czwartek, 11 kwietnia 2013

obiad w klasztorze

Jak przystało na "ekskursionnyj" dzień, poszliśmy... do muzeum (Muzeum Sztuk Pięknych im. Puszkina). :P Ale spokojnie - nie będę o nim pisać, zresztą kolekcja nie jest zbyt bogata i nie robi dużego wrażenia (zobaczyć w nim można to, co w wielu "muzeach narodowych" - od sarkofagów egipskich i antycznych greckich rzeźb, przez elementy sztuki Bliskiego Wschodu, po nowożytne malarstwo europejskie).

Po muzeum była próba zdobycia biletów na "Rusłana i Ludmiłę" do Teatru Wielkiego (zwanego też Bolszoj, jak słusznie zauważyła Magda ;-)). Pomimo baaardzo długiej kolejki studenckiej - udało się. Wiem, wiem, te opery i teatry robią się już nudne - co zrobić. Cóż, tym razem nawet mi się za bardzo nie podobało - spodziewałam się pięknej, kolorowej ruskiej baśni, a tylko pierwsza i ostatnia scena były utrzymane w tym stylu. Reszta to Rusłan w "prawie-domu-publicznym" z dziewczętami jeżdżącymi na łyżworolkach i Ludmiła w "prawie-szpitalu-psychiatrycznym" z napakowanym i wytatuowanym masażystą, czyli współczesne wariacje na temat tradycyjnej ruskiej skazki.



Ale były też miłe niespodzianki tego dnia - przede wszystkim trochę przypadkowy (a trochę nie) obiad w Monastyrze Wysokopietrowskim. Wiedziałam o istnieniu "trapezy" (przyklasztornej stołówki) w tym miejscu, ale nie spodziewałam się, że to tak blisko Teatru Wielkiego i że wpadnę tam dzisiaj w biegu przed spektaklem.





To po stokroć lepsze (i bardziej klimatyczne ;-)) niż Jołki-Pałki!

2 komentarze: