sobota, 16 marca 2013

*&^%$#@!

… czyli dlaczego Karolina zwiedzała zimowy Lwów, zamiast jechać do Moskwy

Na peronie znaleźliśmy właściwy wagon, do odjazdu było jeszcze prawie pół godziny, więc postaliśmy na peronie, pogadaliśmy. No ale dobra, trzeba się ładować. Daję prawadnicy bilet – tj. internetowy wydruk biletu z danymi, potwierdzeniem zapłaty, kodem; wszystko jak przy odprawie on-line na samolot. A ona zdziwiona – pierwszy raz widzi coś takiego. Tłumaczymy więc, o co chodzi, że przez Internet itd. Ale nie, trzeba iść odebrać bilet w kasie. Pokazuję, że jest napisane, że nie trzeba odbierać w kasie, że to jest mój bilet. Nie i nie – nie wpuści.
Dziesięć minut do odjazdu, ja zostaję z bagażami, Bogdan leci z moim biletem do kasy. Przybiega siedem minut później – wciąż z tą samą kartką, w kasie nie chcą wydać biletu, prawadnica musi mnie wpuścić do pociągu. Nie – idźcie do naczelnego na początek pociągu. Biegniemy. Ten patrzy, czyta. Też widzi coś takiego pierwszy raz. Ale to nie jest bilet, to nawet nie jest wydruk z kolei ukraińskich (pociąg ukraiński...), ale rosyjskich, dla niego to żaden dokument. Odjeżdżają, nie wpuszczają.
Nie wiem, czy bardziej mi smutno, czy bardziej jestem wściekła. Bogdan pyta, czy już kiedyś na czymś takim jeździłam. No tak... w Norwegii. Patrzy na mnie jak na wariatkę i tłumaczy, że Ukraina to nie Norwegia. Przecież wiem, do cholery, ale to zeszłoroczne euro, ta możliwość zakupu biletu przez Internet, myślałam, że coś się zmieniło. Kupujemy w kasie jeszcze jeden bilet, na szczęście są ostatnie dwa miejsca na pociąg dzisiaj o północy. Wracamy do domu, będę próbować jakoś połączyć się z dziewczynami w Moskwie, żeby zadzwoniły na rosyjską kolej, powiedziały o całej sprawie, żebym miała jakąś podstawę do zwrotu kosztów biletu; z Ukrainy takie połączenie byłoby strasznie drogie.
W domu, po śniadaniu, decyduję się jednak najpierw sprawdzić w Internecie (w kafejce na mieście), co napisali na temat zwrotu; pamiętam, że coś takiego było.
No i było: bilet można zwrócić najpóźniej dwie godziny PRZED odjazdem pociągu, ale, co gorsze, okazało się, że nawet na tym moim wydruku było napisane (na dole małymi literami - nie doczytałam...), że bilet można odebrać tylko na terytorium Federacji Rosyjskiej. Ale jak to, przecież u góry wyraźnie napisali, że „odbierać biletu na stacji wyjazdu nie trzeba...”.
  • Karolina, tu jest napisane: "Poluchit' bilet na stancii otpravlenija niel'za" – to znaczy „nie można”, a nie „nie trzeba”...

To była moja najbardziej bolesna i najdroższa porażka językowa w życiu. Kasa, rzecz jasna, przepadła. Byłam na siebie tak „zła” (doceńcie eufemizm), że brak słów. Cały dzień z paskudną świadomością własnej głupoty.

Ale na szczęście dzień był słoneczny, piękny, niezbyt duży mróz, cały Lwów przysypany śniegiem, bajkowo. Wymarzona pora na zwiedzanie. Byłyśmy tu wprawdzie z Asią i Martą dwa lata temu, ale w jeden wieczór zobaczyłyśmy tylko rynek i kilka miłych knajp; jedyny raz "porządnie" zwiedzałam Lwów z Mamą jakieś osiem lat temu, najwyższy czas na powtórkę.

Bogdan miał przygotowywać dziś buty, bo jutro chyba będzie ruszał z powrotem do Polski, ale postanowił sobie zrobić wolne. Połaziliśmy po uliczkach, po kościołach, bez konkretnego planu.
  • Tutaj mój kolega był w zakonie, ale po dziesięciu latach wystąpił...
  • Ten kościół restaurował mój kolega, byłem na rusztowaniach pod sklepieniem...
  • Tutaj był mój drugi dom – tu była taka fajna knajpa...

Wspomnienie o „drugim domu” pojawiło się kilka razy, nie potrzebowałam już pytać o szczegóły. Ale były też inne...
  • Tutaj mieszkał mój kolega.
  • A co się z nim teraz dzieje?
  • Nie żyje. Pił.

Jak wróciliśmy do domu na obiad, pokazywał mi album ze zdjęciami. Najwięcej zdjęć „z kolegami”, zazwyczaj z jakiejś roboty z Polsce, ale też z różnych imprez w domu, z wycieczki na Krym z kumplem Mirkiem z Jarosławia. Przy tych zdjęciach „nie żyje” pojawiało się najczęściej.
W ogóle Bogdan ma dużo znajomych – od pijaków-żebraków (zwłaszcza w Polsce, w Jarosławiu), po lekarzy, ludzi robiących złote interesy na allegro i restauratorów starych mebli wartych kilkadziesiąt tysięcy złotych (sam uczył się przez jakiś czas rzeźbienia w drewnie). No i oczywiście dużo (byłych) kobiet, z którymi wciąż utrzymuje przyjazne kontakty. Do jednej takiej, która wybrała jednak jego kumpla i mieszkają razem w Niemczech, planuje się wkrótce wybrać, więc pomagałam mu znaleźć w necie połączenie z południa Polski do Norymbergii.

Popołudniu znowu poszliśmy na miasto, tym razem z aparatem (żałuję, że nie wzięłam go wcześniej, rano było dużo lepsze światło). Weszliśmy na wieżę ratuszową, bardzo fajny widok na miasto. Lwów jest jednak ładniejszy niż Kraków, na górze tylko się to potwierdziło. Centrum jest mniej szczelnie zabudowane, przede wszystkim jest dużo mniej wysokich i nijakich powojennych kamienic, dużo mniej plomb, nie wspominając już o blokowiskach (te na obrzeżach są słabo widoczne) i nowoczesnych budynkach. W ogóle kamienice są jakieś mniejsze, ładniejsze. No i naprawdę dużo się odnawia, nie tylko w centrum. Bogdan pokazuje kilka budynków i pyta mnie o ich wiek. Oczywiste, że XIX. A nie – mają po 3, 4, 5 lat. Często stare kamienice są w tak złym stanie, że bardziej się opłaca całkiem je rozebrać i wybudować na nowo – ale muszą być dokładnie zrekonstruowane, takie jest prawo.



Gdy zeszliśmy, na placu koło Szewczenki zebrało się już dużo ludzi. Miał być wiec/demonstracja partii opozycyjnych – Vo Batkivszczyna Julii Tymoszenko i Udaru Kliczki (ponoć on sam też miał przyjechać); była też jakaś partia neofaszystowska, zobaczyliśmy jeszcze flagi (bardzo) skrajnie prawicowej Swobody, Europejskiej Partii Ukrainy i Partii Internetowej. :-) Naprawdę sporo ich się zebrało, występujący mówili z dużą energią i przekonaniem. I chyba dobrze mówili, chociaż nie rozumiałam zbyt wiele (tylko coś o tym, że trzeba odsunąć Janukowycza od władzy, że najbardziej jest nam potrzebne, aby mówić głośno prawdę). Widać, że do ludzi to trafiało. A byli bardzo różni – sporo „starszej młodzieży” (lub „młodszych dorosłych”), słowem takich koło trzydziestki, ale było też dużo starszych osób.

z flagą partii nacjonalistycznej


W jednym kościele trafiliśmy na Mszę greckokatolicką, zostaliśmy chwilę. W ogóle dopiero teraz zauważyłam kościelną paradoksalność Lwowa. Przeważają tu grekokatolicy i takież kościoły, jednak wyglądają one bardzo różnie. Do tej pory wydawało mi się, że kościół greckokatolicki wygląda tak, jak prawosławny – ikony, ikonostas, carskie wrota, mało ławek itd. Jednak już jedna cerkiew odwiedzana wcześniej (ta, którą restaurował kolega Bogdana) była całkowicie w stylu zachodnim (obrazy, freski), w dodatku barokowym. Podobnie tutaj – choć wszystko jeszcze nie odnowione, a kościół dość ciemny i mniej bogaty. Rzucił mi się w oczy brak ikonostasu, kapłan cały czas „na widoku”, nie wiedziałam, że tak można (swoją drogą to ciekawe, czy Przemienienie "podpada pod prawa" bardziej teologii czy bardziej liturgii... ktoś mi to wyjaśni?). No i te krzesełka poukładane w równe rządki, a ludzie i tak prawie cały czas stoją przed nimi. :-)

malowidło w kościele ormiańskim

A do tych wszystkich liturgiczno-dekoracyjnych rozważań popchnął mnie... siedmioramienny świecznik (menora?) stojący w centralnym punkcie ołtarza, przed którym kapłan odprawiał mszę. Podejrzewam, że był tylko elementem wystroju. A może nie?

Żeby nie przedłużać przydługiego postu: poszliśmy jeszcze na polską Mszę katolicką, a po niej szybko wróciliśmy do domu. Zrobił się spory mróz, straaasznie zimno.
Przed 22.oo zebraliśmy bety i poszliśmy na pociąg, przed północą wsiadłam. Uff.

piątek, 15 marca 2013

Syberiada polsko-ukraińska

… czyli jak Karolina wylądowała w łóżku z pięćdziesięcioletnim ukraińskim przemytnikiem.

Nie jestem pewna, czy powinnam pisać na blogu takie rzeczy, ale co mi tam.
Miało być bezproblemowo. Sprawdzonym szlakiem przez Lwów. Ale że będą problemy, było oczywiste już w pociągu do Przemyśla (w piątek), kiedy za oknem szalała biała zawierucha, drogi zasypane, samochody grzęzną w śniegu.
Ale najpierw była jeszcze miła nieplanowana wizyta u Doroty, Karoliny i Rafała, którzy odwieźli mnie do Medyki. Sunęliśmy sobie przez biały krajobraz z prędkością 20 km/h zastanawiając się, czy jedziemy jeszcze po drodze.
  • Chyba tak, bo kukurydza jest tam.

Potem polsko-ukraiński kordon – labirynt pieszego przejścia, którego nikt nie odśnieżył – śniegu po kolana, ludzi zaledwie kilkoro. Bardzo wtedy byłam wdzięczna losowi, że jednak nie wzięłam walizki na kółkach. Gość przede mną wziął, więc przez chwilę odśnieżał nią drogę, a jak go wyprzedziłam, trzeba było brnąć (z plecorem na plecach, plecakiem na brzuchu i torbą na ramieniu) w śniegu po kolana.
Ale gorzej dopiero miało być. Dotuptałam wreszcie do przystanku marszrutek, tam co prawda stały trzy autobusiki, ale puste i jakieś zamarznięte, okazało się, że do Lwowa (80 km) nic nie jedzie, trasa nieprzejezdna. Fantastycznie. Wróciłam do głównej drogi, gdzie zebrało się już trochę ludzi, którzy też zostali w d***. Ponoć na granicy stał jakiś autobus, który miał jechać z Polski do Lwowa... Czekaliśmy – na autobus, na okazję, na cokolwiek. Przy okazji zgadałam się z jakimś gościem, Bogdanem (Bohdanem :-)), który był najbardziej rozmowny ze wszystkich i chyba wziął sobie za punkt honoru nie zostawić biednego dziewczęcia bez pomocy. Uff. Potem okazało się, że Bogdan jest przemytnikiem, tzn. handlarzem; rozmawialiśmy po rosyjsku (tzn. ja po rosyjsku, on bardziej po ukraińsku). Po jakichś dwóch godzinach daremnego czekania poszliśmy kawałek dalej, gdzie ponoć miała być jakaś stacja, gdzie ponoć mogły stać marszrutki (nie bardzo w to wierzyliśmy, bo jeśli tak, to czemu nie podjechały po ludzi na przejście...). Ale okazało się, że była i stacja, i marszrutka do Lwowa. Jeszcze poczekaliśmy, aż się zapełni i w drogę.W międzyczasie zrobiło się ciemno.
Po drodze Bogdan zapytał mnie, co teraz. No, trzeba znaleźć hostel, pociąg jutro rano. Mówi, że hostel daleko od dworca, a on mieszka obok, więc mogę przenocować. A mówi do mnie... po polsku. Jasne, zaciąga, ale poza tym wysławia się zupełnie poprawnie i swobodnie! O co chodzi...? Unika odpowiedzi, tylko: „Polska to moja druga ojczyzna”.
  • Boisz się? Też bym się bał.
  • A nie zrobisz mi nic złego? (serio, tak zapytałam)
  • Nie. Tylko jak będziesz chciała.

No to wszystko jasne. Tzn. prawie wszystko. Jasne intencje, pozostaje tylko pewne ryzyko co do słowności. Hm, no nie, jednak dziękuję za pomoc, poradzę sobie. Zaproponował jeszcze raz, gdy wysiadał; wtedy było już wiadomo, że znalezienie hostelu nie będzie łatwe – dochodziła 22.oo, samochody stoją na ulicach, bo co chwilę ktoś grzęźnie w śniegu, trzeba wyciągać, pchać. Ale nie, dziękuję. Powiedział, że przyjdzie za chwilę na dworzec, to mi pomoże z tym hostelem. OK. Zanim dojechaliśmy na dworzec (może ze dwa kilometry w pół godziny), wiedziałam, że chyba trzeba będzie zmienić zdanie. Nawet nie ze względu na szukanie dzisiaj noclegu, ale ze względu na to, że jutro mam pociąg przed ósmą, a prawdopodobieństwo, że dostanę się do dworca marszrutką albo tramwajem jest niewielkie. Najbezpieczniej byłoby wprawdzie spędzić noc na dworcu, ale strasznie mi się nie chciało po takim dniu.
No to poszliśmy. Mieszkanko małe, ale całkiem ładne. Posiedzieliśmy w kuchni, pogadaliśmy. Bogdan handluje butami. Kupuje w Polsce za kilka- kilkanaście złotych używane buty importowane z Zachodu (dobrych firm i w dobrym stanie), przenosi przez granicę w plecaku i w workach (wtedy go właśnie poznałam), u siebie w mieszkaniu doprowadza do jeszcze lepszego stanu i sprzedaje (już raczej nie na bazarze, bo wyrobił sobie stałych odbiorców, którzy od niego odbierają po kilka par i sprzedają dalej) za kilkadziesiąt złotych. Ale buty to od jakiegoś czasu, no i „dopóki idzie”. Wcześniej oczywiście były papierosy i alkohol, bo się niesamowicie opłacało (podawał liczby, faktycznie imponujące), ale teraz już się tak nie opłaca, no i przez granicę już się tak łatwo nie przejdzie. Ale sam nie pali i nie pije – swoje wypił. Widział jak jego koledzy zapijali się na śmierć. Poszedł do mnichów, którzy modlili się o jego uzdrowienie, potem poszedł na akupunkturę. I nie pije, tylko tak symbolicznie – mi nalał pęćdziesiątkę, a sobie... połowę z tego. Ani ja, ani on (!) nie wypiliśmy do końca.
Dużo było tych opowieści, nie opiszę wszystkich. Aha – polski. Jego mama mieszkała w Polsce, dopóki ich nie przesiedlili; on się urodził już na Ukrainie. Jak miał 15 lat, to się wyprowadził z domu i powoli zaczęły się znajomości, interesy. Teraz połowę tygodnia spędza we Lwowie, połowę – w Jarosławiu. Dość czasu, żeby dobrze opanować język.
No i wszystko fajnie, dopóki się nie zorientowałam, że w sąsiednim (jedynym) pokoju jest tylko jedno łóżko. Niedobrze. Umyłam się i powiedziałam, że wyciągam śpiwór, on – że łóżko duże i przygotował dwa komplety pościeli. Ugh. Tego jeszcze nie było.
To nie była najbardziej komfortowa noc: z jednej strony – strach, że zaśpię na pociąg, z drugiej – wiadomo. Ale wszystko OK, wstaliśmy przed szóstą, poszliśmy na dworzec. I wtedy zaczęło się najgorsze.

no to w Drogę

Jak nawet papież mówi o Camino i że trzeba się ruszyć, bo inaczej jest źle, to nawet noc przedwyjazdowa nie taka straszna. :-)

Choć mało się nad tym pakowaniem nie popłakałam. Sytuacja już w miarę opanowana (ale nie chwalmy dnia przed wschodem słońca, jeszcze nie wszystko w plecaku, a miejsca, hm, w zasadzie nie ma...), choć istniało ryzyko, że po raz pierwszy w życiu będę paradować z wielgachną torbą na kółkach. Oczywiście nie zamiast, a oprócz dużego plecaka.

Mama zaproponowała więc raczej wielką torbę i mały (30 l) plecak...
  • Hm, a jak pojadę nad Bajkał, to z torbą na kółkach czy z małym plecakiem?
  • Z torbą na kółkach!
:D Już sobie wyobraziłam ten trekking wzdłuż brzegu... No dobra, ale nie zapeszajmy z tym Bajkałem, bo to póki co nic oprócz marzenia. :-)

No to chyba tak: 8.43 - Przemyśl, na miejscu po 14.oo; przejdę więc pewnie koło 15.3o; koło 17.oo (?) będę we Lwowie. W sobotę pociąg o 7.43, w Moskwie - w niedzielę po 9.oo.

poniedziałek, 4 marca 2013

przygotowania

No to chyba zaczynamy. :-)

Przygotowania ruszyły, choć nie odczuwam ich w pełni, bo priorytetem pozostaje praca magisterska.

W czwartek spotkałam się z promo. Bałam się jak nie wiem (pani promotor nic nie wiedziała o planach wyjazdu gdziekolwiek), ale było dobrze.
  • To kiedy pani wyjeżdża?
  • No... eee... za dwa tygodnie.
  • Uhm. No to napisze pani pracę magisterską w dwa tygodnie i pani pojedzie.
  • ??
Ale, szczerze mówiąc, dało mi to powera. Całości pewnie nie napiszę, ale jestem w stanie jeszcze dużo zrobić. Tylko trzeba się spieszyć. Deadline - 14.03.

W piątek było głównie bieganie za papierami - ubezpieczenie, badanie na HIV (!), zdjęcia - i z tym do punktu konsularnego. Na szczęście wszystko, łącznie z odbiorem, da się załatwić w Krakowie i na szczęście wiza edukacyjna nic nie kosztuje (bo ubezpieczenie i badanie już mnie uszczupliły o 150 zł :-/).

Dziś zdecydowałam się na sprawdzony sposób podróży i kupiłam (bezproblemowo przez Internet, ponoć nawet bez konieczności potwierdzania w kasie) bilet na pociąg ze Lwowa do Moskwy (dla zainteresowanych: płackarta - 210 zł). No to wygląda na to, że jednak jedziemy. :-) 15.03 do Lwowa, a 16.03 rano - do Moskwy.

I na tym przygotowania się póki co kończą. No, może jeszcze dorzucić można trochę planów i marzeń podróżniczych, ale na to przyjdzie jeszcze czas. :-)