sobota, 6 marca 2010
Podziemne miasta. Ziemniaki.
Plan na sobotę był nieco mniej urozmaicony, ale przez to bardziej przejrzysty (po wczorajszym błąkaniu się trochę bez sensu, kolejnych niewypałach i omijaniu niektórych „must visit” miałam już naprawdę serdecznie dość). Jedynym „ale” pozostawała kwestia transportu, który był mniej niż niepewny. Rano skoczyliśmy z Radkiem na górkę Uchisar, z której fajnie widać całą okolicę (choć to niecała godzina z buta, udało nam się złapać stopa, a przez to zaoszczędzić sporo czasu), a potem podjechaliśmy dolmuszem do Nevsehir, gdzie nasze drogi się rozeszły. On miał w planach krótką wizytę w dolinie Ihlary i powrót do Goreme, my chcieliśmy zwiedzić wcześniej podziemne miasta, a potem uderzyć do Ihlary na nocleg (przejście całej doliny, kilkanaście kilometrów, planowaliśmy kolejnego dnia). Wcześniej jednak wdrapaliśmy się na wzgórze z ruinami twierdzy, z którego ładnie widać całe miasto i odwiedziliśmy zabytkowy meczet (urządzając sobie tam krótką sesję fotograficzną… nieodpowiedniość robienia zdjęć w niektórych miejscach uświadamiam sobie dopiero, gdy oglądam zdjęcia Turków z Polski… np. przy konfesjonale ;-)). Potem w miarę szybko złapaliśmy dolmusz do pierwszego podziemnego miasta i po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu (gładkość w wypełnianiu planu dzisiejszego dnia podnosiła nas na duchu). Krótko o podziemnych miastach: budowane były prawdopodobnie dobry kawałek czasu przed naszą erą w celach obronnych – po prostu na powierzchni istniało zupełnie normalne miasto, a pod ziemią (z uwagi na dość miękkie skały) wykuwano sieć korytarzy i pomieszczeń, w których można się było ukryć w razie niebezpieczeństwa i być praktycznie niezauważonym „z zewnątrz”. Potem podziemia się rozrastały wraz ze zmieniającymi się mieszkańcami miast (śladem chrześcijan są np. wykute na niższych poziomach kościoły – jeden na planie krzyża! – i szkoły) i rodzajem zagrożeń. Nie był to zatem „chleb powszedni” zacofanych jaskiniowców, ale bardzo przemyślne i przystosowane do długiej obrony bunkry. Połaziliśmy pod ziemią, próbując wyobrazić sobie, do czego mogły służyć kolejne pomieszczenia, po czym w miarę bezproblemowo przeskoczyliśmy (stopem) do drugiego podziemnego miasta. Miało być dużo obszerniejsze i być może jest, jednak dla zwiedzających udostępniono bardzo niewielki fragment podziemi. Mijając co chwilę niemiecką wycieczkę (co wcale nie jest łatwe, ponieważ większość korytarzy jest bardzo wąska i bardzo, bardzo niska – dwie osoby nie mają szans przejść koło siebie, a dziwię się, że wpuszczają tu ludzi starszych: przy dłuższym korytarzu naprawdę można zacząć mieć problemy z chodzeniem), dotarliśmy na najniższy poziom, a tam szok – wykuty kościół z filarami, szkoła z ławami i podwyższeniem dla nauczyciela, a wyżej także przemyślna tłocznia wina. Kiedy wydostaliśmy się na powierzchnię, zaczął się najbardziej problematyczny odcinek podróży – jak dostać się do Ihlary. „Oficjalna” wersja (podawana przez przewodniki i ludzi, którzy się w miarę orientują) była dla nas zbyt czasochłonna i droga – trzeba by wracać kilkadziesiąt kilometrów do Nevsehir, stamtąd do jeszcze większego Aksaray i stamtąd dopiero łapać dolmusz – dobre kilka godzin kombinowania, nie mamy szans dotrzeć przed wieczorem. A z Derinkuyu do Ihlary wydaje się na mapie zupełnie bliziutko, bez robienia niepotrzebnego koła. Pytamy więc (bezokolicznikami samymi): „Yol var?” („Jest droga?”) – „Var.” No to jak jest, to jedziemy stopem. Nie wiem, kto przygotowywał tę mapę, ale był dobrze na bakier z kartografią – wg niej to odległość jakichś piętnastu kilometrów (braliśmy pod uwagę najgorszą wersję, czyli że niech będzie nawet trzydzieści), tablice pokazywały jednak… pięćdziesiąt parę. W dodatku mało co tamtędy jechało i nic nie chciało się zatrzymać… Wreszcie poratował nas jak zwykle w podbramkowych sytuacjach tir. I wtedy zrozumieliśmy, dlaczego nikt nie mówił o możliwości transportu tutaj: charakterystyczna dla rozległych terenów Turcji PUSTKA. Niby coś się zieleni, niby że mogłyby być to pola uprawne (chyba są?), ale nie szczególnie widać, aby coś tu rosło. Nie minął nas żaden samochód, my nie minęliśmy żadnego. A okazało się, że sympatyczni młodzi panowie (którzy poczęstowali nas suszonymi morelami, krzycząc: „Enerdżi!”) wcale nie jadą do końca… Wywalili nas na środku pustkowia, skręcając w jakąś mniejszą drogę prowadzącą do wioski. Pocieszyli tylko wzmianką o dolmuszu do Ihlary o piątej (za dwie godziny). OK., choć nie chce nam się wierzyć, że przez to pustkowie jeżdżą dolmusze. Wieje jak cholera, ale jest dość jasno, trochę słońca, pozytywnie. Zakładamy kaptury, rękawiczki i idziemy pod wiatr. Mija nas jeden samochód, nie zatrzymuje się. Nie mamy pojęcia, ile przejechaliśmy i ile przed nami, zapomnieliśmy spytać. Jedzie kolejny samochód, jakiś większy, macham ręką, ale widzę, że nic z tego, wyładowany po brzegi rodziną (chyba z pięć osób na przedzie oprócz kierowcy). Mimo tego białowąsy dziadziuś się zatrzymuje i coś do nas krzyczy, pokazując ręką na tył, OK., jasne. Ładuję się jakoś na przyczepę, tam stosy worków z ziemniakami, a na nich… dwie młode dziewczyny. Dużą ma dziadziuś rodzinę. Dziewczyny pospiesznie zakładają chusty, zdążają przed wejściem Grześka. I ruszamy… Zawsze marzyłam o takim stopie. Jest niewyobrażalnie pięknie – przyczepa z tymi ziemniakami, dwie miejscowe dziewczyny w chustach szepczące coś sobie na nasz temat, wiatr we włosach, rozległa zieleń dokoła, a gdy wjeżdżamy na górkę wyłania się widok na wysokie, pokryte śniegiem góry przypominające Tatry. Pięknie!! Próbuję jednak być grzeczna i rezygnuję z podziwiania widoków, schodzę do dziewczyn i chcę nawiązać z nimi rozmowę. Zwyczajna śpiewka: że jesteśmy z Polski, studiujemy w Konyi, zwiedzamy Kapadocję, Turcja jest piękna. Dziewczyny bardzo chcą porozmawiać, ale nie mówią po angielsku. Mocno się jednak zastanawiają (widać, że się uczyły!) i mówią wreszcie „Nice to meet you”. :-) A potem pytają jeszcze (po turecku), czy jesteśmy z Grześkiem parą (czego bardziej domyślam się z gestów i mimiki, niż rozumiem słowa), na co mówię, że przyjaciółmi, na co one znów zaczynają szeptać i chichotać. :-) Samochód w pewnym momencie się zatrzymuje, czas wysiadać. Dziadziuś skręca w inną drogę, pokazuje nam jednak drogę do Ihlary, udaje mi się spytać o odległość – siedem kilometrów. Jest czwarta, czyli że spokojnie, nawet bez stopa dojdziemy tam na wieczór. Zresztą chyba nawet nie chcemy łapać stopa – pustka, zieloność i widok na góry… Nie łapiemy. Maszerujemy sobie tak z godzinkę, przejeżdżają obok nas dwa samochody. Po pewnym czasie jeden z nich wraca, za chwilę znów jedzie w stronę wioski i zatrzymuje się z pytaniem, czy nas podwieźć. OK., wsiadamy. Panowie mają całkiem nowoczesne auto, pytają skąd jesteśmy i próbują porozmawiać za pomocą jakiegoś wybajerowanego telefonu ze słownikiem turecko-polskim, który wciskają nam w rękę. My jednak nie za bardzo wiemy, co z nim robić, zdajemy się więc na nasz szczątkowy turecki. Potem, już w wiosce, pan jeszcze raz chce koniecznie skorzystać ze swojego cudu, próbując odnaleźć dla nas jakiś hostel. Tym razem przydaje się jednak bardziej przewodnik. Podrzucają nas do najbliższego „hotelu”, miło się żegnamy. Na miejscu przeżywamy szok- to jest naprawdę HOTEL – ładne dwuosobowe pokoje… 60 lirów (40 bez włączania ogrzewania i bez ciepłej wody). Zwariowali. Dziękujemy i pytamy o coś tańszego. Kierują nas do małego pensjonatu dobudowanego do domku rodzinnego. Tu to samo – 40. Chcemy stargować do 20, nie ma szans, ale pan się targuje, targujemy się i my. On jednak nie schodzi poniżej 30, my próbujemy jeszcze kilka lirów. Wychodzimy pewni, że zaraz każe nam wracać (co mu po kilku lirach?), ale on… nie każe. Niedobrze. Okazuje się, że to naprawdę niezbyt duża wioska, może z pięć hosteli, z czego dwa sprawdziliśmy, jeden zamknięty… Idziemy do ostatniego wymienianego przez przewodnik, podobno najtańszego. Zamknięty na głucho. Wracamy więc do rodzinki, modląc się, żeby nie wyskoczyli z wyższą ceną (co się zdarza…). Ale spoko, bierzemy za 30. Jesteśmy totalnie zmęczeni, jest wcześnie bo dopiero koło 18.oo, ale już się powoli ściemnia. Mieliśmy iść na jakieś jedzenie, ale decydujemy się tylko na sklep. W pokoju jest okropnie zimno, na szczęście pan włącza ciepłą wodę. Bierzemy z sąsiedniego pokoju po dwa dodatkowe koce i układamy się w łóżeczkach już koło ósmej. Uczymy się tureckich słówek. 21.oo, dobranoc.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz