środa, 28 października 2009

Stambuł w deszczu

Ponad tydzień minął od powrotu ze Stambułu, a przez ten czas, jak zwykle tutaj, wydarzało się prawie nic, a ciągle coś, więc piszę dopiero teraz. Postanowiłam się jednak zlitować i podzieliłam relację z wypadu na poszczególne dni. Dobrze byłoby jednak czytać po kolei. ;)

Zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem, bo, pomimo kiepskiej opinii tutejszej kolei, cena biletów w obie strony (w tym w jedną kuszetkami) była niemal identyczna z ceną biletu autobusowego w jedną stronę (autobus – 50 TL, pociąg kuszetki – 33 TL, zwykły – 22 TL). I jak zwykle okazało się, że opinie są mocne przesadzone, pociągi bardzo czyste i wygodne (może nawet bardziej niż autobusy, tyle że w cenie nie ma napojów i ciasteczek oraz radyjka wmontowanego w siedzenie; jakoś bez tego przeżyjemy). Ruszyliśmy zatem we wtorek po południu, aby wylądować w mieście w środowy poranek.

Część ekipy jechała do Stambułu już mocno przeziębiona po wypadzie do Kapadocji, na miejscu przywitał nas dodatkowo chłód, wiatr i deszcz. Milusio. Mimo wszystko wycieczka dobrze się zaczęła, bo żeby w ogóle dostać się z naszego położonego po stronie azjatyckiej dworca (Istanbul Haydarpasza) do turystycznej dzielnicy Sultanahmet, w której znajduje się Hagia Sophia, Błękitny Meczet i większość hosteli, trzeba było przeprawić się promem przez Bosfor. W hostelu zajęło nam chwilę zanim dogadaliśmy się z chłopakiem na recepcji, zrzuciliśmy graty w średnio przyjemnych pokojach (uroki najtańszych hosteli – położonych faktycznie w świetnym miejscu, tutaj jednak już kilka kroków od centrum można znaleźć bardzo biedne dzielnice, a umieszczone w nich schronisko nie przestaje być przecież „blisko centrum”...), wzięliśmy prysznic i ruszyliśmy do miasta. Mówiąc szczerze to pierwsze spotkanie ze Stambułem trochę mnie wystraszyło – dużo ludzi, ulice, mosty, przejścia podziemne, samochody, autobusy, tramwaje, promy... Dobrze, że Piotrek miał adres hostelu i informację, jak tam mniej więcej trafić. Ja jednak miałam zostać tu dzień dłużej niż wszyscy (początkowo planowałam zatrzymać się u kogoś na CouchSurfingu, więc kupiłam bilet powrotny na niedzielę) i w tym momencie trochę mi straszno było o tym myśleć...

Jako że mieszkaliśmy kilka kroków od Błękitnego Meczetu, tam udaliśmy się najpierw. Budowla naprawdę robi duże wrażenie. Po sesji fotograficznej chcieliśmy wejść do środka, jednak okazało się to niemożliwe z powodu godziny modlitw, kazano nam wrócić później. Poszliśmy zatem do położonej vis-a-vis Ayasofii... I tam utknęliśmy już na dłuższy czas. Po pierwsze znowu uratowała nas „złota karta” (karta muzealna), bo okazało się, że wstęp do świątyni kosztuje... 20 TL! Traktowanie zagranicznych turystów (bo prawie wyłącznie oni odwiedzają w Turcji muzea...) jest tu niebywałe. Ogrom przestrzeni, półcień, wiele wciąż zniszczonych zdobień, a pośród nich chrześcijańskie mozaiki i arabskie tablice z Imieniem Bożym, świadomość historii tego miejsca – wszystko to jest zapewne uderzające dla większości odwiedzających. Hagia Sophia jest przy tym wszystkim miejsce dziwnym – trochę świątynią (choć masy turystów oglądających ją jak muzeum, a nie pogrążonych w modlitwie przypominają, że to już nie jest mieszkanie Boga), trochę muzeum (choć wspomniana wcześniej pamięć o dziejach i wszystkie religijne elementy, zwracają uwagę na inne przeznaczenie tego miejsca...) - w zasadzie oboma naraz i żadnym z nich w rzeczywistości. Przewędrowaliśmy zatem to miejsce, zatrzymując się dłużej przy nieźle zachowanych, a naprawdę pięknych mozaikach, po czym wróciliśmy do Błękitnego Meczetu. Tym razem weszliśmy tam bez problemu (zabierając ze sobą buty w siatkach) i zdziwiliśmy się nieco panującej wewnątrz atmosferze. Jak w większości atrakcyjnych turystycznie meczetów jest tu barierka oddzielająca miejsce dla turystów od miejsca modlitwy. Modli się jednak niewiele osób, mnóstwo natomiast wypoczywa po drugiej stronie barierki. „Wypoczywa” to chyba najlepsze słowo. Nie ma tu bowiem skupienia towarzyszącego zwiedzaniu zabytkowych świątyń chrześcijańskich, nie ma też wielu miejsc (rzeźb, malowideł, detali architektonicznych), do których trzeba by podejść, aby podziwiać je z bliska. Prawie wszystko jest dobrze widoczne z miejsca, w którym się stoi, a miękki dywan i panujące w środku ciepło zachęcają do tego, aby usiąść... Większość turystów siada zatem na dywanie i syci oczy, rozmawiając półszeptem, czytając przewodniki... Oczywiście dołączyliśmy do nich. Po wyjściu z meczetu postanowiliśmy pójść do ostatniego z trójcy stambulskich „must visit” - sułtańskiego pałacu Topkapi (wybudowanego po zajęciu Konstantynopola w 1453 r.). Także robi wrażenie, choć w zupełnie inny sposób. Jest on przede wszystkim bardzo rozległy (budynki rozmieszczone na 3 czy 4 dziedzińcach) i bardzo wschodni. Zupełnie inny niż pałace europejskie, przywodzi na myśl wschodnie baśnie – dziedzińce, ogrody, arkady, komnaty, w których brak sprzętów, a siedzi się położonych na podłodze siedziskach... Oglądany jednak bez przewodnika wskazującego i tłumaczącego najważniejsze miejsca, szybko może znudzić i przytłoczyć ogromem. Podczas oglądanie kosztowności sułtańskiego skarbca zrobiłam się już baardzo senna... A że szybko teraz robi się ciemno, opuszczaliśmy pałac niemal pod wieczór. Ja trochę powłóczyłam się po przylegającym do pałacowego wzgórza parku, po czym wróciłam do hostelu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz