czwartek, 14 stycznia 2010

szarawary

Wczorajszy dzień urozmaiciłyśmy sobie (my: Dorota, Magda i ja; Elżbieta i Piter wciąż w Gruzji) wypadem do miasta. Kurcze, kurcze, kurcze! Czemu ja tam nie jeżdżę częściej?! Co prawda w Konii nie ma jakichś nadzwyczaj interesujących miejsc, ale to miasto naprawdę ma klimat... Który można było jeszcze dobitniej odczuć zwłaszcza wczoraj, podczas pochmurnej pogody i lekko siąpiącego deszczu (taka nasza polska "szaruga", ale ta dobra, nie przy mroźnym powietrzu i lodowatym wietrze). Pisałam to już pewnie setki razy, ale ciągle na nowo robi na mnie wrażenie: starej Konii daleko jeszcze do europeizacji i zalania przez turystykę. Genialne jest to, że można sobie połazić po bazarze, który nie jest bazarem na pokaz (jak obecnie większość w Stambule, na wybrzeżu, w syryjskim Aleppo czy Damaszku) i w dodatku czuć się tu jak "w swoim" mieście. Co prawda swoim nie będzie nigdy, ludzie zawsze będą patrzeć jak na kogoś z zewnątrz (wygląd i nieposługiwanie się tureckim), jednak jest już z pewnością dużo bardziej "swoje" niż na początku. I nawet sprzedawcy patrzą trochę inaczej, gdy dowiadują się, że studiujemy na tutejszym uniwersytecie. Gdzieniegdzie spośród bazarowych uliczek wyrastają potężne meczety - wciąż jeszcze dużo bardziej meczety niż muzea; w godzinach modlitwy robi się tu tłoczno, a ciężka zasłona przykrywająca wejście do świątyni ciągle się unosi. Pod moim ulubionym meczetem o wysokich oknach starzy ludzie handlują warzywami...
Ale miało być zasadniczo o czym innym. Choć nasza wyprawa nie miała żadnego szczególnego celu, natknęłyśmy się przypadkowo na sklep z szarawarami. :-) Tym spodenkom tutaj dość daleko do swej młodszej europejskiej rodziny, która noszona jest ze względu na modę. Tutaj wielkie kwieciste szarawary zakładają raczej starsze, zwykle otyłe babcie (jak jedna bardzo sympatyczna, która sprząta nasz akademik) - podejrzewam, że głównym powodem jest religia, maskują one bowiem sylwetkę. A więc jak Karolina zobaczyła, tak też postanowiła kupić (cena: 5 TL = 10 zł). :-) Udało mi się nawet znaleźć całkiem sympatyczne. :-) Przy okazji wypiłyśmy na rozgrzanie herbatkę ze sprzedawcą, w rozmowie z którym posługiwaliśmy się bardziej niż podstawowym angielskim i takimż tureckim. Heh, ciekawe tylko co on sobie myśli, widząc, że młode dziewczyny z zagranicy kupują takie spodnie...
Acha! A w drodze powrotnej był jeszcze sklep ze słodyczami... Tak pysznego, świeżutkiego, ciągnącego się i rozpływającego w ustach lokum dawno nie jadłam! Pewnie właśnie takim poczęstowała Edmunda Królowa (w Lwie, Czarownicy i Starej Szafie), że ten nie mógł się oprzeć...

1 komentarz:

  1. łoooo!! zaje***** te gatki!! :D :D jak do Ciebie wpadnę (oby oby!! ;) ) to też sobie takie zafunduję :D przepreaszam, na razie nie czytam tych nowych wpisów bo sesja ( i zazdrość ;P ) pozdr! :)

    OdpowiedzUsuń