sobota, 16 stycznia 2010

mój Stambuł

Przyznam szczerze, że bałam się trochę tego powrotu - niby wszystko było sprawdzone: Meram Express z Konyi do Stambułu - już raz "przejechana" trasa; dzień w Stambule, którego centrum nie było już dla mnie z pewnością zupełnie obcym po prawie tygodniowym pobycie w mieście w październiku; potem trochę problemów z dotarciem na lotnisko... Ale później już podberlińskie lotnisko, z którego zaledwie 60 km do granicy Polski; no i POLSKA - u siebie, wszystko rozumiem, z każdym mogę się dogadać, zapytać, poprosić o pomoc - nie ma szans, żeby sobie nie poradzić!
Mimo wszystko lekkie obawy były - ale być może tylko te, które są zawsze przed wyruszeniem w drogę (a właśnie - czy Wy też tak macie, że mimo wielkiej radości na jakąś podróż, zaczynacie w przeddzień cholernie panikować?!).

Podróż Meram Expressem minęła nieco wolniej niż zazwyczaj, dotarliśmy wreszcie do Miasta... Dobra wiadomość - z okolic azjatyckiego dworca Hajdarpasza można dostać się miejskim autobusem na lotnisko (jeden problem z głowy), zła - głupia skrytka bagażowa nie chce działać... Nagle zjawił się dziwny gość - ze stroju przypominający trochę bezdomnego (sfatygowany płaszcz, popularne w Turcji rękawiczki bez palców, śmieszna czapka, no i jeszcze ten papierowy kubek gorącej herbaty w ręku...), jednak rudy i posługujący się nienagannym angielskim (z amerykańskim akcentem). Pierwsza myśl: "Czyli nie Turek". Zapytał, czy potrzebuję pomocy... Po ponad pół godzinie uporaliśmy się ze skrytką bagażową (źle podana instrukcja, hehe), zdążyliśmy zawiązać też wstępną znajomość. Kanan okazał się Turkiem (taki ewenement wyglądu) i to ze Stambułu - choć studiuje w Eskiszehir, właśnie przyjechał na kilka dni do domu, tym samym Meram Expressem co ja. Bardzo go ciągnie w świat... Stąd też świetny angielski (efekt kilkukrotnego pobytu na Alasce [!] na Work&Travel) i, jak twierdził, całe jego studia - "Bo człowiek może wtedy się gdzieś wyrwać, ma możliwości..." (no tak, poza oczywistymi dla nas udogodnieniami w podróżowaniu dla studentów, dla nich istnieje jeszcze fundamentalna kwestia wiz - bardzo często odmawianych zwykłym obywatelom Turcji). Przepłynęliśmy zatem na drugą stronę Bosforu, a że oboje mieliśmy czas do dwunastej (Kanan do umówionego spotkania z przyjaciółmi, ja do rejsu po Bosforze YolTurem) - połaziliśmy po parku Gulhane, pogadaliśmy o podróżach, przyjaźni i komputeryzacji świata. Bardzo było miło i bardzo miłe to było z jego strony, że mi pomógł i w ogóle zajął się mną przez ten czas.

Rejs piękny - niesamowity klimat jak zwykle deszczowego Stambułu (takie już mam chyba szczęście...), gorący i pyszny salep z cynamonem serwowany na pokładzie promu, no i moje wyczekane yali (stare, nadbosforskie wille bogaczy z tarasami wychodzącymi wprost na wody cieśniny... niektóre w ruinie, niektóre pięknie odnowione) i mosty nad Bosforem... Pięknie, szkoda tylko że tak krótko (1,5 godziny).

Ciąg dalszy planu na dzień dzisiejszy zakładał albo wizytę w Muzeum Kariye, albo w Muzeum Adama Mickiewicza - a że do tej pory nie mam pewności co do lokalizacji tego drugiego (dane w internecie nie zgadzają się z danymi z googlemaps), postanowiłam przespacerować się "starym" Stambułem do Muzeum Kariye. Spacer niemały, dobre kilka kilometrów, ponad godzina drogi... Niemal cały czas z nosem przy mapie, jednak w spenetrowanych już w październiku zaułkach nad Złotym Rogiem, w pobliżu Meczetu Sulejmana i na tyłach Uniwersytetu Stambulskiego czułam się dość pewnie. Gorzej było potem... Dotarłam do dzielnicy Fatih, rozciągającej się przy wielkim meczecie o tej samej nazwie (czyli Meczecie Zwycięzcy) - miasto w mieście. Brukowane uliczki, atmosfera przypominająca bardziej małomiasteczkową niż centrum metropolii... Rodziny mimo kiepskiej pogody spacerujące po parku wokół meczetu, małe sklepiki z meblami rattanowymi, inne z chałwą i baklavą, sklepy z rybami, serami... Ni to wschodni bazar, ni to polski targ. Dziwne. Im dalej, tym biedniejsze ukazywały się kamienice, brudniejsze i mniej gwarne ulice, prawie wszystkie kobiety w czadorach (zdążyłam się już przyzwyczaić do ich widoku, wrażenie robią na mnie jedynie kilkunastoletnie dziewczynki owite od stóp do głów w czarną tkaninę... a po wystających okularkach, czy sposobie rozmowy widać, że to zupełnie normalne nastolatki). Uliczki stały się na tyle wąskie i kręte, że musiałam mocno trzymać się mapy, aby iść w dobrym kierunku. Wreszcie gdy byłam już prawie u celu, zaczepił mnie chłopaczek wykrzykujący za mną po angielsku: "Abla [siostro], dokąd idziesz? Zaprowadzę cię!". Łamanym turecko-angielskim powiedziałam Emre, że nie dostanie za swoją przysługę pieniędzy, ten jednak wskazał mi ręką dalszą drogę. Muzeum Kariye czyli dawny Kościół św. Zbawiciela sprzed tysiąca lat po prostu zachwyca. Nie znam się jakoś szczególnie na sztuce, ale mozaiki, które przetrwały w tym miejscu pod warstwą wapna (którym przykryto ściany, gdy zamieniono kościół na meczet pięćset lat temu) przyprawiły mnie o autentyczne wzruszenie. Ludzie zachwycają się (i słusznie) kilkoma zachowanymi mozaikami w Hagia Sophia, a mało kto dociera tutaj - gdzie tych mozaik - pięknych, różnorodnych - jest tak wiele. Jest więc Zaśnięcie Maryi z Chrystusem trzymającym maleńką duszę Matki na ręku, jest uzdrowienie trędowatego, jest Zachariasz przytulający Annę, jest przepiękna mozaika Narodzenia Pana, są sceny kuszenia Chrystusa... Nie chce się stamtąd wychodzić. Gonił mnie czas.

Postanowiłam jednak rzucić jeszcze okiem na dzielnicę, przejść się uliczkami... Szybko dotarłam do murów miejskich. I to jest właśnie rzecz niewiarygodna - porównanie wielkości starego Stambułu i starego Krakowa (czyli terenu zamykanego przez mury). Kraków można by obejść w kilkanaście minut, dawny Stambuł nawet teraz byłby sporym miastem, którego przemierzenie z jednego końca (od Złotego Rogu) na drugi (do murów) zajmuje dobrze ponad godzinę... Później doczytałam jednak, że mury nie zamykały zwartej miejskiej zabudowy, ale także przylegające do miasta wsie z ich polami i ogrodami. Wdrapałam się na mury... I kolejna piękna chwila tego dnia - widok Stambułu na chwilę przed zmierzchem - jak okiem sięgnąć: Miasto - Złoty Róg, Bosfor, Meczet Sulejmana, Meczet Fatiha, Galata, a z drugiej strony przerzucony nad zatoką Most Ataturka (z liniami sunących aut), zniszczony grecki cmentarz, jaki wielki, ale zrujnowany meczet, w oddali wieżowce Leventu - dzielnicy współczesnych bogaczy... Miasto. Pode mną zaułki ulic, zniszczone kamienice - chociaż nie są drewniane, wiele z nich nosi ślady pożarów... A więc to o tym pisał Pamuk. W takich właśnie miejscach widział on huzun - stambulską melancholię, smutek będący duszą tego miasta, jego nieodłącznym elementem. Tak, tego dnia naprawdę mogłam doświadczyć trochę jego Stambułu. A na murach poczułam, że dobrze mi w tym mieście.

Bez większych problemów wróciłam do Eminonu (przystani promów na azjatycki brzeg), stamtąd promem na Kadikoy (gdzie w skrytce bagażowej czekał na mnie plecak, a na przystanku - autobus na lotnisko) i wreszcie na lotnisko. Dzień którego trochę się obawiałam - dzień samotnych włóczęg po Stambule - okazał się fantastyczny. A gdy przegrzebywałam net po powrocie do domu, trafiłam na informację, że Stambuł jest w tym roku Europejską Stolicą Kultury i że szykuje się w związku z tym wiele atrakcji - większość niestety na wakacje i jesień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz