No dobrze, może coś powoli ruszę z tym blogiem. Ale relację izraelską spotka chyba to samo co syryjsko-jordańską - "napiszę kiedyś, jak będę miała czas...".
Póki co życie w Konyi toczy się swoim zwykłym trybem (jakieś tam zajęcia, bardziej regularny niż wysiłek intelektualny wysiłek fizyczny na siłowni, wspólne spędzanie czasu w dziewczynami). Z tą jedną różnicą, że zaczął nam się sezon "zaliczeniowy" - jak to słusznie zauważył ktoś zakładający nową grupę na fcb: "Studia - 24 godziny nauki na dobę, 7 dni w tygodniu, 2 tygodnie w roku". No więc i ja zaczęłam pracę nad moimi prezentacjami, esejem i... zadaniem z informatyki na zajęcia w Polsce. Póki co odkładam marzenia o wybrzeżu (od powrotu z Izraela nigdzie nie wyjechałam, zgroza!) - się zrobi pracę, się pojedzie.
Tylko... Chciałam już wcześniej wrzucić tutaj jakieś moje przemyślenia nad różnymi sprawami związanymi z feralnym 10. kwietnia. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was ma już zapewne tego wszystkiego po dziurki w nosie (ja w zasadzie też... a jednak nie potrafię przestać czytać komentarzy różnych ludzi), ale chyba czuję potrzebę uporządkowania niektórych rzeczy "na papierze" (heh) i podzielenia się. A ostatnio były ku temu dwie okazje, opisałam swój punkt widzenia odnośnie dwóch związanych z katastrofą kwestii. A więc zmieniam tylko nieznacznie i wrzucam tutaj. A jak ktoś ma naprawdę dość, to uprzedzam, że całe posty "radykalni" i "patriotyzm" są na ten temat. Proszę nie otwierać. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz