piątek, 5 marca 2010

Objazdówka. Radek.

Wychodzimy o 8.oo – dziś w planach „zaliczyzm”, czyli objazdówka po głównych atrakcjach regionu. Radek zrobił je wczoraj na rowerze, nam trochę żal kasy na jego wypożyczenie, poza tym nie ufam swoim możliwościom w pedałowaniu pod górkę. Pomiędzy kolejnymi punktami jest od kilku do kilkunastu kilometrów, liczymy więc na farta w stopowaniu. Pierwszym naszym celem jest „Goreme Open Air Museum”, do którego docieramy spacerkiem. Miejsce rzeczywiście bardzo ładne i ładnie zorganizowane (czemu trudno się dziwić, choć z drugiej strony dobrze mieć świadomość, że te 20 lirów wstępu idzie na coś pożytecznego; nas oczywiście ratuje „złota karta”). I pierwsza myśl (którą potwierdziła po moim powrocie Dorota): to robi większe wrażenie niż rozreklamowana do granic możliwości jordańska Petra. Jasne, że nic nie może się równać z tamtejszymi genialnymi kutymi w skałach fasadami, jednak „wewnątrz” jest ona (Petra) pusta – trudno zorientować się w charakterze wykutych pomieszczeń, wszystkie zdają się być takie same, a oznakowania nie ma żadnego… No i tamtejszy ogrom – jest jednocześnie atutem, kiedy pomyśli się o tym globalnie: „wow, jakie wielkie oni mieli to swoje miasto”, ale wpływa też niekorzystnie na odbiór, gdy potrzebujesz całego dnia, aby złazić (w tłumie turystów) zaledwie główną drogę, będąc po pewnym czasie jednak znużonym jednostajnością mijanych atrakcji… Tutaj jest nieco inaczej – chociaż cała Kapadocja zajmuje bez wątpienia większy teren niż Petra, poszczególne skalne miasta są od siebie oddalone i zorganizowane jako oddzielne atrakcje turystyczne. W pewnym stopniu różnią się też od siebie, co pozwala na urozmaicenie wycieczki. Mają „zawartość” – czasami można wyraźnie odróżnić, czemu dane pomieszczenie służyło (kościół, kuchnia, magazyn, tłocznia wina), no i najważniejsze: w niektórych kościołach zachowały się freski – genialna podróż w czasie. Są też lepiej oznaczone i opisane, co jest kolejnym plusem. Tak, zdecydowanie Kapadocja. Ale wróćmy do Goreme. Tutejsze „muzeum” to chyba najpopularniejszy punkt zwiedzania, najlepiej też turystycznie przystosowany (ładne chodniczki prowadzące do kolejnych jaskiń, opisy w trzech językach przed każdą ważniejszą). „Muzeum” piszę w cudzysłowie, bo odbiega ono od naszego wyobrażenia – nie ma tu nic celowo zgromadzonego, po prostu obudowano miejsca istniejące – mieszkania i kościoły w grotach. Część fresków poddano chyba renowacji, bo wyglądają na naprawdę dobrze zachowane. To nasze pierwsze spotkanie z tymi skalnymi kościołami – robi na nas ogromne wrażenie; „wyobrażacie sobie przenieść się w czasie i przyglądać się z boku sprawowanej tu przed wiekami Eucharystii…”
Z Goreme chcemy dostać się do Urgup – to chyba druga co do popularności miejscowość, podobno ładne domy wykute w skałach, jakieś „wzgórze życzeń”. Trudno jednak coś złapać na małej drodze, dreptamy kilka kilometrów i łapiemy stopa na większej. Docieramy do Urgup i zaczyna się robić nieprzyjemnie: spada temperatura, zrywa się wiatr. W dodatku jesteśmy w centrum miasteczka robiącego wrażenie sporo większego od Goreme, nie wiemy w którą ruszyć się stronę, jest dość późno, a przed nami jeszcze trochę rzeczy do zobaczenia… Decydujemy się na zakupy w „BIMie” i szybki obiad „hand-made” składający się głównie z chleba z dodatkami. Kończymy, zaczyna padać. Szlag. Doprawdy nie wiemy co i gdzie tu można zobaczyć. Znajdujemy strzałkę na „wzgórze życzeń”, ale zabierze nam ono trochę cennego czasu, a poza tym, że jest dobrym punktem widokowym, jakoś mnie szczególnie nie pociąga. Chyba niepotrzebnie tu przyjechaliśmy. Wychodzimy z miasta w stronę kolejnego punktu w dzisiejszym planie dnia, podziwiając po drodze osławione domki w skałach (naprawdę niezły widok – całe wykute miasteczko z prawdziwymi domami a nie tylko ich imitacjami w postaci jaskiń, wznoszące się powyżej dzisiejszego „normalnego” miasta – i prawdopodobnie całe opustoszałe…). Przestaje padać, nawet na chwilę wychodzi słońce, ale dalej mocno wieje i jest bardzo zimno. Przebijamy się przez miasto, wreszcie łapiemy jakiegoś stopa. Klnę na tutejsze mapki okolicy – pokazują co prawda główne atrakcje, ale brak jakichkolwiek informacji o odległościach i szlakach; przewodnik mówi, że takowe istnieją, mówi też gdzie, ale również nie pomaga w kwestii map). Znowu więc idziemy na „chybił trafił” (po tym niewypale z Urgup zaczyna mnie to denerwować) i prosimy gościa, żeby wysadził nas przy wejściu do Doliny Devrent, którą można podobno przebyć na piechotę (oprócz skalnych miast, region słynie również z niesamowitych formacji skalnych fantazyjnie rzeźbionych przez naturę; te można podziwiać głównie w kilku dolinach, które jednak zupełnie różnią się od dolin w naszym rozumieniu – są jakby, przynajmniej z tego co udało nam się zaobserwować, labiryntem pośród grup wyrastających z ziemi skalnych stożków). W słuszności decyzji umacnia nas kilka stoisk z pamiątkami oraz jeden gość, który zapytany odpowiada, że faktycznie, możemy tę dolinkę przejść, ma jakieś pięć kilometrów. Robimy kilka zdjęć przy popularnej skale w kształcie wielbłąda i wchodzimy w dolinkę. I znów zonk – początkowo niby widzimy jakąś ścieżkę, szybko się jednak kończy… Nie mamy pojęcia, czy to przejście rzeczywiście tak ma wyglądać, czy może po prostu wybraliśmy złą drogę. Z pomocą w podjęciu decyzji „co dalej” przychodzi nam pogoda – zaczyna grzmieć i błyskać, zrywa się deszcz. Odwrót. Nawet gdybyśmy się zdecydowali na spacer w czasie burzy i odnaleźli ścieżkę, szybko utknęlibyśmy w piasko-glinie, dokładnie oblepiającej nam buty już teraz, po przejściu kilkuset metrów. Wychodzimy więc na drogę „pod wielbłąda” i w plastikowych pelerynach znów próbujemy coś łapać… Po chwili zatrzymuje się… ten sam koleś, który podwoził nas jakieś pół godziny temu! Pojęcia nie mamy, skąd się tu wziął, ale gość robi wrażenie miłego luzaka (prowadząc, popija z puszki „Efes”), poznał nas i bez problemu decyduje się podrzucić w kolejne miejsce – do doliny Zelve. Dopiero po drodze orientujemy się, że dolinka ta jest o kilka kilometrów oddalona od wszelkich zamieszkałych części Kapadocji, a więc prawdopodobnie to zupełnie nie po drodze dla naszego wybawcy. Próbujemy zaproponować mu jakąś kasę za tę ewidentną przysługę, on się jednak oburza. Przy wejściu do doliny napadają nas knajpiarze i pamiątkarze – z rozmiarów tutejszej oferty wynika, że musi to być wielce popularne miejsce w sezonie… Dziś spotykamy w całej dolince zaledwie jedną parę. Miejsce różni się od poprzedniego tym, że nie ma być atrakcją geologiczną, a kolejnym skalnym miastem utworzonym tym razem w „prawdziwej” dolince, a raczej trzech, bo miejsce ma kształt widelca: pomiędzy trzema obniżeniami terenu, w których kiedyś faktycznie mogła płynąć woda, wznoszą się żółte skały, w których powykuwano mieszkania. Każda z tych „dolinek” ma niespełna kilometr długości, wszystkie otwierają się szeroko z jednej strony, z drugiej natomiast zwężają, aż wreszcie zamykają skałami. Pomimo braku jakichkolwiek zdobień wewnątrz, jest to bardzo miłe do penetracji miejsce, buszujemy tu ze dwie godziny… Wciskamy się w skały u końca jednej z dolinek i odkrywamy tam wąski korytarz, do którego zapewne niewielu ludzi dociera… Na jego końcu zaś wysoką pionową skałę, w której wyryto wypustki na ręce i nogi, a zatem i to miejsce mieszkańcy musieli wykorzystywać; my nie mamy jednak sił na tego rodzaju wspinaczkę. W innej dolince zaskakuje nas z kolei ogromnych rozmiarów „monastyr” i częściowo zbudowany, a częściowo wbudowany w skały… meczet! Okazuje się, że tereny te najpierw zamieszkiwane przez miejscową ludność, potem przez chrześcijan kujących w skałach swoje świątynie, stały się wreszcie mieszkaniem muzułmanów, którzy nie chcieli być gorsi od swoich poprzedników. To właśnie m.in. z tej doliny przesiedlono ludność dopiero w latach 50. z powodu zagrożenia zawaleniem się skalnych mieszkań. Gdy wychodzimy z Zelve, jest już po 16.oo, późno. W dodatku uświadamiamy sobie, że do głównej drogi mamy jakieś sześć kilometrów, a na stopa tutaj nie ma co liczyć. Do zamknięcia dzisiejszej „pętelki” została nam jedna miejscowość, ale pewnie trzeba sobie będzie ją odpuścić, nie damy rady. Gdy po naszych głowach snują się te ponure myśli, dostrzegamy jadący w naszą stronę samochód… To chyba jakieś żarty, ale to znów ten sam gość! Po chwili mija nas, jadąc już w kierunku naszego marszu, ale nam najzwyczajniej w świecie głupio go już zatrzymywać, poza tym przed nami rozstaj dróg… Gość zwalnia, my nic… Gość wjeżdża w jedną z dróg, my szybko próbujemy rozeznać się w mapach… Wychodzi na to, że musimy wybrać tę drugą drogę… Gość się zatrzymuje… Podchodzimy do niego, pokazujemy mapy, mówimy nazwę miejscowości z zamiarem podziękowania mu za kolejną propozycję pomocy… Gość każe wsiadać i cofa. I w ten sposób jesteśmy w Cavusin (Czavuszin), ostatnim punkcie dzisiejszego dnia. W wiosce mają być ponoć dwa duże i dobrze zachowane kościoły, no i oczywiście skalne miasto, ale tych mamy już chyba dzisiaj przesyt. Gdy docieramy do kościoła, strażnik właśnie go zamyka, ale na szczęście zgadza się jeszcze na naszą wizytę. Ładnie, bardzo ładnie. Wychodzimy i znów zaczyna się gwałtowny wiatr i deszcz. Nie bardzo wiemy, co dalej, jeszcze przed chwilą planowaliśmy spacer do Goreme, jakieś pięć kilometrów, w sam raz na wieczór… Siadamy na przystanku (jedyne osłonięte miejsce w okolicy), przeglądamy przewodnik. Nie znaleźliśmy drugiego kościoła, podobno tego okazalszego. Trudno, przy takiej pogodzie już się dalej nie ruszamy. Przeczekamy deszcz i pójdziemy… Jednak po kilku minutach zjawia się „nasz” kierowca – jedzie z dwoma kumplami w przeciwnym kierunku, co jednak nie przeszkadza mu zawrócić, kazać kumplom się przesiąść i zaoferować nam miejsce z tyłu… I po co tu wypożyczać rower w Kapadocji? ;-) Ale mówiąc szczerze, z czymś takim się jeszcze nie spotkałam. Nie wiem, czy gość miał za dużo czasu i fantazji i szlajał się autem po swojej okolicy, czy może zaczął to traktować w pewnym momencie jako zabawę… Szczęście jednak mieliśmy niesamowite. Na miejscu byliśmy koło 18.oo, zziębnięta i przemoczona Lila postanowiła z miejsca wracać do Konyi (Goreme ma dobre połączenia autobusowe z resztą Turcji), Grzesiek i ja wróciliśmy do hostelu. Było jeszcze wcześnie, kupiliśmy zatem jakieś kapadockie winko i liczyliśmy na miły wieczór w ciepłym „pokoju wspólnym” z piecykiem, stołem, telewizorem i Internetem. I rzeczywiście było miło, chociaż współlokatorzy Niemcy raczej się do nas nie odzywali, a szef okazał się dobrym muzułmaninem nie pijącym alkoholu. Wypiliśmy zatem głównie z Radkiem, naciągając go na coraz to nowe opowieści… Nasz miły Radek okazał się… czterdziestolatkiem (dawaliśmy mu góra trzydzieści, szok) mieszkającym od kilku lat w Stanach… Oj, to go zgubiło. Ponieważ Stany przewinęły mi się kiedyś przez myśl jako miejsce na niezły trip, został zasypany pytaniami. No i rozwalił nas całkowicie tekstem o tym, że w Stanach najlepiej podróżuje się własnym samochodem… No i że przecież można zrzucić się ze znajomymi po 400 dolarów i taki samochód na miejscu kupić… No WOW. Dobry pomysł. :-) Potem więc musiał opowiadać o tym, co tam warto zobaczyć i przy tej okazji wyszło, że nasz przyjaciel jest niezłym hardkorowcem. Bo nie tylko głównie jeździ na wspinaczki i odbywa samotne wycieczki przez bezludne ostępy czegoś-tam (za dużo tego było, żeby wszystko spamiętać), ale też zdobył McKinley! Oglądaliśmy galerię na picasie… O ile w większości tego typu przypadków, moja reakcja jest: „ale super, też tak chcę”, o tyle teraz wiedziałam, że po prostu NIE DAM RADY. Że nawet jeśli bym chciała, to nie jestem w stanie fizycznie zrobić tego co on (i nie chodzi tu nawet wyłącznie o McKinely). No i z jednej strony podziw dla Radka, z drugiej strony złość, że ja tak nie mogę, a z trzeciej – lekka utrata zainteresowania jego przygodami (skoro są dla mnie niedostępne). W żadnym razie nie oznacza to jednak zarzucenia myśli o Stanach – jest tam niemało pięknych rzeczy, które są do zrobienia dla zwykłego śmiertelnika. :-) To kto jedzie? :-P

czwartek, 4 marca 2010

Kapadocja, dzień I

Kompletnie nie mogę się zebrać do opisywania „wrażeń z podróży” (tak, tak, obiecywanej Syrii i Jordanii wciąż nie ma, na moim kompie istnieje jedynie zaczątek tej relacji), przytłacza świadomość ilości rzeczy i wrażeń, które na opis zasługują. Spróbuję jednak jakoś skrótowo (co nie oznacza, że opis będzie krótki) ująć nasz zeszłotygodniowy trip do Kapadocji.

Kapadocja była miejscem obowiązkowym z kilku względów: 1. bardzo popularna i wychwalana pod niebiosa przez turystów, 2. leżąca bardzo niedaleko od Konyi (biorąc pod uwagę warunki tureckie), 3. nadająca się na wypad podczas „dłuższego weekendu”. Zresztą z ostatnich dwóch względów (plus wzgląd na pogodę, dotąd niesprzyjającą) wycieczkę wciąż przesuwałam. Wreszcie postanowiłam skończyć z przesuwaniem i po przyjeździe z domu poczuć, że wróciłam na wakacje. ;-) Poza tym nadarzała się dobra okazja, bo na towarzystwo „starych erasmusów” nie mogłam liczyć (w zeszłym semestrze, jeszcze jak było ciepło, biuro erasmusa zorganizowało wypad do Kapadocji – ze względu na swą masowość, odgórną organizację i czas trwania wynoszący… jeden dzień, byłam chyba jedyną osobą, która nie wzięła w niej udziału), pojawili się za to nowi i chętni: Lila i Grzegorz.

Wyruszyliśmy w czwartek po „pierwszym obiedzie” (o 13.oo) stopem. Samo wydostanie się z Konyi (niestety tym razem nie mogliśmy jechać wylotówką biegnącą tuż za kampusem) kosztowało nas masę czasu i nerwów (kilka aut zatrzymywało się, ale nas nie zabierało, a jeden koleś znów zaczął się przypierniczać), tak że już zaczynaliśmy wątpić w powodzenie przedsięwzięcia… Wreszcie po piętnastej zatrzymał się facet, który jechał już niemalże do końca – wybawienie. Gość nie mówił po angielsku, po turecku koniecznie chciał prowadzić normalną rozmowę, nie zadowalając się naszym podstawowym słownictwem, więc w sumie dużo nie porozmawialiśmy… Aż się okazało, że trochę mówi po rosyjsku, zaczęliśmy więc prowadzić wielce pocieszną „rozmowę” turecko-rosyjsko-angielską („w Polonia soguk deniz" – „aa! Turkcze żarkoje!” to było na popularny temat „jak jest w Polsce, a jak w Turcji i gdzie ładniej” – tłumaczę panu, że też mamy morze, ale jest zimne, a pan ze zrozumieniem konstatuje, że ich jest ciepłe :-)). Pan okazał się bardzo miły (tak tu już jest, że albo próbują w wiadomy sposób wykorzystać turystki, albo są wobec nich naprawdę ponadprzeciętnie mili i pomocni) i dowiedziawszy się, że jedziemy do Goreme, postanowił odstawić nas na miejsce (czyli dobre kilka kilometrów za jego punktem docelowym). I dobrze się stało, bo dojechaliśmy już porządnie po zmroku. Na szczęście funkcjonuje tu ogromna baza noclegowa i świetna informacja turystyczna, ze znalezieniem hostelu nie mieliśmy więc większego problemu. Okazało się nawet, że trafiliśmy lepiej, niż mogliśmy przypuszczać: tani hostel (10 lirów) z dormem w skałach! To w Kapadocji popularny chwyt podwyższający (i słusznie) atrakcyjność pobytu: oprócz normalnych pokoi oferta niektórych hoteli przewiduje miejsca w zaadaptowanych specjalnie w tym celu pomieszczeniach w skałach, które przez wieki wykuwały sobie na mieszkania kolejne ludy, a w których przestano „normalnie żyć” zaledwie w latach 60. XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że coś takiego można znaleźć także w najtańszym hostelu! Pięknie. Rzuciliśmy bety, zamieniliśmy kilka słów z nowym kolegą z pokoju – Radkiem, Czechem z Cieszyna, który świetnie mówi po polsku (myśleliśmy, że natknęliśmy się w tym miejscu i o tej porze roku na rodaka, szok) i rozpoczął właśnie kilkumiesięczną podróż przez Wschód (meta w Indiach), po czym wymknęliśmy się na wieczorny rekonesans po miasteczku. Goreme, właściwie chyba wioska, wygląda dużo lepiej niż się spodziewałam. Tyle się słyszało o biednej Kapadocji, zapuszczonych miejscowościach i biednych dzieciach wyciągających od turystów pieniądze… Tutaj ani śladu po tym wszystkim. Wioska jest maleńka, ale ze względu na bycie dominującą w regionie (co zawdzięcza swemu centralnemu położeniu pośród wszystkich okolicznych atrakcji), dużo bardziej przypomina nowoczesny, a jednocześnie uroczy mały kurort niż biedną wschodnioturecką miejscowość. Wzdłuż głównej ulicy ciągną się same restauracje i kafejki (i to nie tanie tureckie lokanty czy knajpy z pide, ale w większości miejsca, na które naprawdę szkoda nam kasy…) – pięknie urządzone i oświetlone; wreszcie wybieramy jedną z nich na późnowieczorny posiłek. Całe centrum jest ładnie utrzymane – kamienne mostki, roślinki, ładne oświetlenie, czysto i przyjemnie. Pomimo okropnego zimna i niemal kompletnego braku turystów (pojedynczy siedzą w niektórych knajpkach), nie trudno wyobrazić sobie miły gwar panujący w tym miejscu w czasie wakacji.

wtorek, 2 marca 2010

rozleniwienie

Jak w tytule. Dzisiaj w Konyi pogoda więcej niż wiosenna (słonko i, zgodnie z prognozami, 18 stopni), mnie natomiast na przekór aurze ogarnęła senność i jeszcze większe niż zazwyczaj lenistwo. A że warunki temu sprzyjały (póki co nie mam zajęć ani we wtorek ani w środę) przeleniuchowałam cały dzień. Czyli tylko trochę czytania, więcej buszowania po necie (swoją drogą można w nim znaleźć sporo fajnych blogów pisanych przez Polaków mieszkających w Turcji), no i oczywiście – jedzeeeeenia… Ech, ech. Bardziej wtajemniczeni wiedzą, że to akurat ostatnio ograniczam, ale dzisiaj był dzień łamania wszystkich zakazów.
Ponurą atmosferę wyrzutów sumienia łagodzi jednak aura za oknem (oj, już niedługo nie można będzie trzymać tam mleka!), nawet na obiado-kolację poszłam dziś w podkoszulku! :-)

A z rzeczy miłych: nasz erasmusowy stolik na stołówce powoli się zapełnia. Jest nas już dwanaścioro. O, więc może przy okazji przedstawię skład „nowego” erasmusa (w kolejności przyjeżdżania):
- Agata (Warszawa, stomatologia) która w ogóle nie wyjeżdżała na ferie;
- Grzegorz (Lublin, architektura)
- ja :-)
- Lilianna (Legnica, administracja)
- Witek (Praga, chemia)
- Ola i Beata (Opole, stosunki międzynarodowe)
- Patrycja i Mati (Opole, stosunki międzynarodowe)
- Duży Mateusz (eee… Opole, stosunki międzynarodowe?)
- Jarek i Paweł (Inowrocław, ??) – świeżo co przyjechali, nie zdołaliśmy ich jeszcze poznać.
A przyjechać ma jeszcze sześcioro „starych erasmusów”:
- Michał (Poznań, pojęcia nie mam, co on studiuje), którego można spodziewać się w każdej chwili, gdyż do Polski na ferie nie pojechał, pojechał za to „w Turcję” i ostatnio był widziany gdzieś w zagłębiu knajpianym w Eskisehir
- Doris!! (Poznań, stosunki międzynarodowe?), czyli że współlokatorka ma :-)
- Magda i Ela (Wrocław, stosunki międzynarodowe?)
- Dorota i Bartek (Poznań, ??).

Czyli jednak nie będzie aż tak smutno, to spora już grupka. :-)

A poza tym dobre wieści wypadowe: Grześkowi i Lili udało się dziś załatwić w Muzeum Mevlany karty muzealne, a zatem w czwartek po śniadanio-obiedzie (bo rano mam zajęcia) ruszamy do Kapadocji, hurra!!

poniedziałek, 1 marca 2010

lavazza

Szok! W StarTreku (czyli budynku, w którym znajduje się studencka jadalnia, jakiś marny fast food no-name i mały sklepik z "dziadziem") otworzyli... Lavazzę! Tempo działania iście zawrotne, podobno zaczęli konstruować stoisko ledwie dwa tygodnie temu, w piątek stały już ścianki i dach, ale nie było jeszcze żadnych urządzeń, a dziś można już kupić kawę! I to jaką kawę... Kilkanaście różnych rodzajów (ze znanych mi to jakieś cappucina, moccachina, latte...). No pięknie - w sam raz na Wielki Post, wielkie odchudzanie i wielkie oszczędzanie. :-/ Ale to jednak niesamowite, że kierują taką ofertę wyłącznie do studentów i to do ograniczonej ich liczby, bo tylko tych mieszkających w akademikach Ataturka. Acha, żeby było jeszcze bardziej zadziwiająco (i kusząco) - menu jest w języku tureckim i angielskim! Normalnie szok.

A zajęcia póki co odwołane - pani Gulbun Onur nie wróciła jeszcze z Londynu, o ile w ogóle odbywają się jakieś zastępstwa, to są tak zakonspirowane, że o nich nie wiem. I dobrze. ;-)