Panowie byli naprawdę dobrzy. Zwłaszcza starszy, grający emigranta-intelektualistę. Dykcja, ruchy (teatralnie wyraziste, jednak nieprzesadzone), naturalność. Młodszy miał trudniejsze zadanie - rola emigranta-robola była bardziej wymagająca, no i co by tu dużo mówić - momentami po prostu śmieszna. Zdarzyło się więc kilka uśmieszków.
Ale przede wszystkim to o naturalności chciałam napisać. Nie tylko gry aktorskiej, ale całego kontekstu. Oglądanie "Emigrantów" w Dublinie, nawet jeśli obecne warunki emigracji są zupełnie inne niż te, które przedstawiał Mrożek, robi takie samo (a może i większe) wrażenie jak "Mistrz i Małgorzata" w Moskwie - ze słynnymi słowami Wolanda podczas seansu czarnej magii: "Przez te wszystkie lata moskiewska publiczność wcale się nie zmieniła". Przedstawienie miało miejsce w jakiejś piwniczce przy kościele oo. dominikanów - nie, nie w średniowiecznym, klimaciarskim pomieszczeniu jakie bywają w Krakowie, lecz w takim trochę zdezelowanym, pozbawionym okien, z wybebeszonymi rurami pod sufitem. Tamci emigranci, AA i XX, też mieszkali w piwnicy.
- Czasem mi się wydaje, że mieszkamy u nich w brzuchu. Jak mikroby. Spójrz tylko na te rury, czy one nie przypominają ci flaków? Czy one nie wyglądają jak flaki?
- Rury jak rury.
- A mnie to wszystko przypomina bebechy. Żyjemy tu jak dwie bakterie we wnętrzu jakiegoś organizmu.
Scenografia i wejście w kontekst społeczno-kulturowy - pierwszorzędne. Co jeszcze bardziej nakręca w głowie pytania o współczesną emigrację (i o punkt widzenia Mrożka): czy mimo tego, że wszystko się zmieniło, nic się nie zmieniło?
U Mrożka podział jest jasny: intelektualista jest skazany na emigrację (czy aby na pewno? ta postać wydaje mi się trochę podejrzana, nie zauważyłam w spektaklu wzmianki o wyjeździe z przyczyn politycznych; a więc czemu wyjechał i czemu omija go sarkazm autora?); pomimo nieopływającego w dostatki życia, nie ma kompleksu niższości, zna język, czuje się pełnowartościowym członkiem społeczności (choć nie wiemy, co tak naprawdę, poza pisaniem książki, robi). Robotnik haruje jak wół, oszczędza każdy grosz na wymarzony dom w swojej wsi, tym samym bezpardonowo żeruje na swym współlokatorze. Nie zna języka i nie zamierza się go uczyć, bo "to nie są ludzie". Przy tym jest brudny, nie dba o porządek...
Zastanawia mnie, czy rzeczywiście tak było. Czy podział był aż tak klarowny. Bo teraz - chyba nie jest. Nawet jeśli da się wyodrębnić dwa typy emigrantów, to ciężko wskazać konkretne kryteria podziału... Większość szuka lepszego życia. Jedni z większej, inni z mniejszej potrzeby. Jedni rozumieją przez to większe możliwości konsumpcyjne (i nie mam tu na myśli wyłącznie bezmyślnej konsumpcji), wyższy komfort życia, inni, hm, może spokój ducha z dala od "lokalnych problemów, problemików raczej... małych szowinizmów, małych reformizmów, małych porcyjek...". Czy można krytykować tylko pierwszą grupę? (Zdaje mi się, że Mrożek to właśnie robi) Praca z jednej strony rzadko już bywa wyniszczającą zdrowie harówką, której podejmował się XX, z drugiej - większość intelektualistów ima się prostych czynności. A zatem ich drogi się schodzą. Z językiem, a co za tym idzie, integracją rzeczywiście bywa różnie, ale nikt już chyba nie ma wątpliwości, że znajomość języka to podstawa. Choć słyszałam jeszcze o "polskich gettach", to jednak dużo częściej ludzie obracają się w mieszanym środowisku - dorośli w pracy, dzieci w szkole (co jest superintegrującym czynnikiem). Coraz więcej osób włącza się w normalne (np. kulturalne) życie społeczności. Co znamienne, zwykle to ci bardziej świadomi i niemający problemu z wychodzeniem z getta dbają o polskość, o jej dobry wizerunek oraz przekazywanie języka i tradycji dzieciakom. No i wreszcie - pieniądze. Nie ma się co oszukiwać, że większość żyje na emigracji z tego właśnie powodu, a nie dlatego, że znalazła "swoje miejsce na ziemi" (myślę tu o emigracji irlandzkiej, a nie tajlandzkiej na przykład ;-)). Jedni ciułają z myślą o powrocie i budowie domu, drudzy zbierają na podróż życia, jeszcze inni po prostu chcą zapewnić dzieciom lepszą przyszłość - kto się odważy wartościować te marzenia? Bywają i tacy, którzy o to nie dbają i żyją szerzej tu i teraz. Ale chyba nie jest to czytelne kryterium do czynienia jakichkolwiek podziałów.
Tak, tak - realia życia mrożkowskich emigrantów były inne (zresztą sama dobrze ich nie znam, przydałoby się zgłębić temat), może też trochę przejaskrawił, żeby podkreślić niektóre kwestie. A jednak... niektóre zachowania AA i XX odbijają się echem w dzisiejszym Dublinie. Chyba jednak nie pozbyliśmy się tak całkiem różnych przywar, skoro ta sztuka nieustannie trochę uwiera. A przynajmniej zmusza do myślenia.