I w domu. Po nieprzerwanej 30-godzinnej jeździe ze stolicy Jordanii (o tyle nieprzerwanej, o ile nie liczyć trzykrotnej zmiany autobusu - w tym kosztującej nas masę nerwów przesiadki w Aleppo oraz dwukrotnego spotkania z celnikami), dzięki niezawodnym tureckim liniom autobusowym przed pierwszą w nocy stanęliśmy na ziemi konińskiej (koniańskiej?). I w tempie natychmiastowym zostaliśmy przywróceni do rzeczywistości - mróóóóz!! (teraz sprawdzam: mrozu nie ma, 2 stopnie na plusie) "A jeszcze przedwczoraj plaża, słońce... beduini..." - powiedziała Karolina. "Z dwojga złego wolę mróz" - odparła Elżbieta. :-) Ale opowieści następnym razem. Teraz bardzo krótkie podsumowanie, bo czuję, że powinnam wziąć prysznic. :-) Postaram się jak najszybciej (czyli w przeciągu kilku dni) wrzucić zdjęcia, jakaś tam relacja będzie dodawana sukcesywnie (cokolwiek to znaczy).
A zatem - WSPANIAŁOŚCI wyprawy:
- Ekipa przede wszystkim. :-) Bo ja po prostu bardzo lubię Dorotę, Elżbietę i Pitera. :-) Bo "czuby" są i to jest bardzo dobre. :-)
- Święta w Deir Mar Musa - nie do opisania. Ludzie, miejsce, atmosfera, pustynia. Niezwykły Ojciec Paolo, niezwykli ludzie (w większości backpackerzy w różnym wieku odbywający właśnie swój gap year albo "coś w tym rodzaju" :-)), niezwykłe miejsce - w którym spotyka się pustynia i życie, samotność i wspólnota. Będę o tym jeszcze pisać.
- Morza Dwa - absolutnie fantastyczne nurkowanie (co prawda tylko w maseczce z rurką, a nie z całym ekwipunkiem, ale to w zupełności wystarcza) w Morzu Czerwonym. Jak w ogromnym akwarium. Poważnie. Cudownie. Także Morze Martwe przerosło moje oczekiwania - świetne uczucie to wypychanie, trochę chyba jak w kosmosie, bez przyciągania ziemskiego.
- Pogoda. Dopisała. Początkowo przeraziła nas powódź przy granicy z Syrią, potem już w samej Syrii zimno dawało w kość... Za to w Jordanii prawie lato - słonecznie, 20 stopni... Czego chcieć więcej.
Ale były i PORAŻKI... :
- My, dzieci cywilizacji - bez niej jak bez ręki. Odmawianie Syrii cywilizacji jest może małą przesadą, jednak pierwsze spotkanie jest autentycznym szokiem - bo jak chodzić w deszczu i w tłumie ludzi po centrum miasta bez chodników (czyli w totalnym błocie), jadać w miejscach, na które w Polsce czy w Turcji nawet byśmy nie spojrzeli, tonąć w huku, jazgocie, chaosie drogowym i powszechnym braku jakichkolwiek zasad...? Po kilku dniach chodzi, jada i tonie się już zupełnie naturalnie. :-)
- Naciągacze - napsuli nam najwięcej krwi zarówno w Syrii jak i w Jordanii. Chociaż wydaje się, że kraje te diametralnie różnią się poziomem i kosztami życia (Syria jest dużo biedniejsza), większość ludzi w obu z nich jest chyba bardzo uboga. Turyści są świetnym źródłem dochodu, a więc często wykorzystuje się ich wręcz nieprzyzwoicie. Z totalną bezczelnością spotkaliśmy się co najmniej trzykrotnie, w tym dwukrotnie padliśmy jej ofiarą.
- Kasa, kasa, kasa... Ech, no właśnie. Bo to niby li i jedynie dwa tygodnie, no i wycieczka z Turcji, a nie z Polski, więc niby taniej, no i Syria to taki tani kraj... Mówiąc całkiem otwarcie: +/- 1700 polskich złotych cała impreza kosztowała (wszelkie przejazdy, wizy, spania, jedzenia, wstępy, atrakcje i nieliczne pamiątki). Niby niedużo, bo podobny program i zakres czasu przy wycieczce z polskim biurem podróży waha się w granicach 5-7 tysięcy. Niby nie szaleliśmy z wydawaniem pieniędzy i szukaliśmy najtańszych hosteli i nie stołowaliśmy się w restauracjach, ale na ulicy. Liczyliśmy jednak, że cała zabawa wyniesie co najmniej 400 zł mniej.
AMBIWALENCJI było chyba najwięcej:
- Petra i Damaszek - tak, tak. Nie że całkowita porażka i niewypał - tego powiedzieć nie można. I Petra i Damaszek są miejscami pięknymi - Petra w swojej niezwykłości i Damaszek w całym swoim starym mieście, gdzie czas jakby się zatrzymał ponad tysiąc lat temu. Jednak to, czego nasłuchaliśmy się i naczytaliśmy o tych miejscach, okrzyki zachwytów potwierdzane przez tłumy turystów w obu miejscach - to wszystko pozwalało nam wierzyć, że absolutnie zostaniemy zwaleni z nóg. Jednak nie. Było pięknie i zachwycająco, ale nie zniewalająco czy powalająco. Dodatkowo utrzymanie Petry - głównej wizytówki Jordanii - wstyd.
- Pustynia - kolejna Wielka Oczekiwana. I była wspaniała - najbardziej chyba pierwszego wieczoru, kiedy czuliśmy się jeszcze zupełnie normalnie, a nie już bardzo turystycznie. Kiedy poszło się nie "zwiedzać pustynię", ale po prostu pochodzić po niej, pogadać. Jest wielka. Ma mnóstwo kolorów. Jest w niej coś magnetyzującego. Trochę nam jednak nie sprzyjała pogoda - przez większość czasu utrzymywało się zachmurzenie, a więc i z podziwiania jej przy błękitnym niebie, i z zachodu słońca, i z rozgwieżdżonego nocą nieba - nici. Ech. Poza tym Wadi Rum jest kolejną sztandarową atrakcją Jordanii, a więc "w pakiecie" przewidziano jedynie obejrzenie jej niezbyt odległego od cywilizacji skrawka, przy tym nierzadko mija się jeepy obwożące tabuny innych turystów...
- Beduini. Według mojej wiedzy i obserwacji życie beduinów bardzo się zmieniło w ostatnich kilkunastu-kilkudziesięciu latach. Wcześniej żyli sobie spokojnie (choć bardzo biednie) w swoich wielkich rodzinach na pustyni. Dzisiaj wielu przeniosło się do miasta i próbuje szukać normalnej pracy (w turystyce, jako kierowcy etc.) - dotyczy to albo całych rodzin, albo jedynie niektórych ich członków, którzy zostawili rodziców i rodzeństwo gdzieś daleko na wschodzie kraju. A że te rodziny są bardzo liczne, a beduini, którzy wychowali się na pustyni i w wieku młodzieńczym przenieśli do miasta - zazwyczaj niewykształceni, wciąż klepią straszną biedę. Nie wiem, czy te wszystkie historie o 16 braciach i 9 siostrach żyjących wciąż w odległych zakątkach Wadi Rum są prawdą czy bajką działającą na turystów, jednak jako-taki angielski w mowie i jednocześnie nieumiejętność posługiwania się alfabetem łacińskim w piśmie przemawia za autentycznością historii... W każdym razie beduini, na których zazwyczaj się natykaliśmy byli po pierwsze straszliwie "napaleni" (seksualnie) na turystki, narzucali się, byli bezczelni. Po drugie zazwyczaj straszliwie oszukiwali, co już opisałam w "naciągaczach" (nie żeby każdy naciągacz był beduinem albo każdy beduin naciągaczem, zdarzało się to jednak nierzadko). Oczywiście jak zawsze istnieją wyjątki, poznaliśmy też kilku bardzo przyzwoitych, sympatycznych i zupełnie bezinteresownych ludzi ("taksówkarz" do Petry - Hasan - gość, który do 25. roku życia był "pastuszkiem"; całą drogę powrotną opowiadał nam o swojej "habibi" [po arabsku "kochanie"] i bardzo się przy tym wzruszał; wciąż mile go wspominamy).
- Jedzenie. Generalnie: dobre i tanie (zwłaszcza w Syrii). To, czego je się najwięcej, czyli "obiadowe" falafele i szawermy oraz niezapomniane soki i koktajle naprawdę genialne. Im bardziej jednak zagłębialiśmy się w kuchnię, tym bardziej nas rozczarowywała (humus - jak to ludziom może smakować?!), zatrzymaliśmy się zatem jedynie przy wymienionych powyżej oraz niewielkiej ilości słodyczy i orzeszków (jadanych powszechnie, mniam). Dlaczego zaliczam zatem do ambiwalentnych? Bo początkowo z przejedzenia (bo dobre i tanie, bardzo tanie...), a potem "sama nie wiem dlaczego" (ludzie mówią o odmiennej florze bakteryjnej) cały wyjazd mnie, mówiąc wprost, czyściło. Ugh.
Tyle zatem pierwszego podsumowania. Biorę się wreszcie do prezentacji o tureckiej rodzinie. Jeśli sensownie ułożą mi się terminy dwóch ostatnich egzaminów, to postaram się wkrótce zrobić porządek ze zdjęciami (zredukowałam je już z dwóch tysięcy do 1300, ale to wciąż za dużo na picasę :-P), a potem poopisywać coś dokładniej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz