wtorek, 2 kwietnia 2013

Wielkanoc

Христос воскрес! Воистину воскрес!

Zmartwychwstanie udało się, na szczęście, przeżywać i duchowo, i choć trochę rodzinnie. To pierwsze za sprawą tutejszej społeczności katolickiej zgromadzonej przy kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. To jeden z dwóch kościołów katolickich w Moskwie, większy i będący centrum życia religijnego. Nie mam pojęcia, ile osób liczy parafia, ale jak na 12 mln mieszkańców raczej niezbyt dużo (choć z drugiej strony podczas Paschy nie było gdzie wetknąć szpilki). Jest tutaj kilku polskich księży, msze odprawiane są głównie po rosyjsku, ale też po polsku, koreańsku, francusku, angielsku i hiszpańsku.


Główne nabożeństwa Triduum były rzecz jasna w języku rosyjskim. Było oczywiście ładnie i uroczyście (z udziałem arcybiskupa moskiewskiego Pawła Pezziego), choć do poziomu krakowskiego sporo brakuje. ;-)  Wszystko odbywa się podobnie jak u nas: czwartkowa Msza Wieczerzy Pańskiej zakończona pozostawieniem Chrystusa "w więzieniu" (jak to się fachowo nazywa?) i całonocną adoracją. W piątek Droga Krzyżowa i nabożeństwo, adoracja Krzyża i złożenie Chrystusa w grobie. W sobotę przez cały dzień święcenie pokarmów, a wieczorem uroczysta Wigilia Paschalna, Liturgia Światła i Wody (chrzest dorosłych, zdaje się, że ponad dziesięciu osób!), Liturgia Słowa, Eucharystia i procesja rezurekcyjna. W niedzielę rano jeszcze jedna rezurekcja - tym razem po polsku. Wyróżniał się świetny (profesjonalny?) chór, który niesamowicie wykonywał pieśni, zwłaszcza w Wielki Piątek (wiele z nich było po łacinie, jestem pewna, że to bardzo znane utwory, ale nie jestem w stanie ich rozpoznać :-( ). Poza tym wiele pieśni wielkanocnych na melodie dobrze nam - Polakom - znane, podobne teksty. I tak samo potężne "Te Deum" (po rosyjsku) na zakończenie :-) (można posłuchać tu, a tekst jest tu).


***

W czwartek w Carycynie przypadkowo udało mi się kupić w cerkiewnej ławce naklejki na jajka w tradycyjne ruskie wzory (chochłoma). Skoro zatem już prawie miałyśmy pisanki, to powstał pomysł koszyczka. :-) Wprawdzie w sobotę rano jeszcze nie bardzo miałyśmy co do niego włożyć, ale wspólnymi siłami uzbierałyśmy: jajka, chleb, sól, wędzonego łososia w zastępstwie wędliny i czekoladki-krówki w zastępstwie babki. W roli koszyczka wystąpiła natomiast torebka ze Starbucksa. ;-) Z koszyczkiem pojechałam na wykład Gorbaczowa, a po nim na święcenie - ostatnie, o 19.oo. Bardzo wygodne rozwiązanie, można było zostać od razu na Wigilię Paschalną, która zaczynała się o 20.3o.




W niedzielę świętowałyśmy w czwórkę z dziewczynami z Krakowa, które w sobotę przygotowały sałatkę i sos do jajek; kupiłyśmy dobry chleb (co wcale nie jest tu łatwe!), sery i ciacho - prawie jak w domu. :-) Ja miałam ugotować żurek, ale po kilku próbach wytłumaczenia w sklepie, czym jest zakwas/barszcz biały/substancja z mąki - dałam za wygraną. Ale i tak było super. :-) Pomimo śniegu za oknem i nieplanowanego "Kuligu" Skaldów z kompa w trakcie śniadania wielkanocnego. ;-)



A potem... potem było wielkie leniuchowanie. Po kilku dniach biegania święta uczciliśmy nicnierobieniem - gadaniem na skypie z Krewnymi i Znajomymi, surfowaniem po necie, wirtualnymi wycieczkami po Moskwie (wybieraliśmy się też na prawdziwe, ale rezygnowaliśmy po spojrzeniu przez okno), planowaniem ciekawych tras. A że poniedziałek i wtorek zorganizowaliśmy sobie wolne od zajęć, błogie lenistwo trwało do dziś. :-) Choć nie było tak całkiem bezproduktywne. Ale o tym będzie już w następnych postach (koło weekendu).

2 komentarze:

  1. u mnie na to "więzienie" mówi się "ciemnica".
    a myślałam o Tobie w te Święta. my byliśmy całą rodzinką w Krakowie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O właśnie, ciemnica!
    Dzięki. :-) Fajnie być całą rodzinką.
    Pozdrowienia serdeczne, świąteczne wciąż. :-)

    OdpowiedzUsuń