Do nocnych przygód będących powodem mojego chronicznego niewyspania miałam już wprawdzie nie wracać, ale wtorkowa noc przeszła samą siebie - a co tam, wiedzcie.
Zaczęło się jeszcze przed moim przyjazdem. Pokój na 9. piętrze, w którym zamieszkałyśmy, stał od jakiegoś czasu pusty, był straaasznie brudny. Dziewczyny długo go doprowadzały do stanu używalności, ja przyjechałam "na gotowe". Podczas tego doprowadzania znalazły w pokoju małe... robaczki. Ale że traktowały wszystko dużą ilością chemii, te miały się już więcej nie pojawić.
A jednak. Wyszły kilka nocy później, wprost na naszą białą pościel... Tycie takie. Ale paskudnie nieprzyjemne. No, obrzydzenie po prostu bierze. Złapałyśmy to-to pod szklankę i zaczęłyśmy się bawić w entomologów ("czyli badaczy owadzich nogów"). Na nasze oko - pluskwy. Jasny szlag. Podniosłyśmy alarm, pomimo widocznych oporów (co sprawiało wrażenie jakby takie rzeczy były tu na porządku dziennym [nocnym?]) zajęto się sprawą - przeniesiono nas na 14. piętro (łatwo się czyta, trudniej spakować wszystkie rozwalone po całym pokoju graty i przeprowadzać się w środku nocy), a w pokoju zrobiono (choć nie od razu) dezynsekcję.
14. piętro jest dużo czystsze niż 9.: odnowione, pokój bardzo ciepły... Ale za to mniejszy, a przede wszystkim: daleko nam do "naszych", większość osób, z którymi się trzymamy, mieszka na 9. Chcemy wracać. Administracja tego nie chce (podejrzewamy w tym chytrą chęć uniknięcia dezynsekcji i zakwaterowania tam kogoś innego). Po tygodniu zaczynamy się łamać: dobrze nam tam, trochę ciasno, ale człowiek czuje się przynajmniej pewnie bez tych nocnych gości...
Do czasu. We wtorek zasiedziałyśmy się z Sandrą przy kompach (ale już umyte, w łóżkach) chyba do drugiej w nocy. Pełen relaks, zaraz zbieramy się do spania... I wtedy zauważyłam, że na mojego kompa wspina się... karaluch. Padło słowo niecenzuralne. Wiele słów. Komp został przytomnie postawiony na ziemi, robal zlikwidowany. I obrzydzenie na maksa - co jak co, ale na łóżku?! Jak na zawołanie - za chwilę kolejny na ścianie. Tego już za wiele. Wcale nie zasypia się przyjemnie ze świadomością "karaluchów pod poduchą"...
Następnego dnia z rana osobiście sprawdziłyśmy efekty dezynsekcji i nie miałyśmy już żadnych wątpliwości, że wracamy. A że trochę się w tym tygodniu działo, jedyny czas na przeprowadzkę - to noc; znów kilkukrotne bieganie z betami pomiędzy piętrami, tym razem skończyłyśmy koło 2.oo. Aha - windę wyłączyli na noc (?!), trzeba było wszystko targać po schodach. Ugh.
No, to takie rzeczy się tu jeszcze dzieją poza zajęciami i zachwytami. Tym razem zdjęcia sobie daruję.
dawaj zdjęcia! ;)
OdpowiedzUsuń:D Nie, nie, nie mam osobistych zdjęć. Na pluskwy mój aparat za słaby (za małe), a karaluchy szybko biegają, więc predpoczitajem likwidować od razu. :P Ale co się naoglądałyśmy na google images to nasze. Też możesz jak chcesz. :P W każdym razie "pluskwa" to było pierwsze słowo, które musiałam sobie przyswoić po rosyjsku...
OdpowiedzUsuń