Choć może bardziej adekwatny byłby inny tytuł postu, bo będzie o harcerstwie. A to dlatego, że dużo się mówiło o harcerzach ostatnimi czasy (cóż, naprawdę dobra robota, zresztą tak jak w wielu innych przypadkach) i to mówiło się tym najbardziej obezwładniającym mnie patetyczno-drżącym tonem, przywołując pamięć o Powstaniu Warszawskim... Tym razem tekst jest komentarzem do posta na blogu ojca Janusza Pydy OP (http://dominikanie.pl/blogi/janusz_pyda_op/kom_id,8220,wpis,598,komentarze.html#kom), a zatem przeczytanie sobie wpisów ojca ("Skutki śmierci i żałoby" oraz wcześniejszego "Służba") umieści moje przemyślenia we właściwym kontekście (a tak w ogóle to blog polecam ;-)).
"Podzielam wyrażone już w komentarzach wątpliwości co do autentyczności i długofalowości opisywanych przez Ojca zmian… Ale nie o tym chciałam (przynajmniej nie głównie o tym). Chciałam wtrącić trzy grosze co do bliskiego mi tematu harcerzy.
(...)
No i najważniejsze na koniec: służba, piękne zachowanie – bez wątpienia. Czy jednokrotne? Czy harcerze rzeczywiście „wyszli z ukrycia”? A wszystkie WOŚPy, coroczny warszawski Rajd Arsenał, warty na święta państwowe… Tam harcerze też są „jawnie” (czyli w mundurach), gdzie jeszcze mają być i co robić, aby „świadczyć o swoim patriotyzmie” (przecież nie noszą mundurów na co dzień)? Jeśli chodzi o manifestowanie patriotyzmu w ten właśnie sposób, to myślę, że spisują się całkiem nieźle. A może Ojciec ma rację z tym „wyjściem z ukrycia”? Dochodzę do wniosku, że harcerstwo świetnie odzwierciedla sytuację całego społeczeństwa: ostatnie wydarzenia to było wielkie poruszenie bardzo wielu ludzi, można powiedzieć, że patriotyzm wielu Polaków „wyszedł z ukrycia” – podobnie jak przy innych tego typu okazjach, gdzie dało się wyraźnie widzieć jedność narodową (i gdzie widoczni byli także harcerze; np. „Białe Służby” w czasie pielgrzymek Jana Pawła II do Polski). Pytanie tylko co jest POZA tym rodzajem patriotyzmu? Powiem szczerze, że prowadząc drużynę, miałam duży problem z wymyśleniem działań służących „wychowaniu patriotycznemu”, które przejawiałoby się inaczej niż wystawienie wart podczas świąt państwowych… Bo to już tak chyba z nami jest, że łatwo nam być patriotami w szczególnych momentach, „od święta”, ale trudniej jest ten patriotyzm przełożyć na codzienne życie. I harcerzom (zapewne nie wszystkim, ale podejrzewam, że wielu) też jest trudno. Może dlatego wydaje się, że „pozostają w ukryciu” i zajmują się wyłącznie fajnymi biwakami? Myślę, że my po prostu jakoś nie umiemy być dobrymi obywatelami na co dzień. I dlatego też wydaje mi się, że ostatnia katastrofa niewiele w tej kwestii zmieni – bez wątpienia pobudziła ona nasze uczucia, ale codzienne życie buduje się na pracy i nawykach, a nie wzniosłych uczuciach. A my wciąż nie dostaliśmy lekcji „patriotyzmu na co dzień”."
Koniec cytatu. Serio zaczęła mnie kwestia tego codziennego patriotyzmu ostatnio poważnie nurtować. No bo jak to zrobić? Wrócić do harcerstwa? Ech, no przecież nie. A więc co? Ale tak żeby było realnie i konkretnie?
środa, 28 kwietnia 2010
niedziela, 18 kwietnia 2010
wszystko naraz
Gonię z zaległościami. Opisuję zdjęcia, następne w kolejce są maile (Ważne Maile!). Proszę, cierpliwości.
A potem relacje izraelskie. Taką mam nadzieję. No, chyba, że zacznę się uczyć, heh...
A potem relacje izraelskie. Taką mam nadzieję. No, chyba, że zacznę się uczyć, heh...
czwartek, 15 kwietnia 2010
zoo
Pierwsza wizyta odbyła się w ubiegły piątek, kolejna dzisiaj, a zatem opisuję.
Od pewnego czasu (choć właściwie dlaczego dopiero teraz?) staliśmy się (my, erasmusi) miłą atrakcją dla tutejszych uczniów. Najpierw wizytę w szkole zaproponowała nam nauczycielka tureckiego (ucząca jednocześnie literatury ojczystej w konijskiej szkole średniej). Niby żebyśmy mogli poćwiczyć nasz szczątkowy turecki, ale raczej nikt nie miał wątpliwości, że chodziło o to, żeby pokazać nas - OBCOKRAJOWCÓW - tutejszym dzieciakom. A że my byliśmy nie mniej zainteresowani wyglądem i obyczajami tutejszej szkoły, wymiana wydawała się sprawiedliwa. Z pewnymi problemami dotarliśmy (w kosmicznym składzie: Dorota, Ela, Patrycja, Vit i ja) na przedmieścia sprawiające wrażenie bardzo ubogich i zaniedbanych, tam natomiast znaleźliśmy zupełnie normalnie wyglądającą szkołę. Budynek bardzo przypomina nasze "budy": wielkie, w większości asfaltowe "boiska" przed wejściem, wewnątrz, pośrodku schody i rozchodzące się od nich korytarze z salami. A na honorowym miejscu, a jakże, pomnik Ataturka z jakowymiś patriotycznymi tekstami. Czyli swojsko.
Wchodzimy do klasy... PISK. Nie żeby tak ogólnie, ale na nasz widok... Acha, zapomniałabym: szkoła, do której przyjechaliśmy, jest szkołą bardzo religijną (cokolwiek to znaczy): mamy podział na klasy damskie i męskie (my "wizytujemy" wyłącznie damskie), a wszystkie dziewczęta noszą chusty. Zabawne jest to, że podobno występuje tu zjawisko odwrotne do tego na uniwersytecie: w szkołach wyższych zabronione jest noszenie znaków religijnych, dziewczyny muszą zatem ściągać chusty przed wejściem na teren uczelni (niektóre omijają zakaz, nakładając perukę na chustę, hehe), duża część z nich zakłada je z powrotem natychmiast po opuszczeniu murów szkoły; natomiast część z tych dziewczyn z liceum, pochodzących z różnych, niekoniecznie bardzo religijnych rodzin, chodzi poza szkołą bez chust, zakładają je tylko przed pójściem do swojej religijnej szkoły. Zabawne. Jednak po takim wprowadzeniu spodziewaliśmy się szarych myszek i rygoru... Stajemy na środeczku i grzecznie recytujemy, co umiemy: "Mam na imię Karolina, mam 21 lat, jestem z Polski i studiuję na tutejszym uniwersytecie literaturę angielską w ramach wymiany studenckiej..." Na każde nasze w miarę zrozumiale sklecone zdanie reagują piskiem, brawami i jakimiś entuzjastycznymi komentarzami, których oczywiście nie rozumiemy... Wreszcie gdy my skończyliśmy, przejęły inicjatywę i same zaczęły się przedstawiać i mówić coś o sobie. Ciekawe, że np. jedna z nich (siedemnastolatka) była zaręczona... Potem czas na zdjęcia (mnóstwo zdjęć...), wreszcie dzwonek. Ale to dopiero początek, bo potok dziewcząt (powiększony o te, które właśnie wylały się z innych klas) otoczył i porwał nas na zewnątrz. Nie, nie żeby "tak po prostu" - zostaliśmy rozdzieleni i każdy z nas był osobno "eskortowany" przez kilka nastolatek. Ale że za dużo pogadać nie mogliśmy, najrozsądniejszym zajęciem na czas przerwy była gra w piłkę. Potem kolejna lekcja u piętnastolatek, ten sam scenariusz. Na szczęście te dziewczynki były trochę bardziej nieśmiałe (co nie oznacza, że po prostu były nieśmiałe), ich zbiorowe reakcje były takie same, mniej już natomiast odważyło się mówić coś o sobie, dużo po protu milczało i wlepiało w nas oczy... Ach, tutaj mieliśmy jeszcze okazję popisać się wątpliwymi talentami wokalnymi (czeska piosenka ludowa w wykonaniu Vita i hymn Polski w naszym...), jedna z Turczynek zaśpiewała natomiast przejmującym, drżącym głosem ich piosenkę ludową - wielki szacun, to jest naprawdę bardzo trudne i podobno wymaga specjalnej szkoły muzycznej. Kolejne zdjęcia, promyk nadziei w postaci dzwonka (dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że to właśnie teraz będzie najgorzej), znowu boisko. Tym razem już chyba cała szkoła wiedziała, że przyjechaliśmy, bo niemal we wszystkich oknach kwitły grupy dzieciaków patrzące na nas lub machające... Szok, naprawdę.
Dzisiejsze spotkanie było natomiast diametralnie różne. Wszystko zaczęło się od mojego nieszczęsnego kompa... Zamiast trafić bezpośrednio do serwisu z różnych przyczyn trafił na pomocnych (naprawdę pomocnych), choć przypadkowo spotkanych Turków, którzy obiecali zająć się sprawą. Ale nie byliby Turkami, gdyby oprócz pomocy nie chcieli nawiązać znajomości (choć ich angielski raczej tego nie ułatwiał). Okazało się więc, że są na roku "zerowym" na naszym uniwersytecie (w Turcji przed podjęciem każdego kierunku studiów, nawet w języku ojczystym, przez jeden rok ma się zajęcia wyłącznie z angielskiego, cztery godziny dziennie; jak dla mnie to trochę strata czasu, bo zdumiewających efektów raczej nie widać...). Potem się okazało, że ich nauczyciel bardzo chciałby nas gościć na lekcji, żeby jego studenci mogli z nami poćwiczyć swój angielski. No to poszłyśmy. A że godzina wczesna (9.oo :-P) tylko Dorota i ja dałyśmy radę. Nauczyciel był bardzo zdziwiony, gdy nas zobaczył i zapytał, co tu robimy. :-) Potem chyba jednak sobie przypomniał. W ogóle dziwny z niego był człowiek... Studenci natomiast bardzo mili i widać, że także trochę ciekawi, coś my za jedne, ale już jednak duuużo bardziej opanowni i nieśmiali niż szalone nastolaty. :-) Ach, no i angielski większości z nich nie pozwalał na jakąkolwiek konwersację, a nauczyciel raczej sprawy nie ułatwiał... Przetrwałyśmy zatem do końca w raczej sztywnej atmosferze, odpowiadając potokiem słów na krótkie pytania... Ale nie żeby było niemiło, oni chyba naprawdę trochę wstydzili się mówić... No cóż.
Wkrótce w galerii ("Konya") powinny pojawić się zdjęcia - wyłącznie ze szkoły średniej.
Od pewnego czasu (choć właściwie dlaczego dopiero teraz?) staliśmy się (my, erasmusi) miłą atrakcją dla tutejszych uczniów. Najpierw wizytę w szkole zaproponowała nam nauczycielka tureckiego (ucząca jednocześnie literatury ojczystej w konijskiej szkole średniej). Niby żebyśmy mogli poćwiczyć nasz szczątkowy turecki, ale raczej nikt nie miał wątpliwości, że chodziło o to, żeby pokazać nas - OBCOKRAJOWCÓW - tutejszym dzieciakom. A że my byliśmy nie mniej zainteresowani wyglądem i obyczajami tutejszej szkoły, wymiana wydawała się sprawiedliwa. Z pewnymi problemami dotarliśmy (w kosmicznym składzie: Dorota, Ela, Patrycja, Vit i ja) na przedmieścia sprawiające wrażenie bardzo ubogich i zaniedbanych, tam natomiast znaleźliśmy zupełnie normalnie wyglądającą szkołę. Budynek bardzo przypomina nasze "budy": wielkie, w większości asfaltowe "boiska" przed wejściem, wewnątrz, pośrodku schody i rozchodzące się od nich korytarze z salami. A na honorowym miejscu, a jakże, pomnik Ataturka z jakowymiś patriotycznymi tekstami. Czyli swojsko.
Wchodzimy do klasy... PISK. Nie żeby tak ogólnie, ale na nasz widok... Acha, zapomniałabym: szkoła, do której przyjechaliśmy, jest szkołą bardzo religijną (cokolwiek to znaczy): mamy podział na klasy damskie i męskie (my "wizytujemy" wyłącznie damskie), a wszystkie dziewczęta noszą chusty. Zabawne jest to, że podobno występuje tu zjawisko odwrotne do tego na uniwersytecie: w szkołach wyższych zabronione jest noszenie znaków religijnych, dziewczyny muszą zatem ściągać chusty przed wejściem na teren uczelni (niektóre omijają zakaz, nakładając perukę na chustę, hehe), duża część z nich zakłada je z powrotem natychmiast po opuszczeniu murów szkoły; natomiast część z tych dziewczyn z liceum, pochodzących z różnych, niekoniecznie bardzo religijnych rodzin, chodzi poza szkołą bez chust, zakładają je tylko przed pójściem do swojej religijnej szkoły. Zabawne. Jednak po takim wprowadzeniu spodziewaliśmy się szarych myszek i rygoru... Stajemy na środeczku i grzecznie recytujemy, co umiemy: "Mam na imię Karolina, mam 21 lat, jestem z Polski i studiuję na tutejszym uniwersytecie literaturę angielską w ramach wymiany studenckiej..." Na każde nasze w miarę zrozumiale sklecone zdanie reagują piskiem, brawami i jakimiś entuzjastycznymi komentarzami, których oczywiście nie rozumiemy... Wreszcie gdy my skończyliśmy, przejęły inicjatywę i same zaczęły się przedstawiać i mówić coś o sobie. Ciekawe, że np. jedna z nich (siedemnastolatka) była zaręczona... Potem czas na zdjęcia (mnóstwo zdjęć...), wreszcie dzwonek. Ale to dopiero początek, bo potok dziewcząt (powiększony o te, które właśnie wylały się z innych klas) otoczył i porwał nas na zewnątrz. Nie, nie żeby "tak po prostu" - zostaliśmy rozdzieleni i każdy z nas był osobno "eskortowany" przez kilka nastolatek. Ale że za dużo pogadać nie mogliśmy, najrozsądniejszym zajęciem na czas przerwy była gra w piłkę. Potem kolejna lekcja u piętnastolatek, ten sam scenariusz. Na szczęście te dziewczynki były trochę bardziej nieśmiałe (co nie oznacza, że po prostu były nieśmiałe), ich zbiorowe reakcje były takie same, mniej już natomiast odważyło się mówić coś o sobie, dużo po protu milczało i wlepiało w nas oczy... Ach, tutaj mieliśmy jeszcze okazję popisać się wątpliwymi talentami wokalnymi (czeska piosenka ludowa w wykonaniu Vita i hymn Polski w naszym...), jedna z Turczynek zaśpiewała natomiast przejmującym, drżącym głosem ich piosenkę ludową - wielki szacun, to jest naprawdę bardzo trudne i podobno wymaga specjalnej szkoły muzycznej. Kolejne zdjęcia, promyk nadziei w postaci dzwonka (dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że to właśnie teraz będzie najgorzej), znowu boisko. Tym razem już chyba cała szkoła wiedziała, że przyjechaliśmy, bo niemal we wszystkich oknach kwitły grupy dzieciaków patrzące na nas lub machające... Szok, naprawdę.
Dzisiejsze spotkanie było natomiast diametralnie różne. Wszystko zaczęło się od mojego nieszczęsnego kompa... Zamiast trafić bezpośrednio do serwisu z różnych przyczyn trafił na pomocnych (naprawdę pomocnych), choć przypadkowo spotkanych Turków, którzy obiecali zająć się sprawą. Ale nie byliby Turkami, gdyby oprócz pomocy nie chcieli nawiązać znajomości (choć ich angielski raczej tego nie ułatwiał). Okazało się więc, że są na roku "zerowym" na naszym uniwersytecie (w Turcji przed podjęciem każdego kierunku studiów, nawet w języku ojczystym, przez jeden rok ma się zajęcia wyłącznie z angielskiego, cztery godziny dziennie; jak dla mnie to trochę strata czasu, bo zdumiewających efektów raczej nie widać...). Potem się okazało, że ich nauczyciel bardzo chciałby nas gościć na lekcji, żeby jego studenci mogli z nami poćwiczyć swój angielski. No to poszłyśmy. A że godzina wczesna (9.oo :-P) tylko Dorota i ja dałyśmy radę. Nauczyciel był bardzo zdziwiony, gdy nas zobaczył i zapytał, co tu robimy. :-) Potem chyba jednak sobie przypomniał. W ogóle dziwny z niego był człowiek... Studenci natomiast bardzo mili i widać, że także trochę ciekawi, coś my za jedne, ale już jednak duuużo bardziej opanowni i nieśmiali niż szalone nastolaty. :-) Ach, no i angielski większości z nich nie pozwalał na jakąkolwiek konwersację, a nauczyciel raczej sprawy nie ułatwiał... Przetrwałyśmy zatem do końca w raczej sztywnej atmosferze, odpowiadając potokiem słów na krótkie pytania... Ale nie żeby było niemiło, oni chyba naprawdę trochę wstydzili się mówić... No cóż.
Wkrótce w galerii ("Konya") powinny pojawić się zdjęcia - wyłącznie ze szkoły średniej.
wtorek, 13 kwietnia 2010
o katastrofie i jej finale
[przepraszam za brak niektórych polskich znaków; nie wiem, co jest tego przyczyną]
Jak większosć wie, mój komp siedzi od piątku w tureckim serwisie, zatem póki co nie ma żadnych zdjęć i relacji z Izraela.
Mialam napisać cos w sobotę, o tym jak my to tutaj... Ale cóż pisać.
Ale dzisiaj nie mogę już, no nie mogę. Kiedy Dorota powiedziala mi o pomysle pochowania Kaczyńskich na Wawelu, pomyslalam, że to jakis żart, a nawet gdyby ktos proponowal to na poważnie, to i tak nie ma potrzeby, aby się niepokoić - to nie przejdzie. I co slyszę... Będzie zatem jeden z nielicznych wpisów bardziej oceniających niż relacjonujących.
Ale po kolei, od soboty (i bez sciemy):
SOBOTA: Ktos pukal do nas do pokoju i tym pukaniem nas obudzil... Ale nie chcialo nam się jeszcze wygrzebywać z lóżek... Potem glosy na korytarzu: "tragedia", "samolot", "prezydent" - już nie pamiętam, które z tych slów dokładnie. I znów pukanie - otwieramy - informacja. Szok, niedowierzanie. Internet. "Najważniejsi urzędnicy państwowi z prezydentem Lechem Kaczyńskim..." Szlag. Ale sprawdzamy: kilka nazwisk rzeczywiscie znanych, kilka wybitnych, ale tymi "najważniejszymi urzędnikami" to trochę postraszyli. Dorota nie dowierza, ja mimo wszystko oddycham z ulgą: prezydent i dowódcy polskiej armii, pragmatycznie rzecz biorąc, to największa strata; Dorota karci mnie za brak serca. Ale powtarzam, media sugerują, że nagle stracilismy "wszystkich czolowych przedstawicieli panstwa"... OK, tragedia niewyobrazalna - jej rozmiar, osoby, czas i miejsce, narzucająca się analogia... Ale spójrzmy na fakty - przygotowywalismy się do wyborów (i niemala grupa osób cieszyla się na nie, jako na te które zakończą prezydenturę Kaczyńskiego), nie zostalismy postawieni w sytuacji jakiegos ogromnego kryzysu państwa (nie znam się na polityce, ale nic tego nie zapowiadalo; tak szczerze, to wlasnie ta wiadomosć o generalach najbardziej mnie przestraszyla). Czyli pozostaje smutek, ogromny smutek i żal - i nie róbmy z tego czegos więcej. Dziewczyny byly na górze oglądać wiadomosci w telewizji, wracają zaplakane. Ja nie nie potrafię zrozumieć i trochę ganię siebie za tę ozięblosć.
Mielismy jakies tam plany na sobotę... Nigdzie nie idziemy, sterczymy bezczynnie w pokoju, sluchając RMFu. Żal, pewnie że żal. Ale jednak nie rozpacz. Ludzie mówią o "pozostawieniu narodu w osamotnieniu" - o tak, bardzo wyraźnie to czulam pięć lat temu, kiedy zmarl Papież. Wtedy naprawdę zadawalam sobie pytanie: "Co teraz będzie?" "Jak swiat poradzi sobie bez Niego?" Przyszlo mi nawet do glowy, że jeszcze niedawno przemknęlo przeze mnie podobne uczucie... Szukam w pamięci, kiedy to bylo: jest - smierć Ojca Badeniego. Teraz nie czuję nic takiego. Przykra, tragiczna smierć. Ale uczuć nie oszukasz.
Potem informacje o poruszeniu narodu - o tlumach ludzi w Warszawie, zjednoczeniu, modlitwach. I cos mi tam leci z oczu. Pamiętam tę atmosferę wlasnie sprzed pięciu lat, bylismy wtedy na Arsenale... Tlok na ulicach stolicy, poczucie jednosci, klęczenie w kosciele... nie pamiętam którym. Ale pamiętam, jak się wtedy czulam - jak podczas pierwszego swiadomego pobytu w Częstochowie. Tę niesamowitą mieszankę Boga i Ojczyzny już chyba mamy we krwi.
NIEDZIELA: Wyciągam Dorotę do miasta. Mamy trochę spraw do zalatwienia, ale po cichu liczę, że może trafimy akurat na jakąs Mszę u sióstr. A jak nie, to chociaż się pomodlimy - za nich. Wracamy przemoczone i zziębnięte, no i oczywiscie - wlączamy radio. Relacja ze sprowadzenia ciala i przewiezienia go do Palacu Prezydenckiego. Nie mozemy tego zniesć. Dlaczego żadnemu dziennikarzowi nie przejdzie przez gardlo inna formulka niż "PAN prezydent Lech Kaczyński"?! I czy przed prosbą o udzielenie krótkiego komentarza skierowaną do czlowieka z ulicy pytają go, czy glosowal na Kaczyńskiego?! Jeszcze niedawno malo kto by się do tego przyznal, teraz wszyscy wynoszą go pod niebiosa!! Szok. Hipokryzja to za malo powiedziane. Nie możemy się nadziwić. Czy nie można okazywać ŻALU w inny sposób...? Po co ta zaklamana przesada...
Na facebooku Turcy i inni znajomi wypisują kondolencje. Polscy znajomi oburzają się natomiast na narodowy oddźwięk calej sytuacji (klócąc przy tym z innymi polskimi znajomymi proszącymi o zachowanie powagi). Slyszymy, jak media coraz bardziej nakręcają się w odtwarzaniu tej tragedii (czy sluchaliscie może RMFu? tego tragicznego glosu "Katyń 1940 - Smoleńsk 2010"?!). My jestesmy tutaj - jedyna Polska jaką mamy to siebie nawzajem. Nie uczestniczymy więc w zbiorowej histerii. Patrzymy (a przynajmniej ja patrzę) na wszystko z boku, "na trzeźwo" - już się nie dziwimy, jest nam smutno, że nie potrafilismy przyjąć tej tragedii w inny sposób niż tradycyjny, "narodowo-męczeński". I - zaczynamy się z tego smiać.
Jedyne sluszne glosy, które slyszę w tej sprawie: przestańcie rozpaczać, weźcie się do roboty, weźcie się NAPRAWDĘ za Polskę (przeslanie marszu studentów, inne glosy w mediach). I to z nimi się zgadzam.
WTOREK: Dorota czyta wiadomosć o pochowaniu Kaczyńskiego na Wawelu. Reaguję gwaltownie i wypluwam z siebie argumenty "przeciw". I tak nie wierzę, że to możliwe. Zaczynamy się oburzać na ten pomysl, ale nie tracimy wiary w rozsądek wladz oraz w rodzinę (mówię: "Spokojnie, decyzja należy do rodziny, nawet jesli Dziwisz wyrazil zgodę, to przecież rodzina nigdy się na to nie porwie..."). Jadę do miasta po komputer (na próżno), wracam... i slyszę, że decyzja podjęta. W GLOWIE SIĘ NIE MIESCI. I pytam: Kto to w ogóle wymyslil? Dla jakich celów prezydent Majchrowski (czyżby niesmiertelne reklamowanie miasta?) oraz kardynal Dziwisz (tego już naprawdę nie rozumiem i nawet nie wiem, czy chcę się domyslać) wyrazili zgodę? Na co porywa się ta pogrążona w rozpaczy rodzina, żeby w takiej chwili unosić się taką pychą i narażać na takie oburzenie Polaków, którzy dotąd jednoczyli się z nimi w bólu? NIEPOJĘTE.
Facebook mówi, że bardzo wiele osób mysli tak samo. Nie tylko mlodych osób, ale wielu profesorów, przedstawicieli duchowienstwa. Cyrk robimy, proszę państwa, z Narodu. Ja bardzo szanuję naszą historię i tradycje, ale rozsądek mam. Lata temu odkryto nasze upodobanie w upajaniu się narodowym męczeństwem i mesjaństwem, od dawna się z tego smiejemy. I co?! No naprawdę, jak już zostanę nauczycielem, to uczniom z pewnoscią nie odpuszczę zarówno "Kamieni na szaniec", jak i "Trans-Atlantyku". I biada tym, którzy nie będą MYSLEĆ.
Może ja jestem daleko, może "nie rozumiem, nie czuję" tak, jak gdybym byla w Polsce. A może wlasnie dzięki temu rozumiem lepiej...?
Jak większosć wie, mój komp siedzi od piątku w tureckim serwisie, zatem póki co nie ma żadnych zdjęć i relacji z Izraela.
Mialam napisać cos w sobotę, o tym jak my to tutaj... Ale cóż pisać.
Ale dzisiaj nie mogę już, no nie mogę. Kiedy Dorota powiedziala mi o pomysle pochowania Kaczyńskich na Wawelu, pomyslalam, że to jakis żart, a nawet gdyby ktos proponowal to na poważnie, to i tak nie ma potrzeby, aby się niepokoić - to nie przejdzie. I co slyszę... Będzie zatem jeden z nielicznych wpisów bardziej oceniających niż relacjonujących.
Ale po kolei, od soboty (i bez sciemy):
SOBOTA: Ktos pukal do nas do pokoju i tym pukaniem nas obudzil... Ale nie chcialo nam się jeszcze wygrzebywać z lóżek... Potem glosy na korytarzu: "tragedia", "samolot", "prezydent" - już nie pamiętam, które z tych slów dokładnie. I znów pukanie - otwieramy - informacja. Szok, niedowierzanie. Internet. "Najważniejsi urzędnicy państwowi z prezydentem Lechem Kaczyńskim..." Szlag. Ale sprawdzamy: kilka nazwisk rzeczywiscie znanych, kilka wybitnych, ale tymi "najważniejszymi urzędnikami" to trochę postraszyli. Dorota nie dowierza, ja mimo wszystko oddycham z ulgą: prezydent i dowódcy polskiej armii, pragmatycznie rzecz biorąc, to największa strata; Dorota karci mnie za brak serca. Ale powtarzam, media sugerują, że nagle stracilismy "wszystkich czolowych przedstawicieli panstwa"... OK, tragedia niewyobrazalna - jej rozmiar, osoby, czas i miejsce, narzucająca się analogia... Ale spójrzmy na fakty - przygotowywalismy się do wyborów (i niemala grupa osób cieszyla się na nie, jako na te które zakończą prezydenturę Kaczyńskiego), nie zostalismy postawieni w sytuacji jakiegos ogromnego kryzysu państwa (nie znam się na polityce, ale nic tego nie zapowiadalo; tak szczerze, to wlasnie ta wiadomosć o generalach najbardziej mnie przestraszyla). Czyli pozostaje smutek, ogromny smutek i żal - i nie róbmy z tego czegos więcej. Dziewczyny byly na górze oglądać wiadomosci w telewizji, wracają zaplakane. Ja nie nie potrafię zrozumieć i trochę ganię siebie za tę ozięblosć.
Mielismy jakies tam plany na sobotę... Nigdzie nie idziemy, sterczymy bezczynnie w pokoju, sluchając RMFu. Żal, pewnie że żal. Ale jednak nie rozpacz. Ludzie mówią o "pozostawieniu narodu w osamotnieniu" - o tak, bardzo wyraźnie to czulam pięć lat temu, kiedy zmarl Papież. Wtedy naprawdę zadawalam sobie pytanie: "Co teraz będzie?" "Jak swiat poradzi sobie bez Niego?" Przyszlo mi nawet do glowy, że jeszcze niedawno przemknęlo przeze mnie podobne uczucie... Szukam w pamięci, kiedy to bylo: jest - smierć Ojca Badeniego. Teraz nie czuję nic takiego. Przykra, tragiczna smierć. Ale uczuć nie oszukasz.
Potem informacje o poruszeniu narodu - o tlumach ludzi w Warszawie, zjednoczeniu, modlitwach. I cos mi tam leci z oczu. Pamiętam tę atmosferę wlasnie sprzed pięciu lat, bylismy wtedy na Arsenale... Tlok na ulicach stolicy, poczucie jednosci, klęczenie w kosciele... nie pamiętam którym. Ale pamiętam, jak się wtedy czulam - jak podczas pierwszego swiadomego pobytu w Częstochowie. Tę niesamowitą mieszankę Boga i Ojczyzny już chyba mamy we krwi.
NIEDZIELA: Wyciągam Dorotę do miasta. Mamy trochę spraw do zalatwienia, ale po cichu liczę, że może trafimy akurat na jakąs Mszę u sióstr. A jak nie, to chociaż się pomodlimy - za nich. Wracamy przemoczone i zziębnięte, no i oczywiscie - wlączamy radio. Relacja ze sprowadzenia ciala i przewiezienia go do Palacu Prezydenckiego. Nie mozemy tego zniesć. Dlaczego żadnemu dziennikarzowi nie przejdzie przez gardlo inna formulka niż "PAN prezydent Lech Kaczyński"?! I czy przed prosbą o udzielenie krótkiego komentarza skierowaną do czlowieka z ulicy pytają go, czy glosowal na Kaczyńskiego?! Jeszcze niedawno malo kto by się do tego przyznal, teraz wszyscy wynoszą go pod niebiosa!! Szok. Hipokryzja to za malo powiedziane. Nie możemy się nadziwić. Czy nie można okazywać ŻALU w inny sposób...? Po co ta zaklamana przesada...
Na facebooku Turcy i inni znajomi wypisują kondolencje. Polscy znajomi oburzają się natomiast na narodowy oddźwięk calej sytuacji (klócąc przy tym z innymi polskimi znajomymi proszącymi o zachowanie powagi). Slyszymy, jak media coraz bardziej nakręcają się w odtwarzaniu tej tragedii (czy sluchaliscie może RMFu? tego tragicznego glosu "Katyń 1940 - Smoleńsk 2010"?!). My jestesmy tutaj - jedyna Polska jaką mamy to siebie nawzajem. Nie uczestniczymy więc w zbiorowej histerii. Patrzymy (a przynajmniej ja patrzę) na wszystko z boku, "na trzeźwo" - już się nie dziwimy, jest nam smutno, że nie potrafilismy przyjąć tej tragedii w inny sposób niż tradycyjny, "narodowo-męczeński". I - zaczynamy się z tego smiać.
Jedyne sluszne glosy, które slyszę w tej sprawie: przestańcie rozpaczać, weźcie się do roboty, weźcie się NAPRAWDĘ za Polskę (przeslanie marszu studentów, inne glosy w mediach). I to z nimi się zgadzam.
WTOREK: Dorota czyta wiadomosć o pochowaniu Kaczyńskiego na Wawelu. Reaguję gwaltownie i wypluwam z siebie argumenty "przeciw". I tak nie wierzę, że to możliwe. Zaczynamy się oburzać na ten pomysl, ale nie tracimy wiary w rozsądek wladz oraz w rodzinę (mówię: "Spokojnie, decyzja należy do rodziny, nawet jesli Dziwisz wyrazil zgodę, to przecież rodzina nigdy się na to nie porwie..."). Jadę do miasta po komputer (na próżno), wracam... i slyszę, że decyzja podjęta. W GLOWIE SIĘ NIE MIESCI. I pytam: Kto to w ogóle wymyslil? Dla jakich celów prezydent Majchrowski (czyżby niesmiertelne reklamowanie miasta?) oraz kardynal Dziwisz (tego już naprawdę nie rozumiem i nawet nie wiem, czy chcę się domyslać) wyrazili zgodę? Na co porywa się ta pogrążona w rozpaczy rodzina, żeby w takiej chwili unosić się taką pychą i narażać na takie oburzenie Polaków, którzy dotąd jednoczyli się z nimi w bólu? NIEPOJĘTE.
Facebook mówi, że bardzo wiele osób mysli tak samo. Nie tylko mlodych osób, ale wielu profesorów, przedstawicieli duchowienstwa. Cyrk robimy, proszę państwa, z Narodu. Ja bardzo szanuję naszą historię i tradycje, ale rozsądek mam. Lata temu odkryto nasze upodobanie w upajaniu się narodowym męczeństwem i mesjaństwem, od dawna się z tego smiejemy. I co?! No naprawdę, jak już zostanę nauczycielem, to uczniom z pewnoscią nie odpuszczę zarówno "Kamieni na szaniec", jak i "Trans-Atlantyku". I biada tym, którzy nie będą MYSLEĆ.
Może ja jestem daleko, może "nie rozumiem, nie czuję" tak, jak gdybym byla w Polsce. A może wlasnie dzięki temu rozumiem lepiej...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)