Pisząc na tym blogu trzy lata temu, nigdy bym się nie spodziewała, że po trzech latach będę pisać raz jeszcze - po odwiedzeniu Smoleńska.
Ale pojechałyśmy przede wszystkim do Katynia. Zależało mi na tym, żeby jechać teraz - to właśnie na początku kwietnia 1940 r. zaczęto tam mordować Polaków. Zdawało się, że pojadę sama, niewiele osób było zainteresowanych tematem. Koniec końców, po informacji na fb, zgłosiło się kilka dziewczyn, które wcześniej niezbyt dobrze znałam; pojechałyśmy w piątkę. Ważny to był wyjazd.

Katyń leży kilkanaście kilometrów od Smoleńska, Smoleńsk - niecałe 400 km na zachód od Moskwy, rzut beretem od białoruskiej granicy. Pojechałyśmy w środę w nocy (Sara i ja prosto z opery) płackartą, na miejscu byłyśmy w czwartek przed piątą rano. Poranek spędziłyśmy w Macu, potem marszrutką do Katynia. Miejsce pamięci znajduje się w lesie, niedaleko od drogi. Jest podzielone na dwie części - jedna upamiętnia dokonaną w 1940 r. zbrodnię sowietów na polskich oficerach, druga - ofiary NKWD z czasów wielkiego terroru, przede wszystkim z lat 1937-38 (większość z nich to Rosjanie, ale nie tylko, Polacy i ludzie innych narodowości także). Okazuje się, że miejsce mordu nie było przypadkowe - już wcześniej istniała tu specjalna zona NKWD, w której wyrzucano ciała zabitych więźniów (w dużej mierze więźniów "za nic", w tym dzieci) przetrzymywanych i przesłuchiwanych w więzieniu w Smoleńsku. W przeciwieństwie do Polaków nie byli oni "chowani" w masowych mogiłach, ale gdzie popadnie; bez dokumentów, często bez ubrań - nie można ich więc zidentyfikować, istnieją tylko listy nazwisk ze smoleńskiego więzienia. Ponieważ szczątki znajdowano w wielu miejscach, nad ziemią ustawiono pomosty, po których mogą chodzić zwiedzający, aby nie chodzić po ziemi - nie niepokoić zmarłych.

Część polska... wzruszenie i gniew chwyta za gardło. Już przy wejściu na teren miejsca pamięci. Stoją tam dwa pawilony, a w nich niewielkie wystawy opisujące zbrodnię, trochę znalezionych rzeczy osobistych. Guziki. Klamry pasów. Okulary. Za pawilonami wagon więzienny - można zobaczyć, w jakich warunkach przewożeni byli Polacy. Dalej jest brama prowadząca w dwie strony: na część polską i rosyjską. Idąc w prawo - dwa obeliski z rzeźbionymi orłami wojskowymi i Krzyże: Virtuti Militari i Kampanii Wrześniowej. Potem mury z długimi rzędami tablic (w wymownym rdzawym kolorze) z nazwiskami i danymi zabitych wojskowych, lekarzy, naukowców... Przy niektórych wetknięte flagi biało-czerwone, sztuczne kwiaty. Najwymowniejsze te ze zdjęciami - przyklejonymi zapewne przez rodzinę. Za nimi - obszerne mogiły przykryte płytami, teraz także śniegiem. Na końcu alejki - ołtarz, za nim dwie kamienne płyty z wyrzeźbionymi nazwiskami ofiar, pomiędzy nimi - szczelina, zza której wyłania się krzyż - na Zmartwychwstanie. U dołu szczeliny, pod poziomem ziemi, umieszczony jest dzwon, który bije na chwałę poległym. Więcej o cmentarzu można przeczytać na stronie
Federacji Rodzin Katyńskich.
O czym jeszcze pisać? Co się czuje, co myśli w takim miejscu? Pomodliłyśmy się.
Po cmentarzu oprowadzał nas młody przewodnik - Sasza. Myślę, że to chyba nie jest łatwe - opowiadać o takiej zbrodni dokonanej przez swoich rodaków (zresztą jego babcia była Polką zesłaną do Kazachstanu, on urodził się już w Smoleńsku). Sasza był dobrym przewodnikiem - mówił o wszystkim otwarcie, szczegółowo, nie próbując ani umniejszać winy zbrodniarzy, ani jednoczyć się w uczuciach z nami.
Aha! Zapomniałam, dopisuję: jeśli macie pół godzinki, to bardzo polecam
odcinek "Szerokich torów" B. Włodarczyk poświęcony zbrodni katyńskiej.
Po powrocie do Smoleńska miałyśmy w planach zwiedzanie tego historycznego miasta ("bramy do Moskwy" obleganej najpierw przez Polaków, potem Napoleona). Na zdjęciach wyglądało imponująco - bałam się, że jeden dzień nie wystarczy nam na zobaczenie wszystkiego. Największy zabytek - Sobór Uspieński - faktycznie robi wrażenie, zwłaszcza wewnątrz - dzięki monumentalnemu, pięknie złoconemu (a obecnie odnawianemu, więc błyszczącemu prawie oślepiająco) ikonostasowi. Natomiast reszta... jest w kiepskim stanie. Po osławionych murach miasta nie zostało wiele, pozostałe cerkwie też wyglądają na zapuszczone. Życie toczy się wokół wielkiego, na wpół wyłożonego asfaltem placu, z którego odjeżdżają marszrutki, gdzie znajduje się wielki bazar i centrum handlowe (jedno starsze wyglądające jak bazar pod dachem - w którym niesamowicie śmierdzi mięsem i rybami, drugie nowoczesne - ze sklepami, butikami), Mac i jakieś inne knajpki i restauracyjki. W jednej z nich przesiedziałyśmy prawie trzy godziny, chroniąc się przed zimnem i ciesząc z faktu, że tak sprawnie poszło nam zwiedzanie tego sławnego miejsca. ;-)
Potem postanowiłyśmy jechać na miejsce katastrofy samolotu - autobusem na obrzeża miasta, bardzo blisko. Trzeba jeszcze kawałek podejść wzdłuż drogi... Mówiąc szczerze nie oglądałam zbyt wielu relacji z katastrofy, wydawało mi się, że to miejsce wygląda trochę inaczej - w jakimś lasku, dalej od drogi. Tak naprawdę - jest tuż przy drodze, drzewa są, ale nie jakieś szczególnie gęste. No, na lotnisko to to faktycznie zupełnie nie wygląda - połać nieogrodzonego terenu. W każdym razie, że jesteśmy na miejscu, uświadomił nas dopiero spotkany na drodze mężczyzna, wskazując na światła naprowadzające samoloty do lądowania. Z pewnym trudem znalazłyśmy miejsce, w którym postawiono krzyże i kamień z tablicą pamiątkową. Kurcze, mówiąc szczerze, trochę straszno z tym wszystkim - być w tym miejscu, nie wiedząc, co tak naprawdę się stało (a w głowie mętlik), patrząc na lichy kamień z lichą tablicą, na której imiennie wyszczególniono wyłącznie (!) prezydenta Kaczyńskiego, na prowizoryczne krzyże. Nie tak powinno być. Już po powrocie przeczytałam, że polska ambasada w Moskwie podjęła kroki w sprawie jakiegoś przyzwoitego upamiętnienia ofiar - co znowu wywołało jakąś absurdalną awanturę w rosyjskich mediach. :-(



Wróciłyśmy. Było zaledwie koło 20.oo, ale nie było już co robić - a że pociąg miałyśmy dopiero po północy, resztę czasu przesiedziałyśmy (przegadałyśmy) w Macu. Te knajpiane rozmowy to wbrew pozorom istotny element wyjazdu - poznałam naprawdę świetne dziewczyny.
W Moskwie byłyśmy przed szóstą rano, w akademiku - koło siódmej.
PS Po powrocie obejrzałam raz jeszcze "Katyń" Wajdy. Zastanawiałam się, co też to był za kościół, w którym przetrzymywali żołnierzy... Kilka godzin później, czytając o
Pustelni Optyńskiej, przypadkowo natknęłam się na informację, że to właśnie tam więziono Polaków przed wywózką do Katynia! A Pustelnia Optyńska była miejscem wyjątkowo ważnym dla duchowości Wschodu - w niej rewolucje duchowe przeżywali Fiodor Dostojewski i Lew Tołstoj.