Często nie wiem, skąd są dzieciaki i zgaduję tylko po ich wyglądzie. Czasami mam okazję dowiedzieć się tego od nauczycielki lub od nich samych. W klasie maluchów, z którymi spędzałam dotąd najwięcej czasu jest kilka osób o ciemnej karnacji, m. in. Ankit, którego rodzice pochodzą z Indii (podobno, choć chłopiec nie mówi po angielsku... a więc?) oraz Sandy. Dziewczynka jest bardzo rezolutna, nie mogłam się więc powstrzymać przed wypytaniem jej ostatnio (podczas wspólnego wyklejania listka :-)) o pochodzenie rodziców: no więc mama jest z Mauritiusu (taaak, tego koło Madagaskaru), a tata... z Polski (najpierw powiedziała, że z Litwy, ale potem zmieniła zdanie i upierała się przy drugiej wersji). Na dzisiejszym spotkaniu całej szkolnej społeczności wyłapałam też kilka osób o wschodnich rysach twarzy.
Dzieciaki bardzo różnie radzą sobie z językiem. Jasne, że przed pierwszą klasą to jeszcze nie jest duży problem, bo powtarzają czynności pokazane przez nauczyciela (lub podpatrzone u kolegów), a między sobą i tak głównie chodzi o grę gestów i emocji (co pozwala mi bez przeszkód "dogadać się" z każdym ;-)), ale już w "starszakach" pełną parą rusza nauka czytania i pisania... Dużo zależy od tego, od jak dawna tu mieszkają. Ale nawet jeśli od urodzenia, lecz rodzice nie mówią w domu po angielsku (a raczej nie mówią), to problem jest niemal identyczny jak w przypadku nowoprzybyłych. Do tego dochodzą jeszcze dwa ogromnie ważne czynniki: temperament (powiedzmy: otwartość i chęć działania lub nieśmiałość, wycofanie) i... bystrość. Przy każdym dziecku zestaw tych czynników jest zupełnie niepowtarzalny. Nie mam więc pojęcia, jak radzi sobie pani prowadząca zajęcia wyrównawcze z angielskiego dla dzieci z różnych państw jednocześnie.
A Polacy? Czasami doprawdy nie wiem, jak powinnam się zachować - rozmawiać z nimi po polsku, żeby czuli się raźniej? Być w pobliżu, ale nie mówić po polsku, żeby ćwiczyli angielski (bo gdzie, jak nie tu)? Widzę, że niektórym zmienianie języka sprawia trudności, zdarza się, że mieszają oba; inni nie mają z tym problemu i pogadanie chwilę ze mną po polsku raczej im nie zaszkodzi; jeszcze inni w mojej obecności w ogóle przestają mówić po angielsku (choć gdy mnie nie ma, jakoś sobie radzą). Najwięcej Polaków jest wśród maluchów - pięciolatków (naliczyłam sześć osób w trzech klasach). Niektórzy są zupełnie sprawni w obu językach, inni rozumieją, ale nie mówią, inni rozumieją trochę, a jeszcze inni prawie nic. Często sprawność językowa pokrywa się z, nazwijmy to, bystrością (choć to określenie deprecjonujące dla pozostałych, chodzi mi o "bycie dobrym uczniem") - choć tak naprawdę nie wiadomo przecież czy radzą sobie dlatego, że posługują się językiem, czy posługują się nim dlatego, że są bardziej, no właśnie, bystrzy. Chłopcy, którzy mają problemy z angielskim (nie mówią, ale, mniej lub więcej, rozumieją) są klasowymi rozrabiakami. Gorzej mają jednak ci, którzy nie są "nadaktywni", lecz przeciwnie - wycofani. Jest tu dziewczynka, która w ogóle się nie odzywa - nic nie powiedziała do mnie także po polsku. Jest chłopiec, który mieszka w Irlandii (i chodzi tu do przedszkola/szkoły) już od pięciu lat, teraz jest w drugiej klasie, a wciąż mówi tak słabo, że nie jest w stanie normalnie uczestniczyć w zajęciach... Jego problemem jest zresztą nie tylko język i na szczęście ktoś to zauważył. Raczej nie będzie łatwo mu pomóc. Z drugiej strony są dzieciaki, które, nie mając problemu z językiem (z dwoma językami), nie czują też polskiej tożsamości - trudno się dziwić, większość swojego niezbyt długiego życia mieszkają tutaj, a czasem w ogóle nie byli w Polsce... "
- Przyjechałem jak byłem jeszcze takim małym, małym dzidzią, a wcześniej w brzuchu mamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz