Po powrocie ze Stambułu nagle okazało się, że mam niecałe trzy dni na dokończenie (heh, zbyt pozytywne słowo...), na napisanie ponad połowy konspektów do przeprowadzonych we wrześniu praktyk. Po raz pierwszy w tym roku akademickim poznałam dreszcz emocji związanych z pracą i tym, że nie zdążę. Ale zdążyłam (prawie).
Potem dokańczaliśmy sprawy formalne (tzn. oni je nareszcie dokończyli i mieliśmy się zgłosić po odbiór pozwoleń na pobyt), co oznaczało m.in. wycieczkę w ubiegły piątek do centrum Konii na posterunek policji zajmującej się sprawami obcokrajowców. Połowa dostała bez problemu dokumenty, druga połowa czegoś tam nie doniosła, w czymś się tam pomylili... Spokojnie, już się przyzwyczailiśmy. Choć ja tym razem miałam szczęście. Do końca czerwca mogę korzystać z dobrodziejstw Turcji. :)
Na zdjęciu poniżej moja "turecka wyprawka", czyli oprócz ogólnie rozpoznawanego paszportu i karty bankowej, granatowa książeczka z owym "residence permit", "złota karta" - czyli ratująca nam już nieraz życie karta muzealna, zielona legitymacja Uniwersytetu Seldżuckiego i najnowszy nabytek, czyli karta tramwajowa.
Weekend to oczywiście kulminacja nudy... Którą przerwaliśmy w sobotni wieczór, wybierając się "do miasta" na występ derwiszów. Derwiszów można też zobaczyć w Stambule... Np. jakichś trzech tańczy gdzieś w nieco bardziej ekskluzywnej restauracji za, bagatela, 45 lir (czy tam euro...) wstępu od osoby. W Konii, ku naszemu zdziwieniu, za free. Początkowo planowałam zostawić sobie derwiszów na grudniowe święto Mevlany, jednak okazało się, że sam występ zupełnie niczym się nie różni, różnicę stanowią jedynie "dodatkowe atrakcje" - zaproszeni goście, przedstawiciele państwa... No więc pojechaliśmy teraz. :) Centrum Kultury Mevlany to bardzo pokaźny i nowoczesny budynek (a w zasadzie cały kompleks budynków, dziedzińców i, uwaga, amfiteatru!), z którego zieje pustką... Być może zapełnia się w grudniu czy przy okazji innych świąt, póki co jednak zupełnie nie potrafię odkryć ekonomicznego zamysłu tego miejsca.
W niedzielę za to rozpoczął się koszmar. Po pierwsze zaczęło mnie przytłaczać widmo prezentacji na wtorek (z książki, którą wówczas zaledwie zaczęłam czytać i której, wstyd przyznać, do dziś nie skończyłam...) - Konflikt religijny w "Oblężeniu Krisznapuru". Poza tym rozpętało się piekło wyjazdowe. Za trzy tygodnie muzułmanie obchodzą chyba najważniejsze po Ramadanie święto religijne (być może jeszcze coś o nim napiszę; w skrócie jest to święto upamiętniające "złożenie" przez Abrahama Bogu ofiary z Izaaka), szykuje się więc trochę wolnego - dla nich wyjazdy do domu, dla nas wycieczki. Jakież to niezdecydowania, zmieniania zdania, podchody, ustalania i zmieniania składu (o co najwięcej było przepychanek), obrażania się całkiem jawne i ukryte odchodziły, to trudno opisać. Tak, tak, za bardzo nam się nudzi... W każdym razie paskudnie napięta i nerwowa atmosfera trwała aż do środy... Koniec końców rozjeżdżamy się w bardzo różne strony - Syria, chyba wschód Turcji, różne miejsca i plany związane z wybrzeżem... Heh, ja miałam nawet rzucać wszystko i decydować się na wyjazd w przeciągu dwóch dni stopem do Gruzji z erasmusem Tomkiem-Włóczykijem. Ale stchórzyłam (można też powiedzieć, że "minusy przeważyły plusy", ale będąc szczerym, to te argumenty nie były równej wagi...), nie ma co dużo gadać. Zostawiam Gruzję na najbardziej odległe "potem" (czerwiec?) i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że się uda. Ostatecznie wybieramy się z Dorotą i Piotrkiem w stronę wybrzeża - przez Pamukkale i Efez do Izmiru, gdzie zostaliśmy zaproszeni na święto do jednej z moich koleżanek-Turczynek (a w zasadzie do dwóch, bardzo miłe dziewczyny :)).
Acha, a co do prezentacji, dowiedziałam się w poniedziałek, że kolejnego dnia jest dzień śmierci Ataturka (heh...), no i nie ma rano zajęć. A tak poza tym, to ta prezentacja dopiero po Bayramie. I fajnie. :)
We wtorek spotkałyśmy się jeszcze z Dorotką z gościem, który od dłuższego czasu nie dawał mi spokoju na CouchSurfingu... Elegancko: Akkonak, herbatka (moja pierwsza bananowa - smakuje jak wodnisty budyń), pogaduszki... I tylko zastanawiasz się, o co tym facetom chodzi? Że jesteś z zagranicy, więc są ciekawi, chcą cię poznać? Ale mimo wszystko powinni zrezygnować po kilku niezbyt pozytywnie-radosnych mailach z twojej strony... Że chcą ci pomóc? To samo... Że myślą tylko o jednym (swoją drogą to oni myślą, że my myślimy tylko o jednym; może nawet niekoniecznie nieco bardziej obyci ze światem studenci, ale w ten sposób przeciętny Turek odbiera przeciętną Europejkę przyjeżdżającą do Turcji) - chyba jednak nie, bo pomimo ponawiania prośby o spotkanie, nie są jakoś wybitnie natarczywi w przypadku odmowy... Trudno mi zrozumieć facetów, a co dopiero kiedy "nie potrafimy znaleźć wspólnego języka", heh...
W środę się za to rozchorowałam. Ból głowy, gorąco, kaszel... Rzadko mi się to zdarza. Niby nic, a strasznie mi pokomplikowało plany, bo zaspałam na czwartkowy angielski, a przez to nie miałam okazji spotkać się z Beyzą, która zaprosiła mnie na ten dzień na obiad, a przez to nie poszłam, a przez to poszłam kiedy indziej i nie poszłam do kogoś innego, a przez to musiałam się głupio tłumaczyć i niemiło mi aż dotąd... Ech, troszkę z jednej strony przestaję nadążać za nowymi znajomymi, a z drugiej mam poczucie, że trochę zaniedbuję wciąż kogoś, nie pisząc maili, nie zapraszając, nie... No, ale przecież tak się nie da. Więc próbuję nauczyć się podchodzić do tego spokojnie.
W piątek byłam już prawie zdrowa i dosyć niespodziewanie dzień mi się rano zaplanował, kiedy Fatma i Ayla (dziewczyny do których jedziemy na święta) zaproponowały po pierwszych zajęciach, że możemy jechać do ich akademika. Próbowałam wykręcić się troską o ich edukację ("naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie idziecie na kolejne zajęcia..." heh...), ale nic to nie dało. Trudno im odmówić. Tak więc przy okazji wzbogaciłam się o kartę tramwajową, na którą długo czatowałam (do nabycia gdzieś w urzędzie w centrum Konii, w zasadzie trudna sprawa bez jakiegoś tureckiego przewodnika), poznałam nowe centrum handlowe, w którym jest, uwaga!, kino, sztuczne lodowisko i gokarty, no i wylądowałyśmy w akademiku w prawie centrum miasta. Brzmi jakby nigdy nic, ale tutaj "wylądowanie w akademiku" wcale nie jest prostą sprawą. :) Ludzie "z zewnątrz" nie są bowiem zazwyczaj wpuszczani, w większości domów studenckich są bramki, a oprócz nich bacznie wszystko śledzące recepcjonistki (tutaj na szczęście bramek nie ma, miałam się zatem tylko nie odzywać i zachowywać naturalnie przy wejściu :)). Oprócz tego zasady nie do pomyślenia w naszych realich... Np. godziną powrotu do tego akademika jest, uwaga, uwaga... 17.30!! A potem już nosa nie można wychylić! No przecież to nie do pojęcia... Z ciekawostek to np. buty zostawia się tu już przy wejściu do akademika - na rozległych korytarzach i w obszernych pokojach są dywany, śmiga się w skarpetkach... Nawet fajnie. :)
Warunki okazały się sprzyjające do odwiedzenia wreszcie sióstr opiekujących się kościołem św. Pawła w Konii (otwarty tylko przez godzinę w czwartek i w piątek, głównie w celu umożliwienia zwiedzania muzułmanom... ja akurat wtedy mam zajęcia :( ), tam się zatem udałam. Sam kościół (czy też raczej kościółek) ładny, jakiś taki zupełnie inny, ale jeszcze nie rozgryzłam do końca, co stanowi o tej inności. A w tle - kanony z Taize (akurat jeden był po polsku...). Jedna z sióstr mówiła po angielsku, chyba się ucieszyła ze spotkania... Oczywiście będzie dawać znać o planowanych Mszach (do tej pory były średnio raz w tygodniu, pojęcia o tym nie miałam...), jednak siostry wyjeżdżają w połowie grudnia do Włoch i wracają dopiero w lutym... Ech. Ale można wpadać w każdej chwili, one mieszkają obok, więc otworzą kościół. Bardzo miłe. :)
A wieczorem (wciąż w piątek) poszliśmy na koncert. :) Bez szaleństw - koncert muzyki tureckiej w sali (a jakże) koncertowej na kampusie. Pięknie grają na tych swoich sazach, skrzypcach, czy jeszcze czymś innym na kształt bębna i cymbałów... Ale najbardziej po raz kolejny zaskoczyli nas sami Turcy - od pierwszej piosenki śpiewają z nimi (a raczej z nią, bo jedna była wokalistka; "cymbalista" też jeden ;)). Piosenki raczej namiętno-nostalgiczne (chyba już pisałam, że ponad 90% z nich jest o miłości), nie jakieś najnowsze pop-przeboje... W kwestii zabawy, spontaniczności, radości, niedbania o to "co inni powiedzą" i braku konieczności "dodatkowego wsparcia" czymś mocniejszym, Turcy są naprawdę niesamowici. Aż zazdrość bierze.
W sobotę część się porozjeżdżała: głównie Ankara i Beysehir - wielgachne jezioro niedaleko Konii. Ja, z powodów naukowo-finansowych, zostałam. Udało mi się przygotować prezentację w PowerPoincie o Panu Tadeuszu , którą miałam zamiar przedstawić w poniedziałek na zajęciach z romantyzmu w ramach popularyzowania (lub "krzewienia"...) wielkich osiągnięć romantyzmu polskiego (śmiech śmiechem, ale jak słusznie zauważyła Asia, całkiem serio ma dusza utęskniona poczęła się przenosić do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...). Jednak w niedzielę dopadł mnie totalny leń i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie żadnych spójnych i interesujących myśli, nie stworzyłam zatem tekstu samej prezentacji, co zaowocowało przesunięciem terminu show w nieokreśloną przyszłość (ech, no właśnie wszystko tu się tak kończy :( ).
Zresztą zajęć w poniedziałek nie było - pani profesor się rozchorowała. Dzięki temu spędziłam prawie cały dzień w necie, odpisując na maile (hurra! :)) i marnotrawiąc beznadziejnie czas (ech... :( ). A popołudniu byłam umówiona z Beyzą - tą, do której nie dotarłam w czwartek. Beyza mieszka wraz z pięcioma koleżankami w bloku mniej więcej w połowie drogi do centrum. Pierwszy raz miałam okazję poznać takie środowisko - żyjących na własną rękę dziewczyn, zupełnie normalnych i ogromnie wesołych, które jednak nie są przy okazji całkiem "zeuropeizowane" (czyt. niepraktykujące swej religii i zachowujące/ubierające/lansujące się jak młodzi ludzie we wszystkich europejskich miastach). A więc dziewczyn studiujących angielski, prawo, pedagogikę, kartografię, śmiejących się z profesorów i robiących sobie kawały, a przy tym chodzących w długich spódnicach i chustach i przepraszających gości, że muszą na chwilę wyjść, ale właśnie jest czas modlitwy... Naprawdę świetnie. Zostałam poinstruowana w sposobie przyrządzania tureckiej herbaty i kawy (nie wystarczy zalać sypaną kawę wrzątkiem :P), zaproszona na wspólny obiad i oczywiście zasypana mnóstwem pytań od osób, które przecież nie znały angielskiego (na szczęście Beyza zna całkiem dobrze). Bardzo miły czas.
Jeszcze tylko jedno spostrzeżenie: u tych dziewczyn coś zaskakuje, jakaś niezbyt łatwa do osiągnięcia "na mieszkaniu" w Polsce atmosfera. One po prostu autentycznie bardzo się lubią i żyją naprawdę razem. Kiedyś Beyza opowiadała mi, że... jedzą zawsze razem śniadanie o 6.30 rano!! A nie wszystkie zaczynają zajęcia o ósmej. Tak się umówiły. I obiad też, w miarę możliwości, jedzą razem. Nie żyją w osobnych światach, pomagają sobie w nauce, organizują wspólnie jakieś akcje (teraz charytatywną na rzecz ubogich w Afryce). Acha, znają się od miesiąca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz