Uwaga, uwaga! Od tygodnia trwa wielka wspólna akcja. Każdy nowoprzybyły erasmus (a raczej erasmuska) włącza się w nią z zapałem. Możemy (Agata i ja) być dumne, że stałyśmy się jej pionierkami. Coraz więcej młodych dziewcząt zrywa się o świcie (koło 9.oo), aby z uśmiechem na twarzy, lekkim krokiem podążyć w stronę żółtego budynku. Tutaj spędza kilka godzin (maksimum dwie), rozkoszując się uczuciem napinanych mięśni i spływającego po twarzy potu. Dopinguje nas licznik na bieżni wskazujący każdego dnia coraz więcej procent wyrabianej normy oraz świadomość, że razem osiągniemy ten wielki cel, jakim jest szczupła sylwetka…
Taaa… Jest nas już osiem (i na tym chyba poprzestaniemy): Agata, Dorota, Lila, Magda, Ela, Beata, Ola i ja – pojedynczo lub dwójeczkami śmigamy sobie codziennie na fitness. Basen odszedł trochę w odstawkę, odkąd zauważyłyśmy, że siłownia bardziej nas męczy, w domyśle: szybciej spalamy. Ale różowo było tylko przez pierwsze trzy dni: pierwszego, gdy po ćwiczeniach „jakie-nam-się-podobały” pani zapytała nas, czy mamy program, a gdy zaprzeczyłyśmy, zaczęła ów program przygotowywać. Początkiem przygotowań było zważenie i pomierzenie nas (heh, nigdy wcześniej tego nie robiłam) oraz pytanie o nałogi i cel ćwiczeń (do wyboru są trzy: zrzucenie wagi i jakieś dwa, których nie rozumiemy). Następnie zostałyśmy zaopatrzone w karteczkę z własnym imieniem, nazwiskiem, owymi pomiarami oraz zestawem zalecanych ćwiczeń (w skrócie: 25 minut bieżni, 15 minut rowerku, trochę ciężarków, ćwiczeń na macie na nogi, trochę twistera, stretch) – mega mobilizacja i niemalże euforia (no bo, pomijając te upiornie drogie badania, gdzie w Polsce można kupić miesięczny karnet na basen i siłownię z fitnessem i stepem o nieograniczonej liczbie wejść i godzin za… 100 zł?). Drugiego dnia wciąż trwałyśmy w euforii i poczuciu dobrze wypełnianego obowiązku, gdy grzecznie wykonywałyśmy kolejno wszystkie ćwiczenia. Trzeciego podobnie, nawet ćwiczenia zaczęły nieco łatwiej iść. Ale potem… zmęczenie, ból mięśni, poczucie „tracenia” sporej ilości czasu każdego dnia. A zamiast wrażenia coraz lżejszego chodu, poruszamy się jak kaleki z powodu bólu nóg, brzucha, tudzież innych części ciała, o których do tej pory nie miałyśmy większego pojęcia. Budzimy się rano i tak bardzo nam się nie chce… A zwłaszcza gdy wizualizujemy sobie te minuty na bieżni, kiedy nie możesz już szybciej, a wydaje ci się, że jak choćby na chwileczkę zwolnisz, to wciągnie cię pod spód… No dobra, może znów przejaskrawiam. Bo póki co ciągniemy (choć dziś przełożyłyśmy to z rana na wczesne popołudnie), choć prawdą jest, że coraz gorzej z naszą motywacją i siłami. Ale jutro mija równy tydzień – może uda nam się znowu wskoczyć na wagę i może motywacja powróci. Miejmy nadzieję.
Acha, przy okazji naszych „treningów” miałam zwrócić uwagę jeszcze na dwie rzeczy: runęło moje wyobrażenie o „samych szczupłych Turczynkach”- to prawda, że szczupłych dziewczyn jest tu duuuużo więcej niż u nas, ale na siłownię przychodzę też te, którym czegoś brakuje (a raczej mają czegoś zbyt wiele) – nieładne to z mojej strony, ale dobrze mieć świadomość, że nie jest się tam najobszerniejszą osobą (bo takie wizje też mnie początkowo nawiedzały). Drugie spostrzeżenie to znowu kwestia jakości: basen i siłownia są naprawdę bardzo nowoczesne (a przecież nie są małymi prywatnymi biznesami, finansowanymi z głębokich kieszeni ćwiczących). Basen o wymiarach olimpijskich, bardzo czysty, wyposażony w wiele sprzętu do nauki pływania i uwaga: cała podłoga wieczorem podgrzewana! Do tego schludne zaplecze: szafeczki, prysznice. Niby szczegóły, ale decydują o tym, że wycieczka tam jest przyjemnością, a nie wyrywaniem przyjemności pływania spośród syfu otoczenia. Podobnie z siłownią: nowy, profesjonalny sprzęt, lustra na całej długości ścian, instruktorka, która nie tylko pilnuje, żeby „nie niszczyć sprzętu”, ale najpierw pokazuje a potem od czasu do czasu nadzoruje ćwiczenia. Naprawdę wielkie „wow”. Żałujemy tylko, że nie orientujemy się dokładnie w godzinach zajęć (nasz plan jest chyba nieaktualny) – czasami można się bowiem natknąć na step (np. wczoraj i dziś, może tylko w weekendy?) i pilates (a może coś jeszcze?).
Kończę więc tego rozćwiczonego posta. Powinnam jeszcze skoczyć na basen, ale dziś postanowiłyśmy zrobić sobie od niego wolne. Nadrobimy. ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz