piątek, 30 października 2009
muzealnie
Piątek upłynął pod znakiem intensywnego zwiedzania. Ponieważ moje preferencje turystyczne okazały się znacząco różne od preferencji pozostałych, spędziłam go głównie sama. Rano odwiedziliśmy jeszcze wspólnie Yerebatan – podziemia pod dzielnicą Sultanahmet, które służyły przed wiekami jako ogromna cysterna na wodę zaopatrująca bazylikę. Trzeba przyznać, że bardzo ładnie je odrestaurowano, mniej więcej tak wyobrażałam sobie piwnice pod Krakowem, o których mowa w legendach (mnie więcej, bo mniej przestrzennie; nieważne...). Potem większość ruszyła na Grand Bazar, ja do Muzeum Archeologicznego. A tutaj jak w większości tego typu miejsc: niektóre rzeczy naprawdę zachwycające, ale wystawione w takiej ilości, że po godzinie wciąż jest się na początku wystawy i przechodzi ochota na więcej... Bez wyrzutów sumienia odbyłam zatem przyspieszony (czyt. niemal trzygodzinny) spacer po muzeum, po czym... skierowałam się do kolejnego muzeum. Harem w pałacu Topkapi nie dawał mi jednak spokoju... Ostatnio go nie zwiedziliśmy, bo po pierwsze już nam się nie chciało, po drugie pomimo horrendalnie drogiego wstępu do pałacu (który my mieliśmy za free) za wejście do haremu była pobierana kolejna opłata (tym razem magiczna złota karta nic tu nie mogła zdziałać), po trzecie i tak było za późno. Wyłuskałam zatem z portfela 15 lir, po raz kolejny klnąc w duchu na tutejsze turystyczne zdzierstwo, i weszłam do jednego z miejsc najbardziej nakręcających od zawsze ludzką wyobraźnię... Harem, czyli prywatne komnaty sułtana, jego matki, żon i konkubin faktycznie są inne niż oficjalna część pałacu. I faktycznie piękne – różnokolorowe i wzorzyste kafelki wyglądają pięknie. Ale przede wszystkim są (komnaty, nie kafelki) – puste. Bez życia. Nieme. Dopiero kiedy zaczyna pracować wyobraźnia i człowiek pomyśli o tych setkach spiskujących i knujących intrygi kobiet snujących się po korytarzach, rozważających jak zbliżyć się do najwyższych urzędników, jak zapewnić sobie lepszy byt (ha! przeczytałam gdzieś w przewodniku, że te kobiety żyły w potwornych warunkach i często umierały od zimna i przeróżnych chorób; dopiero te, które zostały dostrzeżone przez sułtana, były przenoszone do lepszych [wciąż wspólnych] pomieszczeń, nałożnice dostawały prywatne komnaty, ale dopiero ciąża oznaczała przeniesienie do naprawdę dobrych warunków...) i wpływy, dopiero wtedy to miejsce zaczyna być nieco bardziej realne i po prostu żywe. Po wyjściu z haremu i długich rozkminach „co dalej?” (które proste nie były, bo lało...), postanowiłam zwiedzić dwa najbardziej rzucające się w oczy meczety Stambułu – czyli ten przy moście Galata oraz górujący nad miastem meczet Sulejmana. W drodze do pierwszego zahaczyłam jeszcze o przereklamowany Targ Korzenny, w którym obecnie sprzedaje się głównie słodycze (dobrze, że nie było to jedno z pierwszych odwiedzonych przeze mnie w Turcji miejsc, bo straciłabym pewnie kupę kasy; teraz zdążyłam się już oswoić z tutejszymi smakołykami i jedynie baklava wciąż robi na mnie wrażenie...) i herbaty – oczywiście można tu usłyszeć niemal wszystkie języki oprócz tureckiego, Targ jest bowiem prawie wyłącznie turystyczny – żaden normalny Turek nie robiłby tu zakupów, przepłacając kilkakrotnie. Na zewnątrz (bo Targ jest budynkiem o konstrukcji podobnej do sukiennic, tyle że w kształcie litery L) jest natomiast mnóstwo stoisk ze zwierzętami i wszystkimi związanymi z nimi akcesoriami oraz rzeczami ogrodniczymi. W meczecie chwilę się pomodliłam, jednak i tak największe wrażenie zrobiło na mnie miejsce do obmywania się na dziedzińcu, które nie jest tu tylko ozdobą, ale wciąż jest używane... I właśnie kiedy chciałam zrobić zdjęcie chłopcu myjącemu nogi, uświadomiłam sobie, że nie mam aparatu. Szybki powrót do meczetu, na miejsce gdzie siedziałam... Widząc moje zaniepokojenie siedząca nieopodal starsza Turczynka wyciągnęła z uśmiechem i podała mi aparat... Super. Scenariusz mógł być przecież zupełnie inny. Potem, już po ciemku, skierowałam się w stronę meczetu Sulejmana – co znów proste nie było, bo chociaż z racji swego położenia na górce był doskonale widoczny, to otoczony wokół labiryntem wąskich bazarowych (tym razem normalnie, nie turystycznie bazarowych...) uliczek ze sklepikami i sklepiczkami sprzedającymi wszystko... A że ludzie właśnie się zwijali, kończąc pracę, panował tu spory ruch. Niektórzy wjeżdżali w uliczki samochodami, uniemożliwiając nie tylko przejazd pozostałych pojazdów, ale nawet przejście pojedynczych ludzi... Przynajmniej udało się po raz kolejny doświadczyć „normalnego” życia tutaj, o co w tej dzielnicy wcale nie jest łatwo... Weszłam do meczetu, który, niestety, jest chyba podczas remontu, jedynie małe miejsce jest udostępnione do modlitwy. A że zbyt ciekawe nie jest, skierowałam się zatem po raz kolejny za zasłonkę z tyłu oddzielającą miejsce modlitwy dla kobiet... Tam podeszła do mnie młoda dziewczyna ubrana w czador (być może nie jest to poprawna nazwa... niestety wciąż nie odróżniam zróżnicowanych tu jednak w pewien sposób tradycyjnych muzułmańskich ubrań... w każdym razie to było czarne, luźne i zasłaniało głowę, chociaż nie twarz) i zaczęła bardzo przyjaźnie rozmawiać: kim jestem, skąd, co tu robię, co studiuję... Okazało się, że ona ma 16 lat, chodzi do liceum, gdzie uczy się w kierunku nauk humanistycznych (socjologia, angielski i arabski). Bardzo ucieszyła się ze spotkania, wzięła mojego maila i bardzo chciała spotkać się ponownie... Bardzo miło. Chociaż było to niesłychanie zaskakujące: w takim miejscu, o tej porze... No i dotychczas dziewczyny z anglistyki, z którymi się zakumplowałam, nosiły co najwyżej chusty i długie płaszcze (w Konyi wiele – chociaż nie większość – Turczynek je nosi; powód jest zapewne ten sam, co w przypadku czadorów – nieprowokowanie przypadkowych mężczyzn na ulicy do grzechu...). Pobłąkałam się jeszcze trochę po przypadkowych uliczkach, ale w kontrolowanym kierunku i ponownie trafiłam na plac Beyazit, koło którego przechodziliśmy wczoraj – miłe miejsce z zabytkowym meczetem, głównym budynkiem Uniwersytetu Stambulskiego i placem pełnym gołębi. Studencko i gołębio – znaczy że swojsko. Ponieważ wczoraj z powodu święta uniwersytet był zamknięty, postanowiłam sobie odbić to teraz. Jakby nigdy nic przeszłam przez bramę pilnowaną przez strażników... Ale jednak któryś zawołał do mnie już za moimi plecami. Nie było rady. Okazało się jednak, że chłopak, który jest tutaj strażnikiem jest szalenie serdeczny i choć nie mówił za dobrze po angielsku, zdołał mi co nieco opowiedzieć o historii tego miejsca (podobno budynek uniwersytetu był służył jako pierwszy pałac sułtański po zajęciu Konstantynopola) i w ogóle – pogadać. Zostałam też poczęstowana gorącą czekoladą... I jak tu nie lubić Turków? :) Potem napatoczyli się jeszcze jego kumple studenci – Azerowie, którzy również byli mili i pomimo zakazu wzięli mnie na teren uniwersytetu, żebym mogła sobie ten zabytkowy budynek pooglądać. Niestety potem okazali się „normalnymi Turkami”, a więc odprowadzili mnie pod sam hostel, naciskając na spędzenie jutrzejszego dnia razem... Ech.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz