałam wrażenie, że wszystko rozumie... Pogadaliśmy trochę, okazało się, że jej chłopak studiuje teologię islamską, uśmiechnął się tylko, gdy usłyszał, że jestem katoliczką... Merve była za to niesłychanie podekscytowana. :) Przyniosła mi też prezent! Jej mama dała go dla mnie... Naprawdę, naprawdę zaskakujący są ci ludzie... A Merve z chłopakiem są naprawdę ładną parą. :) Jeśli chodzi o podróż, to pamiętam tylko kibelek-narciarza, jakichś chłopaków bardzo mną zainteresowanych, którzy budzili mnie w nocy, bo koniecznie chcieli porozmawiać z kimś tak dziwnym (kto z zagranicy jedzie nocnym pociągiem do Konii?!), co chwila (z każdym moim przebudzeniem) zmieniający się skład przedziału i senność wszystkich pasażerów rano... A potem już Konya, w domu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)