Ostatnie dni przed wyjazdem okazały się naprawdę gorące. Po ogólnym tureckim rozleniwieniu, wszechobecnym "yok problem" ("nie ma problemu") i sennym marazmie (bo po co się spieszyć, i tak ze wszystkim zdążymy...), trzeba było przejść do działania - niektóre sprawy muszą być zrobione przed wyjazdem, a do wyjazdu zostało ledwie kilka dni! Czas przyspieszył i zaczął doganiać przedsesyjny Gołębnik, no nareszcie!
Najważniejsze było oczywiście pozaliczanie egzaminów - po poniedziałkowym nieudanym spotkaniu z Franny jedynym możliwym terminem okazał się czwartek (w przeddzień wyjazdu - aj, późno!). Na szczęście tym razem wszystko poszło bez przeszkód, po porannych zajęciach wyskrobałam w biurze "descriptive paragraph" (Amerykanka była tak miła, że tematem wypracowania uczyniła... "pomieszczenie, w którym właśnie się znajdujesz" - a jej biuro okazało się wdzięcznym tematem opisu :-)), po południu natomiast byliśmy umówieni na egzamin ustny. Ten niestety poszedł dużo gorzej niż mógł pójść, a to ze względu na kolejny ukłon w naszą stronę Franny, która tematem konwersacji uczyniła... turecką turystykę (wiedząc, że będziemy mieć na ten temat sporo do powiedzenia). I owszem, mieliśmy... Tyle że 3 minuty zleciało nam tak szybko, że ledwie wydostaliśmy się gdzieś spod starożytnych ruin na wybrzeżu rzymskiej prowincji Azja... Trochę niepotrzebnie zagłębiliśmy się w ten temat (kilkakrotnie przy tym gubiąc się językowo), przez co nie zdążyliśmy wspomnieć o wschodzie Turcji, aktywnym wypoczynku, Pamukkale, Stambule... A więc i tematycznie, i - niestety - językowo położyliśmy ten egzamin. Wielka szkoda.
A jeszcze wcześniej, bo w środę, finiszowałam z kursami erasmusowymi - należało wreszcie oddać (ach, no i skończyć pisać ;-)) długo męczony esej o tureckiej rodzinie (na "Social and cultural structure of Turkish society") - wyszedł nawet nieźle - okazało się, że w necie można znaleźć bardzo dużo informacji na ten temat. Zakręcony profesor, który raz już zmienił wizję zaliczenia przedmiotu (początkowo miała to być prezentacja), podobno bardzo się zdziwił, odbierając nasze wypracowania i już chciał zażądać od nas czegoś jeszcze innego... gdy sprytny Aleksander (tudzież Marcin) zaczął zagadywać go na jakiś "okołoprzedmiotowy" temat, po czym wszyscy szybko się pożegnali ("podobno", bo ja swój esej doniosłam z godzinnym poślizgiem, jak zwykle... ostatecznie jednak otrzymałam 85% - nieźle, choć mogło być lepiej).
Zdenerwował mnie natomiast strasznie pan Onur - od tureckiego. Oczywiście tak jak od dłuższego już czasu na zajęciach nawet nie wystartowaliśmy, nawet nie udawaliśmy, że uczymy się tureckiego. Chwilę pogadał, podroczył się z nami w kwestii zaliczenia. Niby ma być na podstawie obecności, hehe. Tyle że listy obecności były może ze trzy razy (a niektórych akurat na nich nie było...) - ale "on pamięta nasze twarze". Problem w tym, że zaliczeń (procentowych) nie wystawiał przy nas, a przecież nie pamięta ani jednego imienia (sprawdziliśmy)... Niesprawiedliwie, żałosne, niesłychanie wkurzające.
No nic, trzeba będzie wkrótce napisać do biura erasmusa z pytaniem o wszystkie te oceny...
Acha! Zapomniałabym. W dniach ostatnich były też przejścia z biurem erasmusa - Yusuf bowiem dał "komuś" (i "on nie wie komu...") mój Learning Agreement, ponieważ był tam potrzebny podpis wydziałowego koordynatora (a więc u mnie z anglistyki). Dostałam go od Karoliny kilka dni przed wyjazdem, należało zatem złapać jeszcze panią Gulbun Onur, wyłożyć jej całą sprawę i zdobyć podpis. Podobnie było z "pozwoleniem na wcześniejszy wyjazd" - ponieważ chciałam wrócić do domu jeszcze przed sesją, musiałam uzyskać potwierdzenie zaliczenia wszystkich przedmiotów i zgodę "kierownika katedry" na wyjazd. Wszystko udało się załatwić dosłownie w ostatniej chwili - w piątkowe przedpołudnie i dostarczyć Yusufowi na chwilę przed ruszeniem w drogę. "Niestety" nie miałam już czasu wysłuchać do końca jego żalów na polskich erasmusów notorycznie łamiących zasady zachowania w akademikach ("ja wiem, że istnieją pewne różnice kulturowe, ale powinniście to zrozumieć...") i życzyłam mu miłych ferii. See you next month, Yusuf!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz