W sobotę rano ruszyłyśmy z Dorotą, Magdą i Elą na Grand Bazar – który ja chciałam raczej tylko zobaczyć, niż w coś się zaopatrywać (choć po głowie ciągle chodziły mi nieszczęsne dżinsy, które miałam kupić już gdzieś tutaj, w Turcji; no ale przecież jeszcze mi nie odbiło, nie będę ich kupować na Wielce Turystycznym Bazarze...). Acha, od rana lało... Przeszłyśmy zatem szybciutko przez bazarowe uliczki (tak dla wyjaśnienia – ten bazar to jest budynek, w którym jest wiele uliczek, a przy nich sklepów – niektórych półotwartych na taką uliczkę, a niektórych całkiem zamkniętych...) - tym bardziej, że wysiadło światło (czemu towarzyszyło głośne „Oooch!” wyrywające się z wielu gardeł, potem krótkie śmiechy, aż wreszcie wszyscy wrócili do swoich zajęć jak gdyby nigdy nic... widać nie rzadko się tu to zdarza) i panował tu po prostu półmrok. Wyszłyśmy na zewnątrz – do budynku bazaru przylega jeszcze kolejny bazar – tym razem na powietrzu, coś na kształt krakowskiego tomexu; jest on bardziej odzieżowy i nieco mniej turystyczny (czyt. nie sprzedaje się tu wyłącznie chust, ozdobnych czajników do parzenia tureckiej herbaty, kolorowej porcelany i kafelków, słodyczy i przypraw...). Tutaj rzuciły mi się w oczy jakieś spodnie... A gdy sprzedawca zauważy, że zatrzymałeś na czymś choćby przez moment wzrok, od razu nachalnie proponuje kupno (oferując najniższą cenę, specjalnie dla ciebie). Bardzo młody „sprzedawca” (potem okazało się, że ma 14 czy 15 lat!), pokazał mi zatem w ciągu dwóch minut kilkanaście par spodni, zachęcając do mierzenia... Zachęcona przystępną ceną (taaa... niezły chwyt! pod koniec mierzenia okazało się, że liczba którą wymieniał była rozmiarem, nie ceną...) zaczęłam mierzyć... Kilka par spodni, po drodze herbatka... No i kupiłam, przepłacając pewnie dwukrotnie (acha, może dla rozrywki podam wartości: chłopaczek zaczął targ od 165 TL :) ja nieroztropnie od 30... skończyło się zatem na 40, po kilkakrotnym ustalaniu „ceny ostatecznej, naprawdę ostatecznej”), ale koniec końców będąc zadowoloną z relacji cena- jakość zakupu. Trzeba jednak przyznać, że w handlu są ci ludzie wyuczeni nieziemsko – i choć doskonale zdajesz sobie sprawę z ich sztuczek i manipulacji, często nie jesteś w stanie nic na to poradzić... Potem znów się rozdzieliliśmy – dziewczyny chciały coś tam jeszcze zobaczyć przed wyjazdem (wracali już dziś wieczorem), ja chciałam się wybrać w okolice Taksim, żeby obejrzeć je sobie tym razem przy świetle dziennym i znaleźć kościół. Lało jednak tak niemiłosiernie, że choć dobrnęłam w połowie pieszo na Taksim, zupełnie nie miałam ochoty spacerować po nim w deszczu... Zaczęłam zatem wędrówkę po sklepach (kupując po drodze kolorowe wełniane rękawiczki na zimę, mierząc kilka koszulek z super-pomysłowymi wzorami i zżymając się na szczupłość Turczynek – co pozostawię bez komentarza). Znalazłam też kościół św. Antoniego, a w nim księdza-Nigeryjczyka uczącego się właśnie tureckiego od stróża (nie Anioła :)). Jasne, że się mogę wyspowiadać pomimo kiepskiego angielskiego. Trochę dziwnie się czułam podczas spowiedzi w przeszklonym i oświetlonym kantorku, do którego pukali turyści, aby zakupić broszurki; no i prawie zupełnie nie rozumiejąc ojca, bo choć jego angielski był płynny, to akcent czynił go niemal niezrozumiałym... Ale to przecież nieważne. :)
Tego dnia szybko, choć już po zmierzchu, wróciłam do hostelu – a tam jeszcze nadarzyło mi się kilka miłych pogawędek, m.in. z małżeństwem artystów-wykładowców, którzy uczą i mieszkają w innych miastach Turcji i przyjechali specjalnie tutaj, aby się spotkać przy okazji Stambulskiego Biennale Sztuki Współczesnej... Niesamowite. Oczywiście niemal się oburzyli, że nie tylko będąc tyle dni w Stambule jeszcze tam nie byłam, ale że w ogóle o tym nie wiedziałam... Ludzie mogą być szalenie pozytywni. :) Acha! Jeszcze wieczorem niechcący obudziłam mojego nowego przystojnego współlokatora-motocyklistę, pakując przy latarce manatki...
sobota, 31 października 2009
piątek, 30 października 2009
muzealnie
Piątek upłynął pod znakiem intensywnego zwiedzania. Ponieważ moje preferencje turystyczne okazały się znacząco różne od preferencji pozostałych, spędziłam go głównie sama. Rano odwiedziliśmy jeszcze wspólnie Yerebatan – podziemia pod dzielnicą Sultanahmet, które służyły przed wiekami jako ogromna cysterna na wodę zaopatrująca bazylikę. Trzeba przyznać, że bardzo ładnie je odrestaurowano, mniej więcej tak wyobrażałam sobie piwnice pod Krakowem, o których mowa w legendach (mnie więcej, bo mniej przestrzennie; nieważne...). Potem większość ruszyła na Grand Bazar, ja do Muzeum Archeologicznego. A tutaj jak w większości tego typu miejsc: niektóre rzeczy naprawdę zachwycające, ale wystawione w takiej ilości, że po godzinie wciąż jest się na początku wystawy i przechodzi ochota na więcej... Bez wyrzutów sumienia odbyłam zatem przyspieszony (czyt. niemal trzygodzinny) spacer po muzeum, po czym... skierowałam się do kolejnego muzeum. Harem w pałacu Topkapi nie dawał mi jednak spokoju... Ostatnio go nie zwiedziliśmy, bo po pierwsze już nam się nie chciało, po drugie pomimo horrendalnie drogiego wstępu do pałacu (który my mieliśmy za free) za wejście do haremu była pobierana kolejna opłata (tym razem magiczna złota karta nic tu nie mogła zdziałać), po trzecie i tak było za późno. Wyłuskałam zatem z portfela 15 lir, po raz kolejny klnąc w duchu na tutejsze turystyczne zdzierstwo, i weszłam do jednego z miejsc najbardziej nakręcających od zawsze ludzką wyobraźnię... Harem, czyli prywatne komnaty sułtana, jego matki, żon i konkubin faktycznie są inne niż oficjalna część pałacu. I faktycznie piękne – różnokolorowe i wzorzyste kafelki wyglądają pięknie. Ale przede wszystkim są (komnaty, nie kafelki) – puste. Bez życia. Nieme. Dopiero kiedy zaczyna pracować wyobraźnia i człowiek pomyśli o tych setkach spiskujących i knujących intrygi kobiet snujących się po korytarzach, rozważających jak zbliżyć się do najwyższych urzędników, jak zapewnić sobie lepszy byt (ha! przeczytałam gdzieś w przewodniku, że te kobiety żyły w potwornych warunkach i często umierały od zimna i przeróżnych chorób; dopiero te, które zostały dostrzeżone przez sułtana, były przenoszone do lepszych [wciąż wspólnych] pomieszczeń, nałożnice dostawały prywatne komnaty, ale dopiero ciąża oznaczała przeniesienie do naprawdę dobrych warunków...) i wpływy, dopiero wtedy to miejsce zaczyna być nieco bardziej realne i po prostu żywe. Po wyjściu z haremu i długich rozkminach „co dalej?” (które proste nie były, bo lało...), postanowiłam zwiedzić dwa najbardziej rzucające się w oczy meczety Stambułu – czyli ten przy moście Galata oraz górujący nad miastem meczet Sulejmana. W drodze do pierwszego zahaczyłam jeszcze o przereklamowany Targ Korzenny, w którym obecnie sprzedaje się głównie słodycze (dobrze, że nie było to jedno z pierwszych odwiedzonych przeze mnie w Turcji miejsc, bo straciłabym pewnie kupę kasy; teraz zdążyłam się już oswoić z tutejszymi smakołykami i jedynie baklava wciąż robi na mnie wrażenie...) i herbaty – oczywiście można tu usłyszeć niemal wszystkie języki oprócz tureckiego, Targ jest bowiem prawie wyłącznie turystyczny – żaden normalny Turek nie robiłby tu zakupów, przepłacając kilkakrotnie. Na zewnątrz (bo Targ jest budynkiem o konstrukcji podobnej do sukiennic, tyle że w kształcie litery L) jest natomiast mnóstwo stoisk ze zwierzętami i wszystkimi związanymi z nimi akcesoriami oraz rzeczami ogrodniczymi. W meczecie chwilę się pomodliłam, jednak i tak największe wrażenie zrobiło na mnie miejsce do obmywania się na dziedzińcu, które nie jest tu tylko ozdobą, ale wciąż jest używane... I właśnie kiedy chciałam zrobić zdjęcie chłopcu myjącemu nogi, uświadomiłam sobie, że nie mam aparatu. Szybki powrót do meczetu, na miejsce gdzie siedziałam... Widząc moje zaniepokojenie siedząca nieopodal starsza Turczynka wyciągnęła z uśmiechem i podała mi aparat... Super. Scenariusz mógł być przecież zupełnie inny. Potem, już po ciemku, skierowałam się w stronę meczetu Sulejmana – co znów proste nie było, bo chociaż z racji swego położenia na górce był doskonale widoczny, to otoczony wokół labiryntem wąskich bazarowych (tym razem normalnie, nie turystycznie bazarowych...) uliczek ze sklepikami i sklepiczkami sprzedającymi wszystko... A że ludzie właśnie się zwijali, kończąc pracę, panował tu spory ruch. Niektórzy wjeżdżali w uliczki samochodami, uniemożliwiając nie tylko przejazd pozostałych pojazdów, ale nawet przejście pojedynczych ludzi... Przynajmniej udało się po raz kolejny doświadczyć „normalnego” życia tutaj, o co w tej dzielnicy wcale nie jest łatwo... Weszłam do meczetu, który, niestety, jest chyba podczas remontu, jedynie małe miejsce jest udostępnione do modlitwy. A że zbyt ciekawe nie jest, skierowałam się zatem po raz kolejny za zasłonkę z tyłu oddzielającą miejsce modlitwy dla kobiet... Tam podeszła do mnie młoda dziewczyna ubrana w czador (być może nie jest to poprawna nazwa... niestety wciąż nie odróżniam zróżnicowanych tu jednak w pewien sposób tradycyjnych muzułmańskich ubrań... w każdym razie to było czarne, luźne i zasłaniało głowę, chociaż nie twarz) i zaczęła bardzo przyjaźnie rozmawiać: kim jestem, skąd, co tu robię, co studiuję... Okazało się, że ona ma 16 lat, chodzi do liceum, gdzie uczy się w kierunku nauk humanistycznych (socjologia, angielski i arabski). Bardzo ucieszyła się ze spotkania, wzięła mojego maila i bardzo chciała spotkać się ponownie... Bardzo miło. Chociaż było to niesłychanie zaskakujące: w takim miejscu, o tej porze... No i dotychczas dziewczyny z anglistyki, z którymi się zakumplowałam, nosiły co najwyżej chusty i długie płaszcze (w Konyi wiele – chociaż nie większość – Turczynek je nosi; powód jest zapewne ten sam, co w przypadku czadorów – nieprowokowanie przypadkowych mężczyzn na ulicy do grzechu...). Pobłąkałam się jeszcze trochę po przypadkowych uliczkach, ale w kontrolowanym kierunku i ponownie trafiłam na plac Beyazit, koło którego przechodziliśmy wczoraj – miłe miejsce z zabytkowym meczetem, głównym budynkiem Uniwersytetu Stambulskiego i placem pełnym gołębi. Studencko i gołębio – znaczy że swojsko. Ponieważ wczoraj z powodu święta uniwersytet był zamknięty, postanowiłam sobie odbić to teraz. Jakby nigdy nic przeszłam przez bramę pilnowaną przez strażników... Ale jednak któryś zawołał do mnie już za moimi plecami. Nie było rady. Okazało się jednak, że chłopak, który jest tutaj strażnikiem jest szalenie serdeczny i choć nie mówił za dobrze po angielsku, zdołał mi co nieco opowiedzieć o historii tego miejsca (podobno budynek uniwersytetu był służył jako pierwszy pałac sułtański po zajęciu Konstantynopola) i w ogóle – pogadać. Zostałam też poczęstowana gorącą czekoladą... I jak tu nie lubić Turków? :) Potem napatoczyli się jeszcze jego kumple studenci – Azerowie, którzy również byli mili i pomimo zakazu wzięli mnie na teren uniwersytetu, żebym mogła sobie ten zabytkowy budynek pooglądać. Niestety potem okazali się „normalnymi Turkami”, a więc odprowadzili mnie pod sam hostel, naciskając na spędzenie jutrzejszego dnia razem... Ech.
czwartek, 29 października 2009
Dzień Republiki
W czwartek przypadał Dzień Republiki – chyba najważniejsze święto państwowe upamiętniające utworzenie przez Ataturka w 1923 r. Republiki Tureckiej na wzór państw europejskich w miejsce dotychczasowego wieloetnicznego, wielokultorowego i wielowyznaniowego Imperium Osmańskiego. Najbardziej oczekiwaną atrakcją dnia miał być wieczorny pokaz sztucznych ogni nad Bosforem, dowiedzieliśmy się jednak, że rano planowana jest jakaś parada. Miasto było raczej wymarłe i już podejrzewaliśmy wprowadzenie nas w błąd, kiedy spotkaliśmy bardzo wesołą szkolną wycieczkę udającą się właśnie na paradę. Ku ogólnej radości posługujących się kilkoma angielskimi zwrotami uczniów i niemówiącego po angielsku nauczyciela, dołączyliśmy do rozwrzeszczanej grupki, stanowiąc dla nich niemałą atrakcję. Tureckie dzieciaki są absolutnie fantastyczne w swojej żywiołowości i spontaniczności i absolutnie koszmarne w swoim rozpuszczeniu przez dorosłych. Trafiliśmy wreszcie na miejsce pilnowane przez policję i wojsko, w którym roiło się od czerwonych flag, szalików, czapek, opasek, baloników i czego tam ludzie nie wymyślą. Powiewający flagami ludzie oblegający barierki przywodzili mi na myśl papieskie wizyty w Krakowie, natomiast wszechogarniająca czerwień... Do kulminacji obchodów jednak nie doczekaliśmy, nie chcąc tracić czasu i nudząc się już nieco oczekiwaniem...
Kolejnym punktem programu była stambulska siedziba prawosławnego patriarchy. W dzielnicy Fanar jest także podobno największe skupisko zamieszkujących Stambuł Greków – co dało się zauważyć np. poprzez napisy na sklepach i menu przed knajpkami – w języku tureckim i greckim. Poprzedzieraliśmy się zatem przez strome uliczki, które nierzadko świadczyły o biedzie mieszkających tu ludzi – odrapane budynki, mnóstwo kotów, obdarte dzieciaki na ulicy (ale oczywiście wesołe i zaintrygowane naszą obecnością). Zwiedziliśmy ładną prawosławną cerkiew i skierowaliśmy się nad Złoty Róg, aby poszukać jakichś rejsów Bosforem... Po czym uświadomiliśmy sobie, że lepiej byłoby ich szukać nad samym Bosforem, a więc poszliśmy spacerkiem wzdłuż Złotego Rogu, mijając po drodze rzędy wędkarzy (jak można łowić cokolwiek w tak brudnej wodzie... brrr...) i zatrzymując się na jedzonko. Potem okazało się, że znajomy Patrycji może nas zabrać w miejsce, gdzie rejsy są najtańsze i najlepsze, więc spędziliśmy sporo czasu, próbując się z nim umówić i spotkać gdzieś w okolicy mostu Galata (czyli w centrum)... Gdy spotkanie doszło wreszcie do skutku, okazało się, że z rejsu nici... Część ekipy została z kolegą-mentorem, część wróciła w okolice hostelu po chorującą Elę, aby ruszyć wieczorem na Taksim (obecne, nowoczesne centrum miasta). W drodze na plac mieliśmy jeszcze małą przygodę, gdy okazało się, że tramwaj zaczął jechać... do tyłu. Tak to tutaj jest sprytnie wymyślone, że niektóre dojeżdżają po prostu do pewnego przystanku i zawracają. Po dłuższym czasie i już po ciemku udało się wreszcie wdrapać na Takism (które znajduje się na niemałej górce), a tam złapać „nostalgic tram” jeżdżący wyłącznie turystycznie po głównej ulicy Stambułu (takiej naszej Floriańskiej tylko w parokrotnym powiększeniu). Zaspokoiwszy doznania turystyczne, ruszyliśmy do sklepów z ciuchami. :) I właśnie wychodząc z Bershki, usłyszeliśmy TO. Sztuczne ognie... Niech to szlag, zapomnieliśmy!! A tak na nie czekałam... Teraz w zasadzie już niewiele się dało zrobić... Przedostanie się nad Bosfor zajęłoby nam dobre kilkanaście minut biegiem, a tu wszędzie tylko wysokie budynki... Plując sobie w brodę, znaleźliśmy jakieś miejsce gdzie budynki były nieco niższe i dało się zobaczyć jakiś prześwit między nimi i gapiliśmy się na docierające aż tu resztki sztucznych ogni... Ale to przecież nie to samo... Porządnie zepsuło mi to cały wieczór.
Kolejnym punktem programu była stambulska siedziba prawosławnego patriarchy. W dzielnicy Fanar jest także podobno największe skupisko zamieszkujących Stambuł Greków – co dało się zauważyć np. poprzez napisy na sklepach i menu przed knajpkami – w języku tureckim i greckim. Poprzedzieraliśmy się zatem przez strome uliczki, które nierzadko świadczyły o biedzie mieszkających tu ludzi – odrapane budynki, mnóstwo kotów, obdarte dzieciaki na ulicy (ale oczywiście wesołe i zaintrygowane naszą obecnością). Zwiedziliśmy ładną prawosławną cerkiew i skierowaliśmy się nad Złoty Róg, aby poszukać jakichś rejsów Bosforem... Po czym uświadomiliśmy sobie, że lepiej byłoby ich szukać nad samym Bosforem, a więc poszliśmy spacerkiem wzdłuż Złotego Rogu, mijając po drodze rzędy wędkarzy (jak można łowić cokolwiek w tak brudnej wodzie... brrr...) i zatrzymując się na jedzonko. Potem okazało się, że znajomy Patrycji może nas zabrać w miejsce, gdzie rejsy są najtańsze i najlepsze, więc spędziliśmy sporo czasu, próbując się z nim umówić i spotkać gdzieś w okolicy mostu Galata (czyli w centrum)... Gdy spotkanie doszło wreszcie do skutku, okazało się, że z rejsu nici... Część ekipy została z kolegą-mentorem, część wróciła w okolice hostelu po chorującą Elę, aby ruszyć wieczorem na Taksim (obecne, nowoczesne centrum miasta). W drodze na plac mieliśmy jeszcze małą przygodę, gdy okazało się, że tramwaj zaczął jechać... do tyłu. Tak to tutaj jest sprytnie wymyślone, że niektóre dojeżdżają po prostu do pewnego przystanku i zawracają. Po dłuższym czasie i już po ciemku udało się wreszcie wdrapać na Takism (które znajduje się na niemałej górce), a tam złapać „nostalgic tram” jeżdżący wyłącznie turystycznie po głównej ulicy Stambułu (takiej naszej Floriańskiej tylko w parokrotnym powiększeniu). Zaspokoiwszy doznania turystyczne, ruszyliśmy do sklepów z ciuchami. :) I właśnie wychodząc z Bershki, usłyszeliśmy TO. Sztuczne ognie... Niech to szlag, zapomnieliśmy!! A tak na nie czekałam... Teraz w zasadzie już niewiele się dało zrobić... Przedostanie się nad Bosfor zajęłoby nam dobre kilkanaście minut biegiem, a tu wszędzie tylko wysokie budynki... Plując sobie w brodę, znaleźliśmy jakieś miejsce gdzie budynki były nieco niższe i dało się zobaczyć jakiś prześwit między nimi i gapiliśmy się na docierające aż tu resztki sztucznych ogni... Ale to przecież nie to samo... Porządnie zepsuło mi to cały wieczór.
środa, 28 października 2009
Stambuł w deszczu
Ponad tydzień minął od powrotu ze Stambułu, a przez ten czas, jak zwykle tutaj, wydarzało się prawie nic, a ciągle coś, więc piszę dopiero teraz. Postanowiłam się jednak zlitować i podzieliłam relację z wypadu na poszczególne dni. Dobrze byłoby jednak czytać po kolei. ;)
Zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, bo, pomimo kiepskiej opinii tutejszej kolei, cena biletów w obie strony (w tym w jedną kuszetkami) była niemal identyczna z ceną biletu autobusowego w jedną stronę (autobus – 50 TL, pociąg kuszetki – 33 TL, zwykły – 22 TL). I jak zwykle okazało się, że opinie są mocne przesadzone, pociągi bardzo czyste i wygodne (może nawet bardziej niż autobusy, tyle że w cenie nie ma napojów i ciasteczek oraz radyjka wmontowanego w siedzenie; jakoś bez tego przeżyjemy). Ruszyliśmy zatem we wtorek po południu, aby wylądować w mieście w środowy poranek.
Część ekipy jechała do Stambułu już mocno przeziębiona po wypadzie do Kapadocji, na miejscu przywitał nas dodatkowo chłód, wiatr i deszcz. Milusio. Mimo wszystko wycieczka dobrze się zaczęła, bo żeby w ogóle dostać się z naszego położonego po stronie azjatyckiej dworca (Istanbul Haydarpasza) do turystycznej dzielnicy Sultanahmet, w której znajduje się Hagia Sophia, Błękitny Meczet i większość hosteli, trzeba było przeprawić się promem przez Bosfor. W hostelu zajęło nam chwilę zanim dogadaliśmy się z chłopakiem na recepcji, zrzuciliśmy graty w średnio przyjemnych pokojach (uroki najtańszych hosteli – położonych faktycznie w świetnym miejscu, tutaj jednak już kilka kroków od centrum można znaleźć bardzo biedne dzielnice, a umieszczone w nich schronisko nie przestaje być przecież „blisko centrum”...), wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy do miasta. Mówiąc szczerze to pierwsze spotkanie ze Stambułem trochę mnie wystraszyło – dużo ludzi, ulice, mosty, przejścia podziemne, samochody, autobusy, tramwaje, promy... Dobrze, że Piotrek miał adres hostelu i informację, jak tam mniej więcej trafić. Ja jednak miałam zostać tu dzień dłużej niż wszyscy (początkowo planowałam zatrzymać się u kogoś na CouchSurfingu, więc kupiłam bilet powrotny na niedzielę) i w tym momencie trochę mi straszno było o tym myśleć...
Jako że mieszkaliśmy kilka kroków od Błękitnego Meczetu, tam udaliśmy się najpierw. Budowla naprawdę robi duże wrażenie. Po sesji fotograficznej chcieliśmy wejść do środka, jednak okazało się to niemożliwe z powodu godziny modlitw, kazano nam wrócić później. Poszliśmy zatem do położonej vis-a-vis Ayasofii... I tam utknęliśmy już na dłuższy czas. Po pierwsze znowu uratowała nas „złota karta” (karta muzealna), bo okazało się, że wstęp do świątyni kosztuje... 20 TL! Traktowanie zagranicznych turystów (bo prawie wyłącznie oni odwiedzają w Turcji muzea...) jest tu niebywałe. Ogrom przestrzeni, półcień, wiele wciąż zniszczonych zdobień, a pośród nich chrześcijańskie mozaiki i arabskie tablice z Imieniem Bożym, świadomość historii tego miejsca – wszystko to jest zapewne uderzające dla większości odwiedzających. Hagia Sophia jest przy tym wszystkim miejsce dziwnym – trochę świątynią (choć masy turystów oglądających ją jak muzeum, a nie pogrążonych w modlitwie przypominają, że to już nie jest mieszkanie Boga), trochę muzeum (choć wspomniana wcześniej pamięć o dziejach i wszystkie religijne elementy, zwracają uwagę na inne przeznaczenie tego miejsca...) - w zasadzie oboma naraz i żadnym z nich w rzeczywistości. Przewędrowaliśmy zatem to miejsce, zatrzymując się dłużej przy nieźle zachowanych, a naprawdę pięknych mozaikach, po czym wróciliśmy do Błękitnego Meczetu. Tym razem weszliśmy tam bez problemu (zabierając ze sobą buty w siatkach) i zdziwiliśmy się nieco panującej wewnątrz atmosferze. Jak w większości atrakcyjnych turystycznie meczetów jest tu barierka oddzielająca miejsce dla turystów od miejsca modlitwy. Modli się jednak niewiele osób, mnóstwo natomiast wypoczywa po drugiej stronie barierki. „Wypoczywa” to chyba najlepsze słowo. Nie ma tu bowiem skupienia towarzyszącego zwiedzaniu zabytkowych świątyń chrześcijańskich, nie ma też wielu miejsc (rzeźb, malowideł, detali architektonicznych), do których trzeba by podejść, aby podziwiać je z bliska. Prawie wszystko jest dobrze widoczne z miejsca, w którym się stoi, a miękki dywan i panujące w środku ciepło zachęcają do tego, aby usiąść... Większość turystów siada zatem na dywanie i syci oczy, rozmawiając półszeptem, czytając przewodniki... Oczywiście dołączyliśmy do nich. Po wyjściu z meczetu postanowiliśmy pójść do ostatniego z trójcy stambulskich „must visit” - sułtańskiego pałacu Topkapi (wybudowanego po zajęciu Konstantynopola w 1453 r.). Także robi wrażenie, choć w zupełnie inny sposób. Jest on przede wszystkim bardzo rozległy (budynki rozmieszczone na 3 czy 4 dziedzińcach) i bardzo wschodni. Zupełnie inny niż pałace europejskie, przywodzi na myśl wschodnie baśnie – dziedzińce, ogrody, arkady, komnaty, w których brak sprzętów, a siedzi się położonych na podłodze siedziskach... Oglądany jednak bez przewodnika wskazującego i tłumaczącego najważniejsze miejsca, szybko może znudzić i przytłoczyć ogromem. Podczas oglądanie kosztowności sułtańskiego skarbca zrobiłam się już baardzo senna... A że szybko teraz robi się ciemno, opuszczaliśmy pałac niemal pod wieczór. Ja trochę powłóczyłam się po przylegającym do pałacowego wzgórza parku, po czym wróciłam do hostelu.
Zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, bo, pomimo kiepskiej opinii tutejszej kolei, cena biletów w obie strony (w tym w jedną kuszetkami) była niemal identyczna z ceną biletu autobusowego w jedną stronę (autobus – 50 TL, pociąg kuszetki – 33 TL, zwykły – 22 TL). I jak zwykle okazało się, że opinie są mocne przesadzone, pociągi bardzo czyste i wygodne (może nawet bardziej niż autobusy, tyle że w cenie nie ma napojów i ciasteczek oraz radyjka wmontowanego w siedzenie; jakoś bez tego przeżyjemy). Ruszyliśmy zatem we wtorek po południu, aby wylądować w mieście w środowy poranek.
Część ekipy jechała do Stambułu już mocno przeziębiona po wypadzie do Kapadocji, na miejscu przywitał nas dodatkowo chłód, wiatr i deszcz. Milusio. Mimo wszystko wycieczka dobrze się zaczęła, bo żeby w ogóle dostać się z naszego położonego po stronie azjatyckiej dworca (Istanbul Haydarpasza) do turystycznej dzielnicy Sultanahmet, w której znajduje się Hagia Sophia, Błękitny Meczet i większość hosteli, trzeba było przeprawić się promem przez Bosfor. W hostelu zajęło nam chwilę zanim dogadaliśmy się z chłopakiem na recepcji, zrzuciliśmy graty w średnio przyjemnych pokojach (uroki najtańszych hosteli – położonych faktycznie w świetnym miejscu, tutaj jednak już kilka kroków od centrum można znaleźć bardzo biedne dzielnice, a umieszczone w nich schronisko nie przestaje być przecież „blisko centrum”...), wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy do miasta. Mówiąc szczerze to pierwsze spotkanie ze Stambułem trochę mnie wystraszyło – dużo ludzi, ulice, mosty, przejścia podziemne, samochody, autobusy, tramwaje, promy... Dobrze, że Piotrek miał adres hostelu i informację, jak tam mniej więcej trafić. Ja jednak miałam zostać tu dzień dłużej niż wszyscy (początkowo planowałam zatrzymać się u kogoś na CouchSurfingu, więc kupiłam bilet powrotny na niedzielę) i w tym momencie trochę mi straszno było o tym myśleć...
Jako że mieszkaliśmy kilka kroków od Błękitnego Meczetu, tam udaliśmy się najpierw. Budowla naprawdę robi duże wrażenie. Po sesji fotograficznej chcieliśmy wejść do środka, jednak okazało się to niemożliwe z powodu godziny modlitw, kazano nam wrócić później. Poszliśmy zatem do położonej vis-a-vis Ayasofii... I tam utknęliśmy już na dłuższy czas. Po pierwsze znowu uratowała nas „złota karta” (karta muzealna), bo okazało się, że wstęp do świątyni kosztuje... 20 TL! Traktowanie zagranicznych turystów (bo prawie wyłącznie oni odwiedzają w Turcji muzea...) jest tu niebywałe. Ogrom przestrzeni, półcień, wiele wciąż zniszczonych zdobień, a pośród nich chrześcijańskie mozaiki i arabskie tablice z Imieniem Bożym, świadomość historii tego miejsca – wszystko to jest zapewne uderzające dla większości odwiedzających. Hagia Sophia jest przy tym wszystkim miejsce dziwnym – trochę świątynią (choć masy turystów oglądających ją jak muzeum, a nie pogrążonych w modlitwie przypominają, że to już nie jest mieszkanie Boga), trochę muzeum (choć wspomniana wcześniej pamięć o dziejach i wszystkie religijne elementy, zwracają uwagę na inne przeznaczenie tego miejsca...) - w zasadzie oboma naraz i żadnym z nich w rzeczywistości. Przewędrowaliśmy zatem to miejsce, zatrzymując się dłużej przy nieźle zachowanych, a naprawdę pięknych mozaikach, po czym wróciliśmy do Błękitnego Meczetu. Tym razem weszliśmy tam bez problemu (zabierając ze sobą buty w siatkach) i zdziwiliśmy się nieco panującej wewnątrz atmosferze. Jak w większości atrakcyjnych turystycznie meczetów jest tu barierka oddzielająca miejsce dla turystów od miejsca modlitwy. Modli się jednak niewiele osób, mnóstwo natomiast wypoczywa po drugiej stronie barierki. „Wypoczywa” to chyba najlepsze słowo. Nie ma tu bowiem skupienia towarzyszącego zwiedzaniu zabytkowych świątyń chrześcijańskich, nie ma też wielu miejsc (rzeźb, malowideł, detali architektonicznych), do których trzeba by podejść, aby podziwiać je z bliska. Prawie wszystko jest dobrze widoczne z miejsca, w którym się stoi, a miękki dywan i panujące w środku ciepło zachęcają do tego, aby usiąść... Większość turystów siada zatem na dywanie i syci oczy, rozmawiając półszeptem, czytając przewodniki... Oczywiście dołączyliśmy do nich. Po wyjściu z meczetu postanowiliśmy pójść do ostatniego z trójcy stambulskich „must visit” - sułtańskiego pałacu Topkapi (wybudowanego po zajęciu Konstantynopola w 1453 r.). Także robi wrażenie, choć w zupełnie inny sposób. Jest on przede wszystkim bardzo rozległy (budynki rozmieszczone na 3 czy 4 dziedzińcach) i bardzo wschodni. Zupełnie inny niż pałace europejskie, przywodzi na myśl wschodnie baśnie – dziedzińce, ogrody, arkady, komnaty, w których brak sprzętów, a siedzi się położonych na podłodze siedziskach... Oglądany jednak bez przewodnika wskazującego i tłumaczącego najważniejsze miejsca, szybko może znudzić i przytłoczyć ogromem. Podczas oglądanie kosztowności sułtańskiego skarbca zrobiłam się już baardzo senna... A że szybko teraz robi się ciemno, opuszczaliśmy pałac niemal pod wieczór. Ja trochę powłóczyłam się po przylegającym do pałacowego wzgórza parku, po czym wróciłam do hostelu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)