Najpierw myślałam, że irlandzki jest językiem na wymarciu, którym ludzie posługiwali się tu daaawno temu, a teraz nikt go już na co dzień nie używa; jego miejsce zajął angielski. Okazuje się jednak, że dzieciaki w szkole uczą się podstaw irlandzkiego, aby zostać nauczycielem trzeba się nim sprawnie posługiwać (są testy), a na zachodzie kraju jest to język codziennego użytku. Tym bardziej nie mogę się nadziwić:
- Ludzie, macie swój język, a posługujecie się językiem - jak by nie było - okupanta?!
- Bo wiecie, u nas też chcieli, żebyśmy mówili po rosyjsku, ponad sto lat (a w zasadzie z małymi przerwami to prawie dwieście) próbowali nas tego nauczyć, ale to była kwestia tożsamości, patriotyzmu, walki...
- Cóż, mówią, angielski teraz dzieciom bardziej się przyda, jest językiem międzynarodowym, a poza tym - jest łatwiejszy.
No więc normalnie uczymy się tu angielskiego i po angielsku. Ale już maluchy poznają niektóre irlandzkie słowa i zwroty: podczas sprawdzania obecności krzyczą (zapisuję fonetycznie, nie jestem w stanie odszukać poprawnej pisowni :-)) Ancha!, a na pożegnanie Slo-la!. Oprócz tego śpiewają piosenki i zaprzyjaźniają z maskotką-pieskiem, który mówi (korzystając z głosu nauczyciela) wyłącznie po irlandzku i gra z dzieciakami w gry, np. prosi o wykonanie różnych czynności (jedzenie, picie, czytanie, bieganie, płakanie etc.) - kto się najdłużej nie pomyli i pokaże wszystko poprawnie?
Jedno jest pewne - lekcje irlandzkiego uświadamiają mi, jak piekielnie trudny musi być dla małych imigrantów angielski. Bo co z tego, że dla nas pewne podstawowe słowa są oczywiste? Ja jak dotąd opanowałam ledwie trzy irlandzkie słówka...
Na deser filmik (obok) - o Chińczyku, który postanowił nauczyć się irlandzkiego. Warto, warto. :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz