Ostatnio pisałam w mailu do Asi, że zupełnie przyzwyczaiłam się już do tutejszych warunków i obyczajów, m. in. tych związanych z mieszkaniem w akademiku, i w niczym mi one nie przeszkadzają. Krótko przypomnę: akademiki są oddzielne dla chłopców i dziewczyn, przy czym panuje absolutny zakaz wchodzenia do akademika płci przeciwnej (a panie z recepcji ogłaszają przez głośniki, jeśli na terenie żeńskiego akademika znajdują się panowie z obsługi technicznej), w oknach na parterze (gdzie mieszkają erasmusi) są kraty, a Turczynki wchodzą do akademików przez specjalne bramki na karty elektroniczne (chodziły ploty, że te sprytne urządzenia rejestrują godziny wyjść i przyjść poszczególnych osób, a potem raporty są wysyłane do zainteresowanych rodziców... ale w to mi się jakoś nie chce wierzyć). Godziną powrotu jest 23, dla Turczynek - obowiązkowa; okazało się, że dla nas też, ale i tak nikt sobie nic z tego nie robi. Poza tym czajnik (używanie czajnika elektrycznego) i picie alkoholu w akademiku są yasak - zabronione.
Z polskiej perspektywy może to wszystko wygląda groźnie, ale w konijskiej rzeczywistości zbyt uciążliwe nie jest - może trochę brak facetów, ale można wyskoczyć do stołówko-kawiarenki albo "Tęczy" na kawę czy czaja; my kart do bramek nie mamy, ale po prostu je obchodzimy; godzina powrotu niby jakaś jest (choć i tak późniejsza niż w polskich bursach prowadzonych przez siostry ;)), ale tutaj i tak nie ma co w nocy robić, poza tym - mało kto z erasmusów się do niej stosuje. Czajniki mają prawie wszyscy i do tej pory nie było "nalotów" (tylko u facetów), a alkohol... Zdaje się, że dla Turczynek jest to nawet nie do pomyślenia, dla nas...
Zaczęło się kilka dni temu - pani z recepcji będąc na zewnątrz, wyczaiła, że dziewczyny raczą się w pokoju winkiem (ech, te okna na parterze). Postanowiła zatem przezwyciężyć swoją barierę językową, zadzwoniła do jakiejś Turczynki, która byłaby w stanie przetłumaczyć ją na angielski i przyszła zrobić awanturę. :) Dziewczyny zaczęły dyskutować na korytarzu, w międzyczasie uwinęły się z asortymentem i wrzuciły go do szafy, więc kiedy pani weszła do pokoju - nic nie było. Pani jednak głupia nie jest i kazała otworzyć szafy. Tu jednak dziewczyny już się zdenerwowały i wysunęły, skądinąd słuszny, argument, że jakieś minimum prywatności to one chciałaby w tym miejscu mieć. I rozeszło się po kościach.
Lepsza akcja miała miejsce dwie noce temu. Ekipa wróciła późnym wieczorem z imprezy "polowej", a że była w bardzo dobrych humorach, postanowiła kontynuować ją w akademiku. Tu już jednak pojawia się problem "homogeniczności płciowej" akademików. Jednak sprytni chłopcy już jakiś czas temu problem ten przezwyciężyli, nie uciekając się nawet do tak wymyślnych metod jak wjeżdżanie przez bramkę w walizce dziewczyny (co podobno miało miejsce w zeszłym roku) - oni po prostu rozbroili kraty z tyłu budynku (a później wszystko ładnie złożyli). Tak więc mieszana i zakrapiana impreza trwa w najlepsze... W środku nocy (koło 3?) piszą do nas dziewczyny z drugiego skrzydła - przyjechała straż kampusu, policja. "Chusta" (pani z recepcji) przyłapała facetów w pokoju... Oj, w Turcji to to już jest poważne przestępstwo. :) Wszystko wyglądało baaardzo groźnie w nocy, następnego dnia stało się już śmieszną anegdotką ("no bo co oni nam mogą zrobić..."), dzisiaj kilka osób zostało wezwanych do Biura Erasmusa :D (w dodatku nie wszyscy i nawet nie wiem, czy właściwe osoby - przed przyjazdem straży chłopcy zdążyli wrócić do siebie, a "chusta" przecież ich nie zna...). Acha, kraty. Wszystkie zostały przykręcone przez policję jeszcze tej samej nocy, pozostałe - sprawdzone. Dziś już jednak słyszałam, że nie zrobili tego zbyt mocno...
Tak to się zatem śmiesznie nam życie toczy w niemal identycznym a jednak odrobinę różnym kulturowo świecie. Pisząca te słowa niestety ma małe możliwości na tego typu przygody z racji nikłego zainteresowania imprezami...
A uzależnia się powoli wyłącznie od przepysznego świeżo wyciskanego soku pomarańczowego w Akkonaku...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz