czwartek, 15 kwietnia 2010

zoo

Pierwsza wizyta odbyła się w ubiegły piątek, kolejna dzisiaj, a zatem opisuję.

Od pewnego czasu (choć właściwie dlaczego dopiero teraz?) staliśmy się (my, erasmusi) miłą atrakcją dla tutejszych uczniów. Najpierw wizytę w szkole zaproponowała nam nauczycielka tureckiego (ucząca jednocześnie literatury ojczystej w konijskiej szkole średniej). Niby żebyśmy mogli poćwiczyć nasz szczątkowy turecki, ale raczej nikt nie miał wątpliwości, że chodziło o to, żeby pokazać nas - OBCOKRAJOWCÓW - tutejszym dzieciakom. A że my byliśmy nie mniej zainteresowani wyglądem i obyczajami tutejszej szkoły, wymiana wydawała się sprawiedliwa. Z pewnymi problemami dotarliśmy (w kosmicznym składzie: Dorota, Ela, Patrycja, Vit i ja) na przedmieścia sprawiające wrażenie bardzo ubogich i zaniedbanych, tam natomiast znaleźliśmy zupełnie normalnie wyglądającą szkołę. Budynek bardzo przypomina nasze "budy": wielkie, w większości asfaltowe "boiska" przed wejściem, wewnątrz, pośrodku schody i rozchodzące się od nich korytarze z salami. A na honorowym miejscu, a jakże, pomnik Ataturka z jakowymiś patriotycznymi tekstami. Czyli swojsko.
Wchodzimy do klasy... PISK. Nie żeby tak ogólnie, ale na nasz widok... Acha, zapomniałabym: szkoła, do której przyjechaliśmy, jest szkołą bardzo religijną (cokolwiek to znaczy): mamy podział na klasy damskie i męskie (my "wizytujemy" wyłącznie damskie), a wszystkie dziewczęta noszą chusty. Zabawne jest to, że podobno występuje tu zjawisko odwrotne do tego na uniwersytecie: w szkołach wyższych zabronione jest noszenie znaków religijnych, dziewczyny muszą zatem ściągać chusty przed wejściem na teren uczelni (niektóre omijają zakaz, nakładając perukę na chustę, hehe), duża część z nich zakłada je z powrotem natychmiast po opuszczeniu murów szkoły; natomiast część z tych dziewczyn z liceum, pochodzących z różnych, niekoniecznie bardzo religijnych rodzin, chodzi poza szkołą bez chust, zakładają je tylko przed pójściem do swojej religijnej szkoły. Zabawne. Jednak po takim wprowadzeniu spodziewaliśmy się szarych myszek i rygoru... Stajemy na środeczku i grzecznie recytujemy, co umiemy: "Mam na imię Karolina, mam 21 lat, jestem z Polski i studiuję na tutejszym uniwersytecie literaturę angielską w ramach wymiany studenckiej..." Na każde nasze w miarę zrozumiale sklecone zdanie reagują piskiem, brawami i jakimiś entuzjastycznymi komentarzami, których oczywiście nie rozumiemy... Wreszcie gdy my skończyliśmy, przejęły inicjatywę i same zaczęły się przedstawiać i mówić coś o sobie. Ciekawe, że np. jedna z nich (siedemnastolatka) była zaręczona... Potem czas na zdjęcia (mnóstwo zdjęć...), wreszcie dzwonek. Ale to dopiero początek, bo potok dziewcząt (powiększony o te, które właśnie wylały się z innych klas) otoczył i porwał nas na zewnątrz. Nie, nie żeby "tak po prostu" - zostaliśmy rozdzieleni i każdy z nas był osobno "eskortowany" przez kilka nastolatek. Ale że za dużo pogadać nie mogliśmy, najrozsądniejszym zajęciem na czas przerwy była gra w piłkę. Potem kolejna lekcja u piętnastolatek, ten sam scenariusz. Na szczęście te dziewczynki były trochę bardziej nieśmiałe (co nie oznacza, że po prostu były nieśmiałe), ich zbiorowe reakcje były takie same, mniej już natomiast odważyło się mówić coś o sobie, dużo po protu milczało i wlepiało w nas oczy... Ach, tutaj mieliśmy jeszcze okazję popisać się wątpliwymi talentami wokalnymi (czeska piosenka ludowa w wykonaniu Vita i hymn Polski w naszym...), jedna z Turczynek zaśpiewała natomiast przejmującym, drżącym głosem ich piosenkę ludową - wielki szacun, to jest naprawdę bardzo trudne i podobno wymaga specjalnej szkoły muzycznej. Kolejne zdjęcia, promyk nadziei w postaci dzwonka (dopóki nie uświadomiliśmy sobie, że to właśnie teraz będzie najgorzej), znowu boisko. Tym razem już chyba cała szkoła wiedziała, że przyjechaliśmy, bo niemal we wszystkich oknach kwitły grupy dzieciaków patrzące na nas lub machające... Szok, naprawdę.

Dzisiejsze spotkanie było natomiast diametralnie różne. Wszystko zaczęło się od mojego nieszczęsnego kompa... Zamiast trafić bezpośrednio do serwisu z różnych przyczyn trafił na pomocnych (naprawdę pomocnych), choć przypadkowo spotkanych Turków, którzy obiecali zająć się sprawą. Ale nie byliby Turkami, gdyby oprócz pomocy nie chcieli nawiązać znajomości (choć ich angielski raczej tego nie ułatwiał). Okazało się więc, że są na roku "zerowym" na naszym uniwersytecie (w Turcji przed podjęciem każdego kierunku studiów, nawet w języku ojczystym, przez jeden rok ma się zajęcia wyłącznie z angielskiego, cztery godziny dziennie; jak dla mnie to trochę strata czasu, bo zdumiewających efektów raczej nie widać...). Potem się okazało, że ich nauczyciel bardzo chciałby nas gościć na lekcji, żeby jego studenci mogli z nami poćwiczyć swój angielski. No to poszłyśmy. A że godzina wczesna (9.oo :-P) tylko Dorota i ja dałyśmy radę. Nauczyciel był bardzo zdziwiony, gdy nas zobaczył i zapytał, co tu robimy. :-) Potem chyba jednak sobie przypomniał. W ogóle dziwny z niego był człowiek... Studenci natomiast bardzo mili i widać, że także trochę ciekawi, coś my za jedne, ale już jednak duuużo bardziej opanowni i nieśmiali niż szalone nastolaty. :-) Ach, no i angielski większości z nich nie pozwalał na jakąkolwiek konwersację, a nauczyciel raczej sprawy nie ułatwiał... Przetrwałyśmy zatem do końca w raczej sztywnej atmosferze, odpowiadając potokiem słów na krótkie pytania... Ale nie żeby było niemiło, oni chyba naprawdę trochę wstydzili się mówić... No cóż.

Wkrótce w galerii ("Konya") powinny pojawić się zdjęcia - wyłącznie ze szkoły średniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz