Plan na niedzielę był dziecinnie prosty – wycieczka doliną Ihlary, wyjście około 14.oo i próba powrotu stopem przez Aksaray. Wyruszamy punkt 7.oo. Chcielibyśmy wyruszyć, ale… jesteśmy zamknięci od zewnątrz. Szukamy klucza, nic z tego. Tłuczemy się w szyby, nic z tego. Znowu szukamy, znowu się tłuczemy… Wreszcie po piętnastu minutach ktoś wychodzi (widać, że go obudziliśmy) i nam otwiera. Dobrze. Po półgodzinnym marszu przez wioskę docieramy do wejścia do doliny… i tu przeżywamy szok. Czytaliśmy o tym, że jest piękna, widzieliśmy też kilka (co prawda marnej jakości) zdjęć. Ale przed nami otwiera się przepaść, dwie prawie pionowe ściany zbudowane z czerwonych skał, pośrodku rzeka, my stoimy u szczytu jednej ze ścian. Fenomenalne. Zaczynamy tylko żałować brzydkiej, pochmurnej pogody, wyobrażamy sobie, jak piękne musi być to miejsce w pełnym słońcu. Schodzimy po schodkach na dno doliny i próbujemy się zorientować w terenie. Ogólnie rzecz biorąc mamy iść cały czas wzdłuż rzeki (bo gdzieżby indziej?), tyle że po drodze w tych stromych ścianach są powykuwane kościoły, do których trzeba się wspiąć, aby je popodziwiać. Trochę kołujemy, bo nie możemy uzgodnić strzałek do kościołów z umiejscowieniem ich na mapce w przewodniku, wreszcie łapiemy się we właściwym kierunku i kolejności. Maszerujemy sobie dolinką (poziom wody z pewnością wyższy niż latem, czasem trzeba schodzić ze ścieżki i skakać górą po skałkach, niestety woda brunatna, strasznie brudna…), ciesząc oczy przyrodą wokół. Wreszcie nie latamy „od atrakcji do atrakcji”, ale po prostu idziemy. Co jakiś czas skok w bok i wspinaczka. Wydaje się, jakby w tych ścianach wykuwano wyłącznie kościoły, mało jest zwyczajnych jaskiń mieszkalnych. Przewodnik milczy, a więc znowu nie wiemy: z jakiego to pochodzi okresu? czy mieszkali tu wyłącznie jacyś mnisi? dlaczego tutaj, bo to już przecież nie są „kościoły obronne”? Niesamowite jest to, jak dobrze w niektórych z nich zachowały się freski (głównie przedstawiające Chrystusa Pantokratora i różnych świętych), tylko niektóre postaci mają powydrapywane oczy lub całe twarze (podobnie jak w Goreme i innych kościołach w Kapadocji, dziedzictwo ikonoklazmu). Bawię się w rozpoznawanie ikon: sceny z życia Chrystusa i Maryi wychodzą mi nieźle, ale w poszczególnych świętych mam spore braki. W końcu, koło 11.oo, dochodzimy do Belisyrmy – maleńkiej wioski jakby przecinającej dolinę. Przy budce bileterów (tak, tak, wstęp do doliny jest płatny, niech żyje karta muzealna) przyczepia się do nas pocieszna psina, która postawiła sobie za cel oprowadzenie nas po wiosce. Przypominają mi się małe, biedne wioski galicyjskie – kamienne domki, wyłożone brukiem ulice całe zasłane zwierzęcymi odchodami, przeraźliwy smród, bieda. Tu jest podobnie. W pewnym momencie z meczetu rozlega się głos imama, a wraz z nim… zaczyna wyć nasz przewodnik. :-) Świetny duet. ;-) (Haha, to mi przywodzi na myśl sytuację z Selcuku, kiedy podczas naszej kolacji śpiewający „z minaretu” imam nagle kichnął :-)). Pies opuszcza nas na skraju wioski, gdy udajemy się dalej wzdłuż doliny (nieźle wytresowany). Tu już nie ma kościołów, zmienia się natomiast nieco krajobraz – ściany nie są tak strome, dno dużo szersze, wygląda to jakoś… łagodniej. Mimo to czasami ścieżka po prostu urywa się przy stromej skale, znowu musimy sporo się wspinać, aby w ogóle przejść dalej. Po jakichś dwóch godzinach docieramy do wioski leżącej na skraju doliny – Selime. Jej położona na lewym brzegu rzeki część to doprawdy dziwny widok – ludzie pobudowali tu mieszkania na ruinach skalnych miast: zaadaptowali jaskinie lub jakieś fragmenty kamiennych budowli, prowizorycznie coś do tego dobudowali (kamieniem, drewnem) i tak mieszkają… Jedna wielka prowizorka, przykre. To już koniec naszej drogi, rozglądamy się więc za jakimś dolmuszem do Aksaray. Wychodzimy chyba na przystanek czy rynek (trudno tu w ogóle wyznaczyć miejsca spełniające jakieś konkretne funkcje), tam mnóstwo mężczyzn, cieszymy się, że trafiliśmy na godzinę przyjazdu dolmusza, wolimy się jednak upewnić. Oni są naszą obecnością trochę zdziwieni, ale bardzo serdeczni, mówią (jeden nawet zupełnie nieźle po angielsku!), że dolmusz to owszem, ale nie w niedzielę… Przechodzimy mostem do drugiej części wioski, tam już wszystko wygląda nieco solidniej. Acha, zapomniałam dodać, że tu podobno kręcili jakąś tam część „Gwiezdnych Wojen” – ja nie oglądałam, ale Grzesiek pokazuje mi skalne stożki, które mogły być na filmie. Drepczemy ulicą, nic się nie zatrzymuje… I dobrze, bo dochodzimy do największej atrakcji Selimy – „Katedry”. Tak naprawdę to wygląda to na kolejne skalne miasto, tym razem wykute w całym systemie stożków. Z pewnością różni się od tych, które oglądaliśmy dotąd, jesteśmy jednak zbyt zmęczeni, aby nas zachwycało… Dopóki nie dochodzimy do jego górnych partii, w których wykuto kościoły. I znowu zdumienie i podziw – niektóre z nich zbudowane na planie krzyża, niektóre mają ozdobne filary (wszystko oczywiście wykute w skale, nie dobudowane), jeden nawet dwa poziomy podparte kolumienkami, jeden zachowane freski… Jak dla mnie to to miasto jest mało realistyczne – rozumiem wygodę kucia mieszkań w miękkich skałach, rozumiem tworzenie podziemnych miast w celu obrony, ale to miejsce wznoszące się jakby nad ziemią w dziwacznych stożkach przypomina mi mieszkania elfów, nie zwykłych ludzi… Schodząc w dół mijamy koreańską czy japońską wycieczkę (znów zwracam uwagę na ich ubrania; dziewczyny w Goreme były poubierany ładnie, nie przeczę, ale niesamowicie dziwacznie, nie widziałam takich ubrań w naszych sklepach; zastanawiam się, czy to na Wschodzie normalne, codzienne i czemu ma służyć – czy tylko kreowaniu swojego wizerunku, czy manifestowaniu jeszcze czegoś innego), to już definitywny koniec na dziś, próbujemy złapać stopa. Straszna lipa, niezbyt wiele tego jeździ, ale dosłownie nic się nie chce zatrzymać! Nie jest dobrze, minęła 15.oo, za trzy godziny zacznie się ściemniać. Idziemy główną ulicą i mamy okazję przekonać się, że Selime jest całkiem sporą wioską i w dalszej jej części jest kilka budynków reprezentacyjnych: szkoła, nawet jakiś urząd i szpitalik, a także spory ładnie zadbany teren rekreacyjny (w Turcji w takich miejscach rząd stawia altany do piknikowania, są i tutaj). Wreszcie zabiera nas jakaś młoda i bardzo wyzwolona para. Dojeżdżamy do głównej drogi do Aksaray, a oni… wiozą nas w przeciwnym kierunku! Nerwowo tłumaczymy, oni chyba rozumieją, ale nie potrafią nam wytłumaczyć po angielsku, wreszcie chyba wiemy: chłopak jedzie do Aksaray za dwie godziny, wtedy nas weźmie. No nie, to trochę za późno! Na szczęście na naszą prośbę się zatrzymują. Jesteśmy na wielkiej drodze przez pustkowia, podobnej do tej na której byliśmy wczoraj mniej więcej o tej porze. Tyle że dziś chcieliśmy dotrzeć do Konyi. Ruch minimalnie większy: jeden samochód na 5-10 minut. Znów się nie zatrzymują. Zastanawiamy się, co zrobić w tej sytuacji za dwie godziny: iść do kogoś do domu i prosić o podwiezienie do Aksaray za pieniądze (wiemy, że stamtąd mamy wieczorem autobus do Konyi), czy iść do kogoś do domu i prosić o nocleg. Ale zatrzymuje się samochód jadący do samego Aksaray, jesteśmy więc uratowani. W mieście szczęście się do nas uśmiecha, niemal od razu spotykamy pana, który jest gotów nas zawieźć na dworzec autobusowy. Udaje nam się mu wytłumaczyć, że „najpierw autostop, jak nie autostop, to potem autobus”, a więc podrzuca nas na wylotówkę do Konyi. Tu łapiemy. Łapiemy. Łapiemy. Może pół godziny? Zatrzymuje się facet. Konya.
I tu w zasadzie powinnam zakończyć relację, ale muszę jeszcze dodać, że pan należał do rodzaju ogromnie serdecznych i pomocnych ludzi. Kiedy zobaczył, że kimam na tylnim siedzeniu (Grzesiek jechał z przodu), zatrzymał się, wygrzebał dla mnie poduszkę i koc. Ujmujące. Potem, już przed samą Konyą, gdy się obudziłam, popróbowaliśmy trochę porozmawiać (czyli głównie nasz szczątkowy turecki i inteligencja emocjonalna). Pan nas chyba polubił, podrzucił na sam kampus (choć nie wiedział za dobrze, gdzie to jest i musiałam go kierować), a na koniec zostawił swój numer telefonu – „gdybyśmy mieli jakikolwiek problem…” (szokujący gest dla Polaków, aczkolwiek tutaj zdarzył nam się nie pierwszy raz…). Acha, musiał jechać szybko, bo na miejscu byliśmy już po 19.oo – czyli właśnie wtedy, gdy autobus wyjeżdżał z Aksaray…
A w pokoju niespodzianka – Dorota. :-) Przyjechała dzisiaj i obdarowała mnie polskimi cukierkami, haha. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz