No i z powrotem w Konyi, więc piszę. Rzecz pierwsza, czyli podróż - męcząca straszliwie. Od godziny 4.2o w piątek (pociąg z Kłaja do Krakowa) do 11.oo w niedzielę (dotarcie do akademika). Po drodze rzecz jasna cały dzień w Stambule; trudno mi sobie wyobrazić, że jeszcze kilka miesięcy temu tak bardzo panikowałam przed tym miastem. Teraz czuję, że jest ono naprawdę trochę "moje". Jak zwykle myślałam, że tym razem uda mi się już dotrzeć do wszystkich miejsc, które chciałam zobaczyć. Plan wyglądał tak: przejażdżka słynnym "Tunelem" na początek Alei Niepodległości, spacer tąż, wizyta w Muzeum Adama Mickiewicza położonego ponoć w pobliżu, potem metro do Nisantasi (dzielnicy Orhana Pamuka) i stamtąd, o ile czas pozwoli, dalej na Levent - do super-nowoczesnego centrum handlowego Kanyon. I wszystko szło dobrze (choć z małymi opóźnieniami) dopóki nie zgubiłam się podczas poszukiwań muzeum wieszcza. Hm, w sumie to się nie zgubiłam, ale kompletnie nie mogłam sobie poradzić z odnalezieniem tegoż. Bo pan Adam co prawda mieszkał na Perze - w bogatej dzielnicy europejskiej - ale na jej obrzeżach, które aż dotąd są dzielnicami biedoty, a ponad wiek temu wyglądały zapewne jeszcze gorzej. Niestety nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć - już i tak rzucałam się w oczy jako nietutejsza, a co dopiero z wyciągniętym aparatem - jakoś tak głupio. Zaczepił mnie wreszcie pewien czarny kolega (podobno Nigeryjczyk i podobno gra tu w jakiejś drużynie w piłkę nożną, ale nie bardzo chce mi się wierzyć), który pomógł mi znaleźć dom Mickiewicza. Często mi się ostatnio zdarza, że muzea w gruncie rzeczy robią na mnie zupełnie minimalne wrażenie (podobnie to), duże natomiast wrażenie robi ich otoczenie - uzmysłowienie sobie, że to właśnie TAK (czyli bardzo biednie...) i właśnie TU ten człowiek próbował coś zdziałać dla kraju, o którym zapewne mało kto w ogóle wiedział. A przecież to nie była nawet ta sama Turcja - to była Turcja przed Ataturkiem! A więc pan Adam mijał codziennie tabliczki napisane w języku arabskim, spotykał dużo więcej kobiet ukrywających swoje twarze i ciała w metrach czarnego materiału i miał do czynienia z dużo mniej zeuropeizowaną kulturą. I dopiero to robi wrażenie. Niestety nie dotarłam na Nisantasi ani na Levent (a więc trzeba odwiedzić miasto jeszcze raz) - kolega Nigeryjczyk postanowił potowarzyszyć mi i ulokowaliśmy się w jakiejś knajpce. Podczas rozmowy przekonywał mnie, że powinnam poszerzyć swoje horyzonty i nie szukać chłopaka z Polski, bo teraz wszyscy jesteśmy otwarci, tacy sami, i że tak w ogóle to z kimś "innym" będzie mi lepiej. To rzecz jasna skrót, kiedy mi to wykładał brzmiało całkiem logicznie. No cóż, pewnie się już nie spotkamy. (Ach! Bo on chciał się spotkać. I żebyśmy byli razem. I on mi może kupić turecki telefon, żebyśmy się mogli kontaktować. Ojej.)
To teraz Konya - bardzo, bardzo pozytywnie. Choć tym razem było mi chyba jeszcze bardziej żal wyjeżdżać z Polski niż na początku. Na początku wszystko było jedną wielką niewiadomą, więc był strach i żądza wejścia w nowe. Teraz już wiedziałam, czego się spodziewać, więc odpadł najsilniejszy czynnik motywujący. :-) Ale pozostały dwa inne: 1. kilka miejsc do zwiedzenia, 2. coraz lepsza pogoda. Mimo wszystko naprawdę smutno było zostawiać Kraków i Wszystkich (oj, się zrobiło za słodko... nom, ale o Was mówię). Zaskoczyło mnie jednak to, że wróciłam do Konyi już nie jak do obcego miejsca (w sensie "nie-mojego"), ale "na stare śmieci". Bardzo fajnie. Pani z akademika (tzw. "chusta", choć ta akurat chusty nie nosi i jest naszą ulubioną panią z recepcji :-)), pan "dziadzio" w sklepiku, panowie ze stołówki - wszyscy miło mnie powitali. Nie mówiąc już o moim anglistycznym koordynatorze, rudowłosej Franny i dziewczynach z pierwszej klasy. Strasznie, strasznie fajnie. Tak więc ulokowałam się w nowym pokoiku, oswoiłam na nowo przestrzeń, przeraziłam się ilością ubrań w szafie i książek na półce (trzeba będzie robić paczkę do Polski, dużą paczkę), odwiedziłam Agatę, która nie wracała na ferie do domu i była jedyną pozostającą tutaj Polką i postanowiłam wreszcie zabrać się ostro do pracy (licencjackiej). W poniedziałek wieczorem przybyło nam jednak dwoje "nowych" (Lila z Legnicy i Grzegorz z Lublina, bardzo sympatyczni) - wybraliśmy się zatem we wtorek do centrum, coby zobaczyli miasto. I byłam z siebie mega-dumna, bo bezbłędnie trafiłam tam gdzie chciałam (nawet do naszego ulubionego sklepu z chałwą!), co prawda przez przypadek, pewnie nie udałoby mi się już tego powtórzyć. :-) Połaziliśmy po bazarze, odwiedziliśmy Mevlanę i dotarliśmy nawet do Muzeum Republiki z bardzo fajnymi makietami przedstawiającymi wojnę o niepodległość i sielskie życie na tureckiej wsi. Jeśli ktoś jest szczególnie zainteresowany, można rzucić okiem na niepodpisane jeszcze zdjęcia (album "Konya"). W środę z kolei przyjmowałam gościa - postanowiłam wreszcie zaprosić Beyzę, dziewczynę z pierwszej klasy, u której w mieszkaniu byłam w zeszłym semestrze. To "zaprosić" brzmi bardzo prosto, ale proste wcale nie jest: bo po pierwsze trzeba idealnie wysprzątać pokój (ich mieszkanka są wręcz nieprzyzwoicie czyste), a po drugie skombinować cokolwiek do jedzenia poza ciastkami. Na tym zeszło mi zatem przedpołudnie, popołudnie na gadaniu z Beyzą (strasznie lubię tę dziewczynę, nadajemy na podobnych falach i możemy pogadać prawie o wszystkim) - ha! dostałyśmy, tj. Lila i ja, zaproszenie do jej rodzinnego Afyonu m.in. na ich słynny hamamm, wieczór natomiast upłynął na wyprawie do nieco oddalonego od nas sklepu na Bośni (takie osiedle w pobliżu kampusu zamieszkane głównie przez studentów) w poszukiwaniu taniego i nie fast-foodowego jedzenia. Bowiem ten semestr można śmiało obwołać semestrem postanowień - po prostu wróciłyśmy do domów i weszłyśmy na wagi... Dramat. A zatem koniec z z donermai (a propos: widziałam, że otworzyli w Galerii Krakowskiej knajpkę z tureckim jedzeniem, która ma jakiegoś "donera" w nazwie, choć chyba żadnych prawdziwych donerów tam nie serwują), kebabami i dwoma obiadami dziennie, trzeba się zabrać do przygotowywania czegoś choć odrobinę zdrowszego.
Kolejny punkt nowosemestralnych postanowień to szeroko pojęte "ruszanie się" - i temu poświęcony był dzień dzisiejszy. Na kampusie funkcjonuje świetny basen, który miał być dla erasmusów za free. Miał być, ale nie jest, a w dodatku trzeba jeszcze zrobić badania, aby zostać dopuszczonym do szczęśliwej społeczności pływającej. Na tych badaniach upłynęło (nomen omen) nam dzisiejsze przed- i popołudnie, bo państwo w szpitalu oczywiście nie mówili po angielsku i oczywiście mieli wiele problemów. Utwierdziłyśmy się jednak z Agatą w przekonaniu, że najskuteczniejszą metodą załatwiania spraw tutaj jest metoda "na jabandżiego" (tr. yabanci - obcokrajowiec) - pod koniec załatwiania przestałyśmy po prostu rozumieć to, co do nas mówią i od razu wszystko poszło jakoś łatwiej (bo przestali mówić i chcieli się nas jak najszybciej pozbyć). Wyszłyśmy ze szpitala z portfelami lżejszymi o 42 liry (zdzierstwo) i udałyśmy się na basen, gdzie po krótszych, acz jeszcze bardziej nerwowych przejściach pozbyłyśmy się kolejnych 50 lir (a wszystko to, aby przez miesiąc sobie popływać...). Wynagrodził nam to wieczorny basen - jest naprawdę świetny! Może dla mnie trochę mniej, bo z pływaniem u mnie gorzej niż średnio, a to basen olimpijski, ale warunki "klasse" jak mówił Rysiu. W każdym razie miło się trochę obudzić i poczuć, że ma się ręce. :-) O ile lenistwo mnie nie pokona (choć moje lenistwo raczej uchyla się przed skąpstwem, a szkoda byłoby wyrzucić tyle kasy...), to na basenik będziemy śmigać codziennie. Miło, miło. :-) Acha! Muszę jeszcze napisać, że jestem pod wrażeniem dzieciaków - bo były tam takie brzdące (niektóre prawie mi do pasa sięgające, serio), które tak świetnie pływały i to kilkoma stylami, że po prostu szczęka opada, a oczy tylko wędrują za nimi na drugi koniec basenu. Tak, wstyd mi, zapiszę się na lekcje. Ale w Polsce. Heh.
Acha, czemu miesiąc pływania? Bo potem mnie nie będzie. Tzn. taki jest plan, a jak wyjdzie - zobaczymy. Póki co pod koniec marca organizujemy wypad świąteczny, zostanie więc tak naprawdę kwiecień i maj na zwiedzanie Turcji (nie mogę odpuścić Wschodowi i chociaż kawałeczkowi Drogi Likijskiej)! Ach, no i jeszcze pochodzenie na uczelnię i popisanie pracy... Nie będzie się opłacało ładować kasy w basen. No i nie będzie kasy.
Uff. Miałam to wszystko opisać w trzech postach ("powrót", "nowi", "havuz - basen"), ale tak mi się jakoś pociągnęło. No nic, może uda mi się w tym semestrze wreszcie zamieszczać krótsze, a za to bardziej regularne wpisy. Hehe, nie sądzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz