czwartek, 4 marca 2010

Kapadocja, dzień I

Kompletnie nie mogę się zebrać do opisywania „wrażeń z podróży” (tak, tak, obiecywanej Syrii i Jordanii wciąż nie ma, na moim kompie istnieje jedynie zaczątek tej relacji), przytłacza świadomość ilości rzeczy i wrażeń, które na opis zasługują. Spróbuję jednak jakoś skrótowo (co nie oznacza, że opis będzie krótki) ująć nasz zeszłotygodniowy trip do Kapadocji.

Kapadocja była miejscem obowiązkowym z kilku względów: 1. bardzo popularna i wychwalana pod niebiosa przez turystów, 2. leżąca bardzo niedaleko od Konyi (biorąc pod uwagę warunki tureckie), 3. nadająca się na wypad podczas „dłuższego weekendu”. Zresztą z ostatnich dwóch względów (plus wzgląd na pogodę, dotąd niesprzyjającą) wycieczkę wciąż przesuwałam. Wreszcie postanowiłam skończyć z przesuwaniem i po przyjeździe z domu poczuć, że wróciłam na wakacje. ;-) Poza tym nadarzała się dobra okazja, bo na towarzystwo „starych erasmusów” nie mogłam liczyć (w zeszłym semestrze, jeszcze jak było ciepło, biuro erasmusa zorganizowało wypad do Kapadocji – ze względu na swą masowość, odgórną organizację i czas trwania wynoszący… jeden dzień, byłam chyba jedyną osobą, która nie wzięła w niej udziału), pojawili się za to nowi i chętni: Lila i Grzegorz.

Wyruszyliśmy w czwartek po „pierwszym obiedzie” (o 13.oo) stopem. Samo wydostanie się z Konyi (niestety tym razem nie mogliśmy jechać wylotówką biegnącą tuż za kampusem) kosztowało nas masę czasu i nerwów (kilka aut zatrzymywało się, ale nas nie zabierało, a jeden koleś znów zaczął się przypierniczać), tak że już zaczynaliśmy wątpić w powodzenie przedsięwzięcia… Wreszcie po piętnastej zatrzymał się facet, który jechał już niemalże do końca – wybawienie. Gość nie mówił po angielsku, po turecku koniecznie chciał prowadzić normalną rozmowę, nie zadowalając się naszym podstawowym słownictwem, więc w sumie dużo nie porozmawialiśmy… Aż się okazało, że trochę mówi po rosyjsku, zaczęliśmy więc prowadzić wielce pocieszną „rozmowę” turecko-rosyjsko-angielską („w Polonia soguk deniz" – „aa! Turkcze żarkoje!” to było na popularny temat „jak jest w Polsce, a jak w Turcji i gdzie ładniej” – tłumaczę panu, że też mamy morze, ale jest zimne, a pan ze zrozumieniem konstatuje, że ich jest ciepłe :-)). Pan okazał się bardzo miły (tak tu już jest, że albo próbują w wiadomy sposób wykorzystać turystki, albo są wobec nich naprawdę ponadprzeciętnie mili i pomocni) i dowiedziawszy się, że jedziemy do Goreme, postanowił odstawić nas na miejsce (czyli dobre kilka kilometrów za jego punktem docelowym). I dobrze się stało, bo dojechaliśmy już porządnie po zmroku. Na szczęście funkcjonuje tu ogromna baza noclegowa i świetna informacja turystyczna, ze znalezieniem hostelu nie mieliśmy więc większego problemu. Okazało się nawet, że trafiliśmy lepiej, niż mogliśmy przypuszczać: tani hostel (10 lirów) z dormem w skałach! To w Kapadocji popularny chwyt podwyższający (i słusznie) atrakcyjność pobytu: oprócz normalnych pokoi oferta niektórych hoteli przewiduje miejsca w zaadaptowanych specjalnie w tym celu pomieszczeniach w skałach, które przez wieki wykuwały sobie na mieszkania kolejne ludy, a w których przestano „normalnie żyć” zaledwie w latach 60. XX wieku. Nie spodziewałam się jednak, że coś takiego można znaleźć także w najtańszym hostelu! Pięknie. Rzuciliśmy bety, zamieniliśmy kilka słów z nowym kolegą z pokoju – Radkiem, Czechem z Cieszyna, który świetnie mówi po polsku (myśleliśmy, że natknęliśmy się w tym miejscu i o tej porze roku na rodaka, szok) i rozpoczął właśnie kilkumiesięczną podróż przez Wschód (meta w Indiach), po czym wymknęliśmy się na wieczorny rekonesans po miasteczku. Goreme, właściwie chyba wioska, wygląda dużo lepiej niż się spodziewałam. Tyle się słyszało o biednej Kapadocji, zapuszczonych miejscowościach i biednych dzieciach wyciągających od turystów pieniądze… Tutaj ani śladu po tym wszystkim. Wioska jest maleńka, ale ze względu na bycie dominującą w regionie (co zawdzięcza swemu centralnemu położeniu pośród wszystkich okolicznych atrakcji), dużo bardziej przypomina nowoczesny, a jednocześnie uroczy mały kurort niż biedną wschodnioturecką miejscowość. Wzdłuż głównej ulicy ciągną się same restauracje i kafejki (i to nie tanie tureckie lokanty czy knajpy z pide, ale w większości miejsca, na które naprawdę szkoda nam kasy…) – pięknie urządzone i oświetlone; wreszcie wybieramy jedną z nich na późnowieczorny posiłek. Całe centrum jest ładnie utrzymane – kamienne mostki, roślinki, ładne oświetlenie, czysto i przyjemnie. Pomimo okropnego zimna i niemal kompletnego braku turystów (pojedynczy siedzą w niektórych knajpkach), nie trudno wyobrazić sobie miły gwar panujący w tym miejscu w czasie wakacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz