czwartek, 19 listopada 2009

jaka jest twoja wiara?

Na początku z góry przepraszam za ewentualne błędy rzeczowe dotyczące religii (którejkolwiek), które mogą się pojawić w tym poście. Opisuję to, co słyszę lub widzę, zdając sobie sprawę, że często mogą być to spostrzeżenia spłycone...

Ostatnimi czasy coraz częściej schodzimy ze współstudentami na tematy wiary i religii. Nie, żadne dysputy teologiczne (chyba, niestety..., obu stronom szybko zabrakłoby solidnej wiedzy), po prostu zwyczajne "a jak to jest u was?". Zaczęło się jeszcze przed wyjazdem do Stambułu od wypadu do centrum Konii w celu zwiedzenia meczetów. A żeby ze zwiedzania wynieść coś więcej niż wrażenia wizualne, no i, bardziej przyziemnie, nie popełnić po drodze żadnej gafy, zabrałyśmy (Dorota i ja) ze sobą dwie dziewczyny z trzeciego roku. W ten sposób zdobyłyśmy pierwszą garść informacji o islamie - czyli co dokładnie dzieje się w meczecie i jak należy się tu zachować, jak trzeba postępować z Koranem - nie chcę jednak tu o tym wszystkim opowiadać, ponieważ zajęłoby to jeszcze więcej miejsca niż zwykle.
Potem było już coraz trudniej. Nie wiem czy to z powodu zbliżającego się Święta Ofiarowania czy przez zbiegi okoliczności, coraz częściej zaczęły padać pytania o moją wiarę. Początek jest łatwy "wierzę, tak jak ty, w Jednego Boga...", no i co dalej? Choć w zasadzie to sprawa wiadoma, dopiero teraz do mnie dotarło, jak szalenie absurdalna jest nasza - chrześcijan i katolików - wiara! W islamie wszystko (wszystko, o czym zdążyłam się dowiedzieć) jest zupełnie proste: jest Jeden Bóg, jest jeden (wyłącznie po arabsku) Koran (tłumaczenia nie są już świętą księgą, ponieważ zostały zmienione przez człowieka, a Koran to dokładne Słowo Boga), a człowiek, który nauczy się go na pamięć, zyskuje sobie niebo ("a co jeśli będzie złym człowiekiem?" "nie może być zły, skoro ma w pamięci cały Koran"...). Pobożność nakazuje pięciokrotną modlitwę w ciągu dnia, w piątek imam czyta Koran i naucza, jak należy postępować. Jasna sprawa.

Pisząc teraz o Bogu Trójjedynym, nie ma we mnie nawet części tych emocji, które towarzyszą mi, kiedy opowiadam o tym kolegom. I widzę ich uważne spojrzenia i błąkające się gdzieś po twarzy, ale starannie ukrywane uśmiechy (zdziwienia? pobłażania?) - zbytnio się tym uśmiechom nie dziwię, myślę, że odczuwam coś podobnego, kiedy słucham ich, a przecież po pierwsze wcale nie chcę wyrazić braku szacunku, po drugie... ich opowieści nie wydają się tak niesamowite. Natomiast my - chrześcijanie - już tak bardzo przyzwyczailiśmy się do prawd naszej wiary, że albo nie wydają się nam one dziwne, albo traktujemy je jako metaforę czy symbol (założę się, że tak większość osób pojmuje Komunię czy kwestię Zmartwychwstania Ciała). Tutaj jednak nie ma metafory, mówisz ludziom konkret: Chrystus jest Bogiem, jest Jednym z Bogiem Ojcem... Absurdalne. Ale to jeszcze nie koniec, jest przecież i Trzecia Osoba Boska. Wielu muzułmanów myśli, że jest nią dla nas Maryja, bo mamy dużo jej wizerunków (w islamie Maryja jest Prorokinią i Matką Proroka - znów proste). A jak wytłumaczyć Ducha Świętego? Jak o Nim opowiedzieć?

No i budząca nie mniejsze emocje (i uśmiechy...) sprawa Eucharystii. Słysząc, że nasi "imami" czytają w niedzielę Słowo Boże i nauczają, moi rozmówcy oddychają z ulgą. Ale to przecież nie wszystko... Przemiana Chleba i Wina w Ciało i Krew Chrystusa... Zapomnijcie o tym, że to normalne, że wydarza się codziennie! Oni słyszą o tym pierwszy raz, bez ładnych okrężnych formułek i przydługiego omawiania, ja dysponuję zupełnie podstawowym angielskim słownictwem! No więc JAK to się dzieje? W miarę logiczne wyjścia są dwa: albo faktycznie mamy do czynienia z magią i te substancje się zmieniają (no ale tłumaczę, że nie, że dalej czujemy smak wina, nie krwi...) albo to tylko symbol - i chyba niestety, wbrew mojej woli, tak zaczynają to pojmować (jak już napisałam, jak wielu katolików). Tu mi się przypomina wysłuchany ostatnio wywiad z Hołownią u dominikanów, w którym pan Szymon opowiadał, że ktoś tam dzwoni do niego i prosi, żeby komuś jeszcze innemu wytłumaczył, że przecież katolicy to normalni, racjonalni ludzie, a Eucharystia to taki symbol, że przecież nikt nie wierzy, że to Chrystus, a on wtedy wchodzi jak ten przedstawiciel Ciemnogrodu i mówi: "Ale my wierzymy...". :)
Heh, tę kwestię najlepiej chyba można spuentować przemyśleniami Lewisa, który napisał, że absurdalność chrześcijaństwa jest właśnie tym, co tak bardzo je uprawdopodabnia w naszym zupełnie absurdalnym i niepojętym świecie.

Kolejną sprawą, która w jakiś sposób zaprząta mi głowę jest pobożność czy też kult. Można powiedzieć, że w Turcji jak w Polsce: na ulicy prawie 100% przyznaje się do wiary, w rzeczywistości praktykuje niewielka grupa. Niektórzy mężczyźni nie podają kobietom ręki na powitanie, ponieważ dotyk obcej kobiety może ich skłonić do grzechu (nieczystych myśli), kiedy indziej kobieta występuje na scenie w zupełnie kusej sukieneczce, nie wzbudzając niczyjego zgorszenia, ani nawet zdziwienia. Trudno mi też pisać o tym ściśle, nie wiem bowiem, co jest rzeczywistym nakazem wypływającym z Koranu, a co kwestią obyczajów (choć obyczaje często mają swe źródło właśnie w Świętej Księdze). Chciałabym jednak wspomnieć o kilku rzeczach, które zdają się mieć związek z religią i odbijają się w jakiś sposób w życiu tych ludzi, a mnie zadziwiły.
Po pierwsze modlitwa (niewątpliwie zdaje się mieć związek z religią :)). Od kiedy pamiętam, kiedy naoglądałam się jakichś filmów czy nasłuchałam szczątków informacji o egzotycznym Wschodzie, uruchamiał mi się w głowie obrazek: modlitwa pięć razy dziennie, a więc kiedy rozlega się głos muezina, panowie rozkładają, tam gdzie stoją, dywaniki i zaczynają się wyginać... Rzecz jasna zdawałam sobie sprawę, że to zabawne i nierealne, ale jak inaczej wytłumaczyć tę częstą modlitwę? Po przyjeździe do Konii zdziwiło nas to, że tutaj na ulicy (przynajmniej na kampusie) nikt nie zwraca na głos muezina uwagi... I już utwierdziłam się w moim przekonaniu o niepraktykującej Turcji, kiedy nagle... zostałam zaproszona na obiad. A kiedy rozmawiałam z moją bardzo miłą gospodynią (z pierwszego roku), która coś tam pichciła, nagle oświadczyła, że bardzo mnie przeprasza, ale musi mnie na chwilę zostawić, ponieważ jest czas modlitwy. Po chwili wróciła w chuście (Koran w ogóle nakazuje, żeby kobiety chodziły zakryte, a do modlitwy to już obowiązkowo - z tego co obserwuję i rozumiem; acha, jeszcze mała dygresja-ciekawostka: tureckie prawo zakazuje noszenia chust w szkołach i na uniwersytetach, dziewczyny faktycznie przebierają się przed wejściem!!) i kontynuowałyśmy rozmowę i śmiechy. A że siedziałam dość długo, taka sytuacja zdarzyła się dwa razy. Niby nic, można pomyśleć - taki folklor. Ale jak pomyślę o trudnościach z modlitwą, o nieumiejętności modlitwy wielu katolików (i, co by dużo mówić, własnych...), to jednak jest w tym COŚ. Bo my przecież "powinniśmy" modlić się zaledwie dwa razy dziennie (uogólniam, pomijam kwestie nieustającej modlitwy etc.), a tak różnie to wychodzi... Kurcze, tak całkiem szczerze: obie wierzymy w Jednego Boga, ale ona gadała z Nim tego popołudnia i wieczoru już dwa razy, a ja?!

Kolejna rzecz z kategorii "religia i życie" to małżeństwo i rodzina. Zostałam dziś uświadomiona w sprawie świetnego sposobu Turków na "seks przedmałżeński" (a raczej jego jego brak), sposób ten jest banalnie prosty: nikt nie weźmie sobie za żonę dziewczyny, która nie jest dziewicą. Z czego to wynika - z religii czy męskiej dumy - trudno powiedzieć (a dochodzi do tego zapewne cała zawikłana sprawa tutejszych relacji damsko-męskich, gdzie partnerzy mają siebie dosłownie na wyłączność, a zazdrość o każdy krok drugiego jest dla nas trudna do wyobrażenia). W każdym razie: chłopak może uprawiać z dziewczyną seks, ale jego żona musi być dziewicą (chyba że nią nie będzie za jego sprawą). Dziewczyna, która dziewicą nie jest, ma nikłe szanse, aby znaleźć męża. A ponieważ w życiu bywa różnie, nie warto ryzykować przed zawarciem małżeństwa. A jaki jest pierwszy test, na "wyczucie" dziewczyny? Obserwowanie jej reakcji po takiej propozycji (rzecz jasna, bardziej pożądana jest odpowiedź odmowna - znów z tego, co rozumiem...). No niezłe. Tylko ciekawe jak to działa w drugą stronę... (tj. jakie mamy wymagania w przypadku mężczyzn)
I ostatnia już rzecz, czyli rodzina. Pojęcia nie mam, co się dzieje w tureckich rodzinach - czy naprawdę są zgodne i szczęśliwe, ile w nich patologii, czy im bardziej konserwatywna, tym szczęśliwsza, czy może dochodzi w niej do większych nadużyć... Pojęcia nie mam. Niewątpliwe jest natomiast jedno: jednymi z pierwszych pytań, które nam zadają (zazwyczaj zaraz po "skąd jesteś?" i "co tu robisz?", a często przed "jak masz na imię?") są "ile masz rodzeństwa?" i "nie tęsknisz za rodziną?!" (to ostatnie doprawione jest albo zdziwieniem młodszych albo oburzeniem starszych...). Wszyscy moi znajomi mają co najmniej dwójkę rodzeństwa (a nierzadko dużo więcej) i wylewnie opowiadają o nim i o rodzicach. Jeden z nauczycieli prawie rozpłakał się podczas lekcji, gdy opowiadał o swym nastoletnim synu, który wyjechał do szkoły średniej do Ankary... Tutaj czuje się, że "więzi rodzinne" określają naprawdę coś więcej niż stopień powinowactwa, a "braterstwo" nie jest pustym terminem (a jak jest z tym u nas? ja już kilka lat temu miałam niezłe rozkminy z tłumaczeniem tego harcerzom... zdaje mi się, że u nas ma się nieźle "idea braterstwa", natomiast z samym braterstwem dużo gorzej...).
Zdaje mi się, że jeśli jest coś, co może być przyczyną zdominowania naszej kultury przez "kulturę islamską" to chyba właśnie to - przywiązanie do religii (bo choć z praktykowaniem jest różnie, to wartości religijne raczej nie podlegają dyskusji) i ogromna wartość rodziny. I nie chodzi tu już nawet o żadne boskie interwencje, ale o zwykły przyrost naturalny i zdrowie moralne.

Już zupełnie na koniec dwie rzeczy: po pierwsze aniołowie. Coś mi o sobie ostatnio przypominają, najpierw odświeżone niedawno "Miasto Aniołów", potem kilka rozmów na ten temat (w islamie nie ma Anioła Stróża, są natomiast dwa Angels-Writers, które siedzą na ramionach każdego muzułmanina - ten na prawym spisuje dobre czyny, ten na lewym złe), aż wreszcie odnaleziony gdzieś na youtubie genialny fragment "Nieba nad Berlinem" - bardzo zapraszam do obejrzenia, jest z lewej strony bloga (jeśli akurat go nie ma, a są jakieś głupawe filmiki, to trzeba poczekać, powinien wkrótce wskoczyć).

Po drugie wygrzebany w necie (na stronce poświęconej dialogowi chrześcijańsko-muzułmańskiemu, polecam) tekst: słowa Jana Pawła II skierowane przed 24 laty do młodych muzułmanów:

Sądzę, że my – chrześcijanie i muzułmanie – powinniśmy z radością uznać te wartości religijne, które są nam wspólne, i dziękować za nie Bogu. Jedni i drudzy wierzymy w Boga Jedynego, który jest wszelką Sprawiedliwością i wszelkim Miłosierdziem; wierzymy w ważność modlitwy, postu, jałmużny, pokuty i przebaczenia; wierzymy, że na końcu czasów Bóg będzie dla nas miłosiernym Sędzią, i ufamy, że po zmartwychwstaniu On będzie z nas zadowolony, i wiemy, że my będziemy zadowoleni z Niego. Uczciwość wymaga, byśmy uznali i uszanowali to, co nas różni. Najbardziej istotną różnicą jest oczywiście sposób, w jaki patrzymy na osobę i dzieło Jezusa z Nazaretu. Wiecie, że my, chrześcijanie, wierzymy, że Jezus wprowadza nas w wewnętrzne poznanie tajemnicy Boga i w synowską wspólnotę Jego darów, tak, że uznajemy w Nim i głosimy Pana i Zbawcę. To są ważne różnice, które możemy przyjąć z pokorą i szacunkiem, w duchu wzajemnej tolerancji; jest w tym tajemnica, co do której – jestem tego pewny – Bóg nas kiedyś oświeci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz