czwartek, 17 grudnia 2009

życzenia

Życzę Wszystkim pełnego wiary i radości świętowania Narodzin Pana.

nie-świąteczna Konya

Wybrałyśmy się dzisiaj (Dorota, dziewczyny z Wrocławia i ja) do miasta w celu pozałatwiania ostatnich spraw przed wyjazdem - przedłużenie pozwolenia pobytu (na szczęście mnie to nie dotyczy), zorientowanie się w sprawie biletów do Antakii (czyli starożytnej Antiochii) i wybranie dolarów, którymi często płaci się w Syrii. Z pewnymi problemami udało się te sprawy pozałatwiać. Jednak konijska atmosfera działa trochę przygnębiająco.

Zacznę od pogody: nie jest bardzo zimno, temperatura w okolicach 10 st. C, ale pochmurno, wiatr, czasem deszcz... Taka nasza jesienna szaruga. A druga sprawa - ech, człowiek zawsze tęskni do tego, czego nie ma - to jakakolwiek świąteczna atmosfera. Wydaje mi się, że zaliczam się do grona osób, które co roku bardzo obruszają się na wszelkie komercyjne zapowiedzi Świąt, obecne niemal wszędzie i niemal już od listopada - tj. zachodnie "przeboje", dekoracje, promocje, ogólny zawrót głowy. Że to wszystko odwraca uwagę (co najgorsze w wielu przypadkach skutecznie) od istoty Świąt, nie ulega wątpliwości i jest karygodne. Ale wyobraźcie sobie przedświąteczny tydzień z opisaną powyżej aurą pogodową i bez jakichkolwiek najmniejszych oznak tego, że zbliża się czas niezwykły... Trochę smutne. Jedynie w "Praktikerze" (w konijskim M1 są bankomaty wypłacające dolary, dotarłam zatem dzisiaj i tam) natknęłam się na jakieś liche ozdoby świąteczne - trochę tandetnych łańcuchów i baniek. Święta czuć tylko wśród erasmusów, choć w tym przypadku mieszają się one z przygotowaniami do wyjazdów - pojawiają się jednak wzajemne pytania o to, gdzie je spędzimy, w jaki sposób. Ach, i Wrocław dorwał gdzieś na bazarze wielkie naklejki z choinką, prezentami itp. więc poobklejał drzwi. :) Jeśli chodzi o islamską stronę świąt to, o ile mi wiadomo, nie są one w żaden sposób uroczyście obchodzone, choć, podobno, cieszą się wzrastającym zainteresowaniem - muzułmanie ponoć chętnie odwiedzają wystawione w kościołach szopki (o ile takowe - szopki i kościoły - już gdzieś są). Powód? Jezus (Isa) i Jego Matka są w islamie czczeni jako Prorok i Prorokini, nie oddają zatem Chrystusowi czci boskiej, ale darzą Go wielkim szacunkiem.

Okazało się ostatecznie, że pojedziemy do granicy (czyli Antakii) autobusem, nie stopem (wydane pieniądze, ale zaoszczędzony czas) - wyjeżdżamy jutro wieczorem. Zatem dziś i jutro ostatnie przygotowania: przedświąteczne "ogarnięcie" pokoju - jako-takie porządki, pakowanie (od strojów kąpielowych po polary i czapki), odsłuchanie ostatnich rekolekcji, rozesłanie życzeń. Jeśli starczy czasu to jeszcze przygotowanie zaległej prezentacji na "socjologiczną i kulturową strukturę społeczeństwa tureckiego" (temat: turecka rodzina). Kolejne wpisy na blogu zatem w miarę możliwości "po drodze", a na pewno po powrocie (koło 3-5 stycznia).

środa, 16 grudnia 2009

inwokacja

W piątek/sobotę (jeszcze niepostanowione, raczej w piątek) wyjeżdżamy, po powrocie zostaną zaledwie dwa tygodnie do przerwy semestralnej, a więc przeżywamy obecnie natężenie przygotowań prezentacji i esejów. W poniedziałek okazało się, że wszyscy którzy uczestniczą w kursie literatury, mają mieć gotowe obie prezentacje (powieść i poezja) na WTOREK. Hm, i był to pewien problem: o ile "Pan Tadeusz" był już gotowy, o tyle odnośnie poezji istniał jedynie zamysł ("Ballady i romanse", tu: "Romantyczność"). Spędziłam więc cały dzień i całą noc nad Mickiewiczem. Zdążyłam, jak zwykle, "na styk" i popędziłam z laptopem i tekstami na 11.oo na wydział. Pani Onur nie było... Po dłuższym szukaniu zdołałam się dowiedzieć, że jest w drugim budynku, tam, po nie mniej długim szukaniu, powiedziano mi, że wróciła na wydział... Znalazłam ją po godzinie, jednak nie miała teraz czasu - mam przyjść na 15.oo. Ech, a mnie się już tak oczy zamykają... No ale nic, obiad i twardo uczę się ładnie czytać moje prezentacje... O 15.oo w gabinecie otwieram laptopa (zapomniałam kabla, a więc z prezentacji raczej nici, zostanie to co na kartkach...), gdy właśnie pani Onur wpadła na wspaniały pomysł: "Czy ma pani czas o 18.oo? Mam zajęcia ze studentami trzeciego roku, z pewnością chętnie posłuchają..." Echh... Moja mina chyba wyrażała niezadowolenie, jednak brak kabla i obietnica załatwienia głośników (moje nie działają) przekonały mnie. Na 18.oo szłam już średnio przytomna. Oczywiście ze sprzętu nici (nie to, że nie mają, problem w tym, że moja prezentacja jest w OpenOffisie). Podobno miała być możliwość odczytania całej prezentacji... Problem w tym, że kiedy mówiłam, widziałam, że słuchają, kiedy przerzucałam się na kartkę, natychmiast zaczynało się znudzenie i ziewanie... No więc pociągnęłam większość łamaną angielszczyzną... Ale chyba im się podobało. :) "Pan Tadeusz" wywarł pożądane wrażenie - zaciekawienie. Tyle że nie pomyślałam o pewnych szczegółach, np. jak oni mogli walczyć o zamek, czy nie było sądów? Heh... Szkoda tylko, że nie mieliśmy tych głośników, bo oglądanie "Pana Tadeusza" na sucho nie daje pełni przyjemności, mówiąc eufemistycznie (nici z poloneza :( ). Na szczęście pierwsze spotkanie Zosi z Tadeuszem nie potrzebowało słów... :) A teraz o inwokacji. Kurcze, co innego recytować bezrozumnie te słowa w którejś-tam klasie podstawówki (czy gimnazjum?), a co innego na prośbę obcokrajowców, którzy pojęcia o twoim kraju nie mają i nawet nie są w stanie jej zrozumieć, chcą tylko usłyszeć brzmienie języka... No, poruszające. Ech, ja naprawdę będę egzaltowaną nauczycielką... :/

poniedziałek, 14 grudnia 2009

kraty

Ostatnio pisałam w mailu do Asi, że zupełnie przyzwyczaiłam się już do tutejszych warunków i obyczajów, m. in. tych związanych z mieszkaniem w akademiku, i w niczym mi one nie przeszkadzają. Krótko przypomnę: akademiki są oddzielne dla chłopców i dziewczyn, przy czym panuje absolutny zakaz wchodzenia do akademika płci przeciwnej (a panie z recepcji ogłaszają przez głośniki, jeśli na terenie żeńskiego akademika znajdują się panowie z obsługi technicznej), w oknach na parterze (gdzie mieszkają erasmusi) są kraty, a Turczynki wchodzą do akademików przez specjalne bramki na karty elektroniczne (chodziły ploty, że te sprytne urządzenia rejestrują godziny wyjść i przyjść poszczególnych osób, a potem raporty są wysyłane do zainteresowanych rodziców... ale w to mi się jakoś nie chce wierzyć). Godziną powrotu jest 23, dla Turczynek - obowiązkowa; okazało się, że dla nas też, ale i tak nikt sobie nic z tego nie robi. Poza tym czajnik (używanie czajnika elektrycznego) i picie alkoholu w akademiku są yasak - zabronione.
Z polskiej perspektywy może to wszystko wygląda groźnie, ale w konijskiej rzeczywistości zbyt uciążliwe nie jest - może trochę brak facetów, ale można wyskoczyć do stołówko-kawiarenki albo "Tęczy" na kawę czy czaja; my kart do bramek nie mamy, ale po prostu je obchodzimy; godzina powrotu niby jakaś jest (choć i tak późniejsza niż w polskich bursach prowadzonych przez siostry ;)), ale tutaj i tak nie ma co w nocy robić, poza tym - mało kto z erasmusów się do niej stosuje. Czajniki mają prawie wszyscy i do tej pory nie było "nalotów" (tylko u facetów), a alkohol... Zdaje się, że dla Turczynek jest to nawet nie do pomyślenia, dla nas...

Zaczęło się kilka dni temu - pani z recepcji będąc na zewnątrz, wyczaiła, że dziewczyny raczą się w pokoju winkiem (ech, te okna na parterze). Postanowiła zatem przezwyciężyć swoją barierę językową, zadzwoniła do jakiejś Turczynki, która byłaby w stanie przetłumaczyć ją na angielski i przyszła zrobić awanturę. :) Dziewczyny zaczęły dyskutować na korytarzu, w międzyczasie uwinęły się z asortymentem i wrzuciły go do szafy, więc kiedy pani weszła do pokoju - nic nie było. Pani jednak głupia nie jest i kazała otworzyć szafy. Tu jednak dziewczyny już się zdenerwowały i wysunęły, skądinąd słuszny, argument, że jakieś minimum prywatności to one chciałaby w tym miejscu mieć. I rozeszło się po kościach.
Lepsza akcja miała miejsce dwie noce temu. Ekipa wróciła późnym wieczorem z imprezy "polowej", a że była w bardzo dobrych humorach, postanowiła kontynuować ją w akademiku. Tu już jednak pojawia się problem "homogeniczności płciowej" akademików. Jednak sprytni chłopcy już jakiś czas temu problem ten przezwyciężyli, nie uciekając się nawet do tak wymyślnych metod jak wjeżdżanie przez bramkę w walizce dziewczyny (co podobno miało miejsce w zeszłym roku) - oni po prostu rozbroili kraty z tyłu budynku (a później wszystko ładnie złożyli). Tak więc mieszana i zakrapiana impreza trwa w najlepsze... W środku nocy (koło 3?) piszą do nas dziewczyny z drugiego skrzydła - przyjechała straż kampusu, policja. "Chusta" (pani z recepcji) przyłapała facetów w pokoju... Oj, w Turcji to to już jest poważne przestępstwo. :) Wszystko wyglądało baaardzo groźnie w nocy, następnego dnia stało się już śmieszną anegdotką ("no bo co oni nam mogą zrobić..."), dzisiaj kilka osób zostało wezwanych do Biura Erasmusa :D (w dodatku nie wszyscy i nawet nie wiem, czy właściwe osoby - przed przyjazdem straży chłopcy zdążyli wrócić do siebie, a "chusta" przecież ich nie zna...). Acha, kraty. Wszystkie zostały przykręcone przez policję jeszcze tej samej nocy, pozostałe - sprawdzone. Dziś już jednak słyszałam, że nie zrobili tego zbyt mocno...

Tak to się zatem śmiesznie nam życie toczy w niemal identycznym a jednak odrobinę różnym kulturowo świecie. Pisząca te słowa niestety ma małe możliwości na tego typu przygody z racji nikłego zainteresowania imprezami...
A uzależnia się powoli wyłącznie od przepysznego świeżo wyciskanego soku pomarańczowego w Akkonaku...

niedziela, 13 grudnia 2009

bycie - gdzie?

Raczej nie tam, gdzie trzeba. Uporałam się dziś z ogromnymi ilościami prania w rękach, skończyłam odpisywać na większość naglących maili, wyszłam do "Tęczy" na obiado-kolację w postaci kumpira z kurczaczkiem i serem... Przyszły tydzień jest już zupełnie normalny, "lekcyjny" - w dodatku powinnam przygotować dwie prezentacje... A ja tymczasem nie mogę oderwać myśli od Syrii i Jordanii... A nawet jakichś bardziej odległych wypraw (tak, o tej mówię, Joanno ;))... Chyba jednak znów nie zasnę, więc może czas najwyższy skończyć netowanie i brać się do roboty?

Acha, słucham ostatnio kolęd (wiem, że za wcześnie, ale za tydzień już nie będę mogła posłuchać :( ) - pięknych, Kaczmarski i Preisner (choć nie we współpracy). Po lewej moja ulubiona: Odmiennych mową, wiarą, obyczajem.

piątek, 11 grudnia 2009

rozkładówka...

... naszego przyszłotygodniowego tripu. Wygląda na to, że nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego w dwa tygodnie, cholera. :( Normalnie pewnie jest to możliwe, ale my mamy do dyspozycji porę roku o najkrótszym dniu... (16 dni krótszych od wakacyjnych o co najmniej 4 godziny, to ponad 60 godzin mniej dziennego funkcjonowania!). Będziemy więc zapewne skracać...

Rozpisuję miejscami, nie dniami:

1. Aleppo



2. Dolina Eufratu


3. Palmyra


4. Krak des Chaveliers (twierdza krzyżowców)


5. Maaloula (wioska aramejska)


6. Deir Mar Musa (klasztor, w którym spędzimy Boże Narodzenie)


7. Damaszek


8. Amman


9. Aqaba (czyli nurkowanie w M. Czerwonym :))


10. Wadi Rum


11. Petra


12. Morze Martwe i Góra Nebo





Och i Ach. Byleby się udało zrobić jak najwięcej i pogoda dopisała!

środa, 9 grudnia 2009

namaz

Stało się niemożliwe - nie mogę zasnąć. Oj, za bardzo mi się dzień poprzestawiał... Wczorajszej nocy mało co spałam (czytałam tekst na poranny egzamin z wymowy; egzamin poszedł szybko i w miarę bezboleśnie), po egzaminie więc odsypianie, obiad, odsypianie, kolacja... i można było zacząć funkcjonować. Pistacjowe ciasteczko z odkrytej dopiero niedawno w "Tęczy" cukierni (ech, oby ten dzień nigdy był się nie wydarzył - kolejny niekorzystny nałóg) i kawka w Akkonaku. Późnym wieczorem załapałyśmy się z Dorotą na opowieści drugiej Doroty o syryjsko-jordańskim trampingu. Nie będę jednak zdawać relacji, bo i tak naczytacie się po naszym powrocie. :) W każdym razie zapowiada się fantastycznie (przybliżona "rozkładówka" wkrótce). :) Zaczęłam więc planować, rysować mapkę... I choć skończyłam dobrze po północy, sen nie chciał przyjść... Tak zastał mnie poranny namaz (brzmi zupełnie inaczej niż ten popołudniu!). A propos modlitwy, to znalazłam ostatnio na youtubie taki oto poglądowy filmik, gdyby kogoś interesowało jak to wygląda... (spokojnie, oni stoją nieruchomo tylko przez pierwszą minutę ;)).
Za to można jeszcze raz zajrzeć do galerii z naszego ostatniego wypadu - dodałam trochę zdjęć od Doroty (m.in. z nocnej Bursy) i poopisywałam.
Acha, a po lewej efekt mojego ostatniego "przesiadywania w Syrii" - arabska "kolęda". :)
Acha, acha - jeśli ktoś nie ma jeszcze dość tego tureckiego surfowania po sieci, a zwłaszcza erasmusowych blogów - polecam zapiski "naszych" (dużo zdjęć, mało gadania :)) : http://erasmus.stosunkowcy.com/ . Tu m.in. relacja z wypadu pod piramidy, a także co się dzieje za drzwiami męskiego akademika - czyli "czajnik jest yasak!" oraz damski punkt widzenia, czyli "z dupy strony". Warto! ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2009

earl grey z pomarańczą

Książki przeczytane (najwyższy czas), doba przestawiona - siedzę do świtu, w dzień odsypiam i tak od pewnego czasu w kółko. Dziś jednak zamiast odsypiać, zebrałam się na spacer do położonego za kampusem supermarketu, gdzie nie zaopatrzyłam się w nic, co było mi potrzebne, wydałam za to 10 lir na rzeczy zupełnie "zbędne". Ale dzięki temu porozkoszowałyśmy się z Dorotą earl greyem z prawdziwym imbirem i plasterkiem pomarańczy. Mmm. Poza tym zamiast przygotowywać prezentację uzupełniam relację z wyjazdu - całość już dostępna pod pierwszym grudnia (jak zwykle trochę przydługa i pretensjonalna, przykro mi :P). O mailach też pamiętam, ale ciągle zostawiam na "po blogu" - żeby nie powtarzać tego samego.
No i Syria rozpanoszyła się już w moich myślach na dobre... Dziś wróciła reszta ekipy, ale póki co nie wiemy nic poza tym, że było fantastycznie. :)

niedziela, 6 grudnia 2009

Deir Mar Musa

Dzisiejszy post będzie bardzo krótki, bo tylko po to, aby obwieścić radosną nowinę - jedziemy do Deir Mar Musa na święta!! Ktoś ze wspólnoty odpowiedział na mój mail - fantastycznie! Deir Mar Musa to klasztor w górach na pustyni Syrii działający na rzecz dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego. Można o nim poczytać na stronie internetowej, obejrzeć filmik (zaleca się cały ;)) lub przejrzeć artykuł, z którego ponad rok temu dowiedziałam się o istnieniu klasztoru - wtedy też pojawiło się marzenie spędzenia Narodzenia Pana tam właśnie.

Niestety nie będziemy mieć zbyt wiele czasu - prawdopodobnie zostaniemy tam tylko dwa pełne dni... Martwi mnie też trochę fakt mojego w zasadzie zerowego przygotowania się do Świąt w tym roku... Ale i tak radość z pobytu w tym miejscu i w tym czasie - wielka.

A na koniec jeszcze filmik (po lewej stronie) - piosenka zasłyszana kiedyś od Sima w Beczce, a w te wakacje odnaleziona przypadkiem na youtubie. Absolutnie wspaniała, no i też w związku z pustynią. :)

piątek, 4 grudnia 2009

przedegzaminacyjnie

Wczoraj w całym akademiku net siadł na amen. Piszę zatem grzecznie w OpenOffisie, mając nadzieję jak najszybszego wklejenia posta na blog...

Najpierw będzie trochę o tym, co na bieżąco. Powracaliśmy wszyscy z przeróżnych tripów (a raczej nie wszyscy, bo części ekipy syryjsko-jordańsko-możelibańskiej spodziewamy się dopiero za tydzień) i dosyć szybko przeszliśmy do trybu naukowego. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom świętowanie Kurban Bayramu wcale nie przedłuża się na kolejny tydzień i zajęcia odbywały się normalnie już od wtorkowego ranka – kiedy to miałam prezentację, heh. Prezentacja („Religious conflict in The Siege of Krishnapur”) poszła mi raczej kiepsko, gdyż przygotowana była, jak zwykle, na kilka godzin przed zajęciami (ech, kiedy ja to wreszcie zmienię...). Myślałam, że te dwie i pół strony A4 zajmą nieco więcej czasu, jednak poleciały tak szybciutko... W dodatku nikt nie miał żadnych pytań (trudno mi ocenić czy brak pytań ze strony nauczycielki był dobrym czy złym symptomem, obawiam się jednak tego drugiego...), więc po kilku minutach opuściłam środek klasy. Trochę porażka, ale może przynajmniej da mi to nauczkę i następnym razem będzie lepiej... No zobaczymy. W każdym razie szans odpokutowania będę miała w najbliższym czasie aż nadto: po weekendzie zaczyna się tryb egzaminacyjny, czyli tygodniowa sesja śródsemestralna. Jeśli ktoś jest ciekawy, jak to tutaj jest z tą moją nauką, spieszę donieść: 1. English Novel – normalny egzamin to rozmowa z dwoma nauczycielkami na temat omawianych podczas zajęć powieści („Wuthering Heights” i „The Siege of Krishnapur”) - nie zapowiada się szczególnie trudno; prawdopodobnie jednak w naszym przypadku będzie inaczej i będziemy musieli zaprezentować polską powieść romantyczną – jeszcze lepiej; 2. English Literature (a tak naprawdę Poetry) – egzamin pisemny, obejmujący znajomość życia i twórczości wybranych angielskich poetów Romantyzmu (na pewno Wordswortha i Byrona, ale z pewnością więcej ich będzie) oraz interpretację niektórych utworów... niby mówi się, że ten egzamin nie jest trudny, ale patrząc na moje bardzo wybiórcze notatki i ogólny spadek zaangażowania w zajęcia, to tego akurat obawiam się najbardziej... ech, zwłaszcza że póki co nie wiadomo nic o żadnej „specjalnej formie zaliczenia” dla erasmusów; 3. Composition – czyli ćwiczonka w pisaniu :) - egzamin to nawet nie napisanie żadnego wypracowanka czy „eseju”, lecz tylko paragrafu (na co będziemy mieć 10 minut), na usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że uczymy się tutaj bardzo dokładnie pisać takie paragrafy (np. z jakich części powinno się składać zdanie wstępne etc.); 4. Oral Communication – póki co egzamin obejmuje samą wymowę, a więc będziemy musieli „tylko” przeczytać fragment tekstu (który już znamy) – niby nic, ale ocenia to nie nauczyciel turecki, ale native speaker (czyli nasza rudowłosa Franny :) btw – Amerykanka, co stanowi dodatkową trudność...), więc wszystkie potknięcia będą jak na tacy. Prawdopodobnie z przedmiotów erasmusowych nie będzie żadnych egzaminów, przynajmniej śródsemestralnych. Mam zatem nadzieję uporać się ze wszystkim do środy i zafundować sobie czterodniowy weekend. :) Chętnie bym w tym czasie gdzieś wyskoczyła (Kapadocja?!), ale pogoda już się nam bardzo popsuła i nie wiadomo, czy do tego czasu nie spadnie śnieg... Zobaczymy... Hm, choć może przysiądę wreszcie nad moim licencjackim Stambułem?

O, net właśnie wrócił. Zamieszczam więc. Wkrótce pojawi się gdzieś (najprawdopodobniej pod datą 1 grudnia, bo czemu nie?) pierwsza część relacji z wycieczki o wdzięcznie brzmiącym tytule: "Troada, Eolia, Jonia". :) Relacja tym razem nie będzie dzielona na etapy dzienne, lecz pojawi się jako jeden post (a na razie jego połowa) podzielony na etapy "miejscowe", czyli od miasta do miasta.

wtorek, 1 grudnia 2009

Troada, Eolia, Jonia

ETAP I : Bursa
O tureckim stopie nasłuchaliśmy się rzeczy nieziemskich. Że nie ma tutaj takiego zwyczaju, że jak widzą dziewczynę na drodze, to może to oznaczać tylko jedno, że jeśli już się zatrzymują, to oczekują za podwiezienie wiadomej zapłaty... Piter do końca nie był do stopa przekonany, Dorota nie wiedziała, co o tym myśleć... Wyszliśmy z akademika przed siódmą rano, żeby mieć jak najdłuższy dzień na złapanie czegoś – do Bursy czekało nas ponad 600 kilometrów, raczej nie liczyliśmy, że uda się to zrobić jednego dnia. Pierwszy tir zatrzymał się dosłownie po kilkunastu sekundach od wyciągnięcia ręki. Za dużo z panem nie porozmawialiśmy, gdyż nasz turecki jest bardzo ograniczony, a zapomnieliśmy rozmówek. Doszliśmy jednak do wniosku, że może to i dobrze, że nikt z nas nie mówi po turecku, bo nie jesteśmy w stanie nijak zrozumieć jego potencjalnych sugestii. Było zatem bardzo miło. :) Przy okazji pan zaprosił nas na śniadanko na mijanej stacji benzynowej (prawdziwe śniadanko, nie żadne tam donery :)). Dobrze się więc zaczęło. Na drugiego tira czekaliśmy trochę dłużej... może z 15 minut? Scenariusz podobny. Ale ponad dwie trzecie drogi było już za nami. Trzecim samochodem nie był tir, ale coś co jeździło szybko, a wewnątrz obite było skórą (tak, kobieta pisze o samochodach :)). Miły pan nie tylko mówił po angielsku, ale uważał się za prawdziwego Europejczyka – przez kilka lat prowadził włoską restaurację w Wiedniu (teraz pracuje w Ankarze), a obecnie co kilka tygodni lata do kuzynów do Amsterdamu („wspaniałe miejsce... tam wszystko jest dozwolone...”). Wprowadził nas też w system pracy tureckich drogówek... Nasz kierowca bowiem nie posiadał prawa jazy (zabrali mu za kilkakrotne przekroczenie prędkości), ale to przecież „problem yok” („no problem”), bo pan miał prawo jazdy swojego kuzyna... (nie, nie są podobni). A poza tym ma austriackie – tu wyciągnął jakieś wymięte świstki papieru. Heh. Oczywiście sunęliśmy momentami te 150 i oczywiście raz zatrzymała nas policja – o dziwo za niezapięte pasy (tutaj naprawdę nikt nie zwraca na to uwagi...). Z prawem jazdy nie było żadnego problemu, panowie natomiast zainteresowali się obcokrajowcami w samochodzie, kierowca troszkę o nas poopowiadał (że autostopowicze z Polski, zwiedzają Turcję...), poklepali się po ramieniu... i jazda. Heh.
W Bursie byliśmy już po 15.oo – czas niezły. Na początek „iskander kebap”, czyli miejscowa odmiana popularnego dania (chlebek na spodzie, potem sos pomidorowy, plasterki mięsa chyba baraniego na wierzchu, papryczka, jogurt naturalny z boku) – będzie. A potem już tylko spotkanie z Gurkanem i setka czynności na minutę. Lepszej „miejscówy” w Bursie zapewne mieć nie można (samo centrum), lepszego hosta również. Gurkan jest tłumaczem w jakiejś firmie zajmującej się sprzedażą samochodów w kilku krajach, poza tym gra na gitarze elektrycznej, ma 90 giga muzy na kompie (i każdy plik jest już opisany lub czeka w kolejce...), jest fanem fantastyki i gier RPG, nieustannie rozsadza go energia, no i ma szalonego kota Pixie, który (a raczej która) trzykrotnie spadł już z szóstego piętra, ale jedynie ma nieco przekrzywioną dolną wargę... Gurkan traktuje ją raczej jak psa – czyli nie głaszcze, lecz szamoce, przewraca na ziemię, ciągnie za uszy, o, także rzuca niespodziewanie w powietrze – Pixie jest zatem kotem nieco skrzywionym, który przyjmuje pozycje bardziej przypominające psie lub ludzkie niż kocie, nie łasi się, ale niespodziewanie gdzieś wskakuje i zaczyna drapać, i ogólnie często zachowuje się agresywnie. Nieziemski duet. Zostawiliśmy zatem bagaże u Gurkana i ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta: najważniejszy meczet (aj, zapomniałam nazwy), turkusowy meczet i medresa, mauzoleum... A przy okazji jeszcze kryty most (podobny do „Mostu Złotników” i tego, który opisywany jest w „Pachnidle”), mury twierdzy i karavansaray (czyli średniowieczna lub starsza „karczma” i miejsce wytchnienia dla karawan wędrujących Jedwabnym Szlakiem), nowoczesne centrum handlowe z piramidą „a'la Luwr” w części naziemnej (a wewnątrz, a jakże, sklep z muzą i staranne wybieranie płyt z tureckimi rytmami), górująca nad miastem wieża zegarowa (służąca niegdyś jako miejsce wypatrywania pożaru)... A po drodze pasta pistacjowa (pyyyyycha) i ciastko z kremem kasztanowym (brzmi smakowicie, ale Turcy raczej nie mają wysublimowanych kubeczków smakowych reagujących na słodki smak – jak coś jest słodkie to na całego, zatem ów krem kasztanowy smakuje dosłownie jak scukrzony miód). Wróciliśmy do domu, posłuchaliśmy muzy, pooglądaliśmy zdjęcia... a że była dopiero 23.oo Gurkan postanowił nas zabrać do jego ulubionej knajpy z muzyką na żywo. :) Knajpa znajduje się na szczycie jakiegoś centrum handlowego, ale faktycznie chłopaki fajnie grali. :) Piwko, soczek (6 lirów! to bolało...)... Było miło, po materacach zaczęliśmy surfować dopiero po trzeciej w nocy. Następnego dnia chcieliśmy jeszcze zrobić podobny tour po zabytkach, żeby zobaczyć je w świetlne dziennym, ale zanim wstaliśmy... Poza tym nasz gospodarz obdarował każdego z nas płytą z kupą tureckiej muzyki (co się chwilę zgrywało), potem poszliśmy na śniadanko do piekarenki nieopodal jego mieszkania (niesłychanie miły właściciel, który bardzo chciał nam we wszystkim dogodzić, a jednocześnie nie był natrętny – rzadko się to tu zdarza)... i tak oto zastało nas południe. A więc już tylko autobus do końca Bursy, a stamtąd autostopowania ciąg dalszy...

ETAP II : Canakkale [Troja, Gallipoli]
Początkowo wydawało się, że sprawa stopa potoczy się tak gładko jak ostatnio. Zaczęliśmy się jednak nie na żarty stresować, kiedy zobaczyliśmy okolicę, która miała się ciągnąć do samego Canakkale – co prawda autostrada, ale zero zabudowań i ruchu na drodze, wszędzie wokół ogromne pola uprawne, gdzieniegdzie jakieś sady oliwne... Słońce chyli się ku horyzontowi, my jedziemy z prędkością 50 km/h, w dodatku pan nas wysadzi ponad 100 km przed celem... Jakimś cudem udało się zatrzymać coś jeszcze przed zachodem, a pan w dodatku się nad nami zmiłował i choć prawdopodobnie (znowu nie mogliśmy się dogadać) zamierzał jechać do przyjaciela jedynie kilkanaście kilometrów dalej, zmienił swoje plany i podwiózł nas do samego końca. Ufff... Tutaj mieliśmy kolejny zakręt z nieodpisującym na smsy hostem (a już ciemno było...), jednak i tym razem wszystko skończyło się dobrze i wylądowaliśmy w mieszkaniu sympatycznego Fatiha, który ma uraz do couchsurfingujących Polaków (bo traktują dom jak hostel... ech, smutna prawda), ale postanowił nas przyjąć, bo w zeszłym roku był na erasmusie w Czechach i z erasmusa ma same dobre wspomnienia. Tego samego wieczoru wybraliśmy się jeszcze na piwko na wybrzeże. W Canakkale nie ma zbyt wielu wartych uwagi obiektów, jest to raczej baza wypadowa do dwóch atrakcji turystycznych w okolicy: półwyspu Gallipoli (to mega-ważne miejsce dla Turków i Australijczyków) oraz Troi (dla pozostałych). Je właśnie mieliśmy w planach kolejnego dnia. Rozpoczęliśmy oczywiście od Ilionu, który w przewodnikach opisywany jest nadzwyczaj nieatrakcyjnie, spodziewaliśmy się zatem szybko wrócić do centrum i płynąć na półwysep, okazało się jednak, że wyobraźnia nas nie zawiodła i nad Skamandrem spędziliśmy nieco więcej czasu... Swoją drogą ciekawe czego spodziewali się autorzy przewodnika – pałacu króla Priama? W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze trzech innych polskich erasmusów ze Stambułu oraz bardzo sympatyczną Amerykankę, odbywającą właśnie podróż po Europie. W mieście byliśmy z powrotem o zachodzie słońca (piękny...), postanowiliśmy jednak płynąć na drugą stronę – było jasne, że już nic nie zobaczymy, chcieliśmy tylko postawić nogę na tej ziemi. Trochę bezsensownie powłóczyliśmy się wzdłuż brzegu, po czym wróciliśmy, kierując swe kroki do klimaciarskiej knajpki w starym centrum miasta, gdzie od wczoraj mieliśmy upatrzone pyszne mleczno-alkoholowe „szejki”... Niestety musieliśmy obejść się smakiem i zadowolić gorącą czkoladą z proszku... Bleh. W drodze powrotnej zaopatrzyliśmy się zatem w czekoladowe deserki na wieczór (z czego bardzo ucieszył się Fatih, bo „Polacy nigdy nie robią takich rzeczy, zupełnie o to nie dbają...”), pooglądaliśmy z naszym gospodarzem i jego współlokatorem trochę filmików i zdjęć z erasmusa oraz śmiesznych reklam, które kolekcjonuje Fatih i szybko wskoczyliśmy do łóżek (a raczej na materace) – następnego dnia pobudka o 6.30 i wymarsz o 7.oo...

ETAP III : Bergama [Pergamon]
Ku mojemu zdumieniu faktycznie zwlekliśmy się wcześnie. I okazało się, że bardzo dobrze, bo czekał nas przemarsz niemal przez całe miasto, aby dotrzeć do jakiejś drogi wylotowej. Dotarliśmy tam przed 9.oo, po kilku minutach siedzieliśmy już w tirze. Tego dnia odległość do przebycia była naprawdę niewielka, wlekliśmy się jednak niemiłosiernie... Spodziewałam się, że po 3 godzinach będziemy na miejscu, jechaliśmy chyba z 5... Pan był jednak ogromnie miły, a ja tym razem wskoczyłam na tył, więc nadrobiłam braki snu z tej nocy. Pysznie. Dojechaliśmy za jednym razem niemal do samej Bergamy, gdzie szybko zwinął nas kolejny tir, który jechał już prawie do samego centrum. Tam zaczepiona na ulicy pani zaprowadziła nas pod wejście do hostelu (idę o zakład, że nadrobiła z 15 minut niepotrzebnej drogi...). Tutaj było trochę śmiechu, bo hostel wyglądał na zamieszkany wyłącznie przez nielicznych tubylców (moi kompanii nie mogli powstrzymać śmiechu na widok lokalsów w kalesonach i wysokich skarpetach :)), dodatkowo nigdzie nie było właściciela (a wszystko stało otwarte na oścież...), wreszcie po kilkunastu minutach ktoś się nami zainteresował i posłano po „pomocnika właściciela”, który mówił po angielsku. Miły pan zażyczył sobie 50 lirów za noc od trójki, ale szybko zgodził się na 30 (czyli 20 zł od łebka). Ucieszył się, że jesteśmy z Polski, bo on „bardzo dobrze zna Polish people” - okazało się, że hostelik utrzymał się na początku wyłącznie dzięki polskim wycieczkom, które przyjeżdżały tutaj i rezerwowały pokoje w hurtowych ilościach. Pan kilkakrotnie wspomniał z uśmiechem, że nie przyjmowali wtedy innych gości... „Dlaczego?” „Dlaczego? Hm, im to trochę przeszkadzało... Te trwające całą noc tańce i grille na podwórku...” My nie wiedzieliśmy, czy powinniśmy się spalić ze wstydu, czy cieszyć, że należymy do tak radosnego narodu. Pan był jednak wyraźnie zadowolony, a owe noce wspominał z rozrzewnieniem. Heh. Był też dla nas bardzo miły, wyjaśnił, jak dojść do wszystkich tutejszych zabytków, pozwolił (a nawet sam zaproponował) skorzystać wieczorem z internetu w swoim biurze, a potem zaprosił na jabłkową herbatkę. Bardzo sympatycznie. Zgodnie z jego radą udaliśmy się jeszcze tego samego dnia do Asklepjonu (gdzie znowu spotkaliśmy poznanych wczoraj Polaków), zostawiając sobie główny kąsek – Pergamon – na jutrzejsze przedpołudnie. Asklepjon nie zrobił na nas piorunującego wrażenia – zapewne dlatego, że już nieco przywykliśmy do tego scenariusza: droga z kolumnami po bokach, ruiny jakiejś świątyni, agora, teatr... Zachwycać może sam fakt przeznaczenia tego miejsca wyłącznie na potrzeby osób chorych i wyposażenia go jednocześnie we wspaniałe świątynie i ów teatr właśnie... W drodze powrotnej powłóczyliśmy się jeszcze nieco po Bergamie (mówiąc szczerze, to wieczory nieco nam się podczas tej podróży dłużyły, trzeba bowiem przestawić się na zupełnie inny tryb niż podczas wakacyjnego włóczęgostwa: tutaj wszelkie podróżnicze aktywności musieliśmy kończyć wcześnie – stopa łapać najwyżej do 17.oo, a zwiedzać najwyżej do 18.oo – potem było już ciemno). Miasteczko zrobiło na mnie świetne wrażenie dzięki swej prowincjonalności – trochę jest podobne do Konii, jednak nie w swoim „konserwatywnym zacofaniu”, ale w sposobie życia toczącego się tutaj głównie na ulicy, w małych sklepikach, lokantach i piekarenkach oraz dającym się wyraźnie odczuć (ale w czym? dotąd nie wiem...) małomiasteczkowym „tureckim charakterze”, tak wyraźnie różnym od wielkomiejskiej Bursy i turystycznego Canakkale. Prawdziwe zderzenie dwóch światów miało nas czekać dopiero jutro, ale o tym za chwilę. Tymczasem wsunęliśmy jeszcze po drodze gozleme (coś jak naleśnik, ale troszkę inny... zrobiony z nielejącego się ciasta i mniej tłusty), mniam mniam, zahaczyliśmy o jakąś knajpkę, daliśmy się wrobić na stoisku z owocami i wróciliśmy do hostelu. Wciąż było wcześnie, a zatem net i planowanie dalszej drogi... Sytuacja robiła się coraz bardziej nieprzyjemna, ponieważ Fatma, u której mieliśmy spędzać w Izmirze piątkowy Bayram wciąż milczała (a do Izmiru planowaliśmy dotrzeć już jutro). Środowy poranek powitał nas (jak wszystkie od tej pory...) przeszywającym chłodem. Nie zważając na tego typu drobne niedogodności ;) ruszyliśmy do Pergamonu, zahaczając po drodze o Czerwoną Bazylikę (wybudowaną z cegły jeszcze przed narodzeniem Chrystusa dla jakowegoś pogańskiego bóstwa; którą to zapewne miał na myśli św. Jan, pisząc o pergamońskim „tronie szatana”) oraz o niezastąpioną piekarnię w celu pośniadania (tym razem z baklavą, mmm :)), a następnie nadkładając prawie 10 km drogi („bo my nie pójdziemy na skróty pod górę, pójdziemy normalnie...”). Jak zwykle mieliśmy więcej szczęście niż rozumu, ponieważ wkrótce zjawił się pokaźny dostawczy samochód, który w 3 minuty dostarczył nas na samą górę (po drodze na skróty samochody rzecz jasna nie jeżdżą...). Pergamon zrobił na nas większe wrażenie niż Asklepjon – być może z racji swego zapierającego dech w piersiach położenia, być może z powodu świadomości związanej z nim historii o wynalezieniu pergaminu (podobno tutejsza biblioteka rywalizowała z aleksandryjską o miano najwspanialszej, egipscy władcy wstrzymali zatem dostawy papirusu, a w Pergamonie ogłoszono konkurs na nowy materiał piśmienniczy...). W każdym razie zwiedziliśmy go dość dokładnie. Jednak najciekawszym punktem dnia okazał się bez wątpienia powrót przez stare dzielnice. Nastrój tego miejsca wymyka się opisowi. Wąskie brukowane uliczki są w wielu miejscach świata... Tutaj jeszcze stare, odrapane, biedne domki, pomalowane jednak na wiele kolorów... Od czasu do czasu przemknie tędy jakiś dzieciak z tornistrem, puka do bramy... I wtedy dopiero dociera do mnie, że oni naprawdę tu żyją, że te domki to nie jest turystyczna wystawka... Mijaliśmy też szkołę (stary budynek z wielkimi frontowymi schodami), przed którą bawiła się gromadka maluchów (na oko siedmiolatków) ubranych w niebieskie mundurki z marynarskimi kołnierzami... Jak zdjęcia z polskiego przedwojennego filmu, niesamowite. Zupełnie nieświadomie przeszliśmy przez tę dzielnicę w milczeniu, chłonąc tylko to, co było dokoła. Dopiero gdy doszliśmy do „głównej” ulicy, Piter odwrócił się i zapytał: „Niezłe, no nie?”. Tym baśniowym akcentem zakończyliśmy nasz pobyt w Bergamie, pomknęliśmy po plecaki, pożegnaliśmy się z „pomocnikiem właściciela” (czy może samym ukrywającym się właścicielem...) i dorwaliśmy dolmusz do drogi wypadowej z miasta. Stąd szybko zwinął nas jakiś, o dziwo, samochód osobowy, potem przesiadka do kolejnego (przystojny misiowaty kierowca z brodą :)) i o zachodzie słońca postawiliśmy swe stopy na promie, płynącym do izmirskiej dzielnicy Konak – czyli samego centrum ponad dwumilionowego miasta...

ETAP IV: Izmir [Smyrna]

Miło rozpocząć zwiedzanie miasta od jego najbardziej reprezentacyjnego punktu. Plac Konak z charakterystyczną wieżą zegarową, przestrzennym placem i maleńkim meczetem-perełką wygląda jednocześnie bardzo pięknie i bardzo nowocześnie. Jednak zagłębiając się już w pierwszą uliczkę z brzegu – trafiamy na prawdziwy turecki bazar (wielki, głośny, tłoczny, „wszystkooferujacy”). Tego dnia był jeszcze bardziej gwarny niż zwykle – mieliśmy prawie przeddzień święta, nastroje przypominały te z 23 grudnia w Galerii Krakowskiej, tyle że ludzi więcej, jeszcze więcej... Z tłumu szybko wyłowił nas starszy pan, który zaoferował swą pomoc w odnalezieniu hostelu. Jak się okazało, spadł nam z nieba, bo odnalezienie się i przebicie przez sieć targowych uliczek zajęłoby nam pewnie jeszcze sporo czasu... Niestety jednym z punktów naszej drogi do pensjonatu był sklepik jego przyjaciela (i herbata jabłkowa, a jakże), co sprowadziło na owego handlarza nieszczęście w postaci zepsutych drzwi do toalety (dzieło piszącej te słowa, heh...). Hostel okazał się niewątpliwie jedną z głównych atrakcji naszego pobytu w Izmirze – przypominał bowiem wewnątrz XIX-wieczny straszny dwór (i to nie była stylizacja, on po prostu taki był...). Woń starości (bynajmniej nie tak przyjemna jak w starych drewnianych kościółkach...), „salon” z piecem-kozą pośrodku i grzejącymi się wokół lokalsami (trzech staruszków, jedyni goście hostelu poza nami), wpatrzonymi w telewizor... Pokoje znajdowały się na piętrze, gdzie wchodziło się po drewnianych, krętych schodach (jak wejście na wieżę), rozmieszczone równo wzdłuż szerokiego korytarza... Ich wnętrza były urządzone dość śmiesznie – wielkie łóżka, drewniany stół, podłoga... i intensywnie kolorowe ściany. Jednak najciekawsze było jeszcze przed nami, poprosiliśmy bowiem recepcjonistę o pokazanie łazienki – nie ma problemu, trzeba tylko wziąć klucz... Łazienkę zamykało się na kłódkę! Klucz trzeba było każdorazowo odnosić na recepcję...
(Dygresja: Lepszą przygodę z hostelem miała czwórka naszych erasmusów, którzy w Izmirze byli dzień wcześniej. Wchodzą i pytają: „Ile kosztuje jedna noc dla czterech osób?” „?!” „JED-NA NOC DLA CZTE-RECH O-SÓB!” „... Ale czego wy szukacie?” „No jak to czego?! Noclegu!” „Ale tu jest burdel...”)
Zrzuciliśmy bety i pognaliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta: najpierw główne ulice... To właśnie one (oraz przestrzenne place) nadają temu miejscu naprawdę wielkomiejski charakter – szerokie, dwupasmowe ulice z rzędami wysokich palem pośrodku, wysokie otaczające je budynki... Nie mamy jeszcze chyba w Polsce takich miejsc. Pięknie oświetlony Plac Konak również nocą prezentuje się niezwykle okazale (tu miała miejsce sesja zdjęciowa do naszego ulubionego cyklu „foto z Ataturkiem” :)). Trochę poszwędaliśmy się po ulicach, podziwiając hołubioną przez Piotra „infrastukturę” (a w Izmirze jest co podziwiać), sprawdziliśmy net (Fatma wreszcie odpisała, proponując spotkanie w piątek – pojutrze, jednak my zdążyliśmy już zmienić plany – jutro wieczorem jedziemy do Selcuku), usiedliśmy na wybrzeżu... Bardzo przyjemne miasto. Potem nastąpił powrót do hostelu, oczywiście przez zwijający się bazar... Niesamowity klimat – wciąż wiele nawołujących handlarzy na większych uliczkach, ludzie sprzedający w sklepach, na wystawionych stoiskach lub wprost na ziemi, staruszkowie z pieczonymi kasztanami czy przygotowujący na miejscu gorące gozleme... Pustka i ciemność na uliczkach mniejszych...
Czwartkowy ranek rozpoczęliśmy od wizyty w podobno jednej z najlepiej zachowanych po pożarze w 1922 r. starych dzielnic miasta – Alsancak. Zrobiła na mnie wrażenie jakby zupełnie odrębnego miasteczka położonego nie tak znowu daleko od centrum obecnego nowoczesnego Izmiru... Stare uliczki są jeszcze brukowane, ale klimat nie jest bynajmniej „małomiasteczkowy”... Szeregowa zabudowa z charakterystycznymi balkonami, miejscami jest pięknie odnowiona, miejscami w ruinie... Główna ulica Alsancaku przypominała mi – znów nie wiem czemu – stambulską Istiklal Cadessi prowadzącą do Placu Taksim, tyle że w kilkukrotnym pomniejszeniu. A charakter sklepów z kolei bardzo krakowski: klimatyczne kafejki, księgarnie... Bardzo, bardzo przyjemna mieszanka. No i jedna z takich księgarni wciągnęła nas na dłuższą chwilę... Do centrum wracaliśmy przez wielki, położony niemalże w środku tego ogromnego miasta teren zieleni – Park Kultury. Kolejny popis ludzi zajmujących się miejską przestrzenią – park jest bardzo duży, częściowo zielony a częściowo brukowany, zaopatrzony w podziemny parking, korty tenisowe, bieżnię, palmy, fontanny, a miejscami nawet gęstą roślinność przypominającą (zwłaszcza przy wilgotnym, przedpołudniowym powietrzu) – dżunglę. :) Ach, zapomniałabym – pośrodku znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej. Ciekawe, czy dałoby się zrobić coś takiego z krakowskimi Błoniami i czy w ogóle ktoś wyraziłby na to zgodę... Kolejnym punktem programu były ruiny starożytnej Smyrny – położone znów niemal w samym centrum (w drodze między Konakiem a naszym hostelem) – i tu wielkie rozczarowanie. Teren bardzo zaniedbany, zrekonstruowane fragmenty miasta w scenerii koszmarnych piętrowych parkingów i budynków biednych dzielnic... Może i zrobiłyby na nas pewne wrażenie, jednak dwa dni temu zwiedzaliśmy Pergamon... Dość szybko więc stamtąd uciekliśmy, rezygnując też (ze względów czasowych, wieczorem mieliśmy pociąg do Selcuku) z wyprawy na wzgórze do ruin twierdzy Kadifekale – jak się później dowiedzieliśmy można tam było tanio podjechać taksówką, bo wyprawa piesza i tak raczej nie wchodziła w grę... Trzeba by się przedostać przez dzielnice biedoty, gdzie, jak opisał to jeden z kolegów, dzieci na każdym kroku bawiły się z turystami w „pieniążek albo psikus” (wrażenia koleżanek były mniej łagodne – podobno bezceremonialnie przywitała je na jednej z ulic gromadka dzieciaków z kamieniami w rękach...). No i podobno warto było, bo Kadifekale to faktycznie jeden z izmirskich „must do”. No trudno, następnym razem. My wybraliśmy szwędanie się po bazarze, co było z nie mniej przyjemne – nie będę jednak nawet próbować opisywać tej atmosfery, bo zajęłoby to kolejne strony... Dla zainteresowanych filmik do wglądu po powrocie. :) Tutaj przepłaciliśmy za obiad, nabyliśmy kilka „typowych tureckich pamiątek” (czyli sklep z okiem proroka w każdej formie i wielkości) i jakimś cudem zawędrowaliśmy pod caravansaray. I mimo pominiętego Kadifekale – pięknie było. Potem normalnie: odbiór bagaży z hostelu, marsz na dworzec, dość długie oczekiwanie na pociąg (który był punktualny, tylko my nieco nadgorliwi) i wieczorna jazda do położonego jakieś 80 km od Izmiru Selcuku...

ETAP V: Selcuk [Efez, Meryemana]
Na miejscu zaczęło się niezbyt ciekawie: kłopoty ze znalezieniem noclegu (taniego), a tu już całkiem ciemno... Z pomocą miejscowych daliśmy sobie radę. :) I znów wieczorny rajd po miasteczku – tyle że tym razem bardziej w celu zaspokojenia głodu, niż zwiedzania. Trafiliśmy na bardzo przyjazną knajpkę (rodzinny biznes) serwującą różne rodzaje pide (reklamowanych jako „turecka pizza”) - dobrze, tanio, miła obsługa. Sam Selcuk zrobił na mnie pozytywne wrażenie już pierwszego wieczoru (a potwierdziło się to w kolejne dni). Miejscowość zdobyła na znaczeniu dzięki pobliskim ruinom Efezu i jest obecnie niemal wyłącznie bazą turystyczną. Charakterem przypomina naszą Krynicę czy Muszynę (niewielka przyjazna miejscowość, oblegana przez tłumy w sezonie, pustawa i senna poza nim), tyle że zamiast cech polskości mamy tu cechy tureckości :) - knajpki, starożytny akwedukt w centrum, drzewka mandarynkowe przy ulicy (właśnie zaczął się sezon cytrusowy, więc w Selcuku pełno na drzewach dojrzewających mandarynek, pomarańczy i cytryn... są tu tak pospolite, że nikt nie gorszył się, kiedy je sobie zrywaliśmy – co jednak było nam trochę głupio czynić). Acha, wspomnę jeszcze o dworcu kolejowym, choć ta scena miała miejsce dopiero ostatniego dnia naszego pobytu tam – a w zasadzie to nawet nie scena, a obrazek – znów jak z przedwojennego filmu: kamienny schludny budyneczek z dzwonem, przy nim ławki i tory, na ławkach siedzą: elegancki starszy pan (wąsy, okulary, kapelusz, walizeczka...), dwie „wiejskie” kobiety, rodzinka z małym dzieckiem (no tak, trzeba przyznać, że jedynie nowoczesny wózek nie pasował do tego sielskiego obrazka sprzed lat...). Coś pięknego. No, ale w tym momencie wparowaliśmy my – polscy turyści z plecorami i harmonię szlag trafił. :)
Przejdę od razu do piątku – czyli wyczekiwanego Bayramu. Przypomniały nam o nim jedynie odświętne ciuchy, które ze sobą taszczyliśmy (więc postanowiliśmy je założyć, choć żadnego świętowania dziś nie przewidywaliśmy, raczej intensywne zwiedzanie) oraz cukierki, którymi poczęstowali nas gospodarze po śniadaniu. Oczywiście zapytaliśmy o uroczystości, dowiedzieliśmy się jednak, że rano zabija się zwierzęta w „secret place”, a potem każdy kto chce (i kogo na to stać), dokonuje tego na własną rękę przed swym domem. Postanowiliśmy zatem nie czekać na łut szczęścia, lecz udać się niezwłocznie do Efezu. I tu znowu nie ma sensu opisywanie tego miejsca. Powiem tylko, że naprawdę jest wspaniałym dowodem potęgi i kultury starożytnych, że ogrom i piękno ruin robi już kolosalne wrażenie i że trudno mi wyobrazić sobie to miejsce w pełnym rozkwicie... Biblioteka Celsusa, Świątynia Hadriana, łaźnie, olbrzymia agora, amfiteatr... Nasuwa się to samo wrażenie, co podczas podziwiania gotyckich katedr: jak bardzo mądrzy, pracowici (choć tu posługiwano się przecież siłą niewolniczą), wyczuleni na piękno i detal musieli być ci ludzie... Dziś mamy większe możliwości, a jednak nie tworzy się czegoś tak pięknego (cóż, troszkę nam się chyba gust zmienił). W Efezie zabawiliśmy od rana do popołudnia, w drodze powrotnej mieliśmy zamiar zobaczyć Grotę Siedmiu Śpiących Braci (wykute w skałach pod Efezem katakumby, w których ukrywali się chrześcijanie) – była ona dalej, niż się tego spodziewaliśmy, jednak udało nam się tam dotrzeć, mijając po drodze pole bawełny i niezliczone sady mandarynkowe... (i zaliczając mandarynkową grandę :) - ale tylko symbolicznie). Katakumby w większości były oddzielone metalową siatką od zwiedzających, więc szybko się tam uwinęliśmy... Tu jednak zaczął się dramat: zobaczyliśmy tabliczkę na Meryemana – Dom Maryi. O tym że gdzieś tu jest, oczywiście wiedzieliśmy. Byłam jednak przekonana, że chodzi albo o ruiny bazyliki na terenie Efezu albo że ów dom znajduje się na niedalekim od miasta wzgórzu Ayasoluk, które również było naszym dzisiejszym celem... Przewodnik o Domu Maryi milczy! Wreszcie ktoś nam wyjaśnił, że ów domek znajduje się 9 km stąd, w górach... Ech, jest przed trzecią, wstęp na Ayasoluk mamy do szóstej, na nogach nie ma więc szans (i tak by pewnie nie było – nachylenie jest takie, że to porządny cało- lub przynajmniej półdniowy trekking), za taksówkę życzą sobie 50 lir (!) - pozostaje więc stop lub czarna rozpacz. Łapiemy. Niewiele już aut jeździ o tej porze, jeśli już jakieś się pojawi, to albo pełne, albo po prostu się nie zatrzymuje... Daliśmy sobie pół godziny... Nie wiem jak Doroty i Piotrka, ale moje zdenerwowanie i żal, że będąc tak blisko, nie zobaczymy tego miejsca, szybko rosło... No i nic! Dorota już kilka razy namawia do powrotu, ale miało być 30 minut... Odliczam więc właśnie ostatnie sekundy... Jedzie jakiś większy samochód policyjny (biały w czerwono-niebieskie paski...), konsternacja, wreszcie odważam się wyciągnąć rękę. I zatrzymują się – nie policja, ale dwie zaprzyjaźnione rodzinki, podróżujące wspólnie podczas świąt. Jesteśmy na górze. Cudem?
Dobre, ciche miejsce (zapewne wygląda ono zupełnie inaczej w sezonie turystycznym). I po raz pierwszy w Turcji tablice informacyjne także po polsku. :) Obecnie stoi tu maleńki kamienny kościółek, wokół rosną oliwki i inne drzewa, jest zielono i spokojnie. I tak właśnie być powinno. W stronę powrotną nie ma już problemu ze złapaniem czegoś do miasta, trochę obawiamy się, że nie zdążymy jednak na Ayasoluk, a już na pewno nie na opisywany jako przepiękny obserwowany z tego miejsca zachód słońca. Na teren bazyliki św. Jana wchodzimy dokładnie w momencie, kiedy znika ono za wzgórzami, barwiąc okolicę na czerwono i pomarańczowo. I w takim też świetle zwiedzamy potężne ruiny (znów moja wyobraźnia nie potrafi objąć ogromu budowli w czasie jej świetności – do czego służyły te wszystkie wydzielone pomieszczenia?!) . Potem prosimy św. Jana nad jego grobem o opiekę w dalszej drodze i kierujemy się już całkiem po ciemku (no, nie całkiem, bo w świetle latarni) do wybudowanego u podnóża wzgórza potężnego meczetu (wchodzimy tylko na nieoświetlony dziedziniec, meczet jest już zamknięty). Ale wyczuwamy tu kolejny skok w czasie i przestrzeni – tym razem przenosimy się w klimaty krucjatowe. Droga do meczetu pokryta jest wielkimi białymi płytami kamienia, po jednej stronie wznoszą się z takiego kamienia wybudowane potężne mury, wzdłuż nich wielkie palmy... Sam meczet również odznacza się swoim rozmiarem i dającą się od razu wyczuć – warownością. Widać że otaczające go mury nie służyły tylko oddzieleniu miejsca świętego... Także dziedziniec, choć widziany niewyraźnie w ciemności, przywodzi na myśl jakiś odległy wschód: ogród, palmy... Grzebiemy w pamięci wśród książek, filmów, obrazów... Tak, krucjaty.
Wieczorem jedzonko w zaprzyjaźnionej już knajpce, jakaś kawa. Potem jeszcze chwila w małym sklepie, którego jedna ściana wyłożona jest do samego sufitu wielkimi plastikowymi słojami z przyprawami, mocno pachnie. Nazw nie rozumiemy, a domyślamy się z wyglądu jedynie bardzo nielicznych... Wydawałoby się, że to nic takiego po tych wszystkich bazarach z kolorowymi koszami najróżniejszych przypraw – jednak tam były one zadedykowane turystom, tutaj są po prostu stałym elementem małego spożywczaka w miasteczku.
Głównym celem soboty było odwiedzenie zachwalanej w przewodnikach maleńkiej wioski Sirince (czyt. Szirindże), słynącej z wyrobu produktów z oliwek oraz win, a także dostopowanie do Pamukkale. Postanowiliśmy jednak rano trochę zaryzykować i udać się do położonych niedaleko od centrum ruin Świątyni Artemidy – niegdyś jednego z cudów świata. Daliśmy sobie godzinę – mało, ale mieliśmy nadzieję, że wystarczy. Na miejscu okazało się, że starczyło 5 minut – tutaj już nawet trudno o ruiny (dwie kolumny, jakieś fundamenty, po których spacerują kaczki...), a o randze miejsca świadczą najwymowniej jedynie liczni pamiątkarze, którzy dosłownie rzucają się na zbliżających się nielicznych turystów. A że mieliśmy w takim razie jeszcze trochę czasu, wstąpiliśmy do pobliskiego Muzeum Archeologicznego (polecane i rzeczywiście dobre – malutkie, ale ciekawe, ze słynnym posągiem Artemidy z wieloma jądrami). Potem już prosto do dolmusza, który wwozi turystów (niestety obecnie już niemal wyłącznie turystów...) na obrośnięte drzewami oliwnymi wzgórza, na których leży Sirince. Tu odczucia mieliśmy dwojakie – wioska rzeczywiście jest urocza: małe, białe domki, maleńki meczet i kościółek, wąskie uliczki, wspomniane wzgórza wokół... W momencie odkrycia musiała być to rzeczywiście perełka. Niestety obecnie w tym otoczeniu bucha przemysł turystyczny przez ogromne P i T. Turystyka przynosi w takim miejscu zapewne dużo większe dochody niż inna działalność, zdaje się zatem, że niemal każdy mieszkaniec wioski czymś handluje: oczywiście miejscowe wina i oliwy z oliwek wciąż zajmują pierwsze miejsce, poza tym popularne są mydła oraz „rękodzieło”: robione na drutach skarpety, rękawiczki, dziergane buciki dla dzieci, obrusy... Uliczki wioski przypominają jeden wielki bazar czy odpust (co prawda o wyjątkowym charakterze, bo wyłącznie z oryginalnymi przedmiotami regionalnymi) – z jednej strony nadaje im to pewnego klimatu, z drugiej nie ma wątpliwości, że „oryginalna” wioska już nie istnieje... Zaraz po opuszczeniu busa, zgarnął nas do degustacji win właściciel najbliższego sklepu (oczywiście ucieszyliśmy się z takiej propozycji, okazuje się jednak, że darmowe degustacje są tu na porządku dziennym) – najbardziej popularne są chyba miejscowe wina owocowe zrobione z czego tylko można sobie wyobrazić: truskawka, jabłko, jeżyna, borówka, granat, brzoskwinia... - słodkie, z małą zawartością alkoholu, smaczne (choć po wypróbowaniu zakupu w akademiku okazało się, że smakuje on bardziej jak kompot niż jak wino ;)). Poszwędaliśmy się trochę po wiosce, pochłonęliśmy, pozachwycaliśmy się miejscowymi wyrobami – i w drogę powrotną: dolmusz, plecaki, tavuk doner, tektura z napisem „Aydin”...
Do Aydin poszło gładko, tam zaczęły się problemy – wysadzono nas na początku miasta, musieliśmy przewlec się przez całe, aby łapać coś dalej... Troszkę się zestresowaliśmy, wreszcie dopiero o czwartej zatrzymaliśmy samochód (przypominam, że o piątej robi się ciemno...) - pan jak zwykle nie mówił po angielsku, ale okazał się, również jak zwykle, bardzo miły. I znów nadłożył drogi, żeby nas podwieźć pod sam hostel...

ETAP VI : Pamukkale [Hierapolis]

Gdy tylko pan nas wysadził, zagadał do nas na ulicy jakiś chłopak – już mieliśmy trochę dość tej tureckiej nachalności i chcieliśmy odburknąć, że sami sobie znajdziemy hostel, kiedy okazało się, że to właśnie nasz gospodarz (pan z hostelu w Selcuku polecił nam swego przyjaciela w Pamukkale) wyszedł nam na spotkanie i od razu nas poznał. Hehe. Z hostelem naprawdę trafiliśmy nieźle, najmilszy ze wszystkiego był salon z niskimi kanapami, ciepłym piecem pośrodku, na którym grzała się herbata oraz prawdziwym piecem w kącie, w którym gospodyni wypiekała serwowane tu potrawy (świeżo pieczone pide i pizza...). Pamukkale okazało się już zupełnie maleńką wioską, która utrzymuje się wyłącznie dzięki „tarasowej turystyce” - można tu spotkać jedynie hostele, restauracje, biura linii autobusowych, sklepy pamiątkarskie maleńkie sklepy spożywcze (być może istnieje jeszcze inne Pamukkale – gdzieś dalej od tarasów, tam już jednak nie dotarliśmy). Tego wieczora spacer był wyjątkowo krótki – rzut oka na oświetlone nocą tarasy, kanapka na kolację (kokorec – nadziewane baranie jelita), jakieś słodycze ze sklepiku i powrót do naszego ciepłego salonu, który wydawał się najbardziej przytulnym miejscem w całej wiosce. Tutaj trochę gadania przy herbacie i trochę przysypiania. Mieliśmy iść jeszcze z naszym gospodarzem na lokalną dyskotekę, jednak dotrwała tylko Dorota... Reszta wybrała sen. :) (Ech, nudziarze ;)).
Wczesnym rankiem wyprawa na tarasy. :) Białe stoki wzgórza przypominają z daleka śnieg... Zwłaszcza kiedy weszliśmy na nie w grubych kurtkach... Osobiście szybko pozbyłam się butów i nogawek spodni, żeby nacieszyć się niezwykłością tego miejsca, odczuwając je „własnonożnie”. Jest coś niezwykłego w takim spacerze po białej górze i w brodzeniu od czasu do czasu w basenikach i potokach. Zwłaszcza, że jeszcze wtedy byliśmy tam zupełnie sami... Dotarliśmy wreszcie na samą górę, gdzie źródła są już naprawdę ciepłe (woda doprowadzana jest co prawda rurami, ale wylewa się z nich na tarasy... a w zetknięciu w zimną skałą fantastycznie paruje...) Pobawiliśmy się tu jak dzieci. :) Zwłaszcza ja, hehe - pozbywając się szybko koszulki, a niedługo potem spodenek. :) Gdy zdążyłam się już przyodziać w dolną część garderoby, zaczęły się schodzić wycieczki – ludzie na wodę początkowo tylko patrzyli, podobnie na nas, traktując nas niemal jak jedną z atrakcji tego miejsca; szybko jednak co poniektórzy sami pościągali buty. :) Po zabawie było zwiedzanie – na wzgórzu ulokowało się antyczne miasto Hierapolis. Do ciekawych akcentów tego miejsca można zaliczyć z pewnością Plutonium (podobno zejście w podziemia Hadesa), teatr ze świetnie zachowanym skene (i znów: dopiero widok tego miejsca daje jako takie pojęcie o wielkości i przemyślności tego budynku) oraz miejsce męczeńskiej śmierci św. Filipa.
Zwiedzanie skończyliśmy dobrze popołudniu. Wymęczeni okropnie – może nawet nie tyle dzisiejszym dniem, ile całością wycieczki i świadomością rychłego powrotu. A ten rzeczywiście był szybki – ze względu na późną porę autostop odpadał, a autobus kosztował niewiele więcej niż kolejna noc tutaj... Zdecydowaliśmy się więc na luksusowy powrót autobusem (który znaleźliśmy dopiero u piątego przewoźnika – wszyscy wracali ze świąt...) i wkrótce po północy dotarliśmy do Konii.

poniedziałek, 30 listopada 2009

coming back

I w domu. Szybko, choć trochę najedliśmy się stracha: postanowiliśmy nie spieszyć się w niedzielę w Pamukkale, nie o to w końcu chodzi. A więc decyzja - wracamy wieczornym autobusem (na stopa będzie już za późno, a wracanie w poniedziałek będzie nas kosztować niewiele mniej, bo zapłacimy za nocleg...). Ale ludzie wracają z Bayramu... Odwiedziliśmy chyba z pięć pośrednictw sprzedających bilety i nic! Tutaj się to raczej nie zdarza, autobusów jest całe mnóstwo... Wreszcie dostaliśmy ostatnie trzy miejsca u jakiegoś mniejszego przewoźnika i wylądowaliśmy w Konii niedługo po północy.

Krótkie podsumowanie w liczbach :) :
- 7 odwiedzonych miast "zwykłych" (Bursa, Canakkale, Bergama, Izmir, Selcuk, Sirince, Pamukkale) i 5 antycznych (Troja, Pergamon, Smyrna, Efez, Hierapolis);
- 3 z 7 Kościołów Apokalipsy (Pergamon, Smyrna, Efez);
- 2 CouchSurfingi i 4 hostele (a każdy inny i ciekawy ;));
- 15 autostopów, 4 dolmusze, 2 promy, 1 pociąg i 1 autobus;
- 7 nowych potraw (iskander kebap, ciastko z kremem kasztanowym, lahmacun, pide z serem żółtym, gozleme z serem żółtym, cocorec, degustacja kilku smaków miejscowych win owocowych w Sirince :));
- 729 zdjęć (ale tylko dlatego, że kilkakrotnie padała mi bateria w połowie zwiedzania);
- 979 najlepszych tureckich piosenek podarowanych na płytce przez szalonego Gurkana;
- 10 pamiątek (wymieniać nie będę, hehe :));
- 353 liry tureckie mniej... (to prawie dwa razy tyle ile planowaliśmy wydać!!).

Chwile umierania ze śmiechu, momenty zachwytów, ale i zmęczenia - niezliczone.

Cudnie było.

Zdjęcia postaram się wrzucić jak najszybciej.
Tymczasem powrót do rzeczywistości: na wtorek muszę przygotować prezentację (wreszcie...) z "Oblężenia Krisznapuru", przyszły tydzień jest tygodniem sesji śródsemestralnej, więc pewnie tak do końca nawet mi się nie upiecze i coś tam trzeba będzie napisać...

ALE 19 grudnia ruszamy dalej - Syria i Jordania!!!

niedziela, 29 listopada 2009

tarasy (Pamukkale)

I powolı koczymy nasza wedrowke wzdluz wybrzeza... Ech. :( Choc juz tak zımne sa porankı ı wıeczory ze troche tesknımy za cıeplym akademıkıem ı porzadnym obıadem na stolowce... Wczoraj wıeczorem wyladowalısmy w Pamukkale czylı "bawelnıanej twıerdzy" :) (tym razem nasze stopowe szczescıe srednıo dopısalo ı prawıe godzıne bezskutecznıe lapalısmy - na szczescıe pan ktory w koncu sıe zatrzymal znow zmıenıl nıeco swoja trase ı podwıozl nas pod sam hostel :)). Wıoska jest malutenka ı tylko ı wylacznıe nastawıona na "tarasowa turystyke"... A wıec za chwıle ruszamy na wapienne wzgorza!

piątek, 27 listopada 2009

starożytności (Selcuk)

Aaaaaale! Pıeknıe jest!! Jak na razıe wszystko ıdzıe fantastycznıe!
Czasowo wyrabıamy, fınansowo gorzej, ale bardzos ıe staramy, a codzıennıe moc nowych wrazen! W srode udalo nam sıe zobaczyc starozytny Pergamon - mıejsce w ktorym ponoc wynalezıono pergamın (bo mıelı ogromna bıblıoteke wıec w Aleksandrıı zaczelı sıe obawıac konkurencjı ı wstrzymalı dostawy papırusu :)), a dzıekı temu - ksıazkı. Dotarlısmy tez do Izmıru, po ktorym poszwedalısmy sıe wıeczorem... Nastepnego dnıa, w wıgılıe Bayramu, szalenstwo na ulıcach ı na bazarze bylo takıe jak u nas w okresıe przedswıatecznym, super! :) Troszke pozwıedzalısmy, choc glownıe powdychalısmy wıelkomıejska atmosfere, bo zabytkow tu raczej nıewıele... Ponıewaz Fatma sıe nıe odzywala, postanowılısmy zmıenıc plany ı nıe tracıc wıecej czasu w Izmırze - jedzıemy do Selcuku! I tak wyladowalısmy tu, skad wlasnıe pısze, wczoraj wıeczorem. Bardzo mıle mıasteczko, bardzo turystyczne (choc obecnıe nıewıelu tu przybyszow, juz dawno po szczytowym okresıe...). Dzıs Bayram, ale poczulısmy to tylko po tym, ze nası gospodarze poczestowalı nas rano cukıerkamı - na ceremonıe zabıjanıa zwıerzat bylo jeszcze za wczesnıe, a my nıe chcıelısmy tracıc dnıa ı udalısmy sıe z rana do Efezu. FANTASTYCZNIE. Ruıny mıasta naprawde robıa duze wrazenıe... A przy tym pıekna sloneczna pogoda. Potem przypomnıalo o sobıe znow nasze nıezıemskıe szczescıe - nasz przewodnık nıe wspomnıal nıc o Domu Maryı (w ktorym podobno mıeszkala wraz ze sw Janem pod konıec zıemnskıego zycıa) - polozonym wysoko w gorach... Przypadkıem zobaczylısmy drogowskaz: 9 km ostro pod gorke... I znow straszlıwe szczescıe ze stopem... Dotarlısmy! Wspanıale, mozna powıedzıec, ze atmosfera byla nıeco nıezıemska. :)
Wıecej bede opısywac po powrocıe do Konıı. Jutro planujemy przeskoczyc do Denızlı, a stmtad juz Pamukkale (ktore odwıedzımy w nıedzıele) - ostatnı punkt naszej podrozy...

wtorek, 24 listopada 2009

Eolia... (Bergama)

Jednak pisze (choc bez polskıch znakow ı przecınkow). :) Od kılku dnı jestesmy w podrozy - zazwyczaj rano pobudka ı lapanıe stopa do wczesnego popoludnıa a potem zwıedzanıe - troszke jeszcze za dnıa (choc nıewıele bo cıemno robı sıe juz o 17) a reszte juz w nocy. Ze stopem problemow tu nıe ma najmnıejszych - najdluzej czekalısmy chyba 10 mınut (ınna sprawa ze zatrzymuja sıe raczej tıry co znaczaco spowalnıa nasza podroz - choc dobrze ze sıe w ogole zatrzymuja :)). W Bursıe zatrzymalısmy u nıesamowıtego Gurkana ktory pokazal nam mıasto (noca...) ı zapoznal z tureckım rockıem. Swıetnıe... Potem Canakkale - kolejny CouchSurfıng zwıedzanıe Troı (robı duzo wıeksze wrazenıe nız o tym pısza w przewodnıkach) ı "tureckıego Westerplatte" - polwyspu Gallıpolı. A dzıs rano juz prosto do Bergamy... Zbyt wıele nıe udalo nam sıe zobaczyc za dnıa dlatego jutrzejszy dzıen tez zamıerzamy tutaj spedzıc zeby zobaczyc ruıny starozytnego Pergamonu. Pokı co mamy juz za soba prawdopodobnıe tutejszy "tron szatana" - czerwona bazylıke wybudowana dla jakıegos bostwa o ktorej pısal Jan w Apokalıpsıe. Reszta jutro. Acha!! Prawdopodobnıe nıcı ze swıetowanıa Kurban Bayramu w Izmırze - dzıewczyny mılcza... :( Ale planow nıe zmıenıamy - bedzıe co ma byc. :) Pozdrawıam. :)

sobota, 21 listopada 2009

nareszcie!

Za 6 godzin ruszamy! Nareszcie!

Będziemy próbować stopem. Czasu nie ma zbyt wiele, a trasa spora, najwyżej będziemy ciąć.

W skrócie:
1. Bursa - pierwsza stolica Imperium Osmańskiego.
2. Canakkale i Troja.
3. Bergama (starożytny Pergamon).
4. Izmir i świętowanie Kurban Bayramu.
5. Selcuk, Efez i (może...) Sirince.
6. Denizli i Pamukkale-Hierapolis.

Jeśli wszystko się uda (trzymajcie kciuki!), to nie będziemy mogli patrzeć na ruiny starożytnych miast przez najbliższe kilka lat. :)
A "wszystko" zależy głównie od życzliwości tureckich kierowców, życzliwości CouchSurferów (wciąż nie mamy bazy w kilku miejscach...) i naszego zorganizowania. Pogoda szykuje się piękna (słonecznie, choć już nie tak ciepło: od 12 do 20 st. C).

Aaaj... Doczekać się nie mogę! Kolejne posty po powrocie. :)

czwartek, 19 listopada 2009

jaka jest twoja wiara?

Na początku z góry przepraszam za ewentualne błędy rzeczowe dotyczące religii (którejkolwiek), które mogą się pojawić w tym poście. Opisuję to, co słyszę lub widzę, zdając sobie sprawę, że często mogą być to spostrzeżenia spłycone...

Ostatnimi czasy coraz częściej schodzimy ze współstudentami na tematy wiary i religii. Nie, żadne dysputy teologiczne (chyba, niestety..., obu stronom szybko zabrakłoby solidnej wiedzy), po prostu zwyczajne "a jak to jest u was?". Zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Stambułu od wypadu do centrum Konii w celu zwiedzenia meczetów. A żeby ze zwiedzania wynieść coś więcej niż wrażenia wizualne, no i, bardziej przyziemnie, nie popełnić po drodze żadnej gafy, zabrałyśmy (Dorota i ja) ze sobą dwie dziewczyny z trzeciego roku. W ten sposób zdobyłyśmy pierwszą garść informacji o islamie - czyli co dokładnie dzieje się w meczecie i jak należy się tu zachować, jak trzeba postępować z Koranem - nie chcę jednak tu o tym wszystkim opowiadać, ponieważ zajęłoby to jeszcze więcej miejsca niż zwykle.
Potem było już coraz trudniej. Nie wiem czy to z powodu zbliżającego się Święta Ofiarowania czy przez zbiegi okoliczności, coraz częściej zaczęły padać pytania o moją wiarę. Początek jest łatwy "wierzę, tak jak ty, w Jednego Boga...", no i co dalej? Choć w zasadzie to sprawa wiadoma, dopiero teraz do mnie dotarło, jak szalenie absurdalna jest nasza - chrześcijan i katolików - wiara! W islamie wszystko (wszystko, o czym zdążyłam się dowiedzieć) jest zupełnie proste: jest Jeden Bóg, jest jeden (wyłącznie po arabsku) Koran (tłumaczenia nie są już świętą księgą, ponieważ zostały zmienione przez człowieka, a Koran to dokładne Słowo Boga), a człowiek, który nauczy się go na pamięć, zyskuje sobie niebo ("a co jeśli będzie złym człowiekiem?" "nie może być zły, skoro ma w pamięci cały Koran"...). Pobożność nakazuje pięciokrotną modlitwę w ciągu dnia, w piątek imam czyta Koran i naucza, jak należy postępować. Jasna sprawa.

Pisząc teraz o Bogu Trójjedynym, nie ma we mnie nawet części tych emocji, które towarzyszą mi, kiedy opowiadam o tym kolegom. I widzę ich uważne spojrzenia i błąkające się gdzieś po twarzy, ale starannie ukrywane uśmiechy (zdziwienia? pobłażania?) - zbytnio się tym uśmiechom nie dziwię, myślę, że odczuwam coś podobnego, kiedy słucham ich, a przecież po pierwsze wcale nie chcę wyrazić braku szacunku, po drugie... ich opowieści nie wydają się tak niesamowite. Natomiast my - chrześcijanie - już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do prawd naszej wiary, że albo nie wydają się nam one dziwne, albo traktujemy je jako metaforę czy symbol (założę się, że tak większość osób pojmuje Komunię czy kwestię Zmartwychwstania Ciała). Tutaj jednak nie ma metafory, mówisz ludziom konkret: Chrystus jest Bogiem, jest Jednym z Bogiem Ojcem... Absurdalne. Ale to jeszcze nie koniec, jest przecież i Trzecia Osoba Boska. Wielu muzułmanów myśli, że jest nią dla nas Maryja, bo mamy dużo jej wizerunków (w islamie Maryja jest Prorokinią i Matką Proroka - znów proste). A jak wytłumaczyć Ducha Świętego? Jak o Nim opowiedzieć?

No i budząca nie mniejsze emocje (i uśmiechy...) sprawa Eucharystii. Słysząc, że nasi "imami" czytają w niedzielę Słowo Boże i nauczają, moi rozmówcy oddychają z ulgą. Ale to przecież nie wszystko... Przemiana Chleba i Wina w Ciało i Krew Chrystusa... Zapomnijcie o tym, że to normalne, że wydarza się codziennie! Oni słyszą o tym pierwszy raz, bez ładnych okrężnych formułek i przydługiego omawiania, ja dysponuję zupełnie podstawowym angielskim słownictwem! No więc JAK to się dzieje? W miarę logiczne wyjścia są dwa: albo faktycznie mamy do czynienia z magią i te substancje się zmieniają (no ale tłumaczę, że nie, że dalej czujemy smak wina, nie krwi...) albo to tylko symbol - i chyba niestety, wbrew mojej woli, tak zaczynają to pojmować (jak już napisałam, jak wielu katolików). Tu mi się przypomina wysłuchany ostatnio wywiad z Hołownią u dominikanów, w którym pan Szymon opowiadał, że ktoś tam dzwoni do niego i prosi, żeby komuś jeszcze innemu wytłumaczył, że przecież katolicy to normalni, racjonalni ludzie, a Eucharystia to taki symbol, że przecież nikt nie wierzy, że to Chrystus, a on wtedy wchodzi jak ten przedstawiciel Ciemnogrodu i mówi: "Ale my wierzymy...". :)
Heh, tę kwestię najlepiej chyba można spuentować przemyśleniami Lewisa, który napisał, że absurdalność chrześcijaństwa jest właśnie tym, co tak bardzo je uprawdopodabnia w naszym zupełnie absurdalnym i niepojętym świecie.

Kolejną sprawą, która w jakiś sposób zaprząta mi głowę jest pobożność czy też kult. Można powiedzieć, że w Turcji jak w Polsce: na ulicy prawie 100% przyznaje się do wiary, w rzeczywistości praktykuje niewielka grupa. Niektórzy mężczyźni nie podają kobietom ręki na powitanie, ponieważ dotyk obcej kobiety może ich skłonić do grzechu (nieczystych myśli), kiedy indziej kobieta występuje na scenie w zupełnie kusej sukieneczce, nie wzbudzając niczyjego zgorszenia, ani nawet zdziwienia. Trudno mi też pisać o tym ściśle, nie wiem bowiem, co jest rzeczywistym nakazem wypływającym z Koranu, a co kwestią obyczajów (choć obyczaje często mają swe źródło właśnie w Świętej Księdze). Chciałabym jednak wspomnieć o kilku rzeczach, które zdają się mieć związek z religią i odbijają się w jakiś sposób w życiu tych ludzi, a mnie zadziwiły.
Po pierwsze modlitwa (niewątpliwie zdaje się mieć związek z religią :)). Od kiedy pamiętam, kiedy naoglądałam się jakichś filmów czy nasłuchałam szczątków informacji o egzotycznym Wschodzie, uruchamiał mi się w głowie obrazek: modlitwa pięć razy dziennie, a więc kiedy rozlega się głos muezina, panowie rozkładają, tam gdzie stoją, dywaniki i zaczynają się wyginać... Rzecz jasna zdawałam sobie sprawę, że to zabawne i nierealne, ale jak inaczej wytłumaczyć tę częstą modlitwę? Po przyjeździe do Konii zdziwiło nas to, że tutaj na ulicy (przynajmniej na kampusie) nikt nie zwraca na głos muezina uwagi... I już utwierdziłam się w moim przekonaniu o niepraktykującej Turcji, kiedy nagle... zostałam zaproszona na obiad. A kiedy rozmawiałam z moją bardzo miłą gospodynią (z pierwszego roku), która coś tam pichciła, nagle oświadczyła, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mnie na chwilę zostawić, ponieważ jest czas modlitwy. Po chwili wróciła w chuście (Koran w ogóle nakazuje, żeby kobiety chodziły zakryte, a do modlitwy to już obowiązkowo - z tego co obserwuję i rozumiem; acha, jeszcze mała dygresja-ciekawostka: tureckie prawo zakazuje noszenia chust w szkołach i na uniwersytetach, dziewczyny faktycznie przebierają się przed wejściem!!) i kontynuowałyśmy rozmowę i śmiechy. A że siedziałam dość długo, taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Niby nic, można pomyśleć - taki folklor. Ale jak pomyślę o trudnościach z modlitwą, o nieumiejętności modlitwy wielu katolików (i, co by dużo mówić, własnych...), to jednak jest w tym COŚ. Bo my przecież "powinniśmy" modlić się zaledwie dwa razy dziennie (uogólniam, pomijam kwestie nieustającej modlitwy etc.), a tak różnie to wychodzi... Kurcze, tak całkiem szczerze: obie wierzymy w Jednego Boga, ale ona gadała z Nim tego popołudnia i wieczoru już dwa razy, a ja?!

Kolejna rzecz z kategorii "religia i życie" to małżeństwo i rodzina. Zostałam dziś uświadomiona w sprawie świetnego sposobu Turków na "seks przedmałżeński" (a raczej jego jego brak), sposób ten jest banalnie prosty: nikt nie weźmie sobie za żonę dziewczyny, która nie jest dziewicą. Z czego to wynika - z religii czy męskiej dumy - trudno powiedzieć (a dochodzi do tego zapewne cała zawikłana sprawa tutejszych relacji damsko-męskich, gdzie partnerzy mają siebie dosłownie na wyłączność, a zazdrość o każdy krok drugiego jest dla nas trudna do wyobrażenia). W każdym razie: chłopak może uprawiać z dziewczyną seks, ale jego żona musi być dziewicą (chyba że nią nie będzie za jego sprawą). Dziewczyna, która dziewicą nie jest, ma nikłe szanse, aby znaleźć męża. A ponieważ w życiu bywa różnie, nie warto ryzykować przed zawarciem małżeństwa. A jaki jest pierwszy test, na "wyczucie" dziewczyny? Obserwowanie jej reakcji po takiej propozycji (rzecz jasna, bardziej pożądana jest odpowiedź odmowna - znów z tego, co rozumiem...). No niezłe. Tylko ciekawe jak to działa w drugą stronę... (tj. jakie mamy wymagania w przypadku mężczyzn)
I ostatnia już rzecz, czyli rodzina. Pojęcia nie mam, co się dzieje w tureckich rodzinach - czy naprawdę są zgodne i szczęśliwe, ile w nich patologii, czy im bardziej konserwatywna, tym szczęśliwsza, czy może dochodzi w niej do większych nadużyć... Pojęcia nie mam. Niewątpliwe jest natomiast jedno: jednymi z pierwszych pytań, które nam zadają (zazwyczaj zaraz po "skąd jesteś?" i "co tu robisz?", a często przed "jak masz na imię?") są "ile masz rodzeństwa?" i "nie tęsknisz za rodziną?!" (to ostatnie doprawione jest albo zdziwieniem młodszych albo oburzeniem starszych...). Wszyscy moi znajomi mają co najmniej dwójkę rodzeństwa (a nierzadko dużo więcej) i wylewnie opowiadają o nim i o rodzicach. Jeden z nauczycieli prawie rozpłakał się podczas lekcji, gdy opowiadał o swym nastoletnim synu, który wyjechał do szkoły średniej do Ankary... Tutaj czuje się, że "więzi rodzinne" określają naprawdę coś więcej niż stopień powinowactwa, a "braterstwo" nie jest pustym terminem (a jak jest z tym u nas? ja już kilka lat temu miałam niezłe rozkminy z tłumaczeniem tego harcerzom... zdaje mi się, że u nas ma się nieźle "idea braterstwa", natomiast z samym braterstwem dużo gorzej...).
Zdaje mi się, że jeśli jest coś, co może być przyczyną zdominowania naszej kultury przez "kulturę islamską" to chyba właśnie to - przywiązanie do religii (bo choć z praktykowaniem jest różnie, to wartości religijne raczej nie podlegają dyskusji) i ogromna wartość rodziny. I nie chodzi tu już nawet o żadne boskie interwencje, ale o zwykły przyrost naturalny i zdrowie moralne.

Już zupełnie na koniec dwie rzeczy: po pierwsze aniołowie. Coś mi o sobie ostatnio przypominają, najpierw odświeżone niedawno "Miasto Aniołów", potem kilka rozmów na ten temat (w islamie nie ma Anioła Stróża, są natomiast dwa Angels-Writers, które siedzą na ramionach każdego muzułmanina - ten na prawym spisuje dobre czyny, ten na lewym złe), aż wreszcie odnaleziony gdzieś na youtubie genialny fragment "Nieba nad Berlinem" - bardzo zapraszam do obejrzenia, jest z lewej strony bloga (jeśli akurat go nie ma, a są jakieś głupawe filmiki, to trzeba poczekać, powinien wkrótce wskoczyć).

Po drugie wygrzebany w necie (na stronce poświęconej dialogowi chrześcijańsko-muzułmańskiemu, polecam) tekst: słowa Jana Pawła II skierowane przed 24 laty do młodych muzułmanów:

Sądzę, że my – chrześcijanie i muzułmanie – powinniśmy z radością uznać te wartości religijne, które są nam wspólne, i dziękować za nie Bogu. Jedni i drudzy wierzymy w Boga Jedynego, który jest wszelką Sprawiedliwością i wszelkim Miłosierdziem; wierzymy w ważność modlitwy, postu, jałmużny, pokuty i przebaczenia; wierzymy, że na końcu czasów Bóg będzie dla nas miłosiernym Sędzią, i ufamy, że po zmartwychwstaniu On będzie z nas zadowolony, i wiemy, że my będziemy zadowoleni z Niego. Uczciwość wymaga, byśmy uznali i uszanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak, że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji; jest w tym tajemnica, co do której – jestem tego pewny – Bóg nas kiedyś oświeci.

wtorek, 17 listopada 2009

zastój jesienny

Miałam pisać o początku moich myślenic religijnych, ale, oczywiście, nie mogłam powstrzymać skłonności porządkowania i zdawania relacji "ze wszystkiego". Najpierw zatem kolejne dwa tygodnie (od powrotu ze Stambułu do dziś) w skrócie, a w kolejnym poście będzie już religijnie. :)

Po powrocie ze Stambułu nagle okazało się, że mam niecałe trzy dni na dokończenie (heh, zbyt pozytywne słowo...), na napisanie ponad połowy konspektów do przeprowadzonych we wrześniu praktyk. Po raz pierwszy w tym roku akademickim poznałam dreszcz emocji związanych z pracą i tym, że nie zdążę. Ale zdążyłam (prawie).

Potem dokańczaliśmy sprawy formalne (tzn. oni je nareszcie dokończyli i mieliśmy się zgłosić po odbiór pozwoleń na pobyt), co oznaczało m.in. wycieczkę w ubiegły piątek do centrum Konii na posterunek policji zajmującej się sprawami obcokrajowców. Połowa dostała bez problemu dokumenty, druga połowa czegoś tam nie doniosła, w czymś się tam pomylili... Spokojnie, już się przyzwyczailiśmy. Choć ja tym razem miałam szczęście. Do końca czerwca mogę korzystać z dobrodziejstw Turcji. :)
Na zdjęciu poniżej moja "turecka wyprawka", czyli oprócz ogólnie rozpoznawanego paszportu i karty bankowej, granatowa książeczka z owym "residence permit", "złota karta" - czyli ratująca nam już nieraz życie karta muzealna, zielona legitymacja Uniwersytetu Seldżuckiego i najnowszy nabytek, czyli karta tramwajowa.



Weekend to oczywiście kulminacja nudy... Którą przerwaliśmy w sobotni wieczór, wybierając się "do miasta" na występ derwiszów. Derwiszów można też zobaczyć w Stambule... Np. jakichś trzech tańczy gdzieś w nieco bardziej ekskluzywnej restauracji za, bagatela, 45 lir (czy tam euro...) wstępu od osoby. W Konii, ku naszemu zdziwieniu, za free. Początkowo planowałam zostawić sobie derwiszów na grudniowe święto Mevlany, jednak okazało się, że sam występ zupełnie niczym się nie różni, różnicę stanowią jedynie "dodatkowe atrakcje" - zaproszeni goście, przedstawiciele państwa... No więc pojechaliśmy teraz. :) Centrum Kultury Mevlany to bardzo pokaźny i nowoczesny budynek (a w zasadzie cały kompleks budynków, dziedzińców i, uwaga, amfiteatru!), z którego zieje pustką... Być może zapełnia się w grudniu czy przy okazji innych świąt, póki co jednak zupełnie nie potrafię odkryć ekonomicznego zamysłu tego miejsca.



W niedzielę za to rozpoczął się koszmar. Po pierwsze zaczęło mnie przytłaczać widmo prezentacji na wtorek (z książki, którą wówczas zaledwie zaczęłam czytać i której, wstyd przyznać, do dziś nie skończyłam...) - Konflikt religijny w "Oblężeniu Krisznapuru". Poza tym rozpętało się piekło wyjazdowe. Za trzy tygodnie muzułmanie obchodzą chyba najważniejsze po Ramadanie święto religijne (być może jeszcze coś o nim napiszę; w skrócie jest to święto upamiętniające "złożenie" przez Abrahama Bogu ofiary z Izaaka), szykuje się więc trochę wolnego - dla nich wyjazdy do domu, dla nas wycieczki. Jakież to niezdecydowania, zmieniania zdania, podchody, ustalania i zmieniania składu (o co najwięcej było przepychanek), obrażania się całkiem jawne i ukryte odchodziły, to trudno opisać. Tak, tak, za bardzo nam się nudzi... W każdym razie paskudnie napięta i nerwowa atmosfera trwała aż do środy... Koniec końców rozjeżdżamy się w bardzo różne strony - Syria, chyba wschód Turcji, różne miejsca i plany związane z wybrzeżem... Heh, ja miałam nawet rzucać wszystko i decydować się na wyjazd w przeciągu dwóch dni stopem do Gruzji z erasmusem Tomkiem-Włóczykijem. Ale stchórzyłam (można też powiedzieć, że "minusy przeważyły plusy", ale będąc szczerym, to te argumenty nie były równej wagi...), nie ma co dużo gadać. Zostawiam Gruzję na najbardziej odległe "potem" (czerwiec?) i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że się uda. Ostatecznie wybieramy się z Dorotą i Piotrkiem w stronę wybrzeża - przez Pamukkale i Efez do Izmiru, gdzie zostaliśmy zaproszeni na święto do jednej z moich koleżanek-Turczynek (a w zasadzie do dwóch, bardzo miłe dziewczyny :)).

Acha, a co do prezentacji, dowiedziałam się w poniedziałek, że kolejnego dnia jest dzień śmierci Ataturka (heh...), no i nie ma rano zajęć. A tak poza tym, to ta prezentacja dopiero po Bayramie. I fajnie. :)

We wtorek spotkałyśmy się jeszcze z Dorotką z gościem, który od dłuższego czasu nie dawał mi spokoju na CouchSurfingu... Elegancko: Akkonak, herbatka (moja pierwsza bananowa - smakuje jak wodnisty budyń), pogaduszki... I tylko zastanawiasz się, o co tym facetom chodzi? Że jesteś z zagranicy, więc są ciekawi, chcą cię poznać? Ale mimo wszystko powinni zrezygnować po kilku niezbyt pozytywnie-radosnych mailach z twojej strony... Że chcą ci pomóc? To samo... Że myślą tylko o jednym (swoją drogą to oni myślą, że my myślimy tylko o jednym; może nawet niekoniecznie nieco bardziej obyci ze światem studenci, ale w ten sposób przeciętny Turek odbiera przeciętną Europejkę przyjeżdżającą do Turcji) - chyba jednak nie, bo pomimo ponawiania prośby o spotkanie, nie są jakoś wybitnie natarczywi w przypadku odmowy... Trudno mi zrozumieć facetów, a co dopiero kiedy "nie potrafimy znaleźć wspólnego języka", heh...

W środę się za to rozchorowałam. Ból głowy, gorąco, kaszel... Rzadko mi się to zdarza. Niby nic, a strasznie mi pokomplikowało plany, bo zaspałam na czwartkowy angielski, a przez to nie miałam okazji spotkać się z Beyzą, która zaprosiła mnie na ten dzień na obiad, a przez to nie poszłam, a przez to poszłam kiedy indziej i nie poszłam do kogoś innego, a przez to musiałam się głupio tłumaczyć i niemiło mi aż dotąd... Ech, troszkę z jednej strony przestaję nadążać za nowymi znajomymi, a z drugiej mam poczucie, że trochę zaniedbuję wciąż kogoś, nie pisząc maili, nie zapraszając, nie... No, ale przecież tak się nie da. Więc próbuję nauczyć się podchodzić do tego spokojnie.

W piątek byłam już prawie zdrowa i dosyć niespodziewanie dzień mi się rano zaplanował, kiedy Fatma i Ayla (dziewczyny do których jedziemy na święta) zaproponowały po pierwszych zajęciach, że możemy jechać do ich akademika. Próbowałam wykręcić się troską o ich edukację ("naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie idziecie na kolejne zajęcia..." heh...), ale nic to nie dało. Trudno im odmówić. Tak więc przy okazji wzbogaciłam się o kartę tramwajową, na którą długo czatowałam (do nabycia gdzieś w urzędzie w centrum Konii, w zasadzie trudna sprawa bez jakiegoś tureckiego przewodnika), poznałam nowe centrum handlowe, w którym jest, uwaga!, kino, sztuczne lodowisko i gokarty, no i wylądowałyśmy w akademiku w prawie centrum miasta. Brzmi jakby nigdy nic, ale tutaj "wylądowanie w akademiku" wcale nie jest prostą sprawą. :) Ludzie "z zewnątrz" nie są bowiem zazwyczaj wpuszczani, w większości domów studenckich są bramki, a oprócz nich bacznie wszystko śledzące recepcjonistki (tutaj na szczęście bramek nie ma, miałam się zatem tylko nie odzywać i zachowywać naturalnie przy wejściu :)). Oprócz tego zasady nie do pomyślenia w naszych realich... Np. godziną powrotu do tego akademika jest, uwaga, uwaga... 17.30!! A potem już nosa nie można wychylić! No przecież to nie do pojęcia... Z ciekawostek to np. buty zostawia się tu już przy wejściu do akademika - na rozległych korytarzach i w obszernych pokojach są dywany, śmiga się w skarpetkach... Nawet fajnie. :)

Warunki okazały się sprzyjające do odwiedzenia wreszcie sióstr opiekujących się kościołem św. Pawła w Konii (otwarty tylko przez godzinę w czwartek i w piątek, głównie w celu umożliwienia zwiedzania muzułmanom... ja akurat wtedy mam zajęcia :( ), tam się zatem udałam. Sam kościół (czy też raczej kościółek) ładny, jakiś taki zupełnie inny, ale jeszcze nie rozgryzłam do końca, co stanowi o tej inności. A w tle - kanony z Taize (akurat jeden był po polsku...). Jedna z sióstr mówiła po angielsku, chyba się ucieszyła ze spotkania... Oczywiście będzie dawać znać o planowanych Mszach (do tej pory były średnio raz w tygodniu, pojęcia o tym nie miałam...), jednak siostry wyjeżdżają w połowie grudnia do Włoch i wracają dopiero w lutym... Ech. Ale można wpadać w każdej chwili, one mieszkają obok, więc otworzą kościół. Bardzo miłe. :)

A wieczorem (wciąż w piątek) poszliśmy na koncert. :) Bez szaleństw - koncert muzyki tureckiej w sali (a jakże) koncertowej na kampusie. Pięknie grają na tych swoich sazach, skrzypcach, czy jeszcze czymś innym na kształt bębna i cymbałów... Ale najbardziej po raz kolejny zaskoczyli nas sami Turcy - od pierwszej piosenki śpiewają z nimi (a raczej z nią, bo jedna była wokalistka; "cymbalista" też jeden ;)). Piosenki raczej namiętno-nostalgiczne (chyba już pisałam, że ponad 90% z nich jest o miłości), nie jakieś najnowsze pop-przeboje... W kwestii zabawy, spontaniczności, radości, niedbania o to "co inni powiedzą" i braku konieczności "dodatkowego wsparcia" czymś mocniejszym, Turcy są naprawdę niesamowici. Aż zazdrość bierze.

W sobotę część się porozjeżdżała: głównie Ankara i Beysehir - wielgachne jezioro niedaleko Konii. Ja, z powodów naukowo-finansowych, zostałam. Udało mi się przygotować prezentację w PowerPoincie o Panu Tadeuszu , którą miałam zamiar przedstawić w poniedziałek na zajęciach z romantyzmu w ramach popularyzowania (lub "krzewienia"...) wielkich osiągnięć romantyzmu polskiego (śmiech śmiechem, ale jak słusznie zauważyła Asia, całkiem serio ma dusza utęskniona poczęła się przenosić do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...). Jednak w niedzielę dopadł mnie totalny leń i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnych spójnych i interesujących myśli, nie stworzyłam zatem tekstu samej prezentacji, co zaowocowało przesunięciem terminu show w nieokreśloną przyszłość (ech, no właśnie wszystko tu się tak kończy :( ).

Zresztą zajęć w poniedziałek nie było - pani profesor się rozchorowała. Dzięki temu spędziłam prawie cały dzień w necie, odpisując na maile (hurra! :)) i marnotrawiąc beznadziejnie czas (ech... :( ). A popołudniu byłam umówiona z Beyzą - tą, do której nie dotarłam w czwartek. Beyza mieszka wraz z pięcioma koleżankami w bloku mniej więcej w połowie drogi do centrum. Pierwszy raz miałam okazję poznać takie środowisko - żyjących na własną rękę dziewczyn, zupełnie normalnych i ogromnie wesołych, które jednak nie są przy okazji całkiem "zeuropeizowane" (czyt. niepraktykujące swej religii i zachowujące/ubierające/lansujące się jak młodzi ludzie we wszystkich europejskich miastach). A więc dziewczyn studiujących angielski, prawo, pedagogikę, kartografię, śmiejących się z profesorów i robiących sobie kawały, a przy tym chodzących w długich spódnicach i chustach i przepraszających gości, że muszą na chwilę wyjść, ale właśnie jest czas modlitwy... Naprawdę świetnie. Zostałam poinstruowana w sposobie przyrządzania tureckiej herbaty i kawy (nie wystarczy zalać sypaną kawę wrzątkiem :P), zaproszona na wspólny obiad i oczywiście zasypana mnóstwem pytań od osób, które przecież nie znały angielskiego (na szczęście Beyza zna całkiem dobrze). Bardzo miły czas.
Jeszcze tylko jedno spostrzeżenie: u tych dziewczyn coś zaskakuje, jakaś niezbyt łatwa do osiągnięcia "na mieszkaniu" w Polsce atmosfera. One po prostu autentycznie bardzo się lubią i żyją naprawdę razem. Kiedyś Beyza opowiadała mi, że... jedzą zawsze razem śniadanie o 6.30 rano!! A nie wszystkie zaczynają zajęcia o ósmej. Tak się umówiły. I obiad też, w miarę możliwości, jedzą razem. Nie żyją w osobnych światach, pomagają sobie w nauce, organizują wspólnie jakieś akcje (teraz charytatywną na rzecz ubogich w Afryce). Acha, znają się od miesiąca.

niedziela, 1 listopada 2009

wzdłuż Bosforu

Niedziela była zimna i deszczowa, ale na szczęście sucha. Z hostelu zwinęłam się niedługo po siódmej – o ósmej miała być Msza. Jakimś cudem byłam na czas, brama zamknięta... No tak, pomyłka, o dziesiątej... Dwie godziny trochę bezsensownego włóczenia się po centrum... Potem Msza – nagle okazało się, że mieszka tu bardzo dużo czarnych ludzi, stanowią większość tutejszych parafian. Wydało mi się to jednak trochę zabawne w Stambule... Może dlatego, że po kontaktach wyłącznie z muzułmanami, kiedy wreszcie spotyka się „swoich”, to też są oni jednak tak bardzo inni. Nie, nie mam żadnych uprzedzeń, po prostu nawyki z życia w homogenicznej Polsce. Jedynym planem na dziś było poszwędanie się wzdłuż Bosforu, no i może zahaczenie o pałac Dolmabahce, no i może jeszcze faktycznie te Biennale (choć za sztuką współczesną raczej nie przepadam). Się zobaczy. Po Mszy udałam się zatem „na czuja” w kierunku położonego nad Bosforem pałacu – nie wzdłuż kanału, lecz pobliskimi uliczkami, mając nadzieję podpatrzyć co nieco... Było jednak wyjątkowo cicho i pusto – nie wiem, czy z powodu wolnego dnia, czy chłodu... Do Dolmabahce dotarłam dopiero koło 13.00, miałam zamiar jedynie rzucić okiem – w informacji powiedziano nam, że to „złota karta” nie działa, a wstęp kosztuje, bagatela, 15 TL. Okazało się, że nawet 20... I że dla studentów (nawet bez karty, a jedynie z ISICkiem!) całą jedną lirę! Miła niespodzianka. A pałac piękny. To już trzeci pałac sułtański, tym razem całkowicie europejski. Zbudowany w XIX wieku przez czołowych europejskich (włoskich czy francuskich...) architektów, wyposażony tak, aby szokować bogactwem... I naprawdę szokuje. Wszechobecne złocenia, kryształowe poręcze i żyrandole, sala główna o rozmiarze i wyglądzie dużej, bogato zdobionej świątyni... Ekskluzywne komnaty (tym razem z zupełnie europejskim, przepięknym wyposażeniem), piękne ogrody. Ale najbardziej urzekło mnie chyba wyjście na Bosfor... Jedna z głównych sal ma położone naprzeciwko siebie dwa wyjścia: na ląd i na wodę, na cieśninę... I widać tę błękitno-turkusową wodę w ramie białej bramy... Po wyjściu z pałacu wpadłam na pomysł przejścia mostem nad Bosforem na drugą stronę i udania się już w kierunku dworca, jednak służący za informację turystyczną (naprawdę!) policjant, powiedział, że można tam poruszać się wyłącznie samochodem. Pozostało zatem nacieszenie oczu wodą i mostem z daleka i powolny spacer wzdłuż brzegu w stronę przeprawy promowej. Po drodze przypomniałam sobie, że chyba o ile mnie mój zupełnie przeciętny zmysł orientacyjny nie myli, będę przechodzić koło owego Muzeum Sztuki Współczesnej... No i mnie wciągnęło. Naprawdę. Oczywiście niektóre rzeczy nadal pozostają dla mnie śmieszne/niezrozumiałe/absurdalne, ale pomysłowość innych naprawdę podziwiam. Może nie jest to mistrzostwo wykonania, ale niejednokrotnie mistrzostwo inwencji i przekazu. Dużo było zwłaszcza filmów (szczególnie jeden z nich, streszczający w dobry sposób historię i sens noszenia czadorów przez Turczynki był dla mnie bardzo cenny, bo dużo wyjaśniający), dużo tematyki islamskiej i kobiecej. Ale też i ekologia, i demokracja (zespół krótkich filmików polskiego artysty), i niepełnosprawność (kolejny świetny film), i zupełnie indywidualne tematy... Szkoda, że czas nie pozwolił mi obejrzeć wszystkiego do końca. Prawie wybiegłam z muzeum w obawie, że nie zdążę na pociąg. Niby dużo czasu, ale jeszcze ten prom po drodze... Na szczęście złapałam jakiś w ostatniej chwili i szybko znalazłam się na dworcu. A tam – niespodzianka! Spotkana w piątek w meczecie Merve (z którą miałam spotkać się dziś rano, jednak nie przyszła) postanowiła mnie pożegnać na dworcu! Była ze swoim chłopakiem... Co prawda nie mówił po angielsku (podobno nie umiał), ale miałam wrażenie, że wszystko rozumie... Pogadaliśmy trochę, okazało się, że jej chłopak studiuje teologię islamską, uśmiechnął się tylko, gdy usłyszał, że jestem katoliczką... Merve była za to niesłychanie podekscytowana. :) Przyniosła mi też prezent! Jej mama dała go dla mnie... Naprawdę, naprawdę zaskakujący są ci ludzie... A Merve z chłopakiem są naprawdę ładną parą. :) Jeśli chodzi o podróż, to pamiętam tylko kibelek-narciarza, jakichś chłopaków bardzo mną zainteresowanych, którzy budzili mnie w nocy, bo koniecznie chcieli porozmawiać z kimś tak dziwnym (kto z zagranicy jedzie nocnym pociągiem do Konii?!), co chwila (z każdym moim przebudzeniem) zmieniający się skład przedziału i senność wszystkich pasażerów rano... A potem już Konya, w domu...