czwartek, 25 marca 2010

Jeruszalaim...

W planie na dziś znalazło się "napisać cokolwiek na blogu". Piszę więc zupełnie cokolwiek, bo nie zdążyłam napisać więcej: o niedzieli nad jeziorem Beyszehir (zdjęcia w galerii, niepoopisywane), o wiosennych porządkach w naszym małym pokojo-domku i, najważniejsze, o wyprawie do Izraela.

Napiszę więc zatem tylko: dziś po kolacji wyjeżdżamy. Grzegorz i ja, w Jerozolimie spotkamy się w niedzielę z Asią. Bardzo ogólny plan wygląda następująco: poniedziałek-środa/czwartek Galilea (Nazaret, Kafarnaum, Jezioro Galilejskie, Jordan), czwartek-niedziela Jerozolima. Ma być pięknie. I tej wersji się trzymajmy. :-)

Nie zdążę już też wysłać Wam mailowo życzeń, dlatego życzę tutaj: głęboko przeżywanych najdziwniejszych Tajemnic i największej radości z nich płynących.



I po prostu: dobrego czasu świąt. :-)

sobota, 20 marca 2010

sobotnio

Miałyśmy wstać przed 9.oo i spędzić przedpołudnie na siłowni, ale nie wyszło - nawet nie słyszałyśmy budzika... Zatem po leniwym sobotnim poranku Dorota skoczyła na basen, ja wzięłam się za przygotowania do wyjścia "na miasto". Nie zapowiadały się niestety żadne miłe sobotnie zakupy, wręcz przeciwnie - nerwowe załatwianie spraw trochę "urzędowych".

Po pierwsze bilet lotniczy do domu: ponieważ Pegasus dba o bezpieczeństwo pieniędzy swoich klientów (ech, nie powinnam na to narzekać), aby zakupić przez Internet bilet, trzeba podać smsKod. Ten, jak nazwa wskazuje, przychodzi smsem. Problem w tym, że bank ma mój stary numer telefonu, który obecnie nie istnieje... SmsKody wędrują zatem w próżnię, a ja nie mam szans na jakiekolwiek operacje bankowe. Zmienić numer owszem można - tyle że osobiście w placówce banku. I nie pomagają nawet pełnomocnictwa notarialne... Jeszcze wczoraj załamywałam ręce, znalazłam jednak olśniewające swą genialnością rozwiązanie - postanowiłam zakupić bilet w sposób tradycyjny (pierwszy raz w życiu!) - w biurze turystycznym.

A druga sprawa miała nie nastręczać żadnych trudności, chodziło bowiem o wybranie pewnej sumy dolarów z bankomatu (w ramach przygotowań do kolejnego wyjazdu, ale o tym będzie jeszcze przy innej okazji). Wiadomo, że w Konyi działa jeden bank wypłacający dolary i ma bankomaty w dwóch miejscach w mieście. Nic zatem prostszego niż wybrać się tam...

Ale najpierw sprawa biletu. Powiedziano mi, że biuro Pegasusa może się znajdować w Tansasu (czyt. tansaszu) - dużym sklepie znanym wśród tutejszej braci akademickiej głównie z racji najbliższego dostępu do napojów wyskokowych (czyli jakieś 20-30 minut z kampusu "z buta"). Tam oczywiście żadnego biura nie znaleźliśmy, natknęliśmy się za to na targ. Nareszcie! O tych sobotnich targach "pod sklepami" (bo oprócz Tansasa jest tam jeszcze kilka innych sklepów, w tym mój ulubiony EkoMarket) słyszałam jeszcze przed przyjazdem do Konyi, nigdy jednak jakoś się nie złożyło, żeby na nie zajrzeć. A targi to trochę mieszanka polsko-turecka. Wyglądają zupełnie jak nasze place handlowe z żywnością, tyle że jeśli dobrze wgłębić się w asortyment, to oprócz warzyw i owoców sporo różni się on od naszego: jest tu z turecka - dużo nic nie mówiących mi ziół i przypraw, orzechów i suszonych owoców, oliwek i najróżniejszych rodzajów sera. A na skraju nawet znalazł się pan sprzedający śliczne maleńkie białe króliczki (żywe :-P)! Gdyby nie powrót samolotem, kusiłyby mnie bardzo...
W każdym razie nic nie załatwiłam - jakiś pan odesłał mnie do KuleSite (tego największego centrum handlowego w Konyi), podeszłam do tej wiadomości z rezerwą, ale sama lepszego pomysłu nie miałam...

Wsiedliśmy zatem w tramwaj i pojechaliśmy "do bankomatów". I tu kolejne rozczarowanie - "nieprawidłowy CHIP karty". Co to w ogóle ma znaczyć?! Byłam już porządnie wkurzona, a jeszcze bardziej zmartwiona - nie mam biletu, nie mam pieniędzy (w dodatku nie wiem, czy nie pobrało ich jednak z konta), nie wiem, co się dzieje z kartą, a żeby było jeszcze zabawniej: nie jestem do końca pewna, czy pamiętam prawidłowy PIN... Grzesiek wybrał pieniądze bez problemu.

Bankomaty okazały się znajdować w sąsiedztwie KuleSite, zaszliśmy zatem po nieszczęsny bilet - i udało się go kupić!! I w ten oto sposób 28. czerwca tego roku będzie moim ostatnim dniem w Stambule (ech...), a 29. na dobre wrócę do Polski (przynajmniej "póki co" ;-)). I dobrze i nie - kiedy patrzę na słońce za oknem i myślę o rzeczach jeszcze mnie tu czekających w tym semestrze, wcale a wcale nie mam ochoty wracać. Z wakacji. :-) Potem postanowiłam już trochę beznadziejnie zapytać kogoś z ochrony, czy nie ma tu czasem bankomatów owego banku (beznadziejnie, bo wszyscy wiedzą, że w Konyi bankomaty są tylko dwa i to wcale nie tutaj), kiedy... za plecami pani "ochroniarki" zobaczyłam ów bankomat! I zadziałało! Tak więc wszystkie moje problemy niemal w jednej chwili zostały rozwiązane i zaczęłam cieszyć się słonecznym sobotnim popołudniem. :-) Pobuszowaliśmy trochę po sklepach, śmiejąc się z niezależnych od kraju i kultury sobotnich obyczajów: KuleSite wygląda dokładnie tak samo jak nasze centra handlowe (jedna wielka sala ze wszystkim i mnóstwo butików wokół) i jest dokładnie tak samo wypełnione w sobotę przez tłum ludzi gorączkowo, a jednocześnie jakoś tak "luzacko" robiących zakupy. No i rodziny, dużo rodzin...

Postanowiliśmy podjechać jeszcze do centrum, do sióstr. Byliśmy tam jakieś 2-3 tygodnie temu, ale ich nie zastaliśmy. Acha, czy ja pisałam już kiedykolwiek o siostrach? W skrócie: w Konyi znajduje się kościół katolicki (pw. św. Pawła, a jakże), któremu jednak brak katolickiego księdza. Są za to siostry - Włoszki, które już od dobrych kilkunastu lat kościółkiem się opiekują, udostępniają go pielgrzymom i od czasu do czasu ciekawym Turkom (narażając się przy tym na niezbyt serdeczne dysputy teologiczne). Tym razem udało się z nimi, a raczej z jedną z nich, spotkać i podarować karteczki z Łagiewnik, chyba się ucieszyła. :-) W ramach rewanżu poczęstowała nas "cukierkami z Włoch", które miały dziwne tureckie napisy na papierkach. ;-) Opowiadała też, że podobno była tutaj dziś rano ekipa telewizyjna kręcąca program, na którym ma się znaleźć "nasz" kościółek. :-) Acha, no i siostry mnie jeszcze zawstydziły: wszystko idealnie wysprzątane, a w ogródku kwitną bratki i tulipany. Oj, trzeba będzie i w naszym pokoiku zrobić jakiś "wiosenny porządek" przed wyjazdem...

A po powrocie i otwarciu kompa zaczęły mnie zalewać strony z jedzeniem (za jakie grzechy właśnie teraz?!): najpierw poznana kiedyś w Stambule nastolatka przesłała mi mail z niezwykle apetycznymi zdjęciami arabskich słodyczy (ślinka cieknie na widok tych ciasteczek z pistacjami...), potem jakiś blog kucharski... Całe szczęście że zaopatrzyłam się dziś także w coś "kucharskiego" ;-) - wyciskarkę do cytrusów za... 1 lirę. Przy obecnej cenie grejpfrutów 40 kuruszy (80 groszy) za kilogram czeka mnie pyszny dodatek do śniadanek. :-)

czwartek, 18 marca 2010

nauki

Właśnie wróciłam z zajęć i postanowiłam podzielić się przemyśleniami. ;-)
Pod względem edukacyjnym ten semestr zapowiada się dużo lepiej niż poprzedni: zapisałam się na kontynuację "English Literature" i "English Novel" (choć tym razem nie zamierzam już chodzić na te zajęcia cztery razy w tygodniu, jak to robiłam, naiwna, w zeszłym półroczu... o ile Yusuf będzie miły i da mi za te dwa razy w tygodniu umówioną ilość punktów!). Tym razem mamy się zajmować prozą i poezją już naprawdę współczesną (choć nie najnowszą), zapowiada się zatem dużo ciekawiej niż ostatnio. Przed chwilą miałam zajęcia z poezji i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam emocje towarzyszące odkrywaniu wiersza! Wiadomo, na studiach w Polsce raczej nie "omawiamy wierszy", tutaj zaś miałam problem, żeby przebić się przez nie w 100% zrozumiały tekst i wszechogarniającą nudę ("Kiedy to nikogo nie zachwyca..."). Dziś natomiast mieliśmy przed sobą kilka prostych tekstów Williama Henry'ego Daviesa: proste w słownictwie i pozornie proste w przesłaniu. Ale można je było stopniowo "poodkrywać", dochodzić do coraz nowszych spostrzeżeń i interpretacji... Dziś nie usypiałam na zajęciach, włączyły się emocje! Cudnie. Ostatni raz miałam tak... w liceum? Jeśli chodzi o zaliczenia tych przedmiotów, to mam nadzieję, że pani Gulbun Onur pozostanie dla mnie miła i poprosi o przygotowanie prezentacji z polskiej prozy i poezji współczesnej (już się nawet przymierzam do "Ferdy" i Herberta) i nie każe zdawać "normalnych" egzaminów...

A poza tym mieliśmy dziś pierwszą w tym semestrze lekcję tureckiego. Tym razem mamy dwa kursy do wyboru: ten co ostatnio i ten "nowy" turecki. O ile wiem, nikt nie zapisał się na poprzedni kurs... Natomiast nowa nauczycielka póki co jest super: mówi po angielsku, ma kilkunastoletnie doświadczenie w nauce tureckiego jako obcego, potrafi UCZYĆ JĘZYKA (gramatyka, struktura zdania... poprzedni nauczyciele W OGÓLE nie zdawali sobie sprawy z tego, że język jest systemem - że wypadałoby nas zaznajomić z końcówkami liczby mnogiej, poszczególnych osób etc., przecież wszystko było takie "oczywiste"). No i prowadzi tę lekcję, a nie jest... rozlazła. Dziś podsumowaliśmy w zasadzie wszystko, czego się nauczyliśmy. Cały semestr podczas jednej lekcji. Shame dla byłych nauczycieli. Jest jednak nadzieja, że będę potrafiła coś tam po turecku powiedzieć, hurra! Acha, zajęcia są dwa razy w tygodniu po dwie godziny; forma zaliczenia - nieznana.

Mój nieszczęsny angielski... Kiedy się już ucieszyłam, że w tym semestrze przedmiot "Advanced Writing and Reading" przejęła rudowłosa Franny, bardzo się ucieszyłam i rzecz jasna zaraz zapisałam. Tak jak myślałam nie jest on za bardzo advanced, mniej więcej na poziomie naszej rozszerzonej matury. Ale jeśli się nie rozwijać, to dobrze choć i nie uwsteczniać w nauce języka. I właśnie byłam na kupnie podręczników (te same zasady, co u nas - ksero), gdy... okazało się, że na ten sam termin przypadają zajęcia z tureckiego. Wygląda na to, że będę się musiała pożegnać z doskonaleniem swego angielskiego. ;-(

I ostatni przedmiot o enigmatycznej nazwie "Identity, Politics and Culture" - prowadzony przez dość "zawieszonego", ale sumiennego (czyli naprawdę prowadzącego wykłady w jakiś tam sposób związane z nazwą kursu), a przy tym nieprzywiązującego zbytniej wagi do (nie)obecności słuchaczy pana. Jeszcze nie miałam przyjemności w tych zajęciach uczestniczyć, ale znana jest już forma zaliczenia - podobnie jak w zeszłym semestrze związana z tematem prezentacja, tyle że teraz ma być zaprezentowana. :-)

Wszystko wygląda więc dużo lepiej: wiadomo, czego się spodziewać; wiadomo, czego nie wybierać, żeby nie tracić czasu; wiadomo, co wybrać, aby było to przyzwoite pod względem jakości. O.

Internet var!

Hurra! Internet wrócił! Od piątku do wtorku "Internet yok"!! Podobno próbują ustawić jakoś łącze bezprzewodowe, żebyśmy sobie mogli korzystać latem z komputerków przed akademikiem. No i bardzo dobrze, ale mogliby próbować to ustawiać nocą. ;-)

Zabieram się zatem za odpisywanie na maile i uzupełnianie bloga, wieczorkiem będzie relacja z Kapadocji. :-)