niedziela, 7 kwietnia 2013

Trietiakowka

W niedzielę po kościele (Msza dla dzieci pierwsza klasa :-)) poszliśmy do Trietiakowki. Po grudniowej wizycie w Luwrze Galeria Triatiakowska wydała mi się mała i przytulna. :-) Byłyśmy tam z Martą i Asią dwa lata temu, ale po kursie kultury rosyjskiej (nawet na wpół przespanym ;-)) odbiór jest jednak zupełnie inny. Super wiedzieć, że to TO i właśnie TEGO. :-)

Kilka rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi, spodobało mi się teraz bardzo, przede wszystkim "Bojarynia Morozowa" Surikowa - ten obraz na kompie nie oddaje ani trochę misterności z jaką jest wykonany oryginał. Przede wszystkim jest ogromny - 3 x 6 metrów! Barwy są żywe, a kreska wyrazista - postaci odcinają się jedna od drugiej. Są bardzo starannie nakreślone (np. haft kwiatów na białej chustce), widać różnice nie tylko wieku i stanu ludzi, ale malujących się na twarzach emocji. Według wiki malarz właśnie z tego słynął - "przedstawiał żywy lud rosyjski i jego spontaniczne, codzienne zachowania" - ten obraz świetnie to oddaje.


Poza tym jak zawsze urzekają cztery misie, czyli "Poranek w sosnowym lesie" Szyszkina (odnoszę wrażenie, że to obraz, z którym Rosjanie najchętniej się fotografują :-)).


Nie spodziewałam się (a powinnam), że w Trietiakowce znajdę jeden z moich ulubionych obrazów - najbardziej rozbrajające dziecko wszechczasów :-) - "Mikę Morozowa" Sierowa.


Pozostając w temacie dzieci :P - jeszcze jeden przyciągający uwagę obraz, którego nie znałam wcześniej - "Żebrząca dziewczynka-Hiszpanka" Sorokina.



W kilku salach na końcu wystawy zebrane są ikony. Ruskie, z XIII-XVII wieku, piękne. Wśród nich najpiękniejsza - "Trójca" Rublowa. Zwana też "Trójcą Starotestamentową" - przedstawia bowiem trzech aniołów, których gościli Abraham i Sara i którzy przepowiedzieli im potomstwo. Postaci aniołów symbolizują jednocześnie Trójcę Świętą: Boga Ojca, Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego (who is who i ogólne objaśnienie symboliki znajdują się w linku; jeśli ktoś nie zna, to obowiązkowo!). Oparta na okręgu (symbolizującym jedność i doskonałość) kompozycja jest otwarta na oglądającego, włącza go we Wspólnotę. 
Aj, nie znam piękniejszego i bardziej wymownego dzieła.


Chociaż postarano się o odpowiednią oprawę ikon - ciemne kolory ścian, dopasowane światło - odbiera się je zupełnie inaczej niż w cerkwi - przy żywym świetle świec, zapachu kadzidła, modlitwie stojących wokół kobiet i śpiewie kapłana. Z pewnością inaczej jest się z Trójcą w galerii, a inaczej podczas modlitwy.

piątek, 5 kwietnia 2013

Katyń. Smoleńsk.

Pisząc na tym blogu trzy lata temu, nigdy bym się nie spodziewała, że po trzech latach będę pisać raz jeszcze - po odwiedzeniu Smoleńska.

Ale pojechałyśmy przede wszystkim do Katynia. Zależało mi na tym, żeby jechać teraz - to właśnie na początku kwietnia 1940 r. zaczęto tam mordować Polaków. Zdawało się, że pojadę sama, niewiele osób było zainteresowanych tematem. Koniec końców, po informacji na fb, zgłosiło się kilka dziewczyn, które wcześniej niezbyt dobrze znałam; pojechałyśmy w piątkę. Ważny to był wyjazd.


Katyń leży kilkanaście kilometrów od Smoleńska, Smoleńsk - niecałe 400 km na zachód od Moskwy, rzut beretem od białoruskiej granicy. Pojechałyśmy w środę w nocy (Sara i ja prosto z opery) płackartą, na miejscu byłyśmy w czwartek przed piątą rano. Poranek spędziłyśmy w Macu, potem marszrutką do Katynia. Miejsce pamięci znajduje się w lesie, niedaleko od drogi. Jest podzielone na dwie części - jedna upamiętnia dokonaną w 1940 r. zbrodnię sowietów na polskich oficerach, druga - ofiary NKWD z czasów wielkiego terroru, przede wszystkim z lat 1937-38 (większość z nich to Rosjanie, ale nie tylko, Polacy i ludzie innych narodowości także). Okazuje się, że miejsce mordu nie było przypadkowe - już wcześniej istniała tu specjalna zona NKWD, w której wyrzucano ciała zabitych więźniów (w dużej mierze więźniów "za nic", w tym dzieci) przetrzymywanych i przesłuchiwanych w więzieniu w Smoleńsku. W przeciwieństwie do Polaków nie byli oni "chowani" w masowych mogiłach, ale gdzie popadnie; bez dokumentów, często bez ubrań - nie można ich więc zidentyfikować, istnieją tylko listy nazwisk ze smoleńskiego więzienia. Ponieważ szczątki znajdowano w wielu miejscach, nad ziemią ustawiono pomosty, po których mogą chodzić zwiedzający, aby nie chodzić po ziemi - nie niepokoić zmarłych.



Część polska... wzruszenie i gniew chwyta za gardło. Już przy wejściu na teren miejsca pamięci. Stoją tam dwa pawilony, a w nich niewielkie wystawy opisujące zbrodnię, trochę znalezionych rzeczy osobistych. Guziki. Klamry pasów. Okulary. Za pawilonami wagon więzienny - można zobaczyć, w jakich warunkach przewożeni byli Polacy. Dalej jest brama prowadząca w dwie strony: na część polską i rosyjską. Idąc w prawo - dwa obeliski z rzeźbionymi orłami wojskowymi i Krzyże: Virtuti Militari i Kampanii Wrześniowej. Potem mury z długimi rzędami tablic (w wymownym rdzawym kolorze) z nazwiskami i danymi zabitych wojskowych, lekarzy, naukowców... Przy niektórych wetknięte flagi biało-czerwone, sztuczne kwiaty. Najwymowniejsze te ze zdjęciami - przyklejonymi zapewne przez rodzinę. Za nimi - obszerne mogiły przykryte płytami, teraz także śniegiem. Na końcu alejki - ołtarz, za nim dwie kamienne płyty z wyrzeźbionymi nazwiskami ofiar, pomiędzy nimi - szczelina, zza której wyłania się krzyż - na Zmartwychwstanie. U dołu szczeliny, pod poziomem ziemi, umieszczony jest dzwon, który bije na chwałę poległym. Więcej o cmentarzu można przeczytać na stronie Federacji Rodzin Katyńskich.







O czym jeszcze pisać? Co się czuje, co myśli w takim miejscu? Pomodliłyśmy się.

Po cmentarzu oprowadzał nas młody przewodnik - Sasza. Myślę, że to chyba nie jest łatwe - opowiadać o takiej zbrodni dokonanej przez swoich rodaków (zresztą jego babcia była Polką zesłaną do Kazachstanu, on urodził się już w Smoleńsku). Sasza był dobrym przewodnikiem - mówił o wszystkim otwarcie, szczegółowo, nie próbując ani umniejszać winy zbrodniarzy, ani jednoczyć się w uczuciach z nami.

Aha! Zapomniałam, dopisuję: jeśli macie pół godzinki, to bardzo polecam odcinek "Szerokich torów" B. Włodarczyk poświęcony zbrodni katyńskiej.

Po powrocie do Smoleńska miałyśmy w planach zwiedzanie tego historycznego miasta ("bramy do Moskwy" obleganej najpierw przez Polaków, potem Napoleona). Na zdjęciach wyglądało imponująco - bałam się, że jeden dzień nie wystarczy nam na zobaczenie wszystkiego. Największy zabytek - Sobór Uspieński - faktycznie robi wrażenie, zwłaszcza wewnątrz - dzięki monumentalnemu, pięknie złoconemu (a obecnie odnawianemu, więc błyszczącemu prawie oślepiająco) ikonostasowi. Natomiast reszta... jest w kiepskim stanie. Po osławionych murach miasta nie zostało wiele, pozostałe cerkwie też wyglądają na zapuszczone. Życie toczy się wokół wielkiego, na wpół wyłożonego asfaltem placu, z którego odjeżdżają marszrutki, gdzie znajduje się wielki bazar i centrum handlowe (jedno starsze wyglądające jak bazar pod dachem - w którym niesamowicie śmierdzi mięsem i rybami, drugie nowoczesne - ze sklepami, butikami), Mac i jakieś inne knajpki i restauracyjki. W jednej z nich przesiedziałyśmy prawie trzy godziny, chroniąc się przed zimnem i ciesząc z faktu, że tak sprawnie poszło nam zwiedzanie tego sławnego miejsca. ;-)

Potem postanowiłyśmy jechać na miejsce katastrofy samolotu - autobusem na obrzeża miasta, bardzo blisko. Trzeba jeszcze kawałek podejść wzdłuż drogi... Mówiąc szczerze nie oglądałam zbyt wielu relacji z katastrofy, wydawało mi się, że to miejsce wygląda trochę inaczej - w jakimś lasku, dalej od drogi. Tak naprawdę - jest tuż przy drodze, drzewa są, ale nie jakieś szczególnie gęste. No, na lotnisko to to faktycznie zupełnie nie wygląda - połać nieogrodzonego terenu. W każdym razie, że jesteśmy na miejscu, uświadomił nas dopiero spotkany na drodze mężczyzna, wskazując na światła naprowadzające samoloty do lądowania. Z pewnym trudem znalazłyśmy miejsce, w którym postawiono krzyże i kamień z tablicą pamiątkową. Kurcze, mówiąc szczerze, trochę straszno z tym wszystkim - być w tym miejscu, nie wiedząc, co tak naprawdę się stało (a w głowie mętlik), patrząc na lichy kamień z lichą tablicą, na której imiennie wyszczególniono wyłącznie (!) prezydenta Kaczyńskiego, na prowizoryczne krzyże. Nie tak powinno być. Już po powrocie przeczytałam, że polska ambasada w Moskwie podjęła kroki w sprawie jakiegoś przyzwoitego upamiętnienia ofiar - co znowu wywołało jakąś absurdalną awanturę w rosyjskich mediach. :-(




Wróciłyśmy. Było zaledwie koło 20.oo, ale nie było już co robić - a że pociąg miałyśmy dopiero po północy, resztę czasu przesiedziałyśmy (przegadałyśmy) w Macu. Te knajpiane rozmowy to wbrew pozorom istotny element wyjazdu - poznałam naprawdę świetne dziewczyny.
W Moskwie byłyśmy przed szóstą rano, w akademiku - koło siódmej.

PS  Po powrocie obejrzałam raz jeszcze "Katyń" Wajdy. Zastanawiałam się, co też to był za kościół, w którym przetrzymywali żołnierzy... Kilka godzin później, czytając o Pustelni Optyńskiej, przypadkowo natknęłam się na informację, że to właśnie tam więziono Polaków przed wywózką do Katynia! A Pustelnia Optyńska była miejscem wyjątkowo ważnym dla duchowości Wschodu - w niej rewolucje duchowe przeżywali Fiodor Dostojewski i Lew Tołstoj.

środa, 3 kwietnia 2013

trochę kultury

Chodzenie do teatru w Moskwie nie jest sprawą prostą. Bo... jest ich (mniejszych i większych) bardzo dużo, a w nich dużo oper, baletów, przedstawień, spotkań i innych wydarzeń dostarczających duchowej pożywki. Nawet jeśli by skreślić te, których profil czy repertuar mi nie odpowiada (a zostawić samą klasykę :-) - w treści i w formie), to wciąż jest ich dużo. Jeśli by jeszcze skreślić te, na które mnie nie stać, to i tak zostaje ich sporo. Gdzie pójść, co tam wybrać, za ile można wejść, w jaki sposób dostać tańsze bilety (każde miejsce ma swój sposób), jak wcześnie należy je zarezerwować/wykupić - serio, nie jest łatwo się w tym połapać.

Życie kulturalne w tym mieście jest niesamowite. No tak - 12 mln mieszkańców to nie to co milion, zapewne też ilość osób (bardzo) zamożnych przewyższa średnią Warszawy czy Krakowa. Ale odnoszę wrażenie, że nie są to wystarczające argumenty tłumaczące dużo większą popularność sztuki tutaj w porównaniu do jej kondycji w Polsce. Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale wiele osób woli klasykę - spektakle tworzone na podstawie dzieł cenionych autorów (być może to ograniczenie się do znanej estetyki i zamknięcie na nowe doświadczenia, lenistwo w odbiorze... być może). W Moskwie ich nie brakuje. Nie jest też wstydem przedstawienie czegoś "po prostu" - tak, jak to w tekście stoi, a nie we współczesnych realiach, z interpretacją genderową (albo jakąś inną, nie wiem, która jest obecnie modna), na tle ascetycznej lub ultranowoczesnej scenografii. Moim zdaniem klasyka zupełnie na tym nie traci. Kolejna rzecz to... wychowanie, oswajanie dzieciaków ze sztuką od małego, darmowe lub prawie darmowe bilety dla studentów, po prostu pewna kultura. Z opowieści Asi wiem, że w Londynie też to dobrze wygląda (ceny nie są zaporowe). W Krakowie jak już się znajdzie coś dobrego (przynajmniej z perspektywy przeciętnego widza, który nie orientuje się świetnie we wszystkich scenach miasta), np. w Teatrze Stu, to można sobie na to pozwolić raczej od święta; zresztą repertuar nie zmienia się zbyt często, więc to "od święta" wystarcza.

Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że dla moskwian teatr, opera czy balet są bardziej na porządku dziennym - przybywają tłumnie, zachowują się swobodnie (czasem nawet zbyt swobodnie... jak pewna pani, która ostatnio odebrała telefon podczas "Jeziora Łabędziego"...). Istnieje tu specjalny teatr dla dzieci, a w nim np. "Mowgli" (opera 6+), "Dom kurki" ("opera dla najmłodszych" 0+), "Królewna Śnieżka" (opera 6+), a oprócz tego m. in. "Jezioro Łabędzie" (balet 6+), "Jewgienij Oniegin" (opera 12+), czy "Carmen" (opera 12+). Byliśmy w środę dużą grupą na "Jeziorze Łabędzim" - niesamowicie nam się podobało! Niby dla dzieci, ale trudno zinfantylizować balet - tancerze bezbłędnie tańczyli, łabędzie były cudne, stroje i scenografia - bogate i wyraziste, orkiestra grała na żywo! Być może fabuła była nieco wyraźniej zarysowana niż w oglądanym przeze mnie dwa lata temu w Krakowie wystąpieniu Moscow City Ballet, ale to akurat według mnie plus (jeśli ktoś się z nią wcześniej nie zapoznał, to na podstawie pierwszego przedstawienia mógł się nie domyślić wszystkiego). Na widowni morze dzieciaków z rodzicami. Siedzieliśmy na balkonie, a przed nami klęczały maluchy z przyklejonymi do barierki buziami. Najlepszy był kilkulatek, który bardzo się wczuwał i żywiołowo dyrygował orkiestrą lub też ze wdziękiem wyginał się wraz z tańczącymi baletnicami. :-) Młodym chyba się podobało, bo wiele z nich tańczyło po spektaklu na korytarzach. :-) Aha, na balet weszliśmy za darmo (wprawdzie przypadkiem, bo się spóźniliśmy, a że były wolne miejsca, to pani machnęła ręką i pozwoliła wejść; ale i normalny bilet studencki kosztuje tylko 20 zł).





A we wtorek (dzień wcześniej) byłyśmy jeszcze na "Białych nocach" Dostojewskiego w Pracowni Piotra Fomienki. To był mój pierwszy nie-balet i nie-opera w Moskwie. Pracownia to nieduży (jak na tutejsze warunki) teatr uznanego moskiewskiego reżysera, zmarłego w zeszłym roku. Takich prywatnych "pracowni" jest tutaj dużo. Repertuar u Fomienki jest tradycyjno-nowoczesny, zdaje się, że z delikatną przewagą tego pierwszego. Przyznam się, że "Białych nocy" nie czytałam, a spektakl mi się podobał (choć być może właśnie dlatego; dziewczyny czytały i były zawiedzione, bo ponoć nie zmieniono wprawdzie fabuły, ale zmieniono całkiem charakter bohaterów, a przez to wydźwięk całego utworu; ja tam się cieszę, że byli oni bardziej szaleni niż sentymentalni ;-)). Było mrocznie i magicznie, pomysłowa scenografia fajnie oddawała niepokojący klimat petersburskich wieczorów nad kanałami... Spektakl był grany na małej scenie przy zupełnie kameralnej widowni. Studenci wchodzą za darmo, jeśli zostają wolne miejsca (gdziekolwiek, niekoniecznie na krzesłach :-)).

wtorek, 2 kwietnia 2013

Wielkanoc

Христос воскрес! Воистину воскрес!

Zmartwychwstanie udało się, na szczęście, przeżywać i duchowo, i choć trochę rodzinnie. To pierwsze za sprawą tutejszej społeczności katolickiej zgromadzonej przy kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. To jeden z dwóch kościołów katolickich w Moskwie, większy i będący centrum życia religijnego. Nie mam pojęcia, ile osób liczy parafia, ale jak na 12 mln mieszkańców raczej niezbyt dużo (choć z drugiej strony podczas Paschy nie było gdzie wetknąć szpilki). Jest tutaj kilku polskich księży, msze odprawiane są głównie po rosyjsku, ale też po polsku, koreańsku, francusku, angielsku i hiszpańsku.


Główne nabożeństwa Triduum były rzecz jasna w języku rosyjskim. Było oczywiście ładnie i uroczyście (z udziałem arcybiskupa moskiewskiego Pawła Pezziego), choć do poziomu krakowskiego sporo brakuje. ;-)  Wszystko odbywa się podobnie jak u nas: czwartkowa Msza Wieczerzy Pańskiej zakończona pozostawieniem Chrystusa "w więzieniu" (jak to się fachowo nazywa?) i całonocną adoracją. W piątek Droga Krzyżowa i nabożeństwo, adoracja Krzyża i złożenie Chrystusa w grobie. W sobotę przez cały dzień święcenie pokarmów, a wieczorem uroczysta Wigilia Paschalna, Liturgia Światła i Wody (chrzest dorosłych, zdaje się, że ponad dziesięciu osób!), Liturgia Słowa, Eucharystia i procesja rezurekcyjna. W niedzielę rano jeszcze jedna rezurekcja - tym razem po polsku. Wyróżniał się świetny (profesjonalny?) chór, który niesamowicie wykonywał pieśni, zwłaszcza w Wielki Piątek (wiele z nich było po łacinie, jestem pewna, że to bardzo znane utwory, ale nie jestem w stanie ich rozpoznać :-( ). Poza tym wiele pieśni wielkanocnych na melodie dobrze nam - Polakom - znane, podobne teksty. I tak samo potężne "Te Deum" (po rosyjsku) na zakończenie :-) (można posłuchać tu, a tekst jest tu).


***

W czwartek w Carycynie przypadkowo udało mi się kupić w cerkiewnej ławce naklejki na jajka w tradycyjne ruskie wzory (chochłoma). Skoro zatem już prawie miałyśmy pisanki, to powstał pomysł koszyczka. :-) Wprawdzie w sobotę rano jeszcze nie bardzo miałyśmy co do niego włożyć, ale wspólnymi siłami uzbierałyśmy: jajka, chleb, sól, wędzonego łososia w zastępstwie wędliny i czekoladki-krówki w zastępstwie babki. W roli koszyczka wystąpiła natomiast torebka ze Starbucksa. ;-) Z koszyczkiem pojechałam na wykład Gorbaczowa, a po nim na święcenie - ostatnie, o 19.oo. Bardzo wygodne rozwiązanie, można było zostać od razu na Wigilię Paschalną, która zaczynała się o 20.3o.




W niedzielę świętowałyśmy w czwórkę z dziewczynami z Krakowa, które w sobotę przygotowały sałatkę i sos do jajek; kupiłyśmy dobry chleb (co wcale nie jest tu łatwe!), sery i ciacho - prawie jak w domu. :-) Ja miałam ugotować żurek, ale po kilku próbach wytłumaczenia w sklepie, czym jest zakwas/barszcz biały/substancja z mąki - dałam za wygraną. Ale i tak było super. :-) Pomimo śniegu za oknem i nieplanowanego "Kuligu" Skaldów z kompa w trakcie śniadania wielkanocnego. ;-)



A potem... potem było wielkie leniuchowanie. Po kilku dniach biegania święta uczciliśmy nicnierobieniem - gadaniem na skypie z Krewnymi i Znajomymi, surfowaniem po necie, wirtualnymi wycieczkami po Moskwie (wybieraliśmy się też na prawdziwe, ale rezygnowaliśmy po spojrzeniu przez okno), planowaniem ciekawych tras. A że poniedziałek i wtorek zorganizowaliśmy sobie wolne od zajęć, błogie lenistwo trwało do dziś. :-) Choć nie było tak całkiem bezproduktywne. Ale o tym będzie już w następnych postach (koło weekendu).