sobota, 30 marca 2013

Gorbaczow

W sobotę (Wielką), oprócz rzeczy Najważniejszej, miała miejsce jeszcze inna, bardzo interesująca - spotkanie z Michaiłem Gorbaczowem, który miał wykład na temat: "Czy człowiek zmienia historię, czy historia zmienia człowieka?". Spotkanie było organizowane przez Centrum Kina Dokumentalnego (dzięki, Asia!) w siedzibie RIA Novosti. Tydzień przed zapisy były już zamknięte, na szczęście Zuzi i mi udało się załapać.

Wykład wykładem (choć temat zapowiadał się ciekawie), chodziło oczywiście o zobaczenie na żywo legendy: jedynego prezydenta ZSRR ('88-'91), inicjatora pieriestrojki, dzięki którego rządom (według najogólniejszej wersji) coś w molochu drgnęło i zaczęło się zmieniać. To "coś" to nie byle co, bo m. in. system władzy w krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce. Choć dla Rosjan najważniejszym wydarzeniem "za Gorbaczowa" jest rzecz jasna rozpad Związku Radzieckiego, po którym władzę w kraju przejął Borys Jelcyn (sam Gorbaczow dążył do utrzymania jedności Związku).


Teraz były prezydent ma 82 lata. Wygłosił wykład i odpowiadał na pytania (w sumie ponad dwie godziny), cały czas stojąc. A opowiadał... głównie o sobie. O swojej młodości i pracy na kombajnie (za który dostał Order Czerwonego Sztandaru Pracy :-)), o studiach na MGU i działalności komsomolskiej, o karierze politycznej, o pieriestrojce. Raz było bardziej ciekawie, innym razem mniej. Jeśli chodzi o temat wykładu, to nawiązał do niego w zasadzie tylko na końcu, podsumowując dość optymistycznie: człowiek ma wpływ na historię, nie można być biernym, trzeba działać.

Dużo gorzej wypadła druga część spotkania - odpowiadanie na pytania słuchaczy. Większość była do prezydenta bardzo pozytywnie nastawiona, dało się zauważyć szacunek, którym ludzie go darzą (prawdziwy czy udawany, ale był), a jednak... Gorbaczow czuł się ciągle atakowany. Czasem nie dosłyszał, częściej jednak nie rozumiał prawidłowo pytań. Uciekał więc w opowiadanie o byle czym (to najczęściej) lub w niezbyt wyrafinowane żarty. Apogeum absurdu nastąpiło podczas wystąpienia chińskiej dziennikarki, która została poproszona przez swoją redakcję o zapytanie Gorbaczowa o stosunek do słów nowo wybranego prezydenta Chin, który po ogłoszeniu wyników wyborów zapowiedział poważne zmiany w państwie, ale zastrzegł, że "drugim Gorbaczowem nie będzie". Żartobliwo-lekceważący sposób odpowiedzi byłego prezydenta ZSRR raczej nie był na miejscu, a prowadząca spotkanie skwitowała to: "Teraz będzie się pani musiała zastanowić, jaką odpowiedź napisać". :-( Ludzie byli bardzo rozczarowani. My też. Pewnie, wszyscy rozumieją, że wiek robi swoje, ale chyba w tym wypadku zgoda na otwarte, spontaniczne dyskusje z publicznością nie jest najlepszym pomysłem.

Ale i tak byłyśmy zadowolone, że udało nam się wziąć udział w takim spotkaniu. Poza samym Gorbaczowem atrakcją było niewątpliwie miejsce wykładu: RIA Novosti to jedna z największych agencji informacyjnych w Rosji. Powstała w 1991 roku, ale tak naprawdę ma swe korzenie już w "Sovinformbiurze" powołanym do życia w 1941 r. Fajnie być w miejscu, gdzie zbierane, przetwarzane i posyłane "w Rosję" są informacje z całego świata.

czwartek, 28 marca 2013

Carycyno i Kołomienskoje

Wolny dzień, pięknej pogody ciąg dalszy - zrobiłam sobie wycieczkę do letnich rezydencji carskich: Carycyna (park i zespół pałacowy Katarzyny II wybudowany w drugiej połowie XVIII w.) i Kołomienskoje (park i zespół muzealno-architektoniczny nawiązujący do dawnej wsi i siedziby carskiej z XV w., pamiętającej ponoć Dmitra Dońskiego i Iwana III Srogiego).

Brzmi podobnie, a miejsca zupełnie inne. Carycyno to na moje niewprawne oko neogotyk na zewnątrz i barok wewnątrz (ociekające złotem sala tronowa i balowa) oraz ogród w stylu francuskim - czyli Europa. W Kołomienskoje niestety nie dotarłam do zrekonstruowanego pałacu cara Aleksieja Michajłowicza Romanowa (XVII w.), ale parkowe zalesione alejki i cerkwie odsyłają do tradycji staroruskiej. Nie będę opisywać historii, kto chce, niech szpera.

Bardzo się cieszę, że trafiłam tam w zimie. Carycyno wygląda jak z pałac Królowej Śniegu; w parku dzieci i dorośli jeżdżą/biegają na nartach, zjeżdżają na czymś z górki ("tubing") i karmią bezdomne kaczki.








Kołomienskoje wygląda na mniej sportowe, a bardziej spacerowo-refleksyjne (choć może to tylko moje wrażenie). Udało mi się znaleźć dwie cerkwie, które są chyba najpiękniejszymi zabytkami tego miejsca: XVI-wieczną cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego i XVII-wieczną cerkiew Ikony Matki Bożej Kazańskiej. Widziałam je wcześniej na zdjęciach: "cerkwie jak cerkwie" - myślałam. Źle myślałam.


Cerkiew Wniebowstąpienia, w tle: rzeka Moskwa


Cerkiew Ikony Matki Bożej Kazańskiej


Więcej zdjęć w galerii.


środa, 27 marca 2013

słońce!

Po długiej wiosenno-świątecznej przerwie wracam do pisania - posty publikuję pod datami mniej więcej odpowiadającymi opisywanym wydarzeniom. Aha! W galerii są już wszystkie zdjęcia.

Zielone skarpetki :> i wiosenne karaoke dziewczyn dało radę - mieliśmy tu przez kilka dni słońce. :-) Od środy do piątku niebo było bezchmurne, niebieściutkie, skrzył się śnieg, w powietrzu czuć było mróz, choć w słońcu można było grzać mordki. Siedząc na zajęciach koło okna (a za oknem rozświetlone jodły w czapach śniegu...), ciężko było wytrzymać od gorąca, chociaż byliśmy tylko w podkoszulkach.

Trzeba to było wykorzystać. :-) W środę po lekcjach pojechałyśmy trochę pospacerować po centrum.

Wprawdzie nie widać tego na zdjęciu, ale ta górka jest sporo wyższa ode mnie.

 Ale głównym celem była "Czarodziejka" Czajkowskiego w Teatrze Wielkim. Szczęśliwie załapałyśmy się na ostatnie studenckie bilety. I było warto - opera bardzo nam się podobała. Chociaż miałam niemałe obawy, kiedy przeczytałam, że od początku była nieprzychylnie odbierana przez publiczność (mimo, iż Czajkowski uważał ją za swoje najbardziej dopracowane dzieło). Rzecz się dzieje w XV w. w Niżnym Nowgorodzie, wśród miejscowego bojarstwa. Realia historyczne oddane są nie tylko poprzez stroje, ale też język, którym posługują się bohaterowie (archaiczne formy gramatyczne i słowa, które dawno wyszły z użycia). Bardzo udana scenografia: kilka pomostów, na których toczy się akcja, kilka łódek, a w tle - falująca Oka. Ale najważniejsza była fabuła (w recenzji, do której link zamieściłam powyżej, trafnie nazwana "szekspirowską"): namiętności, miłość, zazdrość i krew. Bez żadnych banałów i happy endów. Trzyma w napięciu. Piękna muzyka.


wtorek, 26 marca 2013

życie nocne

Do nocnych przygód będących powodem mojego chronicznego niewyspania miałam już wprawdzie nie wracać, ale wtorkowa noc przeszła samą siebie - a co tam, wiedzcie.

Zaczęło się jeszcze przed moim przyjazdem. Pokój na 9. piętrze, w którym zamieszkałyśmy, stał od jakiegoś czasu pusty, był straaasznie brudny. Dziewczyny długo go doprowadzały do stanu używalności, ja przyjechałam "na gotowe". Podczas tego doprowadzania znalazły w pokoju małe... robaczki. Ale że traktowały wszystko dużą ilością chemii, te miały się już więcej nie pojawić.

A jednak. Wyszły kilka nocy później, wprost na naszą białą pościel... Tycie takie. Ale paskudnie nieprzyjemne. No, obrzydzenie po prostu bierze. Złapałyśmy to-to pod szklankę i zaczęłyśmy się bawić w entomologów ("czyli badaczy owadzich nogów"). Na nasze oko - pluskwy. Jasny szlag. Podniosłyśmy alarm, pomimo widocznych oporów (co sprawiało wrażenie jakby takie rzeczy były tu na porządku dziennym [nocnym?]) zajęto się sprawą - przeniesiono nas na 14. piętro (łatwo się czyta, trudniej spakować wszystkie rozwalone po całym pokoju graty i przeprowadzać się w środku nocy), a w pokoju zrobiono (choć nie od razu) dezynsekcję.

14. piętro jest dużo czystsze niż 9.: odnowione, pokój bardzo ciepły... Ale za to mniejszy, a przede wszystkim: daleko nam do "naszych", większość osób, z którymi się trzymamy, mieszka na 9. Chcemy wracać. Administracja tego nie chce (podejrzewamy w tym chytrą chęć uniknięcia dezynsekcji i zakwaterowania tam kogoś innego). Po tygodniu zaczynamy się łamać: dobrze nam tam, trochę ciasno, ale człowiek czuje się przynajmniej pewnie bez tych nocnych gości...

Do czasu. We wtorek zasiedziałyśmy się z Sandrą przy kompach (ale już umyte, w łóżkach) chyba do drugiej w nocy. Pełen relaks, zaraz zbieramy się do spania... I wtedy zauważyłam, że na mojego kompa wspina się... karaluch. Padło słowo niecenzuralne. Wiele słów. Komp został przytomnie postawiony na ziemi, robal zlikwidowany. I obrzydzenie na maksa - co jak co, ale na łóżku?! Jak na zawołanie - za chwilę kolejny na ścianie. Tego już za wiele. Wcale nie zasypia się przyjemnie ze świadomością "karaluchów pod poduchą"...

Następnego dnia z rana osobiście sprawdziłyśmy efekty dezynsekcji i nie miałyśmy już żadnych wątpliwości, że wracamy. A że trochę się w tym tygodniu działo, jedyny czas na przeprowadzkę - to noc; znów kilkukrotne bieganie z betami pomiędzy piętrami, tym razem skończyłyśmy koło 2.oo. Aha - windę wyłączyli na noc (?!), trzeba było wszystko targać po schodach. Ugh.

No, to takie rzeczy się tu jeszcze dzieją poza zajęciami i zachwytami. Tym razem zdjęcia sobie daruję.

poniedziałek, 25 marca 2013

dzień jak co dzień

Powoli wpadamy w rutynę. Rano zajęcia - pierwszy raz mieliśmy "krajoznawstwo", a raczej realioznawstwo (zaczęło się dokładnie tak samo jak nasze zajęcia na II roku: flaga, hymn, herb, władza) i składnię (póki co wyglądało to bardziej jak gramatyka opisowa; problem w tym, że chyba nigdy nie spotkałam bardziej niemrawego i mówiącego bardziej monotonnym głosem nauczyciela - ratunku!). Za to Elena Pietrowna jak zwykle w formie. Anna-Maria wspomniała, że była ostatnio w "Cyferblacie" - knajpie, gdzie nie płaci się za jedzenie i picie (kawa, herbata, ciasteczka są za darmo), ale za "przesiedziany" czas (i to niedrogo! - 2 ruble, tj. 22 grosze, za minutę).
  • [A-M] Można też przynieść swoje jedzenie.
  • [E. P.] I alkohol też?
  • [A-M] Nie, alkohol jest zabroniony.
  • [E. P.] Do diabła. Ale sprite'a można. My z koleżanką zawsze bierzemy sprite'a.
Takie tam urocze żarciki starszej pani. Wesoło, ale ciągle to samo - nikły z tego pożytek. Chociaż później zrobiła nam test i to było super, bo test był trudny. A może nawet nie tyle trudny, co opierający się na niuansach językowych w języku mówionym, w codziennych sytuacjach. Zła jestem na siebie okropnie, bo to materiał, który robimy od drugiego semestru drugiego roku (głównie krótka i pełna forma przymiotników i różnice w znaczeniach tych samych słów poprzedzonych różnymi prefiksami) - wiem, że było, ale zupełnie nie pamiętam, jak powinno być poprawnie. :-( Надо заниматься.

Potem gotowanie, pranie. Kuchnie mamy tu paskudne, ale to głównie za sprawą studentów, którzy nie tylko po sobie nie sprzątają, ale zostawiają pomieszczenia w takim stanie, że można by pomyśleć, że specjalnie brudzą (nie wspominając o odrzucającym zapachu). Za to system pralni całkiem przyjazny - nowe pralki i całkiem sprawny przepływ ludzi (a może po prostu miałyśmy szczęście i trafiłyśmy tam w dobrym czasie).

Wieczorem miał być "szejping" - tzn. шейпинг, tzn. shaping, tzn. ćwiczenia na kształtowanie sylwetki. I był, ale okazało się, że salka do ćwiczeń jest malutka, w dodatku połowę zajmuje siłownia, na której pakują faceci, na maty pozostaje niewiele miejsca, może dla dziesięciu osób. Nie należałyśmy do grona szczęśliwców. No nic, jutro spróbujemy przyjść wcześniej na "aerobikę". Za to udało się dorwać wolny stół i pograć w ping-ponga. :-)

No i tyle. :-) Wygląda na to, że tak to się mniej więcej będzie toczyć każdego dnia.

niedziela, 24 marca 2013

zimno :-(

Paskudnie się zrobiło. Mróz i śnieżna zawierucha. Zabunkrowałyśmy się na weekend w akademiku, o.
Przynajmniej odpisałam na maile i skończyłam oglądać "Annę German". :>

Dzisiejsza wyprawa do kościoła zamieniła się w wyprawę na Biegun Północny - przedzieranie się przez osiedle, na którym zaspy śniegu są wyższe niż samochody, a schody już więcej nie są schodami tylko równią pochyłą... Mroźny wiatr w oczy, suchy śnieg w oczy. Grr.
Byle do wiosny. Byle do Świąt.

Trochę ciepła na koniec:


sobota, 23 marca 2013

Sirin

Kiedy byłem młody, nie znałem smutku.
Kiedy zacząłem dorastać, przyszedł smutek.
Gdziekolwiek nie pójdę, znajdę nieszczęście,
U kogo mam szukać rady - nikt nie ma prawdy.
Porzucę ten świat - pójdę do monastyru,
Tam zbuduję nową celę,
Nową celę z trzema okienkami.
Popatrzę przez pierwsze na rzekę Dunaj.
Popatrzę przez drugie - rozraduję się.
Popatrzę przez trzecie - zaniosę się płaczem.




I jeszcze:


Duszo moja grzeszna, czemu nie płaczesz?
Płacz, duszo, łkaj, tym się pocieszysz.
Nie zdążysz płakać wtedy,
kiedy przyjdzie śmierć.
A po śmierci grzechy twoje potępią cię.
Zrzuć strój grzeszny w skrusze.
Jeśli nie zrzucisz swych grzechów - nie ominiesz Piekła.
Cierpiący noszą wieńce na swoich głowach,
Oni śpiewają pieśni - archanielskie: Alleluja.


Nie mogę się oderwać. 
Dzięki, Maniak!

piątek, 22 marca 2013

z lodowiska do opery

Ha, co to był za dzień! :D Po nocnych przygodach (o których może jeszcze opowiem, a może nie), ciężko było zwlec się z łóżka na zajęcia (zwłaszcza, że wciąż jeszcze czujemy zmianę czasu, a więc według naszych zegarów biologicznych lekcje zaczynają się o... 6.30). Zgodnie z przewidywaniami pan od języko- krajoznawstwa nie dotarł i po dwudziestu minutach pozwolono nam wrócić do pokojów. Co prawda powinnam iść jeszcze na te drugie zajęcia, bo nie byłam na nich w środę, ale... tak cudnie słońce świeciło. :-) A mnie się bardzo chciało na łyżwy. 


Celem nr 1 był Park Gorkiego, gdzie ponoć można sobie jeździć wprost po zalanych alejkach parku. Ale sprawdziłam – lodowisko zamknęli tydzień temu. :-( Z ciekawszych miejsc pozostawały dwa: Sokolniki (ponoć także lodowisko w parku, o niepowtarzalnym klimacie) i... Patriarsze Prudy, czyli stawik, gdzie pewnego razu zjawił się Profesor Czarnej Magii... :-) Sokolniki były jednak pewniejsze, więc uderzyłam tam – na drugą stronę Moskwy. 50 minut jazdy metrem i jest: duże lodowisko, mało ludzi, mróz, pełne słońce i całkiem miła muzyka w tle. Super. Szkoda tylko, że alejki już suche, została tylko tafla. Ale za bardzo się już nastawiłam, żeby rezygnować. O raju, nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam łyżwy na nogach! Z początku było ciężko, ale potem całkiem nieźle. :-) Niektórzy tutaj śmigają przepięknie: panowie wykonują jakieś podskoki i przeplatanki niczym z konkursów, a jedna starsza pani... tańczyła (!) z taką gracją, że ciężko było oczy oderwać.



Dalsze plany były dość luźne. Chciałam powłóczyć się po centrum (Arbat, Cerkiew Chrystusa Zbawiciela), ale najpierw sprawdzić w Teatrze Wielkim pogłoski o biletach studenckich za dychę (100 rubli – 11 złotych). I są. :-) Co prawda tylko do Wielkiego, czyli na opery i balet, spektakle teatralne w Małym płatne normalnie. Ale to i tak COŚ! Właśnie przed drzwiami ustawiała się kolejka studentek, więc dołączyłam. I w ten oto sposób półtora godzinki później siedziałam na balkonie na szóstym piętrze Teatru Wielkiego. 



Szczerze – nawet gdyby nic nie grali, to i tak byłabym zachwycona (opera miała zresztą trwać ponad cztery godziny, więc nastawiałam się na wyjście w połowie). To miejsce serio zapiera dech w piersiach. Wielkie (6 pięter!), purpurowo-złote, z rzeźbionymi dwugłowymi orłami, potężnym żyrandolem... Pełna sala (a przecież naprawdę jest tu „trochę” miejsc!). Nie wiem, może mi się tylko wydaje, ale mam wrażenie, że tutaj chodzenie do teatru jest jakoś bardziej naturalne niż u nas. Nie ma takiej... atmosfery odświętności jak na dobrej sztuce w Krakowie; niektórzy elegancko ubrani swobodnie paradują sobie z teatralnymi lornetkami na szyi, inni ubrani zupełnie normalnie (uff) zachowują się nie mniej swobodnie. Ale może to tylko moje wrażenie.




Aha, a oglądałam Kawalera Róży z muzyką Straussa. I to do końca. :-) Na szczęście libretto niemieckie, więc u góry wyświetlano napisy; gdyby śpiewali po rosyjsku zapewne bym nie rozumiała (nawet po polsku nie rozumiem, co śpiewają w operze). Oczywiście studenckie miejsca są najmniej wygodne – na ostatnim piętrze i z boku, więc żeby cokolwiek widzieć, trzeba stać. Ale i to miało swój urok – oglądanie spektaklu z tej wysokości i prawie znad sceny, podczas gdy z drugiej strony rozciąga się widok na całą salę... Wow, wow, wow. Jeszcze tam wrócę. :-)



(Zresztą po przejrzeniu repertuaru Teatru Małego i innego teatru, o którym powiedziała mi siedząca po sąsiedzku Rosjanka, przestaję się dziwić, że Moskwianie chodzą do teatru – oni po prostu mają na co. Jest tu tyle dobrej klasyki, że aż ciężko się zdecydować.)


czwartek, 21 marca 2013

zza szyby

No i doczekaliśmy się wycieczki. :-) Heh, znowu się tu czuję jak na kolonii, względnie zielonej szkole („znowu”, bo to samo uczucie towarzyszyło mi i chyba wielu osobom w Konyi) – generalne odprężenie, koledzy mieszkający drzwi w drzwi, zwiedzanie. ;-) Tyle że teraz więcej nam wolno. :> Dobra, dobra, co prawda jeszcze nie zaczęłam, ale jednak zamierzam się tu też uczyć.

Ale miało być o wycieczce. Zgonili nas do autokaru i obwieźli po Moskwie. :P Wszystko OK, nawet miło z ich strony, szkoda tylko, że szyby były tak brudne, że mało co było widać. :-( Ale za to mogliśmy usłyszeć, co mijamy, dzięki miłym rosyjskim studentkom, które chyba w ramach praktyk zamieniły się w nasze przewodniczki. No więc pojechaliśmy najpierw do MGU (Moskovskij Gosudarstvennyj Universitet – olbrzym, jedna ze stalinowskich „wysotek”, na wzór których zbudowano Pałac Kultury) – fajnie, zwłaszcza, że równo dwa tygodnie temu przygotowywałam na jego temat referat na zajęcia w Polsce. :-) Gorzej, że nie zatrzymaliśmy się pod samym budynkiem, tylko na punkcie widokowym. Trzeba będzie kiedyś spróbować dostać się do środka.

Potem podjechaliśmy pod Klasztor Nowodziewiczy, w którym swego czasu lądowały wszystkie niewygodne siostry/żony/matki carów. I też nie weszliśmy do środka. :-( Ale widok z zewnątrz całkiem malowniczy.


Później Pokłonna Góra i Park Zwycięstwa (na pamiątkę Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i pokonania faszystów) – obelisk z Nike, św. Jerzy ze smokiem (motywy antyczne/staroruskie, ale budowle postawione w latach 90. - nie lubię takiego współczesnego uzurpowaniem "dawności"). Znów nie mamy czasu, żeby wejść do muzeum. :-(


No i na koniec – Plac Czarwony. :D Podjechaliśmy autokarem prawie pod Muzeum Historyczne – a ja już na poważnie myślałam, że ze względu na osławione moskiewskie korki poruszanie się samochodem po centrum jest niemożliwe. Tutaj urwałyśmy się z dziewczynami, żeby się rozgrzać i coś zjeść. Na obiedzie wylądowałyśmy w... GUMie. :D Głavnyj Universalnyj Magazin to nie jest miejsce, gdzie przeciętni ludzie robią zakupy ;-) , ale okazało się, że otworzyli tu restaurację (zdaje się, że jakąś sieciówkę) z całkiem przystępnymi cenami, porównywalnymi do tych „na mieście”. Chcąc „nowego i rosyjskiego” zamówiłam uchę (zupę rybną) i jakiś pierożek, i szybko tego pożałowałam. Zupa rybna to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. :-( Chyba podobnie jak większość rosyjskiej kuchni...



Dziewczyny poszły zobaczyć cerkiew Wasyla Błogosławionego od środka, a ja zrobiłam sobie spacerek po Placu: pomimo siarczystego mrozu lodowisko już rozbierali, nici z moich łyżew pod murami Kremla. :-(
Poza tym remontują domek Leninowi, cały pod białym namiotem.

z lewej: mury Kremla, Lenin pod namiotem, w centrum: Muzeum Historyczne,
całkiem po prawej: czerwone wieżyczki usuwanego lodowiska

Zmarzłyśmy porządnie, więc mimo wcześniejszych planów wycieczki na Arbat, postanowiłyśmy wracać. W drodze powrotnej, już na Bieliajewie, zrobiłyśmy jeszcze zakupy w Auchan (Ашан :-)), a ja na jakiś czas przepadłam w księgarni - lekturką wyjazdu będzie "Idiota".

środa, 20 marca 2013

szkoła


 Wczoraj ruszyły zajęcia. Oj, całkiem sporo tego. Trzeba zrobić 12 godzin (takich 1,5-godzinnych) tygodniowo; to więcej niż w tym semestrze na UJocie. :-( Rozkłada nam się to na 4 zajęcia w poniedziałek, 4 we wtorek, 2 w środę i 2 w piątek, a czwartek to „ekskursionnyj den'”, czyli wolne. :-) Ale już kombinuję nad przeniesieniem jednych zajęć z piątku na środę; te drugie piątkowe ponoć rzadko się w ogóle odbywają, więc przy dobrych wiatrach będzie cztery dni wolnego pod rząd... :-)
A wyglądałoby to tak:

poniedziałek:
9.30 PNJR
11.10 krajoznawstwo (?)
(40-min. przerwa obiadowa)
13.20 składnia (?)
15.00 PNJR

wtorek:
9.30 PNJR
11.10 słuchanie
13.20 fonetyka
15.00 język biznesu

środa: 
9.30 zajęcia językowo-muzyczne (??)
11.10 literatura XX wieku
13.20 literatura XX wieku

piątek:
9.30 języko-krajoznawstwo (??)

Póki co nasze serca absolutnie podbiła pani od PNJRu, Elena Pietrowna. Starsza, elegancka pani z dużym poczuciem humoru i fenomenalnymi umiejętnościami aktorskimi. :-)
  • Na najbliższe trzy miesiące zapamiętajcie sobie Państwo dwie rzeczy:
    1. uwielbiacie koty
    [cała sala oblepiona jest plakatami z kotami...]; 2. nie lubicie Putina.
:-) Później coś jej się jeszcze na temat Putina wyrwało, teatralnym gestem zasłoniła sobie usta – i zaczęła rozpaczać, że ją zamkną. Boki zrywać.

Innym razem:
  • Kto zna najlepsze lekarstwo na depresję?
  • Szokoład? (ktoś z sali niepewnie)
  • Nie, ale też na „sz”. Szopping.
PNJR zapowiada się więc bardzo miło, choć niekoniecznie bardzo rozwijająco.
Słuchanie prowadzi sympatyczna, młoda Rosjanka. :-) Pierwsze zajęcia były łatwe, zobaczymy, co dalej.
Język biznesu – pani w średnim wieku, bardzo konkretna, narzuca tempo (skąd my to znamy? :-)). Wygląda na to, że dokładnie według schematu, co u nas – pierwsze tematy się po prostu powtarzają.
Fonetyka to jakaś totalna porażka. Zajęcia w takiej specjalnej sali z słuchawkami i... kasetami magnetofonowymi w odtwarzaczach. Pani o zupełnie niezachęcającej do czegokolwiek powierzchowności (sad, but true :-( ) i dość czepialska. O ile większość chwali nasz poziom języka, ona nie może zrozumieć, że nie potrafimy na zawołanie wymyślić słów o odpowiedniej ilości sylab i odpowiednim rozkładzie akcentów...
Literatura zapowiada się najbardziej profesjonalnie, choć niestety będzie się skupiać głównie na pierwszej połowie XX wieku. Wygląda na to, że trzeba będzie nad nią trochę popracować. Za to pani pięknie recytuje z pamięci poezję...

Na trzecim roku jest nas najmniej – siedmioro. Paweł i Anna-Maria ode mnie z piętra (niepozorna a szalona, w zeszłym roku była na wymianie w Irkucku :-)), Basia (której babcia myśli, że studiuje anglistykę i jest na stypendium w Londynie), Patrycja (która gra w żeńskiej drużynie w nogę), Alicja i... Lili z Belgii (nie ma swojej belgijskiej grupy, a ładnie mówi po rosyjsku, więc dali ją do Polaków). Ale sami mamy tylko zajęcia praktyczne, natomiast wykłady z licznym drugim rokiem – też bardzo fajnym. :-)

No dobra, tyle na dzisiaj. A jutro – wycieczka po Moskwie. Zdaje się, że taka autokarowa, dla całej polskiej grupy. Będzie śmiesznie. ;-) Ale cieszę się, bo od przyjazdu w niedzielę w nocy, dopiero dzisiaj wyściubiłam nos za Instytut... O wizycie w centrum nawet nie wspominając.

legitymacja :-)

poniedziałek, 18 marca 2013

Akademika Wołgina 6

z okna. szaro.
 
No więc tak: przyjechałam uczyć się rosyjskiego do Instytutu Puszkina, który jest całkiem sporą, zdaje się, że samodzielną szkołą wyższą, specjalizującą się w nauczaniu języka rosyjskiego obcokrajowców (od Dalekiego Wschodu po Zachodnią Europę, włączając Afrykę; na pewno jest sporo osób z z Chin, Birmy i Wietnamu, koło nas mieszka trzech gości z Ghany, z Europy najwięcej jest Niemców). Ojczystą literaturę i język zgłębia tu też trochę Rosjan.

Instytut jest spory nie tylko jako instytucja naukowa, ale też jako budynek – nie orientuję się jeszcze najlepiej w strukturze tego molocha, ale to chyba jeden wielki blok posiadający dwa skrzydła: w jednym są sale zajęciowe, aule, sekretariaty etc., a w drugim – akademik (bodajże 14 pięter). Tym oto sposobem nie trzeba wychodzić na zewnątrz, żeby pójść sobie prosto z pokoju na zajęcia czy do pani dziekan. A biorąc pod uwagę fakt, że w budynku jest bankomat, sklep, sala do ćwiczeń... można by się stąd w ogóle nie ruszać przez jakiś czas i całkiem wygodnie żyć.

Jest tu jakoś tak... sowiecko. :> Jak ze starych filmów. Niby fajnie, ale nie wtedy, gdy się mieszka w dość obskurnym pokoju z takąż łazienką... Za to lśniące parkiety na korytarzach, zielone, wypucowane tablice w salach i... wykładowcy i pracownicy tego miejsca tworzą bardzo fajny klimat. Oczywiście nie wszyscy pracownicy, ale te uszminkowane panie w sekretariatach, etażowe (takie „piętrowe”-szefowe) w fartuszkach i starsi wysuszeni panowie-inteligenci w krawatach i okularach mnie totalnie rozbrajają. :-)

Dziś od rana było bieganie za dopełnianiem formalności: spotkanie organizacyjne w sprawie przedmiotów (a te już od jutra, tj. od wtorku), spotkanie organizacyjne w sprawie zameldowania, legitymacji, zasad zachowania się w akademiku, zasad poruszania się po Moskwie itd. itp. W międzyczasie gonienie gdzieś z paszportem, z opłatą za akademik, z komputerem – żeby podłączyli Internet, szukanie etażowej w różnych ważnych celach. Takie tam. :-) Przez cały dzień.



Przynajmniej była okazja, żeby wszystkich poznać. Wszystkich tj. Polaków, którzy przyjechali na letni semestr, bo system organizacyjny jest tutaj „narodowościowy” - nauka według nacji, wspólne spotkania informacyjne etc. Jest nas tu więc około 50 osób – od Gdańska do Krakowa i od Białegostoku po Zieloną Górę. W większości lata II-IV, czyli roczniki '92-'90. Wygląda na to, że bardzo fajna, otwarta i wesoła grupa, pozytywne dzieciaki. :-) Rzecz jasna wszystkich nie poznałam, ale z kilkoma osobami zdążyłam się zgadać na spotkaniach organizacyjnych, z innymi robiliśmy popołudniu naleśniki (integrując się przy okazji z Azjatami i Rosjankami) i wcinaliśmy je w ośmioosobowym (!) pokoju, zwierzając się z intymnej kwestii „dlaczego rosyjski?”. Megafajnie. Jak się okazało, większość znalazła się już gdzieś w necie przed wyjazdem, założyła grupę na fejsie i rozpoczęła intensywną integrację. Dobrze się zapowiada.



niedziela, 17 marca 2013

płackartnyj

Dostałam przydział na górną półkę, więc większość drogi przespałam. A jak nie spałam, to pisałam dwa wcześniejsze posty. :-) Potem był ogólnowagonowy czas na obiad, a że nie mogłam znaleźć do jedzenia nic oprócz kanapek,to sąsiadka z bocznej półki ugościła mnie herbatą. :-)
Moskwianka, spędzała urlop w sanatorium (ponoć bardzo znanym) w... Truskawcu (Truskawecu?) koło polskiej granicy! Nie miałam pojęcia o takiej miejscowości. :-( Miała wracać tym samym porannym pociągiem co ja, ale piątkowa śnieżyca uniemożliwiła jej powrót do Lwowa – pokazywała zdjęcia, opowiadała z przejęciem...
Nie może być. :-)

Kiedy przekroczyliśmy granicę, nagle zrobiło się późno (dwie godziny do przodu, w stosunku do Polski - już trzy), 17.oo. Aha! Na granicy gładziutko – zaproszenie z Ministerstwa Nauki to chyba jest coś. :-) Nawet podejrzliwość odnośnie ilości bagażu na niewielką diewuszkę znikła.
Jednak ogólne zainteresowanie (i uśmiech na twarzach) wzbudziłam w momencie przeciskania się do drzwi - rzecz jasna ze względu na poziom obładowania (plecor, plecak, torba), pani z Truskawca musiała to uwiecznić na zdjęciu, eh.

Na szczęście pociąg przyjechał na czas - przed północą. O 1.oo zamykają metro, więc istniało pewne prawdopodobieństwo nocki na dworcu. No ale udało się wszystko znaleźć, na wszystko zdążyć i dojechać na nasze Bieliajevo. Ze stacji mamy ponoć jeszcze 20 minut marszu do akademika, ale już tego nie sprawdzałam, tylko podjechałam pod instytut bombiłką (nieoficjalną taksówką) z miłym młodym kierowcą Borią (wyglądał mi na zmęczonego emigranta z Południa :-( ). O, tu mieszkamy:



Na miejscu panowie portierzy powitali mnie słowami: A szto, wy s gor soszli?!  :-)
Okazało się, że zarejestrowanie się w akademiku o 1.oo w nocy nie stanowi większego problemu (a jednak Moskwa nie śpi :-) - tzn. pani z recepcji spała, ale się obudziła i wypisała mi wszystkie dokumenty). Zamieszkałam z Sandrą od nas - z Krakowa, poznałam pozostałe dziewczyny i... umyłam się. :-)
Reszta jutro.

sobota, 16 marca 2013

*&^%$#@!

… czyli dlaczego Karolina zwiedzała zimowy Lwów, zamiast jechać do Moskwy

Na peronie znaleźliśmy właściwy wagon, do odjazdu było jeszcze prawie pół godziny, więc postaliśmy na peronie, pogadaliśmy. No ale dobra, trzeba się ładować. Daję prawadnicy bilet – tj. internetowy wydruk biletu z danymi, potwierdzeniem zapłaty, kodem; wszystko jak przy odprawie on-line na samolot. A ona zdziwiona – pierwszy raz widzi coś takiego. Tłumaczymy więc, o co chodzi, że przez Internet itd. Ale nie, trzeba iść odebrać bilet w kasie. Pokazuję, że jest napisane, że nie trzeba odbierać w kasie, że to jest mój bilet. Nie i nie – nie wpuści.
Dziesięć minut do odjazdu, ja zostaję z bagażami, Bogdan leci z moim biletem do kasy. Przybiega siedem minut później – wciąż z tą samą kartką, w kasie nie chcą wydać biletu, prawadnica musi mnie wpuścić do pociągu. Nie – idźcie do naczelnego na początek pociągu. Biegniemy. Ten patrzy, czyta. Też widzi coś takiego pierwszy raz. Ale to nie jest bilet, to nawet nie jest wydruk z kolei ukraińskich (pociąg ukraiński...), ale rosyjskich, dla niego to żaden dokument. Odjeżdżają, nie wpuszczają.
Nie wiem, czy bardziej mi smutno, czy bardziej jestem wściekła. Bogdan pyta, czy już kiedyś na czymś takim jeździłam. No tak... w Norwegii. Patrzy na mnie jak na wariatkę i tłumaczy, że Ukraina to nie Norwegia. Przecież wiem, do cholery, ale to zeszłoroczne euro, ta możliwość zakupu biletu przez Internet, myślałam, że coś się zmieniło. Kupujemy w kasie jeszcze jeden bilet, na szczęście są ostatnie dwa miejsca na pociąg dzisiaj o północy. Wracamy do domu, będę próbować jakoś połączyć się z dziewczynami w Moskwie, żeby zadzwoniły na rosyjską kolej, powiedziały o całej sprawie, żebym miała jakąś podstawę do zwrotu kosztów biletu; z Ukrainy takie połączenie byłoby strasznie drogie.
W domu, po śniadaniu, decyduję się jednak najpierw sprawdzić w Internecie (w kafejce na mieście), co napisali na temat zwrotu; pamiętam, że coś takiego było.
No i było: bilet można zwrócić najpóźniej dwie godziny PRZED odjazdem pociągu, ale, co gorsze, okazało się, że nawet na tym moim wydruku było napisane (na dole małymi literami - nie doczytałam...), że bilet można odebrać tylko na terytorium Federacji Rosyjskiej. Ale jak to, przecież u góry wyraźnie napisali, że „odbierać biletu na stacji wyjazdu nie trzeba...”.
  • Karolina, tu jest napisane: "Poluchit' bilet na stancii otpravlenija niel'za" – to znaczy „nie można”, a nie „nie trzeba”...

To była moja najbardziej bolesna i najdroższa porażka językowa w życiu. Kasa, rzecz jasna, przepadła. Byłam na siebie tak „zła” (doceńcie eufemizm), że brak słów. Cały dzień z paskudną świadomością własnej głupoty.

Ale na szczęście dzień był słoneczny, piękny, niezbyt duży mróz, cały Lwów przysypany śniegiem, bajkowo. Wymarzona pora na zwiedzanie. Byłyśmy tu wprawdzie z Asią i Martą dwa lata temu, ale w jeden wieczór zobaczyłyśmy tylko rynek i kilka miłych knajp; jedyny raz "porządnie" zwiedzałam Lwów z Mamą jakieś osiem lat temu, najwyższy czas na powtórkę.

Bogdan miał przygotowywać dziś buty, bo jutro chyba będzie ruszał z powrotem do Polski, ale postanowił sobie zrobić wolne. Połaziliśmy po uliczkach, po kościołach, bez konkretnego planu.
  • Tutaj mój kolega był w zakonie, ale po dziesięciu latach wystąpił...
  • Ten kościół restaurował mój kolega, byłem na rusztowaniach pod sklepieniem...
  • Tutaj był mój drugi dom – tu była taka fajna knajpa...

Wspomnienie o „drugim domu” pojawiło się kilka razy, nie potrzebowałam już pytać o szczegóły. Ale były też inne...
  • Tutaj mieszkał mój kolega.
  • A co się z nim teraz dzieje?
  • Nie żyje. Pił.

Jak wróciliśmy do domu na obiad, pokazywał mi album ze zdjęciami. Najwięcej zdjęć „z kolegami”, zazwyczaj z jakiejś roboty z Polsce, ale też z różnych imprez w domu, z wycieczki na Krym z kumplem Mirkiem z Jarosławia. Przy tych zdjęciach „nie żyje” pojawiało się najczęściej.
W ogóle Bogdan ma dużo znajomych – od pijaków-żebraków (zwłaszcza w Polsce, w Jarosławiu), po lekarzy, ludzi robiących złote interesy na allegro i restauratorów starych mebli wartych kilkadziesiąt tysięcy złotych (sam uczył się przez jakiś czas rzeźbienia w drewnie). No i oczywiście dużo (byłych) kobiet, z którymi wciąż utrzymuje przyjazne kontakty. Do jednej takiej, która wybrała jednak jego kumpla i mieszkają razem w Niemczech, planuje się wkrótce wybrać, więc pomagałam mu znaleźć w necie połączenie z południa Polski do Norymbergii.

Popołudniu znowu poszliśmy na miasto, tym razem z aparatem (żałuję, że nie wzięłam go wcześniej, rano było dużo lepsze światło). Weszliśmy na wieżę ratuszową, bardzo fajny widok na miasto. Lwów jest jednak ładniejszy niż Kraków, na górze tylko się to potwierdziło. Centrum jest mniej szczelnie zabudowane, przede wszystkim jest dużo mniej wysokich i nijakich powojennych kamienic, dużo mniej plomb, nie wspominając już o blokowiskach (te na obrzeżach są słabo widoczne) i nowoczesnych budynkach. W ogóle kamienice są jakieś mniejsze, ładniejsze. No i naprawdę dużo się odnawia, nie tylko w centrum. Bogdan pokazuje kilka budynków i pyta mnie o ich wiek. Oczywiste, że XIX. A nie – mają po 3, 4, 5 lat. Często stare kamienice są w tak złym stanie, że bardziej się opłaca całkiem je rozebrać i wybudować na nowo – ale muszą być dokładnie zrekonstruowane, takie jest prawo.



Gdy zeszliśmy, na placu koło Szewczenki zebrało się już dużo ludzi. Miał być wiec/demonstracja partii opozycyjnych – Vo Batkivszczyna Julii Tymoszenko i Udaru Kliczki (ponoć on sam też miał przyjechać); była też jakaś partia neofaszystowska, zobaczyliśmy jeszcze flagi (bardzo) skrajnie prawicowej Swobody, Europejskiej Partii Ukrainy i Partii Internetowej. :-) Naprawdę sporo ich się zebrało, występujący mówili z dużą energią i przekonaniem. I chyba dobrze mówili, chociaż nie rozumiałam zbyt wiele (tylko coś o tym, że trzeba odsunąć Janukowycza od władzy, że najbardziej jest nam potrzebne, aby mówić głośno prawdę). Widać, że do ludzi to trafiało. A byli bardzo różni – sporo „starszej młodzieży” (lub „młodszych dorosłych”), słowem takich koło trzydziestki, ale było też dużo starszych osób.

z flagą partii nacjonalistycznej


W jednym kościele trafiliśmy na Mszę greckokatolicką, zostaliśmy chwilę. W ogóle dopiero teraz zauważyłam kościelną paradoksalność Lwowa. Przeważają tu grekokatolicy i takież kościoły, jednak wyglądają one bardzo różnie. Do tej pory wydawało mi się, że kościół greckokatolicki wygląda tak, jak prawosławny – ikony, ikonostas, carskie wrota, mało ławek itd. Jednak już jedna cerkiew odwiedzana wcześniej (ta, którą restaurował kolega Bogdana) była całkowicie w stylu zachodnim (obrazy, freski), w dodatku barokowym. Podobnie tutaj – choć wszystko jeszcze nie odnowione, a kościół dość ciemny i mniej bogaty. Rzucił mi się w oczy brak ikonostasu, kapłan cały czas „na widoku”, nie wiedziałam, że tak można (swoją drogą to ciekawe, czy Przemienienie "podpada pod prawa" bardziej teologii czy bardziej liturgii... ktoś mi to wyjaśni?). No i te krzesełka poukładane w równe rządki, a ludzie i tak prawie cały czas stoją przed nimi. :-)

malowidło w kościele ormiańskim

A do tych wszystkich liturgiczno-dekoracyjnych rozważań popchnął mnie... siedmioramienny świecznik (menora?) stojący w centralnym punkcie ołtarza, przed którym kapłan odprawiał mszę. Podejrzewam, że był tylko elementem wystroju. A może nie?

Żeby nie przedłużać przydługiego postu: poszliśmy jeszcze na polską Mszę katolicką, a po niej szybko wróciliśmy do domu. Zrobił się spory mróz, straaasznie zimno.
Przed 22.oo zebraliśmy bety i poszliśmy na pociąg, przed północą wsiadłam. Uff.

piątek, 15 marca 2013

Syberiada polsko-ukraińska

… czyli jak Karolina wylądowała w łóżku z pięćdziesięcioletnim ukraińskim przemytnikiem.

Nie jestem pewna, czy powinnam pisać na blogu takie rzeczy, ale co mi tam.
Miało być bezproblemowo. Sprawdzonym szlakiem przez Lwów. Ale że będą problemy, było oczywiste już w pociągu do Przemyśla (w piątek), kiedy za oknem szalała biała zawierucha, drogi zasypane, samochody grzęzną w śniegu.
Ale najpierw była jeszcze miła nieplanowana wizyta u Doroty, Karoliny i Rafała, którzy odwieźli mnie do Medyki. Sunęliśmy sobie przez biały krajobraz z prędkością 20 km/h zastanawiając się, czy jedziemy jeszcze po drodze.
  • Chyba tak, bo kukurydza jest tam.

Potem polsko-ukraiński kordon – labirynt pieszego przejścia, którego nikt nie odśnieżył – śniegu po kolana, ludzi zaledwie kilkoro. Bardzo wtedy byłam wdzięczna losowi, że jednak nie wzięłam walizki na kółkach. Gość przede mną wziął, więc przez chwilę odśnieżał nią drogę, a jak go wyprzedziłam, trzeba było brnąć (z plecorem na plecach, plecakiem na brzuchu i torbą na ramieniu) w śniegu po kolana.
Ale gorzej dopiero miało być. Dotuptałam wreszcie do przystanku marszrutek, tam co prawda stały trzy autobusiki, ale puste i jakieś zamarznięte, okazało się, że do Lwowa (80 km) nic nie jedzie, trasa nieprzejezdna. Fantastycznie. Wróciłam do głównej drogi, gdzie zebrało się już trochę ludzi, którzy też zostali w d***. Ponoć na granicy stał jakiś autobus, który miał jechać z Polski do Lwowa... Czekaliśmy – na autobus, na okazję, na cokolwiek. Przy okazji zgadałam się z jakimś gościem, Bogdanem (Bohdanem :-)), który był najbardziej rozmowny ze wszystkich i chyba wziął sobie za punkt honoru nie zostawić biednego dziewczęcia bez pomocy. Uff. Potem okazało się, że Bogdan jest przemytnikiem, tzn. handlarzem; rozmawialiśmy po rosyjsku (tzn. ja po rosyjsku, on bardziej po ukraińsku). Po jakichś dwóch godzinach daremnego czekania poszliśmy kawałek dalej, gdzie ponoć miała być jakaś stacja, gdzie ponoć mogły stać marszrutki (nie bardzo w to wierzyliśmy, bo jeśli tak, to czemu nie podjechały po ludzi na przejście...). Ale okazało się, że była i stacja, i marszrutka do Lwowa. Jeszcze poczekaliśmy, aż się zapełni i w drogę.W międzyczasie zrobiło się ciemno.
Po drodze Bogdan zapytał mnie, co teraz. No, trzeba znaleźć hostel, pociąg jutro rano. Mówi, że hostel daleko od dworca, a on mieszka obok, więc mogę przenocować. A mówi do mnie... po polsku. Jasne, zaciąga, ale poza tym wysławia się zupełnie poprawnie i swobodnie! O co chodzi...? Unika odpowiedzi, tylko: „Polska to moja druga ojczyzna”.
  • Boisz się? Też bym się bał.
  • A nie zrobisz mi nic złego? (serio, tak zapytałam)
  • Nie. Tylko jak będziesz chciała.

No to wszystko jasne. Tzn. prawie wszystko. Jasne intencje, pozostaje tylko pewne ryzyko co do słowności. Hm, no nie, jednak dziękuję za pomoc, poradzę sobie. Zaproponował jeszcze raz, gdy wysiadał; wtedy było już wiadomo, że znalezienie hostelu nie będzie łatwe – dochodziła 22.oo, samochody stoją na ulicach, bo co chwilę ktoś grzęźnie w śniegu, trzeba wyciągać, pchać. Ale nie, dziękuję. Powiedział, że przyjdzie za chwilę na dworzec, to mi pomoże z tym hostelem. OK. Zanim dojechaliśmy na dworzec (może ze dwa kilometry w pół godziny), wiedziałam, że chyba trzeba będzie zmienić zdanie. Nawet nie ze względu na szukanie dzisiaj noclegu, ale ze względu na to, że jutro mam pociąg przed ósmą, a prawdopodobieństwo, że dostanę się do dworca marszrutką albo tramwajem jest niewielkie. Najbezpieczniej byłoby wprawdzie spędzić noc na dworcu, ale strasznie mi się nie chciało po takim dniu.
No to poszliśmy. Mieszkanko małe, ale całkiem ładne. Posiedzieliśmy w kuchni, pogadaliśmy. Bogdan handluje butami. Kupuje w Polsce za kilka- kilkanaście złotych używane buty importowane z Zachodu (dobrych firm i w dobrym stanie), przenosi przez granicę w plecaku i w workach (wtedy go właśnie poznałam), u siebie w mieszkaniu doprowadza do jeszcze lepszego stanu i sprzedaje (już raczej nie na bazarze, bo wyrobił sobie stałych odbiorców, którzy od niego odbierają po kilka par i sprzedają dalej) za kilkadziesiąt złotych. Ale buty to od jakiegoś czasu, no i „dopóki idzie”. Wcześniej oczywiście były papierosy i alkohol, bo się niesamowicie opłacało (podawał liczby, faktycznie imponujące), ale teraz już się tak nie opłaca, no i przez granicę już się tak łatwo nie przejdzie. Ale sam nie pali i nie pije – swoje wypił. Widział jak jego koledzy zapijali się na śmierć. Poszedł do mnichów, którzy modlili się o jego uzdrowienie, potem poszedł na akupunkturę. I nie pije, tylko tak symbolicznie – mi nalał pęćdziesiątkę, a sobie... połowę z tego. Ani ja, ani on (!) nie wypiliśmy do końca.
Dużo było tych opowieści, nie opiszę wszystkich. Aha – polski. Jego mama mieszkała w Polsce, dopóki ich nie przesiedlili; on się urodził już na Ukrainie. Jak miał 15 lat, to się wyprowadził z domu i powoli zaczęły się znajomości, interesy. Teraz połowę tygodnia spędza we Lwowie, połowę – w Jarosławiu. Dość czasu, żeby dobrze opanować język.
No i wszystko fajnie, dopóki się nie zorientowałam, że w sąsiednim (jedynym) pokoju jest tylko jedno łóżko. Niedobrze. Umyłam się i powiedziałam, że wyciągam śpiwór, on – że łóżko duże i przygotował dwa komplety pościeli. Ugh. Tego jeszcze nie było.
To nie była najbardziej komfortowa noc: z jednej strony – strach, że zaśpię na pociąg, z drugiej – wiadomo. Ale wszystko OK, wstaliśmy przed szóstą, poszliśmy na dworzec. I wtedy zaczęło się najgorsze.

no to w Drogę

Jak nawet papież mówi o Camino i że trzeba się ruszyć, bo inaczej jest źle, to nawet noc przedwyjazdowa nie taka straszna. :-)

Choć mało się nad tym pakowaniem nie popłakałam. Sytuacja już w miarę opanowana (ale nie chwalmy dnia przed wschodem słońca, jeszcze nie wszystko w plecaku, a miejsca, hm, w zasadzie nie ma...), choć istniało ryzyko, że po raz pierwszy w życiu będę paradować z wielgachną torbą na kółkach. Oczywiście nie zamiast, a oprócz dużego plecaka.

Mama zaproponowała więc raczej wielką torbę i mały (30 l) plecak...
  • Hm, a jak pojadę nad Bajkał, to z torbą na kółkach czy z małym plecakiem?
  • Z torbą na kółkach!
:D Już sobie wyobraziłam ten trekking wzdłuż brzegu... No dobra, ale nie zapeszajmy z tym Bajkałem, bo to póki co nic oprócz marzenia. :-)

No to chyba tak: 8.43 - Przemyśl, na miejscu po 14.oo; przejdę więc pewnie koło 15.3o; koło 17.oo (?) będę we Lwowie. W sobotę pociąg o 7.43, w Moskwie - w niedzielę po 9.oo.

poniedziałek, 4 marca 2013

przygotowania

No to chyba zaczynamy. :-)

Przygotowania ruszyły, choć nie odczuwam ich w pełni, bo priorytetem pozostaje praca magisterska.

W czwartek spotkałam się z promo. Bałam się jak nie wiem (pani promotor nic nie wiedziała o planach wyjazdu gdziekolwiek), ale było dobrze.
  • To kiedy pani wyjeżdża?
  • No... eee... za dwa tygodnie.
  • Uhm. No to napisze pani pracę magisterską w dwa tygodnie i pani pojedzie.
  • ??
Ale, szczerze mówiąc, dało mi to powera. Całości pewnie nie napiszę, ale jestem w stanie jeszcze dużo zrobić. Tylko trzeba się spieszyć. Deadline - 14.03.

W piątek było głównie bieganie za papierami - ubezpieczenie, badanie na HIV (!), zdjęcia - i z tym do punktu konsularnego. Na szczęście wszystko, łącznie z odbiorem, da się załatwić w Krakowie i na szczęście wiza edukacyjna nic nie kosztuje (bo ubezpieczenie i badanie już mnie uszczupliły o 150 zł :-/).

Dziś zdecydowałam się na sprawdzony sposób podróży i kupiłam (bezproblemowo przez Internet, ponoć nawet bez konieczności potwierdzania w kasie) bilet na pociąg ze Lwowa do Moskwy (dla zainteresowanych: płackarta - 210 zł). No to wygląda na to, że jednak jedziemy. :-) 15.03 do Lwowa, a 16.03 rano - do Moskwy.

I na tym przygotowania się póki co kończą. No, może jeszcze dorzucić można trochę planów i marzeń podróżniczych, ale na to przyjdzie jeszcze czas. :-)