środa, 14 października 2009

prowincja

Zajęcia z języka i kultury tureckiej jeszcze się nie zaczęły, zatem środa była dniem wolnym. Ambitnie postanowiliśmy jej nie przespać i już o dziewiątej ruszyliśmy do miasta. Głównym celem dnia dzisiejszego było mauzoleum i muzeum Mevlany (Rumiego), do którego pielgrzymują muzułmanie i które odwiedzają także liczne zachodnie wycieczki. Tutaj wypadałoby uczynić krótki wtręt dotyczący Rumiego: był to żyjący w XIII wieku teolog islamski, mistyk i poeta. Sam za poetę się nie uważał, ”po prostu” spisywał myśli i uczucia, których doznawał podczas modlitwy (ale nie tylko ona była inspiracją… - wiele utworów wykorzystuje bowiem motywy seksualne i mówi o upijaniu się winem). Niektóre jego „wiersze” są naprawdę piękne, zdradzają wielką wrażliwość… Rumi często porównuje stan głębokiej modlitwy, głębokiej więzi z Bogiem do ekstazy towarzyszącej kochankom… Znane? Tak, z Pieśni nad Pieśniami. Poza tym często zestawia się go ze św. Janem od Krzyża. Obecnie jest szczególnie popularny w świecie zachodnim, bo oprócz wymienionych wyżej cech wiary postrzeganych jako „autentyczne” (bo niezinstytucjonalizowane, głęboko indywidualne, powiązane ściśle z uczuciami), jest iście „ekumeniczny” – pisze bowiem o Bogu w ogólności, o wielkiej sile i miłości rządzącej światem, bez znaczenia jest dla niego to czy jest to Bóg muzułmański, żydowski czy chrześcijański… Oczywiście przyczyny tej popularności mogą być też zupełnie inne, taka jest tylko moja interpretacja; być może zbyt płytka. I ja uległam kiedyś urokowi jego poezji (a przynajmniej jej części)… Jednak obecnie skończył się (lub nie zaczął ponownie) we mnie etap postrzegania Boga jako „bezosobowej siły i miłości”, więc podchodzę z rezerwą do niektórych myśli Mevlany… Ale warto przytoczyć tu kilka według mnie najlepszych rubajat(ów?) (pierwszą i ostatnią mam w pamięci od ponad roku):

Upiłem się i w tłum ludzi się wmieszałem,
By zobaczyć, czy cel życia wśród nich znajdę.
Nogi mnie jeszcze niosą, więc dopnę swego.
Jeśli nie, oddam głowę. Serce już dałem.

Jestem swoim własnym panem - powiadałem.
Jestem własnym niewolnikiem - narzekałem.
To już przeszłość, dzisiaj sobie nie dowierzam.
Zrozumiałem, że się sam nie zrozumiałem.

Nie pozwól swojej duszy pogrążyć się w smutkach,
Ani nie szukaj szczęścia w światowych pokusach.
Lepiej winem miłości upijaj się co dnia,
Zanim litera prawa zamknie tobie usta.

Mego serca od Ciebie oderwać nie mogę,
Więc się chyba w szalonej miłości zatopię.
Jeśli smutnej miłości me serce nie zniesie,
To po co mi jest serce? Po co mam je w sobie?

Myślałem, że mnie wkrótce ogarnie szaleństwo;
Koniecznie chciałem wiedzieć co, jak i dlaczego.
Do jakichś drzwi pukałem, te drzwi się otwarły,
I co się okazało? Pukałem od wewnątrz!

To całkiem prawidłowo: dwie nogi, dwie ręce,
Lecz serce ma być jedno, nie może być więcej.
Miłość to tylko pretekst, Najwyższy jest celem,
A kto myśli inaczej, niewiernym jest jeszcze.


Zdążaliśmy zatem w kierunku muzeum Mevlany, kiedy niespodziewanie na przejściu dla pieszych zagadał do nas pewien człowiek… Po niecałych dwóch minutach siedzieliśmy już w jego wyścielonym ze wszech stron dywanami pokoju, popijając herbatę… Trudno określić intencje sprzedawcy dywanów (jak większości tego typu Turków). Zaczęło się bowiem zupełnie miłą konwersacją – oczywiście wypytywał nas o Turcję, jak ją postrzegamy, jakie były nasze wcześniejsze przekonania odnośnie kraju i co nas zadziwiło po przyjeździe (wszyscy o to pytają), pytał o turecką gościnność (oni sami mają świadomość jej istnienia i szoku jaki wywiera na przybyszach, no i… są z niej dumni :)). Potem odbyła się część biznesowa – pokazywał i zachwalał dywany, prosił, ażeby powiedzieć o jego sklepie innym erasmusom (wszystko jednak z klasą, gość nie jest głupi, skończył psychologię), aż wreszcie zaczął sypać komplementami i gwarantować swoją pomoc w razie jakiejkolwiek potrzeby… Heh, trzeba przyznać, że ma facet gadane. ;) I to po angielsku! Pożytek jednak z tego był taki, że gdy dowiedział się, że właśnie idziemy do Mevlany, zadzwonił do znajomego policjanta, który właśnie miał służbę przy muzeum, aby wpuścił nas za darmo. Poszedł z nami, policjant początkowo nie był przekonany do pomysłu, ale koniec końców cała nasza czteroosobowa grupa faktycznie weszła za free. A pan się pożegnał…
Niestety z mauzoleum nie zrozumieliśmy zbyt wiele (arabskie napisy, niezrozumiałe symbole i tradycje…) poza ogólną atmosferą skupienia i uwielbienia. Odwiedza je bowiem mnóstwo pobożnych Turków (których łatwo odróżnić od tych bardziej nowoczesnych, choćby po ubiorze), wszyscy są skupieni, niemal każdy ma uniesione w modlitwie ręce, po niektórych widać prawdziwe zatopienie w modlitwie… Pięknie. Największe wrażenie zrobił jednak na mnie zbiór średniowiecznych, przepięknie kaligrafowanych Koranów. Niesłychana precyzja, niesłychane piękno, niesłychane zaangażowanie i poświęcenie, a z pewnością i modlitwa się w nich kryła.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze informację turystyczną (a jednak istnieje takowa w Konii!), niestety pan niewiele mówił po angielsku, zaopatrzyliśmy się zatem jedynie w kolorowe foldery o Konii i Turcji i jako-tako dogadaliśmy w kwestii grudniowego festiwalu Mevlany (czyli że jest 16 i 17 grudnia, pierwszego dnia kosztuje 15 a drugiego 50 lir). I znów trafiliśmy do sklepu z dywanami. Tym razem ja wypatrzyłam jakąś przedziwną wystawę… Stare, zakurzone przedmioty… Weszliśmy… I znaleźliśmy się nagle w bardzo obszernym domu. To było trochę tak, jakby nagle stracić oparcie w magicznej szafie… Drewniana podłoga, faktycznie wszędzie dużo dywanów, ale bez takiego natłoku jak poprzednio. Stare przedmioty, w różny sposób urządzone zakątki… A na środku naprawdę przestrzennego wnętrza (parter składał się jakby z trzech pomieszczeń, które jednak nie były w żaden sposób od siebie oddzielone) – rozłożony dywan, na którym starszy pan bawił się z malutkim dzieckiem… Zrobiło nam się trochę nieswojo, więc upewniliśmy się, czy aby na pewno weszliśmy do sklepu… Tak. I zostaliśmy bardzo serdecznie powitani, o wszystko wypytani i zaproszeni do swobodnego obejrzenia tego miejsca… Mogę tylko dodać, że gdyby Schulz był Turkiem, akcję swych powieści z pewnością umieściłby we właśnie takim sklepie z dywanami.

Ostatnim celem wyprawy do miasta było dotarcie do tzw. „starego dworca” w Konii (duży nowy otogar znajduje się mniej więcej w połowie drogi między centrum a campusem) – planowaliśmy bowiem na sobotę wypad do Catalhoyuk, a „facet od dywanów” powiedział, że tam właśnie powinniśmy szukać autobusu. Z głównego traktu łączącego Wzgórze Aladyna (Aladdin Tepesi) z mauzoleum naszego sufiego zeszliśmy w boczną ulicę i zapuściliśmy się w zupełnie już nieturystyczne uliczki… Dotąd wydawało nam się, że poznaliśmy już jako tako atmosferę Konii, byliśmy jednak w błędzie. Wygląd i ubiór „lokalsów" naprawdę znacząco odbiega od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, żyjąc w europejskim mieście. Podobnie stan budynków, pojazdów… I wszechobecne sklepiki, stoiska, wystawy i wystawki… Jeden wielki plac handlowy ciągnący się wzdłuż wąskiej i zatłoczonej ulicy. Trudno wymieniać wszystkie towary – z pewnością widzieliśmy dużo stoisk z rybami (wystawionymi tak po prostu na gorącym powietrzu – smród i lepka maź na lejąca się po ziemi…), wystawionymi w ogromnych koszach lub worach przyprawami, orzechami i nasionami (które czasem trudno nawet zidentyfikować), jakieś pracujące młynki mielące kawę, chałwa, baklava i lokum na wystawach, precle, borki i inne rodzaje tutejszego pieczywa za szybami piekarń, gdzieniegdzie szyldy lokant, niemal wszędzie stoiska z paskami i torebkami, kilka stołeczków czyścibutów z arsenałem past i szczotek obok, mnóstwo tandety: jakieś „ruskie” latarki, plastikowe klapki… Na dłuższą metę zapewne bardzo uciążliwe miejsce, jednak za pierwszym razem tchnące niesłychaną egzotyką… A do tego liczne meczety – nie oglądane z daleka martwe zabytki, ale żywe świątynie – przed którymi ludzie myją ręce i nogi, aby wejść na modlitwę, a potem wchodzą i wychodzą, odsłaniając ogromny dywan wiszący u wejścia… A przed meczetem jacyś ludzie rozłożyli na ziemi warzywa i namawiają do kupna, gdzieś dalej na wózku owoce, ktoś naprawia rower… Życie.

Na dworzec trafiliśmy bez większych kłopotów, gorzej było z uzyskaniem informacji odnośnie pożądanego autobusu, ale i z tym się jakoś uporaliśmy. W drodze powrotnej do campusu, wysiadłyśmy z Dorotą na przystanku Otogar, aby zajrzeć do tutejszego M1 – brakowało nam wciąż jeszcze kilku rzeczy do „urządzenia się” (coś tam do łazienki, jakieś talerzyki), spodziewałyśmy się kupić je tanio w Realu. W tym miejscu powinnam znów rozpisać się na temat starszego kierowcy dolmusza, który nie potrafił wytłumaczyć nam, jak dotrzeć do centrum handlowego, ale zrozumiał nasze pytanie, zatem zawiózł nas tam (oczywiście za darmo…) – ale zaczynam się już przyzwyczajać do takich przypadków, zatem podaruję sobie kolejne opisy. W każdym razie nie kupujcie w Turcji w Realu. Tutaj jest to „sklep zachodni”, a więc z założenia co najmniej dwukrotnie droższy od miejscowych (w których, jak już pisałam, ceny są mniej więcej zbliżone do naszych).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz