środa, 3 kwietnia 2013

trochę kultury

Chodzenie do teatru w Moskwie nie jest sprawą prostą. Bo... jest ich (mniejszych i większych) bardzo dużo, a w nich dużo oper, baletów, przedstawień, spotkań i innych wydarzeń dostarczających duchowej pożywki. Nawet jeśli by skreślić te, których profil czy repertuar mi nie odpowiada (a zostawić samą klasykę :-) - w treści i w formie), to wciąż jest ich dużo. Jeśli by jeszcze skreślić te, na które mnie nie stać, to i tak zostaje ich sporo. Gdzie pójść, co tam wybrać, za ile można wejść, w jaki sposób dostać tańsze bilety (każde miejsce ma swój sposób), jak wcześnie należy je zarezerwować/wykupić - serio, nie jest łatwo się w tym połapać.

Życie kulturalne w tym mieście jest niesamowite. No tak - 12 mln mieszkańców to nie to co milion, zapewne też ilość osób (bardzo) zamożnych przewyższa średnią Warszawy czy Krakowa. Ale odnoszę wrażenie, że nie są to wystarczające argumenty tłumaczące dużo większą popularność sztuki tutaj w porównaniu do jej kondycji w Polsce. Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale wiele osób woli klasykę - spektakle tworzone na podstawie dzieł cenionych autorów (być może to ograniczenie się do znanej estetyki i zamknięcie na nowe doświadczenia, lenistwo w odbiorze... być może). W Moskwie ich nie brakuje. Nie jest też wstydem przedstawienie czegoś "po prostu" - tak, jak to w tekście stoi, a nie we współczesnych realiach, z interpretacją genderową (albo jakąś inną, nie wiem, która jest obecnie modna), na tle ascetycznej lub ultranowoczesnej scenografii. Moim zdaniem klasyka zupełnie na tym nie traci. Kolejna rzecz to... wychowanie, oswajanie dzieciaków ze sztuką od małego, darmowe lub prawie darmowe bilety dla studentów, po prostu pewna kultura. Z opowieści Asi wiem, że w Londynie też to dobrze wygląda (ceny nie są zaporowe). W Krakowie jak już się znajdzie coś dobrego (przynajmniej z perspektywy przeciętnego widza, który nie orientuje się świetnie we wszystkich scenach miasta), np. w Teatrze Stu, to można sobie na to pozwolić raczej od święta; zresztą repertuar nie zmienia się zbyt często, więc to "od święta" wystarcza.

Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że dla moskwian teatr, opera czy balet są bardziej na porządku dziennym - przybywają tłumnie, zachowują się swobodnie (czasem nawet zbyt swobodnie... jak pewna pani, która ostatnio odebrała telefon podczas "Jeziora Łabędziego"...). Istnieje tu specjalny teatr dla dzieci, a w nim np. "Mowgli" (opera 6+), "Dom kurki" ("opera dla najmłodszych" 0+), "Królewna Śnieżka" (opera 6+), a oprócz tego m. in. "Jezioro Łabędzie" (balet 6+), "Jewgienij Oniegin" (opera 12+), czy "Carmen" (opera 12+). Byliśmy w środę dużą grupą na "Jeziorze Łabędzim" - niesamowicie nam się podobało! Niby dla dzieci, ale trudno zinfantylizować balet - tancerze bezbłędnie tańczyli, łabędzie były cudne, stroje i scenografia - bogate i wyraziste, orkiestra grała na żywo! Być może fabuła była nieco wyraźniej zarysowana niż w oglądanym przeze mnie dwa lata temu w Krakowie wystąpieniu Moscow City Ballet, ale to akurat według mnie plus (jeśli ktoś się z nią wcześniej nie zapoznał, to na podstawie pierwszego przedstawienia mógł się nie domyślić wszystkiego). Na widowni morze dzieciaków z rodzicami. Siedzieliśmy na balkonie, a przed nami klęczały maluchy z przyklejonymi do barierki buziami. Najlepszy był kilkulatek, który bardzo się wczuwał i żywiołowo dyrygował orkiestrą lub też ze wdziękiem wyginał się wraz z tańczącymi baletnicami. :-) Młodym chyba się podobało, bo wiele z nich tańczyło po spektaklu na korytarzach. :-) Aha, na balet weszliśmy za darmo (wprawdzie przypadkiem, bo się spóźniliśmy, a że były wolne miejsca, to pani machnęła ręką i pozwoliła wejść; ale i normalny bilet studencki kosztuje tylko 20 zł).





A we wtorek (dzień wcześniej) byłyśmy jeszcze na "Białych nocach" Dostojewskiego w Pracowni Piotra Fomienki. To był mój pierwszy nie-balet i nie-opera w Moskwie. Pracownia to nieduży (jak na tutejsze warunki) teatr uznanego moskiewskiego reżysera, zmarłego w zeszłym roku. Takich prywatnych "pracowni" jest tutaj dużo. Repertuar u Fomienki jest tradycyjno-nowoczesny, zdaje się, że z delikatną przewagą tego pierwszego. Przyznam się, że "Białych nocy" nie czytałam, a spektakl mi się podobał (choć być może właśnie dlatego; dziewczyny czytały i były zawiedzione, bo ponoć nie zmieniono wprawdzie fabuły, ale zmieniono całkiem charakter bohaterów, a przez to wydźwięk całego utworu; ja tam się cieszę, że byli oni bardziej szaleni niż sentymentalni ;-)). Było mrocznie i magicznie, pomysłowa scenografia fajnie oddawała niepokojący klimat petersburskich wieczorów nad kanałami... Spektakl był grany na małej scenie przy zupełnie kameralnej widowni. Studenci wchodzą za darmo, jeśli zostają wolne miejsca (gdziekolwiek, niekoniecznie na krzesłach :-)).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz