niedziela, 18 października 2009

koło komparatystów

Pierwsza „normalna” niedziela na kampusie w Konii – dłuuugie spanie. Wstałyśmy przed południem, potem Dorota z Piotrem pojechali do miasta, a ja nie mogłam się zdecydować – na wieczór miałam zaplanowane spotkanie z Turkami (dokładnie nie wiedziałam o co chodzi, z opowieści wydawało się czymś jakby zebraniem koła naukowego), nie znałam jednak szczegółów, więc zachodziła obawa, że jadąc do miasta, nie będę miała szansy ich poznać (bo w ramach oszczędności zrezygnowałam z tureckiej karty telefonicznej – ta, podobnie jak karta tramwajowa, jest droooga, a w dodatku po dwóch tygodniach blokują ci telefon i musisz hasać gdzieś po mieście i odblokowywać – oczywiście za kolejne pieniądze). Tak więc doświadczyłam słodkiego niedzielnego lenistwa, chodząc w piżamie do popołudnia i nadrabiając blogowe zaległości sprzed tygodnia. No, i może jeszcze ogarniając co nieco bałagan w pokoju i łazience. Szczęśliwie dostałam wkrótce po południu wiadomość o czasie i miejscu spotkania, wybrałam się zatem do meczetu, by uczcić jakoś niedzielę, a zaraz potem pomknęłam przed Gökkuşağı (czyli „Tęcza shopping-centre”) na spotkanie.

Przy okazji: będzie krótko o meczetach i kościołach. W Konii istnieje kościół katolicki – oczywiście w centrum miasta, nie na kampusie. To duży plus (że w ogóle istnieje), minus jest jednak taki, że nie istnieje tu katolicki ksiądz. Kościołem opiekują się podobno dwie siostry zakonne (Włoszki), które prowadzą też spotkania poświęcone czytaniu Słowa. Wielokrotnie będąc w mieście, przechodziliśmy nieopodal kościoła, odstraszyły nas nieco jednak zamknięte drzwi i wyznaczone godziny „drzwi otwartych” - wypadające niestety wtedy, kiedy mam zajęcia na kampusie (a odległość między kampusem a miastem to, przypominam, 40 minut jazdy...). :( Zatem sióstr jeszcze nie poznaliśmy, ale nie tracę nadziei, że prędzej czy później to nastąpi. Podobno nie jest też tak tragicznie ze sprawowaniem Eucharystii, bo raz na jakiś czas pojawia się w Konii ksiądz (bo jest to miejsce, jakby nie było, kultu religijnego, zatem liczne chrześcijańskie pielgrzymki w Turcji zaglądają także i tutaj). Póki co jednak chodzę do znajdującego się na kampusie meczetu. Zazwyczaj wejście do głównej sali od strony dla kobiet jest zamknięte (raz tylko udało mi się tam wejść – wrażenia: ogrom, pustka... i myśli rozbiegane), jest za to niewielki pokoik również przeznaczony do modlitwy (czyli wyłożony wykładziną i małymi dywanikami, zaopatrzony w chusty i tespihy – takie tutejsze „różańce”). Tutaj jakoś łatwiej myśli zebrać... W ciągu dnia meczet jest niemal pusty, tylko kilka razy zdarzyło się spotkać jakieś dziewczyny w „pokoiku”. Dlatego zazwyczaj ściągam buty, ale nie zakładam chusty. Podobno zachowanie nie-muzułmanów w tej kwestii jest traktowane bardzo różnie (od całkowitego zakazu wstępu do meczetu dla takich osób po niezwracanie uwagi na brak nakrycia głowy), mam zatem nadzieję, że nikogo nie urażam i zmienię je pewnie, gdy ktoś mi zwróci uwagę (co innego w meczetach w mieście – tam jest wiele starszych i religijnych osób, więc chusta będzie pewnie obowiązkowa; piszę „pewnie”, bo do tamtejszych meczetów wybieramy się dopiero w następną sobotę). Za pierwszym razem trochę peszył nas sposób modlitwy Turczynek (jest ona bowiem bardzo „dynamiczna” - wstają, klękają, kłaniają się...) i nie wiedziałyśmy, jak się zachować. Im dłużej tu jednak jestem, tym bardziej odnoszę wrażenie, że najlepiej zachowywać się normalnie – i tak właśnie robię.

Jeśli chodzi o efekty wycieczki Doroty i Piotrka do miasta, to okazały się niezwykle cenne: okazuje się, że z wystawionym niedawno dokumentem zaświadczającym studiowanie na Selcuk Univeristesi możemy kupić kartę muzealną (taki cudowny kawałek plastiku kosztujący 10 TL i dostępny tylko dla obywateli tureckich, który uprawnia do darmowego wejścia do największych – a zatem najczęściej i najdroższych, np. Hagia Sophia wstęp 20 TL... - państwowych muzeów), świetnie, bo okazało się również, że pociągi w Turcji są naprawdę tanie (a przynajmniej dużo tańsze od autobusów; tu jest tak: autobusy – szybko, wysoki standard, drogo, np. 50 TL za trasę Konya-Stambuł; pociągi – wolniej, niższy standard, taniej – 22 TL za tę samą trasę), a zatem nasz plan wybrania się w przyszłym tygodniu do Stambułu nabiera realnych kształtów. Pięknie, pięknie.

Ale wracając do tego przedziwnego spotkania. Pod centrum przyszło dużo bo około 15 osób i w takiej ekipie udaliśmy się do miasta. Mijając po drodze McDonald i polecaną mi knajpę z nargilą, skierowaliśmy się do czegoś, co wyglądało na mały fast-food. Okazało się jednak, jak często tutaj..., że restauracyjka ma również piwnicę, która jest już w zgoła innym klimacie. Dołączyło do nas jeszcze kilka innych osób oraz bardzo sympatyczna czarna pani z mężem, jak się okazało – wykładowczyni z Południowej Karoliny, która w zeszłym roku uczyła Literatury Amerykańskiej; ona właśnie została poproszona przez „ekipę” o objęcie patronatu nad całą akcją. O przedsięwzięciu dyskutowaliśmy przez pierwsze piętnaście minut – a raczej dyskutowały z panią profesor trzy najbardziej zaangażowane osoby, ja próbowałam wytężyć słuch i też coś z tego usłyszeć i zrozumieć, co jednak nie zawsze było mi dane, ponieważ rozmawiałam równocześnie z bardzo miłym kolegą Alparslanem (czy jakoś tak... znaczy to tyle co Duże Lew; acha! bo zapomniałam dodać, że wiele imion tureckich coś znaczy, mam już zatem znajomych o imionach: Pragnienie, Inspiracja, Morze&Życie, Rajskie Drzewo [a raczej nazwa własna tego drzewa], Deszcz, Morze, Szczęście... ładnie :)). Owoce konwersacji były słodkie :) - Alparslan sporządził bowiem w moim „zeszycie do wszystkiego” wykaz dwunastu najlepszych tureckich deserów (a ja jadłam tylko cztery! dramat! ważę już z pięć kilo więcej, a ile jeszcze rzeczy przede mną!). No dobrze, jeśli kogoś bardzo interesuje, to podaję (bez tureckich znaków):
1.Kunefe
2.Baklava
3.Lokum
4.Sekerpare
5.Pismaniye
6.Helva
7.Kahramanmaras Dondurmasi
8.Gullac
9.Sutlac
10.Ekmek Kadayifi
11.Kemal Pasa Tatlisi
12.Kazandibi

Jeśli chodzi o tę poważniejszą dyskusję w drugim końcu stołu, to zdołałam wychwycić tyle, że głównym przedmiotem zainteresowania grupy ma być poznawanie literatury obcej (pytali chyba o literaturę mniejszości w Ameryce, byli bardzo zainteresowani polską...), a przede wszystkim pokazywanie ścierania się ze sobą dwóch zupełnie różnych światów, interakcji kultur – tutaj próbowano stworzyć listę filmów, w których ktoś z zupełnie innej rzeczywistości nagle znajduje się w Turcji... Bo grupa zdaje się być skierowana nie tylko ku literaturze, ale też szeroko pojmowanej sztuce (film, muzyka). Czyli jednym słowem zupełnie przypadkowo trafiłam na pierwsze spotkanie tureckiego koła komparatystów. :) Ale to co dobre dopiero się zaczynało... :) Wkrótce zjawiło się kilku panów z sazami (tradycyjny turecki instrument) i jeden z gitarą. I zaczęli grać... A wszyscy zaczęli śpiewać... Stare (choć nie tak bardzo – podobno z lat 50., 60. i 70.) tureckie piosenki... A wszystko to w nastroju balladowo-niesłychanie-emocjonalnym. Oczywiście moje klimaty. Okazało się, że 90% tych piosenek jest o miłości (tak, to po prostu słychać). Najlepsze jest jednak to, że tutaj zna je KAŻDY i wszyscy (zarówno dziewczyny jak i chłopcy) bardzo chętnie razem śpiewają. Zaraz idą też w ruch ręce, ruchy ciała... A w pewnym momencie jeden chłopak wstał, wyszedł na środek i zaczął tańczyć. Tak po prostu. Taki taniec wygląda zupełnie inaczej niż nasz „nowoczesny” - tutaj tańczy całe ciało – biodra, tułów, ramiona... Pięknie, pięknie. Dołączyło się kilka dziewczyn. Naprawdę coś niesamowitego. W międzyczasie na stół wjechała baklava (mmm...) i turecka kawa zbożowa. A świetna zabawa trwała do 21.00. Cudowny wieczór...

3 komentarze:

  1. elo Karolinko! fajnie ze piszesz bloga :) ciekawie masz tam w Turcji :) szykuj sie ze jakos pewnie w marcu wpadniemy! (a na razie jedziemy w grudniu do Kijowa odwiedzic Hendrixa). pozdrawiam, sciskam i w ogole mase dziobkow z Krk posylam! kwa! (^)<

    OdpowiedzUsuń
  2. :D Bardzo świetnie Cię słyszeć! :) I bardzo dobrze słyszeć, że wpadniecie (btw - jeśli będziecie szukać lotów, to bardziej od Stambułu warto kierować się na Ankarę lub, jeszcze lepiej, Antalyę; chyba że myślicie o kilku dniach w Stambule). Ewelinka mi pisała o Kijowie, lucky people! :) Ściski ogromne! (czy te znaczki na końcu to są dziobki czy coś? bo chyba średnio się znam na emotach... ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. tak to jest specjalna emotka kaczki stworzona przez Tomka ;) ciesze sie ze poznałas ;)

    Ty, lucky almost-turkish girl! podrozuj tam ile wlezie! i wysypiaj sie :P kwa!

    OdpowiedzUsuń