ETAP I : Bursa
O tureckim stopie nasłuchaliśmy się rzeczy nieziemskich. Że nie ma tutaj takiego zwyczaju, że jak widzą dziewczynę na drodze, to może to oznaczać tylko jedno, że jeśli już się zatrzymują, to oczekują za podwiezienie wiadomej zapłaty... Piter do końca nie był do stopa przekonany, Dorota nie wiedziała, co o tym myśleć... Wyszliśmy z akademika przed siódmą rano, żeby mieć jak najdłuższy dzień na złapanie czegoś – do Bursy czekało nas ponad 600 kilometrów, raczej nie liczyliśmy, że uda się to zrobić jednego dnia. Pierwszy tir zatrzymał się dosłownie po kilkunastu sekundach od wyciągnięcia ręki. Za dużo z panem nie porozmawialiśmy, gdyż nasz turecki jest bardzo ograniczony, a zapomnieliśmy rozmówek. Doszliśmy jednak do wniosku, że może to i dobrze, że nikt z nas nie mówi po turecku, bo nie jesteśmy w stanie nijak zrozumieć jego potencjalnych sugestii. Było zatem bardzo miło. :) Przy okazji pan zaprosił nas na śniadanko na mijanej stacji benzynowej (prawdziwe śniadanko, nie żadne tam donery :)). Dobrze się więc zaczęło. Na drugiego tira czekaliśmy trochę dłużej... może z 15 minut? Scenariusz podobny. Ale ponad dwie trzecie drogi było już za nami. Trzecim samochodem nie był tir, ale coś co jeździło szybko, a wewnątrz obite było skórą (tak, kobieta pisze o samochodach :)). Miły pan nie tylko mówił po angielsku, ale uważał się za prawdziwego Europejczyka – przez kilka lat prowadził włoską restaurację w Wiedniu (teraz pracuje w Ankarze), a obecnie co kilka tygodni lata do kuzynów do Amsterdamu („wspaniałe miejsce... tam wszystko jest dozwolone...”). Wprowadził nas też w system pracy tureckich drogówek... Nasz kierowca bowiem nie posiadał prawa jazy (zabrali mu za kilkakrotne przekroczenie prędkości), ale to przecież „problem yok” („no problem”), bo pan miał prawo jazdy swojego kuzyna... (nie, nie są podobni). A poza tym ma austriackie – tu wyciągnął jakieś wymięte świstki papieru. Heh. Oczywiście sunęliśmy momentami te 150 i oczywiście raz zatrzymała nas policja – o dziwo za niezapięte pasy (tutaj naprawdę nikt nie zwraca na to uwagi...). Z prawem jazdy nie było żadnego problemu, panowie natomiast zainteresowali się obcokrajowcami w samochodzie, kierowca troszkę o nas poopowiadał (że autostopowicze z Polski, zwiedzają Turcję...), poklepali się po ramieniu... i jazda. Heh.
W Bursie byliśmy już po 15.oo – czas niezły. Na początek „iskander kebap”, czyli miejscowa odmiana popularnego dania (chlebek na spodzie, potem sos pomidorowy, plasterki mięsa chyba baraniego na wierzchu, papryczka, jogurt naturalny z boku) – będzie. A potem już tylko spotkanie z Gurkanem i setka czynności na minutę. Lepszej „miejscówy” w Bursie zapewne mieć nie można (samo centrum), lepszego hosta również. Gurkan jest tłumaczem w jakiejś firmie zajmującej się sprzedażą samochodów w kilku krajach, poza tym gra na gitarze elektrycznej, ma 90 giga muzy na kompie (i każdy plik jest już opisany lub czeka w kolejce...), jest fanem fantastyki i gier RPG, nieustannie rozsadza go energia, no i ma szalonego kota Pixie, który (a raczej która) trzykrotnie spadł już z szóstego piętra, ale jedynie ma nieco przekrzywioną dolną wargę... Gurkan traktuje ją raczej jak psa – czyli nie głaszcze, lecz szamoce, przewraca na ziemię, ciągnie za uszy, o, także rzuca niespodziewanie w powietrze – Pixie jest zatem kotem nieco skrzywionym, który przyjmuje pozycje bardziej przypominające psie lub ludzkie niż kocie, nie łasi się, ale niespodziewanie gdzieś wskakuje i zaczyna drapać, i ogólnie często zachowuje się agresywnie. Nieziemski duet. Zostawiliśmy zatem bagaże u Gurkana i ruszyliśmy na nocne zwiedzanie miasta: najważniejszy meczet (aj, zapomniałam nazwy), turkusowy meczet i medresa, mauzoleum... A przy okazji jeszcze kryty most (podobny do „Mostu Złotników” i tego, który opisywany jest w „Pachnidle”), mury twierdzy i karavansaray (czyli średniowieczna lub starsza „karczma” i miejsce wytchnienia dla karawan wędrujących Jedwabnym Szlakiem), nowoczesne centrum handlowe z piramidą „a'la Luwr” w części naziemnej (a wewnątrz, a jakże, sklep z muzą i staranne wybieranie płyt z tureckimi rytmami), górująca nad miastem wieża zegarowa (służąca niegdyś jako miejsce wypatrywania pożaru)... A po drodze pasta pistacjowa (pyyyyycha) i ciastko z kremem kasztanowym (brzmi smakowicie, ale Turcy raczej nie mają wysublimowanych kubeczków smakowych reagujących na słodki smak – jak coś jest słodkie to na całego, zatem ów krem kasztanowy smakuje dosłownie jak scukrzony miód). Wróciliśmy do domu, posłuchaliśmy muzy, pooglądaliśmy zdjęcia... a że była dopiero 23.oo Gurkan postanowił nas zabrać do jego ulubionej knajpy z muzyką na żywo. :) Knajpa znajduje się na szczycie jakiegoś centrum handlowego, ale faktycznie chłopaki fajnie grali. :) Piwko, soczek (6 lirów! to bolało...)... Było miło, po materacach zaczęliśmy surfować dopiero po trzeciej w nocy. Następnego dnia chcieliśmy jeszcze zrobić podobny tour po zabytkach, żeby zobaczyć je w świetlne dziennym, ale zanim wstaliśmy... Poza tym nasz gospodarz obdarował każdego z nas płytą z kupą tureckiej muzyki (co się chwilę zgrywało), potem poszliśmy na śniadanko do piekarenki nieopodal jego mieszkania (niesłychanie miły właściciel, który bardzo chciał nam we wszystkim dogodzić, a jednocześnie nie był natrętny – rzadko się to tu zdarza)... i tak oto zastało nas południe. A więc już tylko autobus do końca Bursy, a stamtąd autostopowania ciąg dalszy...
ETAP II : Canakkale [Troja, Gallipoli]
Początkowo wydawało się, że sprawa stopa potoczy się tak gładko jak ostatnio. Zaczęliśmy się jednak nie na żarty stresować, kiedy zobaczyliśmy okolicę, która miała się ciągnąć do samego Canakkale – co prawda autostrada, ale zero zabudowań i ruchu na drodze, wszędzie wokół ogromne pola uprawne, gdzieniegdzie jakieś sady oliwne... Słońce chyli się ku horyzontowi, my jedziemy z prędkością 50 km/h, w dodatku pan nas wysadzi ponad 100 km przed celem... Jakimś cudem udało się zatrzymać coś jeszcze przed zachodem, a pan w dodatku się nad nami zmiłował i choć prawdopodobnie (znowu nie mogliśmy się dogadać) zamierzał jechać do przyjaciela jedynie kilkanaście kilometrów dalej, zmienił swoje plany i podwiózł nas do samego końca. Ufff... Tutaj mieliśmy kolejny zakręt z nieodpisującym na smsy hostem (a już ciemno było...), jednak i tym razem wszystko skończyło się dobrze i wylądowaliśmy w mieszkaniu sympatycznego Fatiha, który ma uraz do couchsurfingujących Polaków (bo traktują dom jak hostel... ech, smutna prawda), ale postanowił nas przyjąć, bo w zeszłym roku był na erasmusie w Czechach i z erasmusa ma same dobre wspomnienia. Tego samego wieczoru wybraliśmy się jeszcze na piwko na wybrzeże. W Canakkale nie ma zbyt wielu wartych uwagi obiektów, jest to raczej baza wypadowa do dwóch atrakcji turystycznych w okolicy: półwyspu Gallipoli (to mega-ważne miejsce dla Turków i Australijczyków) oraz Troi (dla pozostałych). Je właśnie mieliśmy w planach kolejnego dnia. Rozpoczęliśmy oczywiście od Ilionu, który w przewodnikach opisywany jest nadzwyczaj nieatrakcyjnie, spodziewaliśmy się zatem szybko wrócić do centrum i płynąć na półwysep, okazało się jednak, że wyobraźnia nas nie zawiodła i nad Skamandrem spędziliśmy nieco więcej czasu... Swoją drogą ciekawe czego spodziewali się autorzy przewodnika – pałacu króla Priama? W drodze powrotnej spotkaliśmy jeszcze trzech innych polskich erasmusów ze Stambułu oraz bardzo sympatyczną Amerykankę, odbywającą właśnie podróż po Europie. W mieście byliśmy z powrotem o zachodzie słońca (piękny...), postanowiliśmy jednak płynąć na drugą stronę – było jasne, że już nic nie zobaczymy, chcieliśmy tylko postawić nogę na tej ziemi. Trochę bezsensownie powłóczyliśmy się wzdłuż brzegu, po czym wróciliśmy, kierując swe kroki do klimaciarskiej knajpki w starym centrum miasta, gdzie od wczoraj mieliśmy upatrzone pyszne mleczno-alkoholowe „szejki”... Niestety musieliśmy obejść się smakiem i zadowolić gorącą czkoladą z proszku... Bleh. W drodze powrotnej zaopatrzyliśmy się zatem w czekoladowe deserki na wieczór (z czego bardzo ucieszył się Fatih, bo „Polacy nigdy nie robią takich rzeczy, zupełnie o to nie dbają...”), pooglądaliśmy z naszym gospodarzem i jego współlokatorem trochę filmików i zdjęć z erasmusa oraz śmiesznych reklam, które kolekcjonuje Fatih i szybko wskoczyliśmy do łóżek (a raczej na materace) – następnego dnia pobudka o 6.30 i wymarsz o 7.oo...
ETAP III : Bergama [Pergamon]
Ku mojemu zdumieniu faktycznie zwlekliśmy się wcześnie. I okazało się, że bardzo dobrze, bo czekał nas przemarsz niemal przez całe miasto, aby dotrzeć do jakiejś drogi wylotowej. Dotarliśmy tam przed 9.oo, po kilku minutach siedzieliśmy już w tirze. Tego dnia odległość do przebycia była naprawdę niewielka, wlekliśmy się jednak niemiłosiernie... Spodziewałam się, że po 3 godzinach będziemy na miejscu, jechaliśmy chyba z 5... Pan był jednak ogromnie miły, a ja tym razem wskoczyłam na tył, więc nadrobiłam braki snu z tej nocy. Pysznie. Dojechaliśmy za jednym razem niemal do samej Bergamy, gdzie szybko zwinął nas kolejny tir, który jechał już prawie do samego centrum. Tam zaczepiona na ulicy pani zaprowadziła nas pod wejście do hostelu (idę o zakład, że nadrobiła z 15 minut niepotrzebnej drogi...). Tutaj było trochę śmiechu, bo hostel wyglądał na zamieszkany wyłącznie przez nielicznych tubylców (moi kompanii nie mogli powstrzymać śmiechu na widok lokalsów w kalesonach i wysokich skarpetach :)), dodatkowo nigdzie nie było właściciela (a wszystko stało otwarte na oścież...), wreszcie po kilkunastu minutach ktoś się nami zainteresował i posłano po „pomocnika właściciela”, który mówił po angielsku. Miły pan zażyczył sobie 50 lirów za noc od trójki, ale szybko zgodził się na 30 (czyli 20 zł od łebka). Ucieszył się, że jesteśmy z Polski, bo on „bardzo dobrze zna Polish people” - okazało się, że hostelik utrzymał się na początku wyłącznie dzięki polskim wycieczkom, które przyjeżdżały tutaj i rezerwowały pokoje w hurtowych ilościach. Pan kilkakrotnie wspomniał z uśmiechem, że nie przyjmowali wtedy innych gości... „Dlaczego?” „Dlaczego? Hm, im to trochę przeszkadzało... Te trwające całą noc tańce i grille na podwórku...” My nie wiedzieliśmy, czy powinniśmy się spalić ze wstydu, czy cieszyć, że należymy do tak radosnego narodu. Pan był jednak wyraźnie zadowolony, a owe noce wspominał z rozrzewnieniem. Heh. Był też dla nas bardzo miły, wyjaśnił, jak dojść do wszystkich tutejszych zabytków, pozwolił (a nawet sam zaproponował) skorzystać wieczorem z internetu w swoim biurze, a potem zaprosił na jabłkową herbatkę. Bardzo sympatycznie. Zgodnie z jego radą udaliśmy się jeszcze tego samego dnia do Asklepjonu (gdzie znowu spotkaliśmy poznanych wczoraj Polaków), zostawiając sobie główny kąsek – Pergamon – na jutrzejsze przedpołudnie. Asklepjon nie zrobił na nas piorunującego wrażenia – zapewne dlatego, że już nieco przywykliśmy do tego scenariusza: droga z kolumnami po bokach, ruiny jakiejś świątyni, agora, teatr... Zachwycać może sam fakt przeznaczenia tego miejsca wyłącznie na potrzeby osób chorych i wyposażenia go jednocześnie we wspaniałe świątynie i ów teatr właśnie... W drodze powrotnej powłóczyliśmy się jeszcze nieco po Bergamie (mówiąc szczerze, to wieczory nieco nam się podczas tej podróży dłużyły, trzeba bowiem przestawić się na zupełnie inny tryb niż podczas wakacyjnego włóczęgostwa: tutaj wszelkie podróżnicze aktywności musieliśmy kończyć wcześnie – stopa łapać najwyżej do 17.oo, a zwiedzać najwyżej do 18.oo – potem było już ciemno). Miasteczko zrobiło na mnie świetne wrażenie dzięki swej prowincjonalności – trochę jest podobne do Konii, jednak nie w swoim „konserwatywnym zacofaniu”, ale w sposobie życia toczącego się tutaj głównie na ulicy, w małych sklepikach, lokantach i piekarenkach oraz dającym się wyraźnie odczuć (ale w czym? dotąd nie wiem...) małomiasteczkowym „tureckim charakterze”, tak wyraźnie różnym od wielkomiejskiej Bursy i turystycznego Canakkale. Prawdziwe zderzenie dwóch światów miało nas czekać dopiero jutro, ale o tym za chwilę. Tymczasem wsunęliśmy jeszcze po drodze gozleme (coś jak naleśnik, ale troszkę inny... zrobiony z nielejącego się ciasta i mniej tłusty), mniam mniam, zahaczyliśmy o jakąś knajpkę, daliśmy się wrobić na stoisku z owocami i wróciliśmy do hostelu. Wciąż było wcześnie, a zatem net i planowanie dalszej drogi... Sytuacja robiła się coraz bardziej nieprzyjemna, ponieważ Fatma, u której mieliśmy spędzać w Izmirze piątkowy Bayram wciąż milczała (a do Izmiru planowaliśmy dotrzeć już jutro). Środowy poranek powitał nas (jak wszystkie od tej pory...) przeszywającym chłodem. Nie zważając na tego typu drobne niedogodności ;) ruszyliśmy do Pergamonu, zahaczając po drodze o Czerwoną Bazylikę (wybudowaną z cegły jeszcze przed narodzeniem Chrystusa dla jakowegoś pogańskiego bóstwa; którą to zapewne miał na myśli św. Jan, pisząc o pergamońskim „tronie szatana”) oraz o niezastąpioną piekarnię w celu pośniadania (tym razem z baklavą, mmm :)), a następnie nadkładając prawie 10 km drogi („bo my nie pójdziemy na skróty pod górę, pójdziemy normalnie...”). Jak zwykle mieliśmy więcej szczęście niż rozumu, ponieważ wkrótce zjawił się pokaźny dostawczy samochód, który w 3 minuty dostarczył nas na samą górę (po drodze na skróty samochody rzecz jasna nie jeżdżą...). Pergamon zrobił na nas większe wrażenie niż Asklepjon – być może z racji swego zapierającego dech w piersiach położenia, być może z powodu świadomości związanej z nim historii o wynalezieniu pergaminu (podobno tutejsza biblioteka rywalizowała z aleksandryjską o miano najwspanialszej, egipscy władcy wstrzymali zatem dostawy papirusu, a w Pergamonie ogłoszono konkurs na nowy materiał piśmienniczy...). W każdym razie zwiedziliśmy go dość dokładnie. Jednak najciekawszym punktem dnia okazał się bez wątpienia powrót przez stare dzielnice. Nastrój tego miejsca wymyka się opisowi. Wąskie brukowane uliczki są w wielu miejscach świata... Tutaj jeszcze stare, odrapane, biedne domki, pomalowane jednak na wiele kolorów... Od czasu do czasu przemknie tędy jakiś dzieciak z tornistrem, puka do bramy... I wtedy dopiero dociera do mnie, że oni naprawdę tu żyją, że te domki to nie jest turystyczna wystawka... Mijaliśmy też szkołę (stary budynek z wielkimi frontowymi schodami), przed którą bawiła się gromadka maluchów (na oko siedmiolatków) ubranych w niebieskie mundurki z marynarskimi kołnierzami... Jak zdjęcia z polskiego przedwojennego filmu, niesamowite. Zupełnie nieświadomie przeszliśmy przez tę dzielnicę w milczeniu, chłonąc tylko to, co było dokoła. Dopiero gdy doszliśmy do „głównej” ulicy, Piter odwrócił się i zapytał: „Niezłe, no nie?”. Tym baśniowym akcentem zakończyliśmy nasz pobyt w Bergamie, pomknęliśmy po plecaki, pożegnaliśmy się z „pomocnikiem właściciela” (czy może samym ukrywającym się właścicielem...) i dorwaliśmy dolmusz do drogi wypadowej z miasta. Stąd szybko zwinął nas jakiś, o dziwo, samochód osobowy, potem przesiadka do kolejnego (przystojny misiowaty kierowca z brodą :)) i o zachodzie słońca postawiliśmy swe stopy na promie, płynącym do izmirskiej dzielnicy Konak – czyli samego centrum ponad dwumilionowego miasta...
ETAP IV: Izmir [Smyrna]
Miło rozpocząć zwiedzanie miasta od jego najbardziej reprezentacyjnego punktu. Plac Konak z charakterystyczną wieżą zegarową, przestrzennym placem i maleńkim meczetem-perełką wygląda jednocześnie bardzo pięknie i bardzo nowocześnie. Jednak zagłębiając się już w pierwszą uliczkę z brzegu – trafiamy na prawdziwy turecki bazar (wielki, głośny, tłoczny, „wszystkooferujacy”). Tego dnia był jeszcze bardziej gwarny niż zwykle – mieliśmy prawie przeddzień święta, nastroje przypominały te z 23 grudnia w Galerii Krakowskiej, tyle że ludzi więcej, jeszcze więcej... Z tłumu szybko wyłowił nas starszy pan, który zaoferował swą pomoc w odnalezieniu hostelu. Jak się okazało, spadł nam z nieba, bo odnalezienie się i przebicie przez sieć targowych uliczek zajęłoby nam pewnie jeszcze sporo czasu... Niestety jednym z punktów naszej drogi do pensjonatu był sklepik jego przyjaciela (i herbata jabłkowa, a jakże), co sprowadziło na owego handlarza nieszczęście w postaci zepsutych drzwi do toalety (dzieło piszącej te słowa, heh...). Hostel okazał się niewątpliwie jedną z głównych atrakcji naszego pobytu w Izmirze – przypominał bowiem wewnątrz XIX-wieczny straszny dwór (i to nie była stylizacja, on po prostu taki był...). Woń starości (bynajmniej nie tak przyjemna jak w starych drewnianych kościółkach...), „salon” z piecem-kozą pośrodku i grzejącymi się wokół lokalsami (trzech staruszków, jedyni goście hostelu poza nami), wpatrzonymi w telewizor... Pokoje znajdowały się na piętrze, gdzie wchodziło się po drewnianych, krętych schodach (jak wejście na wieżę), rozmieszczone równo wzdłuż szerokiego korytarza... Ich wnętrza były urządzone dość śmiesznie – wielkie łóżka, drewniany stół, podłoga... i intensywnie kolorowe ściany. Jednak najciekawsze było jeszcze przed nami, poprosiliśmy bowiem recepcjonistę o pokazanie łazienki – nie ma problemu, trzeba tylko wziąć klucz... Łazienkę zamykało się na kłódkę! Klucz trzeba było każdorazowo odnosić na recepcję...
(Dygresja: Lepszą przygodę z hostelem miała czwórka naszych erasmusów, którzy w Izmirze byli dzień wcześniej. Wchodzą i pytają: „Ile kosztuje jedna noc dla czterech osób?” „?!” „JED-NA NOC DLA CZTE-RECH O-SÓB!” „... Ale czego wy szukacie?” „No jak to czego?! Noclegu!” „Ale tu jest burdel...”)
Zrzuciliśmy bety i pognaliśmy na wieczorne zwiedzanie miasta: najpierw główne ulice... To właśnie one (oraz przestrzenne place) nadają temu miejscu naprawdę wielkomiejski charakter – szerokie, dwupasmowe ulice z rzędami wysokich palem pośrodku, wysokie otaczające je budynki... Nie mamy jeszcze chyba w Polsce takich miejsc. Pięknie oświetlony Plac Konak również nocą prezentuje się niezwykle okazale (tu miała miejsce sesja zdjęciowa do naszego ulubionego cyklu „foto z Ataturkiem” :)). Trochę poszwędaliśmy się po ulicach, podziwiając hołubioną przez Piotra „infrastukturę” (a w Izmirze jest co podziwiać), sprawdziliśmy net (Fatma wreszcie odpisała, proponując spotkanie w piątek – pojutrze, jednak my zdążyliśmy już zmienić plany – jutro wieczorem jedziemy do Selcuku), usiedliśmy na wybrzeżu... Bardzo przyjemne miasto. Potem nastąpił powrót do hostelu, oczywiście przez zwijający się bazar... Niesamowity klimat – wciąż wiele nawołujących handlarzy na większych uliczkach, ludzie sprzedający w sklepach, na wystawionych stoiskach lub wprost na ziemi, staruszkowie z pieczonymi kasztanami czy przygotowujący na miejscu gorące gozleme... Pustka i ciemność na uliczkach mniejszych...
Czwartkowy ranek rozpoczęliśmy od wizyty w podobno jednej z najlepiej zachowanych po pożarze w 1922 r. starych dzielnic miasta – Alsancak. Zrobiła na mnie wrażenie jakby zupełnie odrębnego miasteczka położonego nie tak znowu daleko od centrum obecnego nowoczesnego Izmiru... Stare uliczki są jeszcze brukowane, ale klimat nie jest bynajmniej „małomiasteczkowy”... Szeregowa zabudowa z charakterystycznymi balkonami, miejscami jest pięknie odnowiona, miejscami w ruinie... Główna ulica Alsancaku przypominała mi – znów nie wiem czemu – stambulską Istiklal Cadessi prowadzącą do Placu Taksim, tyle że w kilkukrotnym pomniejszeniu. A charakter sklepów z kolei bardzo krakowski: klimatyczne kafejki, księgarnie... Bardzo, bardzo przyjemna mieszanka. No i jedna z takich księgarni wciągnęła nas na dłuższą chwilę... Do centrum wracaliśmy przez wielki, położony niemalże w środku tego ogromnego miasta teren zieleni – Park Kultury. Kolejny popis ludzi zajmujących się miejską przestrzenią – park jest bardzo duży, częściowo zielony a częściowo brukowany, zaopatrzony w podziemny parking, korty tenisowe, bieżnię, palmy, fontanny, a miejscami nawet gęstą roślinność przypominającą (zwłaszcza przy wilgotnym, przedpołudniowym powietrzu) – dżunglę. :) Ach, zapomniałabym – pośrodku znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej. Ciekawe, czy dałoby się zrobić coś takiego z krakowskimi Błoniami i czy w ogóle ktoś wyraziłby na to zgodę... Kolejnym punktem programu były ruiny starożytnej Smyrny – położone znów niemal w samym centrum (w drodze między Konakiem a naszym hostelem) – i tu wielkie rozczarowanie. Teren bardzo zaniedbany, zrekonstruowane fragmenty miasta w scenerii koszmarnych piętrowych parkingów i budynków biednych dzielnic... Może i zrobiłyby na nas pewne wrażenie, jednak dwa dni temu zwiedzaliśmy Pergamon... Dość szybko więc stamtąd uciekliśmy, rezygnując też (ze względów czasowych, wieczorem mieliśmy pociąg do Selcuku) z wyprawy na wzgórze do ruin twierdzy Kadifekale – jak się później dowiedzieliśmy można tam było tanio podjechać taksówką, bo wyprawa piesza i tak raczej nie wchodziła w grę... Trzeba by się przedostać przez dzielnice biedoty, gdzie, jak opisał to jeden z kolegów, dzieci na każdym kroku bawiły się z turystami w „pieniążek albo psikus” (wrażenia koleżanek były mniej łagodne – podobno bezceremonialnie przywitała je na jednej z ulic gromadka dzieciaków z kamieniami w rękach...). No i podobno warto było, bo Kadifekale to faktycznie jeden z izmirskich „must do”. No trudno, następnym razem. My wybraliśmy szwędanie się po bazarze, co było z nie mniej przyjemne – nie będę jednak nawet próbować opisywać tej atmosfery, bo zajęłoby to kolejne strony... Dla zainteresowanych filmik do wglądu po powrocie. :) Tutaj przepłaciliśmy za obiad, nabyliśmy kilka „typowych tureckich pamiątek” (czyli sklep z okiem proroka w każdej formie i wielkości) i jakimś cudem zawędrowaliśmy pod caravansaray. I mimo pominiętego Kadifekale – pięknie było. Potem normalnie: odbiór bagaży z hostelu, marsz na dworzec, dość długie oczekiwanie na pociąg (który był punktualny, tylko my nieco nadgorliwi) i wieczorna jazda do położonego jakieś 80 km od Izmiru Selcuku...
ETAP V: Selcuk [Efez, Meryemana]
Na miejscu zaczęło się niezbyt ciekawie: kłopoty ze znalezieniem noclegu (taniego), a tu już całkiem ciemno... Z pomocą miejscowych daliśmy sobie radę. :) I znów wieczorny rajd po miasteczku – tyle że tym razem bardziej w celu zaspokojenia głodu, niż zwiedzania. Trafiliśmy na bardzo przyjazną knajpkę (rodzinny biznes) serwującą różne rodzaje pide (reklamowanych jako „turecka pizza”) - dobrze, tanio, miła obsługa. Sam Selcuk zrobił na mnie pozytywne wrażenie już pierwszego wieczoru (a potwierdziło się to w kolejne dni). Miejscowość zdobyła na znaczeniu dzięki pobliskim ruinom Efezu i jest obecnie niemal wyłącznie bazą turystyczną. Charakterem przypomina naszą Krynicę czy Muszynę (niewielka przyjazna miejscowość, oblegana przez tłumy w sezonie, pustawa i senna poza nim), tyle że zamiast cech polskości mamy tu cechy tureckości :) - knajpki, starożytny akwedukt w centrum, drzewka mandarynkowe przy ulicy (właśnie zaczął się sezon cytrusowy, więc w Selcuku pełno na drzewach dojrzewających mandarynek, pomarańczy i cytryn... są tu tak pospolite, że nikt nie gorszył się, kiedy je sobie zrywaliśmy – co jednak było nam trochę głupio czynić). Acha, wspomnę jeszcze o dworcu kolejowym, choć ta scena miała miejsce dopiero ostatniego dnia naszego pobytu tam – a w zasadzie to nawet nie scena, a obrazek – znów jak z przedwojennego filmu: kamienny schludny budyneczek z dzwonem, przy nim ławki i tory, na ławkach siedzą: elegancki starszy pan (wąsy, okulary, kapelusz, walizeczka...), dwie „wiejskie” kobiety, rodzinka z małym dzieckiem (no tak, trzeba przyznać, że jedynie nowoczesny wózek nie pasował do tego sielskiego obrazka sprzed lat...). Coś pięknego. No, ale w tym momencie wparowaliśmy my – polscy turyści z plecorami i harmonię szlag trafił. :)
Przejdę od razu do piątku – czyli wyczekiwanego Bayramu. Przypomniały nam o nim jedynie odświętne ciuchy, które ze sobą taszczyliśmy (więc postanowiliśmy je założyć, choć żadnego świętowania dziś nie przewidywaliśmy, raczej intensywne zwiedzanie) oraz cukierki, którymi poczęstowali nas gospodarze po śniadaniu. Oczywiście zapytaliśmy o uroczystości, dowiedzieliśmy się jednak, że rano zabija się zwierzęta w „secret place”, a potem każdy kto chce (i kogo na to stać), dokonuje tego na własną rękę przed swym domem. Postanowiliśmy zatem nie czekać na łut szczęścia, lecz udać się niezwłocznie do Efezu. I tu znowu nie ma sensu opisywanie tego miejsca. Powiem tylko, że naprawdę jest wspaniałym dowodem potęgi i kultury starożytnych, że ogrom i piękno ruin robi już kolosalne wrażenie i że trudno mi wyobrazić sobie to miejsce w pełnym rozkwicie... Biblioteka Celsusa, Świątynia Hadriana, łaźnie, olbrzymia agora, amfiteatr... Nasuwa się to samo wrażenie, co podczas podziwiania gotyckich katedr: jak bardzo mądrzy, pracowici (choć tu posługiwano się przecież siłą niewolniczą), wyczuleni na piękno i detal musieli być ci ludzie... Dziś mamy większe możliwości, a jednak nie tworzy się czegoś tak pięknego (cóż, troszkę nam się chyba gust zmienił). W Efezie zabawiliśmy od rana do popołudnia, w drodze powrotnej mieliśmy zamiar zobaczyć Grotę Siedmiu Śpiących Braci (wykute w skałach pod Efezem katakumby, w których ukrywali się chrześcijanie) – była ona dalej, niż się tego spodziewaliśmy, jednak udało nam się tam dotrzeć, mijając po drodze pole bawełny i niezliczone sady mandarynkowe... (i zaliczając mandarynkową grandę :) - ale tylko symbolicznie). Katakumby w większości były oddzielone metalową siatką od zwiedzających, więc szybko się tam uwinęliśmy... Tu jednak zaczął się dramat: zobaczyliśmy tabliczkę na Meryemana – Dom Maryi. O tym że gdzieś tu jest, oczywiście wiedzieliśmy. Byłam jednak przekonana, że chodzi albo o ruiny bazyliki na terenie Efezu albo że ów dom znajduje się na niedalekim od miasta wzgórzu Ayasoluk, które również było naszym dzisiejszym celem... Przewodnik o Domu Maryi milczy! Wreszcie ktoś nam wyjaśnił, że ów domek znajduje się 9 km stąd, w górach... Ech, jest przed trzecią, wstęp na Ayasoluk mamy do szóstej, na nogach nie ma więc szans (i tak by pewnie nie było – nachylenie jest takie, że to porządny cało- lub przynajmniej półdniowy trekking), za taksówkę życzą sobie 50 lir (!) - pozostaje więc stop lub czarna rozpacz. Łapiemy. Niewiele już aut jeździ o tej porze, jeśli już jakieś się pojawi, to albo pełne, albo po prostu się nie zatrzymuje... Daliśmy sobie pół godziny... Nie wiem jak Doroty i Piotrka, ale moje zdenerwowanie i żal, że będąc tak blisko, nie zobaczymy tego miejsca, szybko rosło... No i nic! Dorota już kilka razy namawia do powrotu, ale miało być 30 minut... Odliczam więc właśnie ostatnie sekundy... Jedzie jakiś większy samochód policyjny (biały w czerwono-niebieskie paski...), konsternacja, wreszcie odważam się wyciągnąć rękę. I zatrzymują się – nie policja, ale dwie zaprzyjaźnione rodzinki, podróżujące wspólnie podczas świąt. Jesteśmy na górze. Cudem?
Dobre, ciche miejsce (zapewne wygląda ono zupełnie inaczej w sezonie turystycznym). I po raz pierwszy w Turcji tablice informacyjne także po polsku. :) Obecnie stoi tu maleńki kamienny kościółek, wokół rosną oliwki i inne drzewa, jest zielono i spokojnie. I tak właśnie być powinno. W stronę powrotną nie ma już problemu ze złapaniem czegoś do miasta, trochę obawiamy się, że nie zdążymy jednak na Ayasoluk, a już na pewno nie na opisywany jako przepiękny obserwowany z tego miejsca zachód słońca. Na teren bazyliki św. Jana wchodzimy dokładnie w momencie, kiedy znika ono za wzgórzami, barwiąc okolicę na czerwono i pomarańczowo. I w takim też świetle zwiedzamy potężne ruiny (znów moja wyobraźnia nie potrafi objąć ogromu budowli w czasie jej świetności – do czego służyły te wszystkie wydzielone pomieszczenia?!) . Potem prosimy św. Jana nad jego grobem o opiekę w dalszej drodze i kierujemy się już całkiem po ciemku (no, nie całkiem, bo w świetle latarni) do wybudowanego u podnóża wzgórza potężnego meczetu (wchodzimy tylko na nieoświetlony dziedziniec, meczet jest już zamknięty). Ale wyczuwamy tu kolejny skok w czasie i przestrzeni – tym razem przenosimy się w klimaty krucjatowe. Droga do meczetu pokryta jest wielkimi białymi płytami kamienia, po jednej stronie wznoszą się z takiego kamienia wybudowane potężne mury, wzdłuż nich wielkie palmy... Sam meczet również odznacza się swoim rozmiarem i dającą się od razu wyczuć – warownością. Widać że otaczające go mury nie służyły tylko oddzieleniu miejsca świętego... Także dziedziniec, choć widziany niewyraźnie w ciemności, przywodzi na myśl jakiś odległy wschód: ogród, palmy... Grzebiemy w pamięci wśród książek, filmów, obrazów... Tak, krucjaty.
Wieczorem jedzonko w zaprzyjaźnionej już knajpce, jakaś kawa. Potem jeszcze chwila w małym sklepie, którego jedna ściana wyłożona jest do samego sufitu wielkimi plastikowymi słojami z przyprawami, mocno pachnie. Nazw nie rozumiemy, a domyślamy się z wyglądu jedynie bardzo nielicznych... Wydawałoby się, że to nic takiego po tych wszystkich bazarach z kolorowymi koszami najróżniejszych przypraw – jednak tam były one zadedykowane turystom, tutaj są po prostu stałym elementem małego spożywczaka w miasteczku.
Głównym celem soboty było odwiedzenie zachwalanej w przewodnikach maleńkiej wioski Sirince (czyt. Szirindże), słynącej z wyrobu produktów z oliwek oraz win, a także dostopowanie do Pamukkale. Postanowiliśmy jednak rano trochę zaryzykować i udać się do położonych niedaleko od centrum ruin Świątyni Artemidy – niegdyś jednego z cudów świata. Daliśmy sobie godzinę – mało, ale mieliśmy nadzieję, że wystarczy. Na miejscu okazało się, że starczyło 5 minut – tutaj już nawet trudno o ruiny (dwie kolumny, jakieś fundamenty, po których spacerują kaczki...), a o randze miejsca świadczą najwymowniej jedynie liczni pamiątkarze, którzy dosłownie rzucają się na zbliżających się nielicznych turystów. A że mieliśmy w takim razie jeszcze trochę czasu, wstąpiliśmy do pobliskiego Muzeum Archeologicznego (polecane i rzeczywiście dobre – malutkie, ale ciekawe, ze słynnym posągiem Artemidy z wieloma jądrami). Potem już prosto do dolmusza, który wwozi turystów (niestety obecnie już niemal wyłącznie turystów...) na obrośnięte drzewami oliwnymi wzgórza, na których leży Sirince. Tu odczucia mieliśmy dwojakie – wioska rzeczywiście jest urocza: małe, białe domki, maleńki meczet i kościółek, wąskie uliczki, wspomniane wzgórza wokół... W momencie odkrycia musiała być to rzeczywiście perełka. Niestety obecnie w tym otoczeniu bucha przemysł turystyczny przez ogromne P i T. Turystyka przynosi w takim miejscu zapewne dużo większe dochody niż inna działalność, zdaje się zatem, że niemal każdy mieszkaniec wioski czymś handluje: oczywiście miejscowe wina i oliwy z oliwek wciąż zajmują pierwsze miejsce, poza tym popularne są mydła oraz „rękodzieło”: robione na drutach skarpety, rękawiczki, dziergane buciki dla dzieci, obrusy... Uliczki wioski przypominają jeden wielki bazar czy odpust (co prawda o wyjątkowym charakterze, bo wyłącznie z oryginalnymi przedmiotami regionalnymi) – z jednej strony nadaje im to pewnego klimatu, z drugiej nie ma wątpliwości, że „oryginalna” wioska już nie istnieje... Zaraz po opuszczeniu busa, zgarnął nas do degustacji win właściciel najbliższego sklepu (oczywiście ucieszyliśmy się z takiej propozycji, okazuje się jednak, że darmowe degustacje są tu na porządku dziennym) – najbardziej popularne są chyba miejscowe wina owocowe zrobione z czego tylko można sobie wyobrazić: truskawka, jabłko, jeżyna, borówka, granat, brzoskwinia... - słodkie, z małą zawartością alkoholu, smaczne (choć po wypróbowaniu zakupu w akademiku okazało się, że smakuje on bardziej jak kompot niż jak wino ;)). Poszwędaliśmy się trochę po wiosce, pochłonęliśmy, pozachwycaliśmy się miejscowymi wyrobami – i w drogę powrotną: dolmusz, plecaki, tavuk doner, tektura z napisem „Aydin”...
Do Aydin poszło gładko, tam zaczęły się problemy – wysadzono nas na początku miasta, musieliśmy przewlec się przez całe, aby łapać coś dalej... Troszkę się zestresowaliśmy, wreszcie dopiero o czwartej zatrzymaliśmy samochód (przypominam, że o piątej robi się ciemno...) - pan jak zwykle nie mówił po angielsku, ale okazał się, również jak zwykle, bardzo miły. I znów nadłożył drogi, żeby nas podwieźć pod sam hostel...
ETAP VI : Pamukkale [Hierapolis]
Gdy tylko pan nas wysadził, zagadał do nas na ulicy jakiś chłopak – już mieliśmy trochę dość tej tureckiej nachalności i chcieliśmy odburknąć, że sami sobie znajdziemy hostel, kiedy okazało się, że to właśnie nasz gospodarz (pan z hostelu w Selcuku polecił nam swego przyjaciela w Pamukkale) wyszedł nam na spotkanie i od razu nas poznał. Hehe. Z hostelem naprawdę trafiliśmy nieźle, najmilszy ze wszystkiego był salon z niskimi kanapami, ciepłym piecem pośrodku, na którym grzała się herbata oraz prawdziwym piecem w kącie, w którym gospodyni wypiekała serwowane tu potrawy (świeżo pieczone pide i pizza...). Pamukkale okazało się już zupełnie maleńką wioską, która utrzymuje się wyłącznie dzięki „tarasowej turystyce” - można tu spotkać jedynie hostele, restauracje, biura linii autobusowych, sklepy pamiątkarskie maleńkie sklepy spożywcze (być może istnieje jeszcze inne Pamukkale – gdzieś dalej od tarasów, tam już jednak nie dotarliśmy). Tego wieczora spacer był wyjątkowo krótki – rzut oka na oświetlone nocą tarasy, kanapka na kolację (kokorec – nadziewane baranie jelita), jakieś słodycze ze sklepiku i powrót do naszego ciepłego salonu, który wydawał się najbardziej przytulnym miejscem w całej wiosce. Tutaj trochę gadania przy herbacie i trochę przysypiania. Mieliśmy iść jeszcze z naszym gospodarzem na lokalną dyskotekę, jednak dotrwała tylko Dorota... Reszta wybrała sen. :) (Ech, nudziarze ;)).
Wczesnym rankiem wyprawa na tarasy. :) Białe stoki wzgórza przypominają z daleka śnieg... Zwłaszcza kiedy weszliśmy na nie w grubych kurtkach... Osobiście szybko pozbyłam się butów i nogawek spodni, żeby nacieszyć się niezwykłością tego miejsca, odczuwając je „własnonożnie”. Jest coś niezwykłego w takim spacerze po białej górze i w brodzeniu od czasu do czasu w basenikach i potokach. Zwłaszcza, że jeszcze wtedy byliśmy tam zupełnie sami... Dotarliśmy wreszcie na samą górę, gdzie źródła są już naprawdę ciepłe (woda doprowadzana jest co prawda rurami, ale wylewa się z nich na tarasy... a w zetknięciu w zimną skałą fantastycznie paruje...) Pobawiliśmy się tu jak dzieci. :) Zwłaszcza ja, hehe - pozbywając się szybko koszulki, a niedługo potem spodenek. :) Gdy zdążyłam się już przyodziać w dolną część garderoby, zaczęły się schodzić wycieczki – ludzie na wodę początkowo tylko patrzyli, podobnie na nas, traktując nas niemal jak jedną z atrakcji tego miejsca; szybko jednak co poniektórzy sami pościągali buty. :) Po zabawie było zwiedzanie – na wzgórzu ulokowało się antyczne miasto Hierapolis. Do ciekawych akcentów tego miejsca można zaliczyć z pewnością Plutonium (podobno zejście w podziemia Hadesa), teatr ze świetnie zachowanym skene (i znów: dopiero widok tego miejsca daje jako takie pojęcie o wielkości i przemyślności tego budynku) oraz miejsce męczeńskiej śmierci św. Filipa.
Zwiedzanie skończyliśmy dobrze popołudniu. Wymęczeni okropnie – może nawet nie tyle dzisiejszym dniem, ile całością wycieczki i świadomością rychłego powrotu. A ten rzeczywiście był szybki – ze względu na późną porę autostop odpadał, a autobus kosztował niewiele więcej niż kolejna noc tutaj... Zdecydowaliśmy się więc na luksusowy powrót autobusem (który znaleźliśmy dopiero u piątego przewoźnika – wszyscy wracali ze świąt...) i wkrótce po północy dotarliśmy do Konii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz