niedziela, 17 listopada 2013

Gawędziarze

Trochę mnie tu nie było. Po powrocie z wycieczki wpadłam bowiem w wir szukania pracy (czyli: pisania różnych CV, wysyłania, roznoszenia, pytania... jak dotąd bez skutku :-( ) i przyjmowania gości (na początku miesiąca była Sara, potem couchsurferzy, a pod koniec listopada przyjeżdża Ewelina :-)). No dobra, w związku ze zjesiennieniem pogody zakopałam się też trochę pod kołdrą. Nie było więc większych ekscesów w postaci wypadów, zwiedzania itp. Choć było kilka rzeczy, o których warto napisać.

Na przykład Festiwal Gawędziarstwa (Storytelling) w Bray. :-) Zjechało się trochę "opowiadaczy" z różnych zakątków Irlandii, Anglii i Szkocji i przez prawie dwa tygodnie snuli opowieści - w klimaciarskich knajpach, głośnych pubach, ekskluzywnych hotelach, na klifach (!), w szkołach, a nawet w stajni. Za pieniądze albo za darmo. Udało mi się dotrzeć zaledwie na dwa wydarzenia - 16 XI do Killruddery (ha, to miejsce to temat na osobny post!), czyli XVII-wiecznej rezydencji pełniącej obecnie funkcję nieoficjalnego centrum kultury. Tam, w byłej stajni zamienionej na dość przytulny pokoik, pani w średnim wieku niezwykle barwnie opowiadała mniej lub bardziej (zwykle mniej) prawdopodobne historie najmłodszym słuchaczom. Ale opowiadała tak pięknie (nic tylko zamknąć oczy i przenieść się do tych odległych krain - ludzi-motyli, gigantów...), że rodzice i przypadkowi słuchacze także byli oczarowani.

Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się z couchsurferkami - Hayley z Australii i Merit z Hiszpanii - oraz z Fransisco z Meksyku na spotkanie Bray Singers' Circle. Nie wiedząc dokładnie, czego się spodziewać. Weszliśmy do rozwrzeszczanego pubu i po zerknięciu w każdy kąt już myśleliśmy, że przyszliśmy za późno (a mieliśmy zaledwie godzinę poślizgu! ;-)). Na szczęście okazało się, że są jeszcze jedne drzwi, a za nimi... inny świat. Sala pełna ludzi, zwykle starszych (uuups...), siedzących przy stolikach i popijających wino (!), rzadziej guinnessa. Ktoś śpiewał. Oh, jak śpiewał... A gdy skończył, po kilkunastu sekundach ciszy zaczął śpiewać ktoś inny, z drugiego końca sali. I kolejny, i kolejny. Tak po prostu, siedząc przy stoliku. Zwykle a capella, choć zdarzało się, że niektórzy brzdękali sobie na gitarze. A piosenki były jakieś smutne, nostalgiczne... Takie, które od razu kojarzą się z Irlandią, choć nie są szantami ani skoczną irlandzką muzyką. Sean-nos (nieźle opracowane hasło w polskiej wiki!).

"Sean-nōs (irl. stary styl) – tradycyjny, solowy oraz a capella sposób wykonywania pieśni w języku Gaelic, występujący głównie na zachodzie i południu Irlandii. Charakteryzuje się specyficzną ornamentacją, odmienną dla różnych regionów kraju (...). Pieśni Sean-nōs mogą być względnie proste w treści, jednak bardzo długie i o bardzo złożonej melodyce. Ornamentyka oparta jest głównie na melizmacie, czyli śpiewaniu kilku nut (figur melodycznych) na jednej sylabie i nie oddzielaniu poszczególnych dźwięków wyraźnymi interwałami. (...) Typowe treści - poezja miłosna, lamenty, opis wydarzeń historycznych (rebelii, czasów głodu), dziecięce kołysanki, hymny religijne, piosenki komiczne lub kombinacje wszystkich wymienionych. Przekaz tych pieśni przez całe stulecia był wyłącznie ustny." 

Mała próbka:




Większość pieśni śpiewano po angielsku. O miłości, o walce, o marynarzach, którzy zginęli w morzu. Choć, szczerze mówiąc, bardzo mało byłam w stanie zrozumieć. Co jednak zupełnie nie przeszkadzało delektować się nimi.

Podczas przerwy podszedł do nas "szef" i tak sympatycznie powitał, że od razu poczuliśmy się jak wśród swoich. A potem na forum zachęcał do włączenia się: po polsku, hiszpańsku lub... australijsku. ;-) A co mi tam... Przez dłuższy czas szukałam w myślach czegoś, co choć trochę wpisywałoby się w klimat, aż wreszcie zaśpiewałam "Zielony płomień". :-) Po tym "występie" dostałam tak dużo miłych komentarzy od zupełnie nieznanych osób, że przez chwilę pomyślałam nawet, że umiem śpiewać. :D Oooj, ależ tam było dobrze. Trochę jak na harcerskim ognisku. :-) Skończyło się przed pierwszą w nocy.


Ten festiwal przypomniał mi o czymś, o czym rzadko się chyba teraz pamięta. O wartości opowieści - takich snutych przy stole, czy przy ognisku właśnie; barwnych, żywych, trochę nierealnych, a przecież mówiących o prawdziwych ludziach i wypadkach. Takich, które nie byłyby chaotycznym streszczeniem wydarzeń, ale samym dzianiem się. Dawno czegoś takiego nie słyszałam. Uświadomił mi to rok temu w Czarnohorze Kuba, opowiadający o swoich sąsiadach-Hucułach z Doliny Bystreca. I teraz ci śpiewacy-gawędziarze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz