Ha, co to był za dzień! :D Po nocnych
przygodach (o których może jeszcze opowiem, a może nie), ciężko
było zwlec się z łóżka na zajęcia (zwłaszcza, że wciąż
jeszcze czujemy zmianę czasu, a więc według naszych zegarów
biologicznych lekcje zaczynają się o... 6.30). Zgodnie z
przewidywaniami pan od języko- krajoznawstwa nie dotarł i po
dwudziestu minutach pozwolono nam wrócić do pokojów. Co prawda
powinnam iść jeszcze na te drugie zajęcia, bo nie byłam na nich w
środę, ale... tak cudnie słońce świeciło. :-) A mnie się
bardzo chciało na łyżwy.
Celem nr 1 był Park Gorkiego, gdzie
ponoć można sobie jeździć wprost po zalanych alejkach parku. Ale
sprawdziłam – lodowisko zamknęli tydzień temu. :-( Z ciekawszych
miejsc pozostawały dwa: Sokolniki (ponoć także lodowisko w parku,
o niepowtarzalnym klimacie) i... Patriarsze Prudy, czyli stawik,
gdzie pewnego razu zjawił się Profesor Czarnej Magii... :-)
Sokolniki były jednak pewniejsze, więc uderzyłam tam – na drugą
stronę Moskwy. 50 minut jazdy metrem i jest: duże lodowisko, mało
ludzi, mróz, pełne słońce i całkiem miła muzyka w tle. Super.
Szkoda tylko, że alejki już suche, została tylko tafla. Ale za
bardzo się już nastawiłam, żeby rezygnować. O raju, nie
pamiętam, kiedy ostatni raz miałam łyżwy na nogach! Z początku
było ciężko, ale potem całkiem nieźle. :-) Niektórzy tutaj
śmigają przepięknie: panowie wykonują jakieś podskoki i
przeplatanki niczym z konkursów, a jedna starsza pani... tańczyła
(!) z taką gracją, że ciężko było oczy oderwać.
Dalsze plany były dość luźne. Chciałam powłóczyć się po centrum (Arbat, Cerkiew Chrystusa Zbawiciela), ale najpierw sprawdzić w Teatrze Wielkim pogłoski o biletach studenckich za dychę (100 rubli – 11 złotych). I są. :-) Co prawda tylko do Wielkiego, czyli na opery i balet, spektakle teatralne w Małym płatne normalnie. Ale to i tak COŚ! Właśnie przed drzwiami ustawiała się kolejka studentek, więc dołączyłam. I w ten oto sposób półtora godzinki później siedziałam na balkonie na szóstym piętrze Teatru Wielkiego.
Szczerze – nawet
gdyby nic nie grali, to i tak byłabym zachwycona (opera miała
zresztą trwać ponad cztery godziny, więc nastawiałam się na
wyjście w połowie). To miejsce serio zapiera dech w piersiach.
Wielkie (6 pięter!), purpurowo-złote, z rzeźbionymi dwugłowymi
orłami, potężnym żyrandolem... Pełna sala (a przecież naprawdę
jest tu „trochę” miejsc!). Nie wiem, może mi się tylko wydaje,
ale mam wrażenie, że tutaj chodzenie do teatru jest jakoś bardziej
naturalne niż u nas. Nie ma takiej... atmosfery odświętności jak
na dobrej sztuce w Krakowie; niektórzy elegancko ubrani swobodnie
paradują sobie z teatralnymi lornetkami na szyi, inni ubrani
zupełnie normalnie (uff) zachowują się nie mniej swobodnie. Ale
może to tylko moje wrażenie.
Aha, a oglądałam Kawalera Róży z
muzyką Straussa. I to do końca. :-) Na szczęście libretto niemieckie, więc u góry
wyświetlano napisy; gdyby śpiewali po rosyjsku zapewne bym nie
rozumiała (nawet po polsku nie rozumiem, co śpiewają w operze).
Oczywiście studenckie miejsca są najmniej wygodne – na ostatnim
piętrze i z boku, więc żeby cokolwiek widzieć, trzeba stać. Ale
i to miało swój urok – oglądanie spektaklu z tej wysokości i
prawie znad sceny, podczas gdy z drugiej strony rozciąga się widok
na całą salę... Wow, wow, wow. Jeszcze tam wrócę. :-)
(Zresztą po przejrzeniu repertuaru Teatru Małego i innego teatru, o którym powiedziała mi siedząca po sąsiedzku Rosjanka, przestaję się dziwić, że Moskwianie chodzą do teatru – oni po prostu mają na co. Jest tu tyle dobrej klasyki, że aż ciężko się zdecydować.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz