czwartek, 20 maja 2010

śródziemnomorsko

No dobrze, nie ma co udawać - wróciłam. I to już całkiem dawno, bo w zeszłą niedzielę. Powrót był to dość nagły i nieprzewidywany (pobyt spokojnie można było przedłużyć do środy), a przyczynił się do niego głównie pies pilnujący wejścia do ruin w Phaselis, nieopodal Antalyi (do których to przybyliśmy nocą, skuszeni wizją noclegu na, podobno, przecudnej urody plaży...). Psa w planach nie było, natomiast jego szczekanie i rozbłyskujące w świetle mojej czołówki ślepia wystarczyły, abyśmy w mgnieniu oka zrezygnowali z noclegu w antycznym Phaselis, a z braku innej opcji - skierowali się prosto do Antalyi. Tutaj natomiast późna (bardzo późna...) pora, zmęczenie po całotygodniowym nocowaniu w krzakach, bliskość dworca a odległość jakiegokolwiek hostelu (czyli krótko mówiąc: przyczyny banalne) przekonały mnie, że czas wracać.

No więc: jak było? Cudnie było. Niby to nie pierwszy raz na wybrzeżu (bo najpierw październikowa słoneczna Antalya, a potem ta jesienna włóczęga wzdłuż wybrzeża M. Egejskiego - podczas której morza nie widzieliśmy chyba ani razu), ale pierwszy raz w ten sposób. Jakby to powiedzieć... BLISKO. Blisko tego wszystkiego, czego można tam doświadczyć.
Blisko fenomenalnej przyrody - cudnych plaż, błękitnej i turkusowej wody, ale też porośniętych ostrokrzewem gór Taurus, przez które spacerują sobie żółwie... Blisko, bo z namiotem.
Blisko ludzi: tych "prawdziwie tureckich" mieszkających w wioskach w górach, tych zupełnie już zeuropeizowanych Turków z wybrzeża, a także wypoczywających tutaj turystów. Blisko, bo sami jesteśmy jakby spomiędzy tych dwóch światów: bo niby obcokrajowcy, ale coś tam po turecku powiedzą, no i studiują w Konyi! (reakcje na tę wiadomość bywają bardzo zabawne; to trochę tak, jakbyśmy byli na wyższym stopniu wtajemniczenia niż ci Turcy-Europejczycy znad morza - bo Konya to Mevlana, to islam, to chusty, to brak piwa w sklepach... no nie do pomyślenia przecież... ;-D). No i dlatego jeszcze blisko, że z plecakiem i autostopem, czyli chyba najlepsze warunki do spotkania (m. in. Irlandki w średnim wieku, która trzykrotnie przebyła Camino de Santiago oraz kilka innych szlaków długodystansowych, a teraz właśnie rozpoczynała Drogę Likijską; "prawdziwego" tureckiego dziadzia sprzedającego miód przy drodze do Ucagiz, który narzekał na "turist mafia"; miłego taksówkarza, który podwiózł nas nocą za darmo do miasta - bo lubi młodych ludzi z plecakami, a za bogatymi turystami nie przepada...; trójki starszych, enigmatycznych Hiszpanów, którzy podróżują po Turcji wynajętym samochodem, koniecznie chcieli rozmawiać o Gaudim i uświadomili nas co do istnienia syryjsko-prawosławnych klasztorów na wschodzie Turcji; starszego Kurda z Diyarbakir, który zrobił na wybrzeżu karierę od pomywacza do właściciela hotelu i kilku restauracji; młodej pary Turków-Europejczyków, która wzięła nas na pakę swojego jeepa i mknęła krętą drogą w dół wzdłuż wybrzeża, sprawdzając od czasu do czasu w lusterku, czy jeszcze nie spadliśmy i unosząc kciuk do góry...)
Blisko też jakoś do przeszłości tych miejsc, bo przewodnik pełen faktów, a głowa pełna mitów. A w uszach ciągle herbertowska "Podróż": "Zaprzyjaźń się z Grekiem z Efezu Żydem z Aleksandrii" , "poprowadzą ciebie przez (...) opuszczone sztolnie mitów i religii" , "odkryj znikomość mowy królewską moc gestu" , "żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi"...

A więc pięknie było. Choć szczegółowej opowieści zapewne znowu nie będzie, bo choć zeszycik szczelnie zapisany, to jakoś brak mi czasu na przenoszenie tego wszystkiego do rzeczywistości wirtualnej. Może kiedyś. Zresztą i tak wiem, że lepiej się ogląda zdjęcia, niż czyta moje przydługawe wywody. (BTW, one już w galerii, jeszcze niepoopisywane.)

Biję się trochę z wyrzutami sumienia - że takie wakacje, właściwie nielegalne i właściwie w środku semestru (hm, kiedyś płynęliśmy na łódce z Andreasem, chcieliśmy się poznać... tłumaczę zatem, że jesteśmy z Polski, a tutaj studiujemy, wiesz, erasmus... a ten nasz wyjazd to właściwie takie "illegal holiday"... Andreas okazał się nauczycielem akademickim ze Szwajcarii, a tłumaczenie było zbędne: tak, mam kilkoro erasmusów, rzadko bywają na zajęciach...). Ale kiedy tak się biję, z odsieczą przychodzi mi Gombrowicz: skoro jego szaleńczą jazdę na rowerze w dół, ku morzu, w śródziemnomorskim słońcu uznano za ważną dla późniejszej twórczości, to dlaczego miałabym ujmować coś swoim doświadczeniom? Że ja nie Gombrowicz - on wtedy też jeszcze nie. A poza tym - to wszystko moje, własne (jakby to Witold powiedział). (O, zerkam właśnie na Wiki, żeby sprawdzić, czy to była Francja, czy Włochy, bo nie pamiętam. I oto co znajduję: "Przez mniej więcej rok przebywał w Paryżu, niezbyt pilnie przykładając się do studiów w Institut des Hautes Etudes Internationales. Większą rolę w trakcie pobytu we Francji odegrały kontakty z młodzieżą studencką i wyjazd nad Morze Śródziemne." Ot co.)

O mailach pamiętam, zaczęłam odpisywać. :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz