sobota, 20 marca 2010

sobotnio

Miałyśmy wstać przed 9.oo i spędzić przedpołudnie na siłowni, ale nie wyszło - nawet nie słyszałyśmy budzika... Zatem po leniwym sobotnim poranku Dorota skoczyła na basen, ja wzięłam się za przygotowania do wyjścia "na miasto". Nie zapowiadały się niestety żadne miłe sobotnie zakupy, wręcz przeciwnie - nerwowe załatwianie spraw trochę "urzędowych".

Po pierwsze bilet lotniczy do domu: ponieważ Pegasus dba o bezpieczeństwo pieniędzy swoich klientów (ech, nie powinnam na to narzekać), aby zakupić przez Internet bilet, trzeba podać smsKod. Ten, jak nazwa wskazuje, przychodzi smsem. Problem w tym, że bank ma mój stary numer telefonu, który obecnie nie istnieje... SmsKody wędrują zatem w próżnię, a ja nie mam szans na jakiekolwiek operacje bankowe. Zmienić numer owszem można - tyle że osobiście w placówce banku. I nie pomagają nawet pełnomocnictwa notarialne... Jeszcze wczoraj załamywałam ręce, znalazłam jednak olśniewające swą genialnością rozwiązanie - postanowiłam zakupić bilet w sposób tradycyjny (pierwszy raz w życiu!) - w biurze turystycznym.

A druga sprawa miała nie nastręczać żadnych trudności, chodziło bowiem o wybranie pewnej sumy dolarów z bankomatu (w ramach przygotowań do kolejnego wyjazdu, ale o tym będzie jeszcze przy innej okazji). Wiadomo, że w Konyi działa jeden bank wypłacający dolary i ma bankomaty w dwóch miejscach w mieście. Nic zatem prostszego niż wybrać się tam...

Ale najpierw sprawa biletu. Powiedziano mi, że biuro Pegasusa może się znajdować w Tansasu (czyt. tansaszu) - dużym sklepie znanym wśród tutejszej braci akademickiej głównie z racji najbliższego dostępu do napojów wyskokowych (czyli jakieś 20-30 minut z kampusu "z buta"). Tam oczywiście żadnego biura nie znaleźliśmy, natknęliśmy się za to na targ. Nareszcie! O tych sobotnich targach "pod sklepami" (bo oprócz Tansasa jest tam jeszcze kilka innych sklepów, w tym mój ulubiony EkoMarket) słyszałam jeszcze przed przyjazdem do Konyi, nigdy jednak jakoś się nie złożyło, żeby na nie zajrzeć. A targi to trochę mieszanka polsko-turecka. Wyglądają zupełnie jak nasze place handlowe z żywnością, tyle że jeśli dobrze wgłębić się w asortyment, to oprócz warzyw i owoców sporo różni się on od naszego: jest tu z turecka - dużo nic nie mówiących mi ziół i przypraw, orzechów i suszonych owoców, oliwek i najróżniejszych rodzajów sera. A na skraju nawet znalazł się pan sprzedający śliczne maleńkie białe króliczki (żywe :-P)! Gdyby nie powrót samolotem, kusiłyby mnie bardzo...
W każdym razie nic nie załatwiłam - jakiś pan odesłał mnie do KuleSite (tego największego centrum handlowego w Konyi), podeszłam do tej wiadomości z rezerwą, ale sama lepszego pomysłu nie miałam...

Wsiedliśmy zatem w tramwaj i pojechaliśmy "do bankomatów". I tu kolejne rozczarowanie - "nieprawidłowy CHIP karty". Co to w ogóle ma znaczyć?! Byłam już porządnie wkurzona, a jeszcze bardziej zmartwiona - nie mam biletu, nie mam pieniędzy (w dodatku nie wiem, czy nie pobrało ich jednak z konta), nie wiem, co się dzieje z kartą, a żeby było jeszcze zabawniej: nie jestem do końca pewna, czy pamiętam prawidłowy PIN... Grzesiek wybrał pieniądze bez problemu.

Bankomaty okazały się znajdować w sąsiedztwie KuleSite, zaszliśmy zatem po nieszczęsny bilet - i udało się go kupić!! I w ten oto sposób 28. czerwca tego roku będzie moim ostatnim dniem w Stambule (ech...), a 29. na dobre wrócę do Polski (przynajmniej "póki co" ;-)). I dobrze i nie - kiedy patrzę na słońce za oknem i myślę o rzeczach jeszcze mnie tu czekających w tym semestrze, wcale a wcale nie mam ochoty wracać. Z wakacji. :-) Potem postanowiłam już trochę beznadziejnie zapytać kogoś z ochrony, czy nie ma tu czasem bankomatów owego banku (beznadziejnie, bo wszyscy wiedzą, że w Konyi bankomaty są tylko dwa i to wcale nie tutaj), kiedy... za plecami pani "ochroniarki" zobaczyłam ów bankomat! I zadziałało! Tak więc wszystkie moje problemy niemal w jednej chwili zostały rozwiązane i zaczęłam cieszyć się słonecznym sobotnim popołudniem. :-) Pobuszowaliśmy trochę po sklepach, śmiejąc się z niezależnych od kraju i kultury sobotnich obyczajów: KuleSite wygląda dokładnie tak samo jak nasze centra handlowe (jedna wielka sala ze wszystkim i mnóstwo butików wokół) i jest dokładnie tak samo wypełnione w sobotę przez tłum ludzi gorączkowo, a jednocześnie jakoś tak "luzacko" robiących zakupy. No i rodziny, dużo rodzin...

Postanowiliśmy podjechać jeszcze do centrum, do sióstr. Byliśmy tam jakieś 2-3 tygodnie temu, ale ich nie zastaliśmy. Acha, czy ja pisałam już kiedykolwiek o siostrach? W skrócie: w Konyi znajduje się kościół katolicki (pw. św. Pawła, a jakże), któremu jednak brak katolickiego księdza. Są za to siostry - Włoszki, które już od dobrych kilkunastu lat kościółkiem się opiekują, udostępniają go pielgrzymom i od czasu do czasu ciekawym Turkom (narażając się przy tym na niezbyt serdeczne dysputy teologiczne). Tym razem udało się z nimi, a raczej z jedną z nich, spotkać i podarować karteczki z Łagiewnik, chyba się ucieszyła. :-) W ramach rewanżu poczęstowała nas "cukierkami z Włoch", które miały dziwne tureckie napisy na papierkach. ;-) Opowiadała też, że podobno była tutaj dziś rano ekipa telewizyjna kręcąca program, na którym ma się znaleźć "nasz" kościółek. :-) Acha, no i siostry mnie jeszcze zawstydziły: wszystko idealnie wysprzątane, a w ogródku kwitną bratki i tulipany. Oj, trzeba będzie i w naszym pokoiku zrobić jakiś "wiosenny porządek" przed wyjazdem...

A po powrocie i otwarciu kompa zaczęły mnie zalewać strony z jedzeniem (za jakie grzechy właśnie teraz?!): najpierw poznana kiedyś w Stambule nastolatka przesłała mi mail z niezwykle apetycznymi zdjęciami arabskich słodyczy (ślinka cieknie na widok tych ciasteczek z pistacjami...), potem jakiś blog kucharski... Całe szczęście że zaopatrzyłam się dziś także w coś "kucharskiego" ;-) - wyciskarkę do cytrusów za... 1 lirę. Przy obecnej cenie grejpfrutów 40 kuruszy (80 groszy) za kilogram czeka mnie pyszny dodatek do śniadanek. :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz