niedziela, 1 listopada 2009

wzdłuż Bosforu

Niedziela była zimna i deszczowa, ale na szczęście sucha. Z hostelu zwinęłam się niedługo po siódmej – o ósmej miała być Msza. Jakimś cudem byłam na czas, brama zamknięta... No tak, pomyłka, o dziesiątej... Dwie godziny trochę bezsensownego włóczenia się po centrum... Potem Msza – nagle okazało się, że mieszka tu bardzo dużo czarnych ludzi, stanowią większość tutejszych parafian. Wydało mi się to jednak trochę zabawne w Stambule... Może dlatego, że po kontaktach wyłącznie z muzułmanami, kiedy wreszcie spotyka się „swoich”, to też są oni jednak tak bardzo inni. Nie, nie mam żadnych uprzedzeń, po prostu nawyki z życia w homogenicznej Polsce. Jedynym planem na dziś było poszwędanie się wzdłuż Bosforu, no i może zahaczenie o pałac Dolmabahce, no i może jeszcze faktycznie te Biennale (choć za sztuką współczesną raczej nie przepadam). Się zobaczy. Po Mszy udałam się zatem „na czuja” w kierunku położonego nad Bosforem pałacu – nie wzdłuż kanału, lecz pobliskimi uliczkami, mając nadzieję podpatrzyć co nieco... Było jednak wyjątkowo cicho i pusto – nie wiem, czy z powodu wolnego dnia, czy chłodu... Do Dolmabahce dotarłam dopiero koło 13.00, miałam zamiar jedynie rzucić okiem – w informacji powiedziano nam, że to „złota karta” nie działa, a wstęp kosztuje, bagatela, 15 TL. Okazało się, że nawet 20... I że dla studentów (nawet bez karty, a jedynie z ISICkiem!) całą jedną lirę! Miła niespodzianka. A pałac piękny. To już trzeci pałac sułtański, tym razem całkowicie europejski. Zbudowany w XIX wieku przez czołowych europejskich (włoskich czy francuskich...) architektów, wyposażony tak, aby szokować bogactwem... I naprawdę szokuje. Wszechobecne złocenia, kryształowe poręcze i żyrandole, sala główna o rozmiarze i wyglądzie dużej, bogato zdobionej świątyni... Ekskluzywne komnaty (tym razem z zupełnie europejskim, przepięknym wyposażeniem), piękne ogrody. Ale najbardziej urzekło mnie chyba wyjście na Bosfor... Jedna z głównych sal ma położone naprzeciwko siebie dwa wyjścia: na ląd i na wodę, na cieśninę... I widać tę błękitno-turkusową wodę w ramie białej bramy... Po wyjściu z pałacu wpadłam na pomysł przejścia mostem nad Bosforem na drugą stronę i udania się już w kierunku dworca, jednak służący za informację turystyczną (naprawdę!) policjant, powiedział, że można tam poruszać się wyłącznie samochodem. Pozostało zatem nacieszenie oczu wodą i mostem z daleka i powolny spacer wzdłuż brzegu w stronę przeprawy promowej. Po drodze przypomniałam sobie, że chyba o ile mnie mój zupełnie przeciętny zmysł orientacyjny nie myli, będę przechodzić koło owego Muzeum Sztuki Współczesnej... No i mnie wciągnęło. Naprawdę. Oczywiście niektóre rzeczy nadal pozostają dla mnie śmieszne/niezrozumiałe/absurdalne, ale pomysłowość innych naprawdę podziwiam. Może nie jest to mistrzostwo wykonania, ale niejednokrotnie mistrzostwo inwencji i przekazu. Dużo było zwłaszcza filmów (szczególnie jeden z nich, streszczający w dobry sposób historię i sens noszenia czadorów przez Turczynki był dla mnie bardzo cenny, bo dużo wyjaśniający), dużo tematyki islamskiej i kobiecej. Ale też i ekologia, i demokracja (zespół krótkich filmików polskiego artysty), i niepełnosprawność (kolejny świetny film), i zupełnie indywidualne tematy... Szkoda, że czas nie pozwolił mi obejrzeć wszystkiego do końca. Prawie wybiegłam z muzeum w obawie, że nie zdążę na pociąg. Niby dużo czasu, ale jeszcze ten prom po drodze... Na szczęście złapałam jakiś w ostatniej chwili i szybko znalazłam się na dworcu. A tam – niespodzianka! Spotkana w piątek w meczecie Merve (z którą miałam spotkać się dziś rano, jednak nie przyszła) postanowiła mnie pożegnać na dworcu! Była ze swoim chłopakiem... Co prawda nie mówił po angielsku (podobno nie umiał), ale miałam wrażenie, że wszystko rozumie... Pogadaliśmy trochę, okazało się, że jej chłopak studiuje teologię islamską, uśmiechnął się tylko, gdy usłyszał, że jestem katoliczką... Merve była za to niesłychanie podekscytowana. :) Przyniosła mi też prezent! Jej mama dała go dla mnie... Naprawdę, naprawdę zaskakujący są ci ludzie... A Merve z chłopakiem są naprawdę ładną parą. :) Jeśli chodzi o podróż, to pamiętam tylko kibelek-narciarza, jakichś chłopaków bardzo mną zainteresowanych, którzy budzili mnie w nocy, bo koniecznie chcieli porozmawiać z kimś tak dziwnym (kto z zagranicy jedzie nocnym pociągiem do Konii?!), co chwila (z każdym moim przebudzeniem) zmieniający się skład przedziału i senność wszystkich pasażerów rano... A potem już Konya, w domu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz