W czwartek przypadał Dzień Republiki – chyba najważniejsze święto państwowe upamiętniające utworzenie przez Ataturka w 1923 r. Republiki Tureckiej na wzór państw europejskich w miejsce dotychczasowego wieloetnicznego, wielokultorowego i wielowyznaniowego Imperium Osmańskiego. Najbardziej oczekiwaną atrakcją dnia miał być wieczorny pokaz sztucznych ogni nad Bosforem, dowiedzieliśmy się jednak, że rano planowana jest jakaś parada. Miasto było raczej wymarłe i już podejrzewaliśmy wprowadzenie nas w błąd, kiedy spotkaliśmy bardzo wesołą szkolną wycieczkę udającą się właśnie na paradę. Ku ogólnej radości posługujących się kilkoma angielskimi zwrotami uczniów i niemówiącego po angielsku nauczyciela, dołączyliśmy do rozwrzeszczanej grupki, stanowiąc dla nich niemałą atrakcję. Tureckie dzieciaki są absolutnie fantastyczne w swojej żywiołowości i spontaniczności i absolutnie koszmarne w swoim rozpuszczeniu przez dorosłych. Trafiliśmy wreszcie na miejsce pilnowane przez policję i wojsko, w którym roiło się od czerwonych flag, szalików, czapek, opasek, baloników i czego tam ludzie nie wymyślą. Powiewający flagami ludzie oblegający barierki przywodzili mi na myśl papieskie wizyty w Krakowie, natomiast wszechogarniająca czerwień... Do kulminacji obchodów jednak nie doczekaliśmy, nie chcąc tracić czasu i nudząc się już nieco oczekiwaniem...
Kolejnym punktem programu była stambulska siedziba prawosławnego patriarchy. W dzielnicy Fanar jest także podobno największe skupisko zamieszkujących Stambuł Greków – co dało się zauważyć np. poprzez napisy na sklepach i menu przed knajpkami – w języku tureckim i greckim. Poprzedzieraliśmy się zatem przez strome uliczki, które nierzadko świadczyły o biedzie mieszkających tu ludzi – odrapane budynki, mnóstwo kotów, obdarte dzieciaki na ulicy (ale oczywiście wesołe i zaintrygowane naszą obecnością). Zwiedziliśmy ładną prawosławną cerkiew i skierowaliśmy się nad Złoty Róg, aby poszukać jakichś rejsów Bosforem... Po czym uświadomiliśmy sobie, że lepiej byłoby ich szukać nad samym Bosforem, a więc poszliśmy spacerkiem wzdłuż Złotego Rogu, mijając po drodze rzędy wędkarzy (jak można łowić cokolwiek w tak brudnej wodzie... brrr...) i zatrzymując się na jedzonko. Potem okazało się, że znajomy Patrycji może nas zabrać w miejsce, gdzie rejsy są najtańsze i najlepsze, więc spędziliśmy sporo czasu, próbując się z nim umówić i spotkać gdzieś w okolicy mostu Galata (czyli w centrum)... Gdy spotkanie doszło wreszcie do skutku, okazało się, że z rejsu nici... Część ekipy została z kolegą-mentorem, część wróciła w okolice hostelu po chorującą Elę, aby ruszyć wieczorem na Taksim (obecne, nowoczesne centrum miasta). W drodze na plac mieliśmy jeszcze małą przygodę, gdy okazało się, że tramwaj zaczął jechać... do tyłu. Tak to tutaj jest sprytnie wymyślone, że niektóre dojeżdżają po prostu do pewnego przystanku i zawracają. Po dłuższym czasie i już po ciemku udało się wreszcie wdrapać na Takism (które znajduje się na niemałej górce), a tam złapać „nostalgic tram” jeżdżący wyłącznie turystycznie po głównej ulicy Stambułu (takiej naszej Floriańskiej tylko w parokrotnym powiększeniu). Zaspokoiwszy doznania turystyczne, ruszyliśmy do sklepów z ciuchami. :) I właśnie wychodząc z Bershki, usłyszeliśmy TO. Sztuczne ognie... Niech to szlag, zapomnieliśmy!! A tak na nie czekałam... Teraz w zasadzie już niewiele się dało zrobić... Przedostanie się nad Bosfor zajęłoby nam dobre kilkanaście minut biegiem, a tu wszędzie tylko wysokie budynki... Plując sobie w brodę, znaleźliśmy jakieś miejsce gdzie budynki były nieco niższe i dało się zobaczyć jakiś prześwit między nimi i gapiliśmy się na docierające aż tu resztki sztucznych ogni... Ale to przecież nie to samo... Porządnie zepsuło mi to cały wieczór.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz