poniedziałek, 1 marca 2010

lavazza

Szok! W StarTreku (czyli budynku, w którym znajduje się studencka jadalnia, jakiś marny fast food no-name i mały sklepik z "dziadziem") otworzyli... Lavazzę! Tempo działania iście zawrotne, podobno zaczęli konstruować stoisko ledwie dwa tygodnie temu, w piątek stały już ścianki i dach, ale nie było jeszcze żadnych urządzeń, a dziś można już kupić kawę! I to jaką kawę... Kilkanaście różnych rodzajów (ze znanych mi to jakieś cappucina, moccachina, latte...). No pięknie - w sam raz na Wielki Post, wielkie odchudzanie i wielkie oszczędzanie. :-/ Ale to jednak niesamowite, że kierują taką ofertę wyłącznie do studentów i to do ograniczonej ich liczby, bo tylko tych mieszkających w akademikach Ataturka. Acha, żeby było jeszcze bardziej zadziwiająco (i kusząco) - menu jest w języku tureckim i angielskim! Normalnie szok.

A zajęcia póki co odwołane - pani Gulbun Onur nie wróciła jeszcze z Londynu, o ile w ogóle odbywają się jakieś zastępstwa, to są tak zakonspirowane, że o nich nie wiem. I dobrze. ;-)

niedziela, 28 lutego 2010

Dżihad

Z ciekawszych wydarzeń dnia dzisiejszego: wstałam dość wcześnie (po 9.oo?) z zamiarem udania się na basen. Ale że leń mnie ogarnął, postanowiłam basen przesunąć w czasie. Zabrałam się zatem za czytanie (!). Niestety póki co robię wszystko, żeby odsunąć moment zajęcia się licencjatem (to skomplikowane: lubię te książki i mogłabym o nich pisać, ale "od siebie" napiszę pewnie same banały, a odrzuca mnie jakoś od całej literatury przedmiotu, romantycznych podróży do Orientu etc.), padło więc na "Bramy Raju". Ha, w gimnazjum bardzo chciałam to przeczytać, byłam jednak "za mała" (tak stwierdzono). To teraz poczytamy. Wczoraj skończyłam "Ład serca" Andrzejewskiego - mocne, dobre, godne polecenia. No ale w sumie nie o tym miał być post. Na basenie wylądowałyśmy przed 12.oo, wróciłyśmy po półtorej godziny, szybki obiad (tureckie mini-pierożki manti + zupa pomidorowa z proszku - może nie jakieś mega-pyszne, ale całkiem smaczne, a przede wszystkim sycące i... tanie! razem kosztowało 1,2 liry, a starcza na co najmniej dwie porcje :-)). No i oczywiście spóźniłam się na spotkanie.

A umówiłam się w centrum Konyi z kolegą o wdzięcznym imieniu Dżihad. Normalnie nie umawiam się z Turkami, ale kolega jest wizualnie zupełnie w moim typie (heh, cóż za priorytety...), pierwszą rozmowę poprowadził całkiem normalnie (czyli że bez żadnych podtekstów) i od razu zastrzegł, że nie chce ode mnie niczego więcej (w sumie to strasznie obciachowe, że oni muszą mówić o tym na wstępie). Miało być miło: mieliśmy jechać na Meram (taka parkowa dzielnica Konyi), a potem/albo pójść do kina na "Vedę" - najnowszy film o wojnie o niepodległość i w ogóle Ataturku. Na Meram było jednak zbyt zimno, a z "Vedy" wykręcił się brakiem wolnych miejsc w kinach (zdaje mi się, że raczej w ogóle tego nie sprawdzał). Spędziliśmy zatem urocze cztery godziny w zadymionej knajpie. No i niby spoko, ale o czym gadać przez cztery godziny... Ale co zrobić, gadałam. :-) Dopiero pod koniec okazało się, że większość raczej na próżno, bo jak zaczęłam zadawać jakieś pytania, wyszło na jaw, że Dżihad nie do końca mnie rozumie... Rozrywki dostarczył nam pod koniec jego przyjaciel, który przyjechał samochodem i pojechaliśmy w końcu na ten Meram, ale że było całkiem ciemno i zimno, wylądowaliśmy tylko w jakiejś knajpie przy stadninie koni (plusy tego wszystkiego: obczajenie fajnej i podobno bardzo taniej stadniny oraz jednej z najlepszych restauracji w Konyi, o której opowiadał nam nauczyciel). Stamtąd przejażdżka na pobliskie wzgórze, z którego ładnie widać oświetloną nocą Konyę. Tu się zrobiło trochę straszno, bo jednak przebywanie w nocy na odludziu z dwoma facetami w samochodzie nie należy do najbardziej komfortowych sytuacji w życiu kobiety (Mamo, a Ty mnie namawiałaś do tego wyjścia! :-P). No, ale koledzy okazali się na poziomie i odwieźli do akademika na żądaną godzinę. No i koniec przygód na dziś.

Zwracam uwagę na regularność i w-miarę-krótkość wpisu. :-P

sobota, 27 lutego 2010

Ilgin - hamamm!

Mega-rozleniwiający dzień w tureckiej łaźni. :-) Bo jak się już człowiek zainteresował, to okazało się, że nie tylko że w Konyi jest kilka typowych hamammów, to w okolicy mamy co najmniej dwa miejsca z naturalnymi gorącymi źródłami, gdzie zbudowano łaźnie (a niedawno luksusowe hotele z zabiegami SPA). Tak więc dzisiejszego słonecznego poranka wybraliśmy się w czwórkę (Agata, Lila, Grzesiek i ja) stopem do położonego 90 km od Konyi Ilgin. Tir zatrzymał się zaraz po wyciągnięciu ręki, pan kierowca zadziwił nas swoją schludnością (3 rodzaje paczek z chusteczkami, dodatkowo chusteczki nawilżające, odświeżacz powietrza i dwa rodzaje tutejszej pachnącej wody stosowanej do perfumowania rąk po jedzeniu). Był to jednak pierwszy przypadek, gdy w stopie spotkało nas coś niemiłego - kierowca wziął bowiem po drodze swego kumpla z innego tira, a ten zaczął nas macać, oblech wstrętny. Odsunęłyśmy się, a Agata zaczęła nawet cmokać :-) (gest używany przez Turków, gdy bardzo nam się coś nie podoba i udzielamy komuś nagany). Dał sobie spokój koleś, ale i tak popsuli nam humor. Szczęśliwie dotarliśmy do Ilgin, tam znaleźliśmy dolmusz jadący do "kaplicy" (tur. kaplica, czyt. kaplydża - gorące źródła) i już po 10.oo weszliśmy do jednej z łaźni (oczywiście my w trójkę, a biedny Grzesiek sam). Bez jakiegoś mega-luksusu (ech, te sauny w Bodo...), ale za to turecko i bardzo relaksująco. W hamammie znajdowało się jedno pomieszczenie-sauna z parą o zapachu mięty/eukaliptusu, "sala główna" z podwyższeniem pośrodku i typowymi kranikami z ciepłym i zimnym strumieniem wokół, oraz, po bokach sali głównej, dość małe baseniki z tą naturalną gorącą wodą... Super. Największy relaks i rozleniwienie rzecz jasna w basenikach. Zażyczyłyśmy sobie także peeling i masaż w zestawie, a więc pani najpierw zdarła z nas skórę (faktycznie widać, jak ten naskórek schodzi, ale po wielu usłyszanych opowieściach byłam przekonana, że ona to robi dużo mocniej), a potem, już pod koniec "sesji", wymasowała plecki i kończyny. Fantastycznie. :-) Wyszliśmy stamtąd ledwie żywi o 14.oo, zszamaliśmy coś w pobliskiej lokancie i z powrotem do Konyi. Tym razem mieliśmy większe szczęście - bo niby wzięto nas na dwa razy, ale samochodami osobowymi, więc w sumie szybciej - i tak już po 16.oo byliśmy z powrotem. :-) Rzecz jasna po tak wyjątkowo męczącym dniu zaraz padłam do łóżka. ;-)

PS Acha, oto co znalazłam w necie o Ilgin:
Physio-Chemical Characteristics and Indications
The 420C thermal waters contain bicarbonate, calcium, sodium, carbon dioxide, and radioactivity. They are beneficial for rheumatism, liver, gall bladder, and metabolic complaints.
Szczególnie to ostatnie brzmi dobrze. ;-)

piątek, 26 lutego 2010

własne śmieci

No i z powrotem w Konyi, więc piszę. Rzecz pierwsza, czyli podróż - męcząca straszliwie. Od godziny 4.2o w piątek (pociąg z Kłaja do Krakowa) do 11.oo w niedzielę (dotarcie do akademika). Po drodze rzecz jasna cały dzień w Stambule; trudno mi sobie wyobrazić, że jeszcze kilka miesięcy temu tak bardzo panikowałam przed tym miastem. Teraz czuję, że jest ono naprawdę trochę "moje". Jak zwykle myślałam, że tym razem uda mi się już dotrzeć do wszystkich miejsc, które chciałam zobaczyć. Plan wyglądał tak: przejażdżka słynnym "Tunelem" na początek Alei Niepodległości, spacer tąż, wizyta w Muzeum Adama Mickiewicza położonego ponoć w pobliżu, potem metro do Nisantasi (dzielnicy Orhana Pamuka) i stamtąd, o ile czas pozwoli, dalej na Levent - do super-nowoczesnego centrum handlowego Kanyon. I wszystko szło dobrze (choć z małymi opóźnieniami) dopóki nie zgubiłam się podczas poszukiwań muzeum wieszcza. Hm, w sumie to się nie zgubiłam, ale kompletnie nie mogłam sobie poradzić z odnalezieniem tegoż. Bo pan Adam co prawda mieszkał na Perze - w bogatej dzielnicy europejskiej - ale na jej obrzeżach, które aż dotąd są dzielnicami biedoty, a ponad wiek temu wyglądały zapewne jeszcze gorzej. Niestety nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć - już i tak rzucałam się w oczy jako nietutejsza, a co dopiero z wyciągniętym aparatem - jakoś tak głupio. Zaczepił mnie wreszcie pewien czarny kolega (podobno Nigeryjczyk i podobno gra tu w jakiejś drużynie w piłkę nożną, ale nie bardzo chce mi się wierzyć), który pomógł mi znaleźć dom Mickiewicza. Często mi się ostatnio zdarza, że muzea w gruncie rzeczy robią na mnie zupełnie minimalne wrażenie (podobnie to), duże natomiast wrażenie robi ich otoczenie - uzmysłowienie sobie, że to właśnie TAK (czyli bardzo biednie...) i właśnie TU ten człowiek próbował coś zdziałać dla kraju, o którym zapewne mało kto w ogóle wiedział. A przecież to nie była nawet ta sama Turcja - to była Turcja przed Ataturkiem! A więc pan Adam mijał codziennie tabliczki napisane w języku arabskim, spotykał dużo więcej kobiet ukrywających swoje twarze i ciała w metrach czarnego materiału i miał do czynienia z dużo mniej zeuropeizowaną kulturą. I dopiero to robi wrażenie. Niestety nie dotarłam na Nisantasi ani na Levent (a więc trzeba odwiedzić miasto jeszcze raz) - kolega Nigeryjczyk postanowił potowarzyszyć mi i ulokowaliśmy się w jakiejś knajpce. Podczas rozmowy przekonywał mnie, że powinnam poszerzyć swoje horyzonty i nie szukać chłopaka z Polski, bo teraz wszyscy jesteśmy otwarci, tacy sami, i że tak w ogóle to z kimś "innym" będzie mi lepiej. To rzecz jasna skrót, kiedy mi to wykładał brzmiało całkiem logicznie. No cóż, pewnie się już nie spotkamy. (Ach! Bo on chciał się spotkać. I żebyśmy byli razem. I on mi może kupić turecki telefon, żebyśmy się mogli kontaktować. Ojej.)

To teraz Konya - bardzo, bardzo pozytywnie. Choć tym razem było mi chyba jeszcze bardziej żal wyjeżdżać z Polski niż na początku. Na początku wszystko było jedną wielką niewiadomą, więc był strach i żądza wejścia w nowe. Teraz już wiedziałam, czego się spodziewać, więc odpadł najsilniejszy czynnik motywujący. :-) Ale pozostały dwa inne: 1. kilka miejsc do zwiedzenia, 2. coraz lepsza pogoda. Mimo wszystko naprawdę smutno było zostawiać Kraków i Wszystkich (oj, się zrobiło za słodko... nom, ale o Was mówię). Zaskoczyło mnie jednak to, że wróciłam do Konyi już nie jak do obcego miejsca (w sensie "nie-mojego"), ale "na stare śmieci". Bardzo fajnie. Pani z akademika (tzw. "chusta", choć ta akurat chusty nie nosi i jest naszą ulubioną panią z recepcji :-)), pan "dziadzio" w sklepiku, panowie ze stołówki - wszyscy miło mnie powitali. Nie mówiąc już o moim anglistycznym koordynatorze, rudowłosej Franny i dziewczynach z pierwszej klasy. Strasznie, strasznie fajnie. Tak więc ulokowałam się w nowym pokoiku, oswoiłam na nowo przestrzeń, przeraziłam się ilością ubrań w szafie i książek na półce (trzeba będzie robić paczkę do Polski, dużą paczkę), odwiedziłam Agatę, która nie wracała na ferie do domu i była jedyną pozostającą tutaj Polką i postanowiłam wreszcie zabrać się ostro do pracy (licencjackiej). W poniedziałek wieczorem przybyło nam jednak dwoje "nowych" (Lila z Legnicy i Grzegorz z Lublina, bardzo sympatyczni) - wybraliśmy się zatem we wtorek do centrum, coby zobaczyli miasto. I byłam z siebie mega-dumna, bo bezbłędnie trafiłam tam gdzie chciałam (nawet do naszego ulubionego sklepu z chałwą!), co prawda przez przypadek, pewnie nie udałoby mi się już tego powtórzyć. :-) Połaziliśmy po bazarze, odwiedziliśmy Mevlanę i dotarliśmy nawet do Muzeum Republiki z bardzo fajnymi makietami przedstawiającymi wojnę o niepodległość i sielskie życie na tureckiej wsi. Jeśli ktoś jest szczególnie zainteresowany, można rzucić okiem na niepodpisane jeszcze zdjęcia (album "Konya"). W środę z kolei przyjmowałam gościa - postanowiłam wreszcie zaprosić Beyzę, dziewczynę z pierwszej klasy, u której w mieszkaniu byłam w zeszłym semestrze. To "zaprosić" brzmi bardzo prosto, ale proste wcale nie jest: bo po pierwsze trzeba idealnie wysprzątać pokój (ich mieszkanka są wręcz nieprzyzwoicie czyste), a po drugie skombinować cokolwiek do jedzenia poza ciastkami. Na tym zeszło mi zatem przedpołudnie, popołudnie na gadaniu z Beyzą (strasznie lubię tę dziewczynę, nadajemy na podobnych falach i możemy pogadać prawie o wszystkim) - ha! dostałyśmy, tj. Lila i ja, zaproszenie do jej rodzinnego Afyonu m.in. na ich słynny hamamm, wieczór natomiast upłynął na wyprawie do nieco oddalonego od nas sklepu na Bośni (takie osiedle w pobliżu kampusu zamieszkane głównie przez studentów) w poszukiwaniu taniego i nie fast-foodowego jedzenia. Bowiem ten semestr można śmiało obwołać semestrem postanowień - po prostu wróciłyśmy do domów i weszłyśmy na wagi... Dramat. A zatem koniec z z donermai (a propos: widziałam, że otworzyli w Galerii Krakowskiej knajpkę z tureckim jedzeniem, która ma jakiegoś "donera" w nazwie, choć chyba żadnych prawdziwych donerów tam nie serwują), kebabami i dwoma obiadami dziennie, trzeba się zabrać do przygotowywania czegoś choć odrobinę zdrowszego.
Kolejny punkt nowosemestralnych postanowień to szeroko pojęte "ruszanie się" - i temu poświęcony był dzień dzisiejszy. Na kampusie funkcjonuje świetny basen, który miał być dla erasmusów za free. Miał być, ale nie jest, a w dodatku trzeba jeszcze zrobić badania, aby zostać dopuszczonym do szczęśliwej społeczności pływającej. Na tych badaniach upłynęło (nomen omen) nam dzisiejsze przed- i popołudnie, bo państwo w szpitalu oczywiście nie mówili po angielsku i oczywiście mieli wiele problemów. Utwierdziłyśmy się jednak z Agatą w przekonaniu, że najskuteczniejszą metodą załatwiania spraw tutaj jest metoda "na jabandżiego" (tr. yabanci - obcokrajowiec) - pod koniec załatwiania przestałyśmy po prostu rozumieć to, co do nas mówią i od razu wszystko poszło jakoś łatwiej (bo przestali mówić i chcieli się nas jak najszybciej pozbyć). Wyszłyśmy ze szpitala z portfelami lżejszymi o 42 liry (zdzierstwo) i udałyśmy się na basen, gdzie po krótszych, acz jeszcze bardziej nerwowych przejściach pozbyłyśmy się kolejnych 50 lir (a wszystko to, aby przez miesiąc sobie popływać...). Wynagrodził nam to wieczorny basen - jest naprawdę świetny! Może dla mnie trochę mniej, bo z pływaniem u mnie gorzej niż średnio, a to basen olimpijski, ale warunki "klasse" jak mówił Rysiu. W każdym razie miło się trochę obudzić i poczuć, że ma się ręce. :-) O ile lenistwo mnie nie pokona (choć moje lenistwo raczej uchyla się przed skąpstwem, a szkoda byłoby wyrzucić tyle kasy...), to na basenik będziemy śmigać codziennie. Miło, miło. :-) Acha! Muszę jeszcze napisać, że jestem pod wrażeniem dzieciaków - bo były tam takie brzdące (niektóre prawie mi do pasa sięgające, serio), które tak świetnie pływały i to kilkoma stylami, że po prostu szczęka opada, a oczy tylko wędrują za nimi na drugi koniec basenu. Tak, wstyd mi, zapiszę się na lekcje. Ale w Polsce. Heh.
Acha, czemu miesiąc pływania? Bo potem mnie nie będzie. Tzn. taki jest plan, a jak wyjdzie - zobaczymy. Póki co pod koniec marca organizujemy wypad świąteczny, zostanie więc tak naprawdę kwiecień i maj na zwiedzanie Turcji (nie mogę odpuścić Wschodowi i chociaż kawałeczkowi Drogi Likijskiej)! Ach, no i jeszcze pochodzenie na uczelnię i popisanie pracy... Nie będzie się opłacało ładować kasy w basen. No i nie będzie kasy.

Uff. Miałam to wszystko opisać w trzech postach ("powrót", "nowi", "havuz - basen"), ale tak mi się jakoś pociągnęło. No nic, może uda mi się w tym semestrze wreszcie zamieszczać krótsze, a za to bardziej regularne wpisy. Hehe, nie sądzę.