Właśnie wróciłam z zajęć i postanowiłam podzielić się przemyśleniami. ;-)
Pod względem edukacyjnym ten semestr zapowiada się dużo lepiej niż poprzedni: zapisałam się na kontynuację "English Literature" i "English Novel" (choć tym razem nie zamierzam już chodzić na te zajęcia cztery razy w tygodniu, jak to robiłam, naiwna, w zeszłym półroczu... o ile Yusuf będzie miły i da mi za te dwa razy w tygodniu umówioną ilość punktów!). Tym razem mamy się zajmować prozą i poezją już naprawdę współczesną (choć nie najnowszą), zapowiada się zatem dużo ciekawiej niż ostatnio. Przed chwilą miałam zajęcia z poezji i po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam emocje towarzyszące odkrywaniu wiersza! Wiadomo, na studiach w Polsce raczej nie "omawiamy wierszy", tutaj zaś miałam problem, żeby przebić się przez nie w 100% zrozumiały tekst i wszechogarniającą nudę ("Kiedy to nikogo nie zachwyca..."). Dziś natomiast mieliśmy przed sobą kilka prostych tekstów Williama Henry'ego Daviesa: proste w słownictwie i pozornie proste w przesłaniu. Ale można je było stopniowo "poodkrywać", dochodzić do coraz nowszych spostrzeżeń i interpretacji... Dziś nie usypiałam na zajęciach, włączyły się emocje! Cudnie. Ostatni raz miałam tak... w liceum? Jeśli chodzi o zaliczenia tych przedmiotów, to mam nadzieję, że pani Gulbun Onur pozostanie dla mnie miła i poprosi o przygotowanie prezentacji z polskiej prozy i poezji współczesnej (już się nawet przymierzam do "Ferdy" i Herberta) i nie każe zdawać "normalnych" egzaminów...
A poza tym mieliśmy dziś pierwszą w tym semestrze lekcję tureckiego. Tym razem mamy dwa kursy do wyboru: ten co ostatnio i ten "nowy" turecki. O ile wiem, nikt nie zapisał się na poprzedni kurs... Natomiast nowa nauczycielka póki co jest super: mówi po angielsku, ma kilkunastoletnie doświadczenie w nauce tureckiego jako obcego, potrafi UCZYĆ JĘZYKA (gramatyka, struktura zdania... poprzedni nauczyciele W OGÓLE nie zdawali sobie sprawy z tego, że język jest systemem - że wypadałoby nas zaznajomić z końcówkami liczby mnogiej, poszczególnych osób etc., przecież wszystko było takie "oczywiste"). No i prowadzi tę lekcję, a nie jest... rozlazła. Dziś podsumowaliśmy w zasadzie wszystko, czego się nauczyliśmy. Cały semestr podczas jednej lekcji. Shame dla byłych nauczycieli. Jest jednak nadzieja, że będę potrafiła coś tam po turecku powiedzieć, hurra! Acha, zajęcia są dwa razy w tygodniu po dwie godziny; forma zaliczenia - nieznana.
Mój nieszczęsny angielski... Kiedy się już ucieszyłam, że w tym semestrze przedmiot "Advanced Writing and Reading" przejęła rudowłosa Franny, bardzo się ucieszyłam i rzecz jasna zaraz zapisałam. Tak jak myślałam nie jest on za bardzo advanced, mniej więcej na poziomie naszej rozszerzonej matury. Ale jeśli się nie rozwijać, to dobrze choć i nie uwsteczniać w nauce języka. I właśnie byłam na kupnie podręczników (te same zasady, co u nas - ksero), gdy... okazało się, że na ten sam termin przypadają zajęcia z tureckiego. Wygląda na to, że będę się musiała pożegnać z doskonaleniem swego angielskiego. ;-(
I ostatni przedmiot o enigmatycznej nazwie "Identity, Politics and Culture" - prowadzony przez dość "zawieszonego", ale sumiennego (czyli naprawdę prowadzącego wykłady w jakiś tam sposób związane z nazwą kursu), a przy tym nieprzywiązującego zbytniej wagi do (nie)obecności słuchaczy pana. Jeszcze nie miałam przyjemności w tych zajęciach uczestniczyć, ale znana jest już forma zaliczenia - podobnie jak w zeszłym semestrze związana z tematem prezentacja, tyle że teraz ma być zaprezentowana. :-)
Wszystko wygląda więc dużo lepiej: wiadomo, czego się spodziewać; wiadomo, czego nie wybierać, żeby nie tracić czasu; wiadomo, co wybrać, aby było to przyzwoite pod względem jakości. O.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz