… czyli dlaczego Karolina zwiedzała
zimowy Lwów, zamiast jechać do Moskwy
Na peronie znaleźliśmy właściwy
wagon, do odjazdu było jeszcze prawie pół godziny, więc
postaliśmy na peronie, pogadaliśmy. No
ale dobra, trzeba się ładować. Daję prawadnicy bilet – tj.
internetowy wydruk biletu z danymi, potwierdzeniem zapłaty, kodem;
wszystko jak przy odprawie on-line na samolot. A ona zdziwiona –
pierwszy raz widzi coś takiego. Tłumaczymy więc, o co chodzi, że
przez Internet itd. Ale nie, trzeba iść odebrać bilet w kasie.
Pokazuję, że jest napisane, że nie trzeba odbierać w kasie, że
to jest mój bilet. Nie i nie – nie wpuści.
Dziesięć minut do odjazdu, ja zostaję
z bagażami, Bogdan leci z moim biletem do kasy. Przybiega siedem
minut później – wciąż z tą samą kartką, w kasie nie chcą
wydać biletu, prawadnica musi mnie wpuścić do pociągu. Nie –
idźcie do naczelnego na początek pociągu. Biegniemy. Ten patrzy,
czyta. Też widzi coś takiego pierwszy raz. Ale to nie jest bilet,
to nawet nie jest wydruk z kolei ukraińskich (pociąg ukraiński...),
ale rosyjskich, dla niego to żaden dokument. Odjeżdżają, nie
wpuszczają.
Nie wiem, czy bardziej mi smutno, czy
bardziej jestem wściekła. Bogdan pyta, czy już kiedyś na czymś
takim jeździłam. No tak... w Norwegii. Patrzy na mnie jak na
wariatkę i tłumaczy, że Ukraina to nie Norwegia. Przecież wiem,
do cholery, ale to zeszłoroczne euro, ta możliwość zakupu biletu przez Internet,
myślałam, że coś się zmieniło. Kupujemy w kasie jeszcze jeden
bilet, na szczęście są ostatnie dwa miejsca na pociąg dzisiaj o
północy. Wracamy do domu, będę próbować jakoś połączyć się
z dziewczynami w Moskwie, żeby zadzwoniły na rosyjską kolej,
powiedziały o całej sprawie, żebym miała jakąś podstawę do
zwrotu kosztów biletu; z Ukrainy takie połączenie byłoby
strasznie drogie.
W domu, po śniadaniu, decyduję się
jednak najpierw sprawdzić w Internecie (w kafejce na mieście), co
napisali na temat zwrotu; pamiętam, że coś takiego było.
No i było: bilet można zwrócić
najpóźniej dwie godziny PRZED odjazdem pociągu, ale, co gorsze,
okazało się, że nawet na tym moim wydruku było napisane (na dole
małymi literami - nie doczytałam...), że bilet można odebrać
tylko na terytorium Federacji Rosyjskiej. Ale jak to, przecież u
góry wyraźnie napisali, że „odbierać biletu na stacji wyjazdu
nie trzeba...”.
- Karolina, tu jest napisane: "Poluchit' bilet na stancii otpravlenija niel'za" – to znaczy „nie można”, a nie „nie trzeba”...
To była moja najbardziej bolesna i
najdroższa porażka językowa w życiu. Kasa, rzecz jasna,
przepadła. Byłam na siebie tak „zła” (doceńcie eufemizm), że
brak słów. Cały dzień z paskudną świadomością własnej
głupoty.
Ale na szczęście dzień był
słoneczny, piękny, niezbyt duży mróz, cały Lwów przysypany
śniegiem, bajkowo. Wymarzona pora na zwiedzanie. Byłyśmy tu
wprawdzie z Asią i Martą dwa lata temu, ale w jeden wieczór
zobaczyłyśmy tylko rynek i kilka miłych knajp; jedyny raz
"porządnie" zwiedzałam Lwów z Mamą jakieś osiem lat temu, najwyższy czas na
powtórkę.
Bogdan miał przygotowywać dziś buty,
bo jutro chyba będzie ruszał z powrotem do Polski, ale postanowił
sobie zrobić wolne. Połaziliśmy po uliczkach, po kościołach, bez
konkretnego planu.
- Tutaj mój kolega był w zakonie, ale po dziesięciu latach wystąpił...
- Ten kościół restaurował mój kolega, byłem na rusztowaniach pod sklepieniem...
- Tutaj był mój drugi dom – tu była taka fajna knajpa...
Wspomnienie o „drugim domu”
pojawiło się kilka razy, nie potrzebowałam już pytać o
szczegóły. Ale były też inne...
- Tutaj mieszkał mój kolega.
- A co się z nim teraz dzieje?
- Nie żyje. Pił.
Jak wróciliśmy do domu na obiad,
pokazywał mi album ze zdjęciami. Najwięcej zdjęć „z kolegami”,
zazwyczaj z jakiejś roboty z Polsce, ale też z różnych imprez w
domu, z wycieczki na Krym z kumplem Mirkiem z Jarosławia. Przy tych
zdjęciach „nie żyje” pojawiało się najczęściej.
W ogóle Bogdan ma dużo znajomych –
od pijaków-żebraków (zwłaszcza w Polsce, w Jarosławiu), po
lekarzy, ludzi robiących złote interesy na allegro i restauratorów
starych mebli wartych kilkadziesiąt tysięcy złotych (sam uczył
się przez jakiś czas rzeźbienia w drewnie). No i oczywiście dużo
(byłych) kobiet, z którymi wciąż utrzymuje przyjazne kontakty. Do
jednej takiej, która wybrała jednak jego kumpla i mieszkają razem
w Niemczech, planuje się wkrótce wybrać, więc pomagałam mu
znaleźć w necie połączenie z południa Polski do Norymbergii.
Popołudniu znowu poszliśmy na miasto,
tym razem z aparatem (żałuję, że nie wzięłam go wcześniej,
rano było dużo lepsze światło). Weszliśmy na wieżę ratuszową,
bardzo fajny widok na miasto. Lwów jest jednak ładniejszy niż
Kraków, na górze tylko się to
potwierdziło. Centrum jest mniej szczelnie zabudowane,
przede wszystkim jest dużo mniej wysokich i nijakich powojennych
kamienic, dużo mniej plomb, nie wspominając już o blokowiskach (te
na obrzeżach są słabo widoczne) i nowoczesnych budynkach. W ogóle
kamienice są jakieś mniejsze, ładniejsze. No i naprawdę dużo się
odnawia, nie tylko w centrum. Bogdan pokazuje kilka budynków i pyta
mnie o ich wiek. Oczywiste, że XIX. A nie – mają po 3, 4, 5 lat.
Często stare kamienice są w tak złym stanie, że bardziej się
opłaca całkiem je rozebrać i wybudować na nowo – ale muszą być
dokładnie zrekonstruowane, takie jest prawo.
Gdy zeszliśmy, na placu koło
Szewczenki zebrało się już dużo ludzi. Miał być
wiec/demonstracja partii opozycyjnych – Vo Batkivszczyna Julii
Tymoszenko i Udaru Kliczki (ponoć on sam też miał przyjechać); była też jakaś partia neofaszystowska, zobaczyliśmy jeszcze flagi (bardzo) skrajnie prawicowej Swobody, Europejskiej
Partii Ukrainy i Partii Internetowej. :-) Naprawdę sporo ich się
zebrało, występujący mówili z dużą energią i przekonaniem. I
chyba dobrze mówili, chociaż nie rozumiałam zbyt wiele (tylko coś
o tym, że trzeba odsunąć Janukowycza od władzy, że najbardziej
jest nam potrzebne, aby mówić głośno prawdę). Widać, że do
ludzi to trafiało. A byli bardzo różni – sporo „starszej
młodzieży” (lub „młodszych dorosłych”), słowem takich koło
trzydziestki, ale było też dużo starszych osób.
W jednym kościele trafiliśmy na Mszę
greckokatolicką, zostaliśmy chwilę. W ogóle dopiero teraz
zauważyłam kościelną paradoksalność Lwowa. Przeważają
tu grekokatolicy i takież kościoły, jednak wyglądają one bardzo
różnie. Do tej pory wydawało mi się, że kościół
greckokatolicki wygląda tak, jak prawosławny – ikony, ikonostas,
carskie wrota, mało ławek itd. Jednak już jedna cerkiew odwiedzana
wcześniej (ta, którą restaurował kolega Bogdana) była całkowicie
w stylu zachodnim (obrazy, freski), w dodatku barokowym. Podobnie tutaj – choć wszystko jeszcze nie
odnowione, a kościół dość ciemny i mniej bogaty. Rzucił mi się w
oczy brak ikonostasu, kapłan cały czas „na widoku”, nie
wiedziałam, że tak można (swoją drogą to ciekawe, czy
Przemienienie "podpada pod prawa" bardziej teologii czy bardziej liturgii...
ktoś mi to wyjaśni?). No i te krzesełka poukładane w równe
rządki, a ludzie i tak prawie cały czas stoją przed nimi. :-)
| malowidło w kościele ormiańskim |
A do tych wszystkich
liturgiczno-dekoracyjnych rozważań popchnął mnie...
siedmioramienny świecznik (menora?) stojący w centralnym punkcie ołtarza,
przed którym kapłan odprawiał mszę. Podejrzewam, że był tylko
elementem wystroju. A może nie?
Żeby nie przedłużać przydługiego postu: poszliśmy jeszcze na polską
Mszę katolicką, a po niej szybko wróciliśmy do domu. Zrobił się spory mróz, straaasznie zimno.
Przed 22.oo zebraliśmy bety i poszliśmy na pociąg, przed północą wsiadłam. Uff.
Przed 22.oo zebraliśmy bety i poszliśmy na pociąg, przed północą wsiadłam. Uff.
