Po muzeum była próba zdobycia biletów na "Rusłana i Ludmiłę" do Teatru Wielkiego (zwanego też Bolszoj, jak słusznie zauważyła Magda ;-)). Pomimo baaardzo długiej kolejki studenckiej - udało się. Wiem, wiem, te opery i teatry robią się już nudne - co zrobić. Cóż, tym razem nawet mi się za bardzo nie podobało - spodziewałam się pięknej, kolorowej ruskiej baśni, a tylko pierwsza i ostatnia scena były utrzymane w tym stylu. Reszta to Rusłan w "prawie-domu-publicznym" z dziewczętami jeżdżącymi na łyżworolkach i Ludmiła w "prawie-szpitalu-psychiatrycznym" z napakowanym i wytatuowanym masażystą, czyli współczesne wariacje na temat tradycyjnej ruskiej skazki.
Ale były też miłe niespodzianki tego dnia - przede wszystkim trochę przypadkowy (a trochę nie) obiad w Monastyrze Wysokopietrowskim. Wiedziałam o istnieniu "trapezy" (przyklasztornej stołówki) w tym miejscu, ale nie spodziewałam się, że to tak blisko Teatru Wielkiego i że wpadnę tam dzisiaj w biegu przed spektaklem.
To po stokroć lepsze (i bardziej klimatyczne ;-)) niż Jołki-Pałki!
Jaaa, ale fajne miejsce :)
OdpowiedzUsuńKarolino, muszę Cię przywołać do porządku ;) gdzie nowe posty?
OdpowiedzUsuń